Bądź jak woda, przyjacielu

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Bądź jak woda, przyjacielu
Bądź jak woda, przyjacielu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 77,80  62,24 
Bądź jak woda, przyjacielu
Bądź jak woda, przyjacielu
Audiobook
Czyta Marta Markowicz
39,90  28,73 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Dedykacja

2  Motto

3  Wstęp

4  1. Droga wody

5  2. Pusta czarka

6  3. Wieczny uczeń

7  4. Przeciwnik

8  5. Narzędzia

9  6. Przeszkody

10  7. Sztorm

11  8. Pustka pełna życia

12  9. Droga przechwytującej pięści

13  10. Przyjaciel

14  Epilog

15  Podziękowania

Dla mojego ojca

Dla mojej córki

Dla Cie­bie

Oczyść swój umysł.

Nie utoż­sa­miaj się z żadną formą.

Bądź bez­kształtny jak woda.

Wle­wasz wodę do czarki – staje się czarką.

Wle­wasz wodę do imbryka – staje się imbry­kiem.

Wle­wasz ją do butelki – staje się butelką.

Ale woda może też pły­nąć lub ude­rzyć!

Bądź wodą, przy­ja­cielu.

Wstęp

Gdy dora­sta­łam, mama pro­siła mojego brata i mnie, żeby­śmy nie mówili innym, że Bruce Lee jest naszym ojcem. Mawiała: „Pozwól­cie ludziom poznać was takimi, jacy jeste­ście, bez tej infor­ma­cji”. To była świetna rada i przez wiele lat uni­ka­łam tego tematu w roz­mo­wach. Oczy­wi­ście moi przy­ja­ciele zawsze w końcu się o tym dowia­dy­wali, gdy do nas wpa­dali i widzieli rodzinne zdję­cia na ścia­nach. Jed­nak w przy­padku więk­szo­ści dziew­czy­nek w wieku szkol­nym ozna­czało to po pro­stu lek­kie zacie­ka­wie­nie i wzru­sze­nie ramio­nami, zanim wło­ży­ły­śmy rolki albo wybra­ły­śmy się na rower. Ale gdy doro­słam, zaczęło do mnie docie­rać, że posia­dam sekret, któ­rego strzegę, a roz­mowy stały się trud­niej­sze, zwłasz­cza gdy na pełny etat zaczę­łam się zaj­mo­wać dzie­dzic­twem ojca. Gdy odpo­wia­da­łam wymi­ja­jąco na pyta­nia słu­żące zaga­je­niu roz­mowy, takie jak „Czym się zaj­mu­jesz?” i „Dla­czego wła­śnie tym?”, zaczę­łam mieć poczu­cie, że nie tylko coś ukry­wam, ale wła­ści­wie kła­mię – nie było to przy­jemne uczu­cie. Prze­cież nie wsty­dzę się tego, że jestem córką Bruce’a Lee – czuję się zaszczy­cona.

Powie­dzia­ła­bym jed­nak, że to, iż jestem córką Bruce’a Lee, jak i to, że nie­kiedy ludzie reagują na tę infor­ma­cję z tak wiel­kim zasko­cze­niem, spra­wia, iż cza­sami jest to wyzwa­nie dla mojej toż­sa­mo­ści. Może dla­tego czuję, że naj­praw­dziw­sza filo­zo­fia ojca doty­cząca samo­re­ali­za­cji (tak, Bruce Lee był filo­zo­fem!) tak głę­boko we mnie rezo­nuje. Jak usza­no­wać pro­sty fakt posia­da­nia wspól­nego DNA, poj­mu­jąc jed­no­cze­śnie, że nie mówi on nic o duszy? A może jed­nak mówi? Dodajmy do tego moją decy­zję, by znaczną część życia poświę­cić na ochronę i pro­pa­go­wa­nie dzie­dzic­twa czło­wieka, który obda­rzył mnie życiem i tak wiele dla mnie zna­czył, a kwe­stie toż­sa­mo­ści staną się jesz­cze bar­dziej skom­pli­ko­wane.

„Jak zapa­mię­ta­łaś ojca?”

Oto naj­czę­ściej zada­wane mi pyta­nie, które kie­dyś mocno mnie nie­po­ko­iło, ponie­waż nie potra­fi­łam jasno na nie odpo­wie­dzieć. Mój ojciec zmarł, gdy mia­łam zale­d­wie cztery lata, więc nie zapa­mię­ta­łam wielu wła­snych histo­rii ani olśnie­wa­ją­cych mądro­ści, które prze­ka­zał mi bez­po­śred­nio, tak jak je pamię­tają jemu współ­cze­śni. Nie otrzy­ma­łam listu, który napi­sał spe­cjal­nie z myślą o mnie. Jak więc mia­ła­bym wyja­śnić, że mimo to czuję, iż znam go bar­dzo dobrze? Jak mogła­bym wyra­zić to, że mam poczu­cie, iż rozu­miem go tak, jak inni – nawet ci, któ­rzy go „znali” – nie potra­fi­liby rozu­mieć?

Poję­łam, że te uczu­cia – mówiące o jego naj­praw­dziw­szej natu­rze – są moimi wspo­mnie­niami o nim. Znam go w spo­sób wolny od jakich­kol­wiek zadr, zra­nień, zazdro­ści czy rywa­li­za­cji, a nawet prze­sad­nie roman­tycz­nych wyobra­żeń. Znam jego miłość, ener­gię, jaką się cha­rak­te­ry­zo­wał. Znam to wszystko, ponie­waż w latach, w któ­rych jeste­śmy kształ­to­wani, w ten spo­sób pozna­jemy naszych rodzi­ców – poprzez to, co przy­swa­jamy za pomocą zmy­słów. Więk­szość dzieci dys­po­nuje w pełni ukształ­to­waną, doj­rzałą poznaw­czo pamię­cią znacz­nie póź­niej niż w wieku czte­rech lat. Z bie­giem czasu musimy nauczyć się inter­pre­to­wać i wcho­dzić w inte­rak­cje z tym, co pozna­jemy, zgod­nie z naszymi kon­struk­tami kul­tu­ro­wymi. I dla­tego tak czę­sto jako dzieci się mylimy; nie­wła­ści­wie nada­jemy zna­cze­nie, ponie­waż nie potra­fimy zro­zu­mieć sub­tel­no­ści tego, co dzieje się wokół nas. Nie naby­li­śmy jesz­cze życio­wego doświad­cze­nia. Ale pod pew­nymi wzglę­dami wyczu­wamy naj­głęb­szą prawdę o wszyst­kim lepiej niż doro­śli. Ojciec obda­rzył mnie swoją pro­mie­nie­jącą miło­ścią i dobrze to pamię­tam. Pamię­tam jego naj­praw­dziw­szą naturę. Pamię­tam go.

Mój ojciec był ze wszech miar nie­zwy­kłym czło­wie­kiem – inte­li­gent­nym, kre­atyw­nym, wykształ­co­nym, uzdol­nio­nym, odda­nym temu, co robił. Pra­co­wał naprawdę ciężko, pie­lę­gnu­jąc każdy aspekt sie­bie. Kie­dyś powie­dział: „Nie­któ­rzy mi nie uwie­rzą, ale poświę­ci­łem całe godziny na dosko­na­le­nie się we wszyst­kim, co robi­łem”. Pra­co­wał nie tylko nad rzeźbą ciała, ale także nad kształ­to­wa­niem swo­jego umy­słu, kształ­ce­niem samego sie­bie, roz­wi­ja­niem metod tre­ningu i swo­jego poten­cjału. Pra­co­wał rów­nież nad dro­bia­zgami, takimi jak piękne odręczne pismo, umie­jęt­ność popraw­nego pisa­nia i wysła­wia­nia się, szli­fo­wał potoczny język angiel­ski poprzez opo­wia­da­nie żar­tów, zgłę­biał także arkana reży­se­rii fil­mo­wej – lista jest długa. W rezul­ta­cie stwo­rzył dzie­dzic­two, które czter­dzie­ści sie­dem lat po jego śmierci na­dal pozo­staje aktu­alne.

Ale jeśli jest jedna rzecz, któ­rej nauczy­łam się poprzez wpro­wa­dza­nie w czyn jego filo­zo­fii, to jest nią zro­zu­mie­nie, że nie musisz być Bruce’em Lee, żeby jak naj­le­piej wyko­rzy­stać swoje życie. Zaufaj mi. Wyma­ga­nia, by choć w jed­nej dzie­sią­tej być takim czło­wie­kiem jak on, i to w taki sam spo­sób jak on, które narzu­ci­łam sobie jako jego córka, przy­tło­czyły mnie, spa­ra­li­żo­wały i prze­ra­ziły. Nie­raz w życiu kom­plet­nie mnie to zde­pry­mo­wało.

W takich chwi­lach biorę głę­boki oddech i przy­po­mi­nam sobie: Bruce Lee nie chce, żebym była Bruce’em Lee. Dzięki Bogu! W tej książce odkry­jesz, że Bruce Lee pra­gnie, abyś był naj­lep­szą wer­sją sie­bie. I będziesz kimś zupeł­nie innym niż Bruce Lee, ponie­waż, no cóż – jesteś sobą. Co wię­cej, sam Bruce Lee z wie­loma spra­wami sobie nie radził. Z tru­dem potra­fił wymie­nić żarówkę albo ugo­to­wać jajko. Chcia­ła­bym zoba­czyć, jak pró­buje poskła­dać meble z Ikei (w mojej wyobraźni koń­czy się to ich roz­bi­ciem w drza­zgi, z klu­czem imbu­so­wym ster­czą­cym bez­ce­re­mo­nial­nie ze ściany, o którą został ciśnięty w skraj­nej fru­stra­cji). Ale poza tym jego słowa powinny zachę­cić cię do roz­wa­że­nia pro­cesu samo­re­ali­za­cji, za któ­rego pomocą przyj­rzysz się temu, kim naprawdę możesz być – gdy zauwa­żysz, ku czemu skła­nia cię twój poten­cjał i jak pra­co­wać, by to pogłę­bić. To, co wyłoni się na końcu, będzie rów­nie wyjąt­kowe, jasne, budu­jące i tak samo ener­ge­ty­zu­jące jak postać mojego ojca, ale na twój wła­sny spo­sób i w zgo­dzie z twoim ryt­mem. To jed­nak nie wszystko – na koniec będziesz miał silne poczu­cie celu, które przy­nie­sie ci dużo wię­cej spo­koju i rado­ści.

Dla­tego wła­śnie w końcu się do tego zabra­łam. Nie z powodu faj­nych T-shir­tów (cho­ciaż fak­tycz­nie są fajne). Cho­dziło o to, jak się prze­ko­nasz, że mnie samą głę­boko poru­szyło i uzdro­wiło prak­ty­ko­wa­nie tych nauk. Nie poświę­ci­ła­bym tak dużej czę­ści życia na pro­pa­go­wa­nie spu­ści­zny ojca, gdy­bym nie uwa­żała, że jest to warte mojego czasu i zaan­ga­żo­wa­nia. Chcę, żebyś poznał tę filo­zo­ficzną i inspi­ru­jącą stronę mojego ojca, tak jak ja go znam i doświad­czam. Chcę, żebyś przy­jął każdy okruch i kąsek, który wnie­sie do two­jego życia coś war­to­ścio­wego i dobrego. Mam nadzieję, że będziesz mógł się utoż­sa­mić z histo­riami doty­czą­cymi mojej rodziny, które znaj­dziesz na tych stro­nach, i dowiesz się z nich cze­goś o sobie.

Jakie są jed­nak moje kwa­li­fi­ka­cje, aby zostać twoim prze­wod­ni­kiem? Powin­nam od razu przy­znać, że nie jestem bada­czem ani peda­go­giem, tera­peutą ani nawet tre­ne­rem per­so­nal­nym. Nie dys­po­nuję żadną inną wie­dzą niż ta o Bru­sie Lee. A nawet to jest szcze­gól­nym rodza­jem wie­dzy, która nie opiera się na roz­le­głej zna­jo­mo­ści dat, godzin i wyda­rzeń. Moja wie­dza wynika z tego, że zna­łam go i byłam przez niego kochana, czuję wdzięcz­ność za dar, jakim dla mnie był. Żyję w zgo­dzie z jego naukami naj­le­piej, jak potra­fię, i pil­nie sta­ram się odna­leźć samą sie­bie.

 

I choć nie posia­dam stopni nauko­wych ani spe­cja­li­stycz­nej wie­dzy, napi­sa­łam tę książkę po czę­ści jako porad­nik, po czę­ści jako ale­go­rię, a po czę­ści jako obja­wie­nie. Dla tych z was, któ­rzy są zaawan­so­wani na ducho­wej ścieżce, może cza­sami wyda­wać się zbyt uprosz­czona. To celowy zabieg. Mam nadzieję, że uczy­nię te idee dostęp­nymi dla jak naj­więk­szej liczby ludzi. Ale im bar­dziej zagłę­bisz się w książkę, tym głęb­szy będzie i prze­kaz. Mam nadzieję, że zosta­niesz ze mną i poznasz ścieżki, jakimi podąża woda.

W książce dokła­dam wszel­kich sta­rań, żeby prze­ka­zać, na czym polega filo­zo­fia mojego ojca, aby „być jak woda”, i jak ją rozu­miem, pozo­sta­jąc przez lata zanu­rzona w jego życiu i dzie­dzic­twie. Czy­tel­ni­kom, któ­rzy nie znają tych słów mojego ojca, wyja­śniam: po raz pierw­szy przy­szły mu one do głowy, gdy tre­no­wał sztuki walki, i będziemy posłu­gi­wać się nimi w książce jako meta­forą naj­peł­niej­szego życia, jakie można wieść. Ale, co dla mnie naj­waż­niej­sze, idea bycia jak woda jest próbą wcie­le­nia w życie zasad płyn­no­ści i natu­ral­no­ści. Woda dopa­suje swój kształt do każ­dego naczy­nia, może być miękka lub twarda – i zawsze jest sobą, tak po pro­stu i zupeł­nie natu­ral­nie, znaj­duje spo­sób, aby być w ruchu i pły­nąć naprzód. A teraz wyobraź sobie, że i ty możesz nauczyć się być tak ela­styczny, świa­domy, natu­ralny i nie­po­wstrzy­many. Dla mistrza sztuk walki, takiego jak mój ojciec, był to szczyt umie­jęt­no­ści. Dla mnie jest to szczyt moich zdol­no­ści jako czło­wieka – do wyra­ża­nia samej sie­bie, sil­nej i wol­nej.

Naprawdę wie­rzę, i nie jestem w tym odosob­niona, że mój ojciec był w grun­cie rze­czy jed­nym z naj­bar­dziej zna­nych i mądrych filo­zo­fów XX wieku. Po pro­stu nie­wielu ludzi zna go od tej strony, ponie­waż był gwiazdą kina akcji i mistrzem sztuk walki – a przez to w jakiś spo­sób łatwiej go odrzu­cić jako inte­lek­tu­ali­stę. Gdy myślimy o filo­zo­fie, zazwy­czaj widzimy kogoś, kto jest naukow­cem, publi­kuje książki albo wygła­sza inspi­ru­jące i poucza­jące mowy. Nie myślimy o akto­rze kina akcji. Ale mój ojciec, jak się prze­ko­nasz, za sprawą tego, jak żył, i dzięki naukom, jakie po sobie zosta­wił, był kimś wię­cej.

Możesz być zasko­czony, że nie darzę go wyłącz­nie estymą. Nie jestem wyznaw­czy­nią teo­rii o nie­ska­zi­tel­no­ści Bruce’a Lee – poza jego ener­gią. Nie przy­kła­dam aka­de­mic­kiej miary do przy­ta­cza­nych cyta­tów. Gdy uzna­łam je za przy­datne do zilu­stro­wa­nia tego, co chcę powie­dzieć, połą­czy­łam je i zre­da­go­wa­łam, żeby były bar­dziej zro­zu­miałe. Posłu­guję się róż­nymi sty­lami (slan­giem, mową potoczną, odnie­sie­niami kul­tu­ro­wymi), aby przed­sta­wić swój punkt widze­nia jak najbar­dziej uży­tecz­nie. Zwy­kle uży­wam zaim­ków rodzaju męskiego, ponie­waż słowa mojego ojca zazwy­czaj mają tę formę, ale musisz wie­dzieć, że ta książka jest dla cie­bie – kim­kol­wiek jesteś, kim­kol­wiek się czu­jesz.

W dużej mie­rze będę po pro­stu ska­kała z kamie­nia na kamień ponad głę­bią, jaką kryją w sobie te myśli i idee. Książka obej­muje wiele kon­cep­cji, na temat któ­rych powstały całe tomy i wokół któ­rych roz­wi­nęły się całe szkoły, a zatem nie jest wyczer­pu­ją­cym, pogłę­bio­nym omó­wie­niem żad­nej dzie­dziny. Naj­le­piej potrak­to­wać ją jako wpro­wa­dze­nie do nauki o życiu peł­nym poszu­ki­wań i głę­bo­kich moż­li­wo­ści. Musisz wie­dzieć, że jako twój prze­wod­nik wciąż się uczę i roz­wi­jam. Ale, jak powie­dział mój ojciec: „Praw­dziwe życie jest pro­ce­sem, a nie sta­nem. To kie­ru­nek, nie cel”.

Zanim się w nią zagłę­bisz, chcę ci zwró­cić uwagę na okrężną naturę tych nauk. W pew­nym momen­cie zasu­ge­ruję ci, żebyś odwo­łał się do swo­jej siły woli, a kilka stron dalej, abyś odpu­ścił. Moż­liwe, że będziesz sfru­stro­wany pozor­nymi sprzecz­no­ściami. Ale tak naprawdę nie są to sprzecz­no­ści. To po pro­stu różne reak­cje na cią­gle zmie­nia­jące się oko­licz­no­ści. Należy pamię­tać, że filo­zo­fia mojego ojca, a dokład­niej zasada „być jak woda”, to w rze­czy­wi­sto­ści eko­sys­tem obej­mu­jący całość ist­nie­nia. Posta­raj się trzy­mać idei natury wody (jej ela­stycz­no­ści, ruchli­wo­ści), a zro­bię, co w mojej mocy, aby wszystko było jasne.

Co naj­waż­niej­sze, nie trzeba tu przyj­mo­wać sztyw­nej postawy ani reali­zo­wać kon­kret­nego pro­gramu. W końcu to książka o wodzie. Życie też nie jest sztywne ani zapro­gra­mo­wane. Zda­rzają się prze­bite opony i nie­spo­dzie­wane pre­mie. Musimy zro­bić tro­chę miej­sca i pozwo­lić na wszyst­kie zwroty akcji, wzloty i upadki, ucząc się być ela­stycz­nym, świa­do­mym, natu­ral­nym i nie­po­wstrzy­ma­nym pośród wszyst­kiego, co się dzieje. Naucze­nie się mak­sy­ma­li­zo­wa­nia poten­cjału i swo­body w całym życiu nie nastąpi z dnia na dzień, a gdy po raz pierw­szy poczu­jesz smak suk­cesu i pomy­ślisz, że wszystko już zro­zu­mia­łeś, natkniesz się na nowe wyzwa­nie, wszyst­kie stare pro­blemy uniosą łby, a fru­stra­cja sprawi, że będziesz miał ochotę walić pię­ściami w ścianę. I w tym momen­cie ponow­nie będziesz mógł doko­nać wyboru – zaskle­pić się albo dalej roz­wi­jać.

W takich przy­pad­kach spró­buj przy­po­mnieć sobie słowa mojego ojca: „Ludzie muszą wzra­stać poprzez umie­jętne radze­nie sobie z fru­stra­cjami, w prze­ciw­nym razie nie znajdą moty­wa­cji do roz­wi­ja­nia wła­snych narzę­dzi i spo­so­bów funk­cjo­no­wa­nia w świe­cie”. To prawda. Jeśli ni­gdy nie podej­miesz żad­nego trud­nego lub wyma­ga­ją­cego wyzwa­nia, za pierw­szym razem, gdy przy­da­rzy ci się coś trud­nego lub wyma­ga­ją­cego, przyj­miesz cios i nie będziesz wie­dział, co robić. Albo zwi­niesz się w kłę­bek na pod­ło­dze. Spró­buj spoj­rzeć na fru­stra­cję jak na nauczy­ciela lub nawet przy­ja­ciela. Spró­buj wysłu­chać, co ma ci do powie­dze­nia o tobie, o two­ich zdol­no­ściach, prze­ko­na­niach, o tym, gdzie musisz tro­chę ustą­pić, czego naprawdę pra­gniesz i co kochasz, i pozwól, aby zapro­wa­dziło cię to do peł­nego zro­zu­mie­nia sie­bie. Obie­cuję ci, że z cza­sem twoje życie się otwo­rzy i poczu­jesz więk­szą siłę i swo­bodę.

Wyru­sza­jąc razem w tę wodną podróż, poroz­ma­wiamy rów­nież o ener­ge­ty­zu­ją­cym sku­pie­niu i rado­ści. Poroz­ma­wiamy o tym, jak radzić sobie z porażką i zmie­nia­ją­cymi się oko­licz­no­ściami. Jak pie­lę­gno­wać wiarę w sie­bie i wiarę w ten pro­ces, jak być aktyw­nie świa­do­mym w swoim życiu, skon­cen­tro­wa­nym i jak osią­gnąć spo­kój umy­słu.

To eks­cy­tu­jąca praca i jak zawsze pod­czas pracy poja­wią się błędy. I prze­szkody. Ale roz­grywka, do któ­rej przy­stę­pu­jemy, jest długa. Będziemy ją kon­ty­nu­ować przez całe życie. W końcu życie powinno zostać naprawdę prze­żyte. Chcemy podejść do tego z poczu­ciem peł­nego zaan­ga­żo­wa­nia i poświę­ce­nia. Chcemy szu­kać tego, co do nas prze­ma­wia, i pie­lę­gno­wać opty­mizm, skoro będziemy się tym zaj­mo­wać po kres naszych dni. Jeste­śmy gotowi zgo­dzić się na to, że będzie to wyma­gało od nas wysiłku, że przy­da­rzą się nie­po­wo­dze­nia, ale mamy nadzieję, że będziemy potra­fili je zaak­cep­to­wać, bo to dzięki nim możemy się uczyć i wzra­stać, by sta­wać się jesz­cze lep­szymi. Nauczymy się przyj­mo­wać wła­ściwą postawę wobec prób sta­wa­nia się naj­lep­szą wer­sją sie­bie, co ozna­cza pozo­sta­wa­nie zarówno w spo­czynku, jak i w goto­wo­ści. A co naj­waż­niej­sze, pamię­tajmy, że nie sta­ramy się być Bruce’em Lee. Sta­ramy się być w pełni sobą.

A tak przy oka­zji, już zaczą­łeś. Zaj­mu­jemy się tym nie­zmien­nie przez całe nasze życie. Może nie zawsze jeste­śmy tego świa­domi, ale wszy­scy sta­ramy się jak naj­le­piej wyko­rzy­stać nasze życie. Oczy­wi­ście, że tak! W książce pro­po­nuję ci jedy­nie kolejny punkt widze­nia, jak można to robić. Skoro zain­try­go­wała cię na tyle, że wzią­łeś ją do ręki, by zoba­czyć, czy do cie­bie prze­mówi, wiesz już, że jesteś zain­te­re­so­wany zro­bie­niem kolej­nego kroku na ścieżce pozna­nia cze­goś wię­cej z korzy­ścią dla sie­bie. Spró­bujmy więc pły­nąć z prą­dem i czerpmy z tego radość. Niech to będzie nasz wielki eks­pe­ry­ment.

Bo w osta­tecz­nym roz­ra­chunku cho­dzi o to, żeby się dowie­dzieć, co rze­czy­wi­ście lubisz robić, co dodaje ci ener­gii, jakie są twoje marze­nia i jakie jest twoje naj­praw­dziw­sze ja. Przy­go­tuj się więc i, mówiąc sło­wami mojego ojca, sta­raj się zacho­wać tę per­spek­tywę, gdy będziemy posu­wać się naprzód:

Nie bądź spięty, ale gotowy; nie myśl, ale i nie fan­ta­zjuj; nie bądź przy­go­to­wany na coś kon­kret­nego, ale pozo­stań ela­styczny. Cho­dzi o to, żebyś był w pełni żywy, świa­domy i czujny; gotowy na wszystko, co może nadejść…


1
Droga wody

Woda może pły­nąć szybko lub wolno, ale jej cel jest nie­unik­niony, a prze­zna­cze­nie pewne.

Sztuki walki były miło­ścią mojego ojca z wyboru. Od trzy­na­stego roku życia, gdy zaczął ćwi­czyć wing chun, aż do śmierci w wieku trzy­dzie­stu dwóch lat, ćwi­czył każ­dego dnia, bez wyjątku. O swo­jej pasji powie­dział: „Wszystko, czego się nauczy­łem, przy­swo­iłem poprzez upra­wia­nie sztuk walki”. Miał nie­zwy­kle bystry, prze­ni­kliwy umysł i czę­sto myślę, że to praw­dziwy łut szczę­ścia, iż taki umysł oddany był tre­nin­gowi tak skon­cen­tro­wa­nemu na aspek­cie fizycz­nym.

Jak się oka­zuje, sztuki walki są dosko­nałą meta­forą życia. Ist­nieje led­wie kilka dys­cy­plin, w któ­rych stawka jest tak oso­bi­sta i tak wysoka jak w walce. Bie­głość w sztu­kach walki to umie­jęt­ność kon­cen­tra­cji i wła­ści­wego reago­wa­nia w naj­trud­niej­szych oko­licz­no­ściach: w obli­czu fizycz­nej krzywdy. Gdy osią­gasz mistrzo­stwo, nie tylko sta­jesz do walki opa­no­wany i uzbro­jony w swoje umie­jęt­no­ści, ale sta­jesz się arty­stą ruchu, wyra­ża­ją­cym się z mocą w bez­po­śred­niej, roz­wi­ja­ją­cej się teraź­niej­szo­ści z abso­lutną swo­bodą i pew­no­ścią. Gdy zagro­żone jest twoje oso­bi­ste bez­pie­czeń­stwo lub samo życie, pozo­sta­nie czuj­nym, ruchli­wym i zręcz­nym jest ogrom­nym osią­gnię­ciem w sztuce pano­wa­nia nad sobą.

Filo­zo­fia ruchu Bruce’a Lee opie­rała na tym, w jaki spo­sób prze­ży­wał każdy aspekt życia. Zawsze szu­kał tego, co lubię nazy­wać „praw­dzi­wym”. Praw­dziwa walka. Praw­dziwe życie. Kon­cep­cje spraw­dzone w dzia­ła­niu, mające zasto­so­wa­nie w codzien­nym życiu. Nie kon­cen­tro­wał się na zdo­by­tych punk­tach ani na cel­nych, lecz nie­szko­dli­wych ude­rze­niach, jak to było wtedy w zwy­czaju na zawo­dach na wyso­kim pozio­mie. Nazwał ten rodzaj walki opar­tej na rywa­li­za­cji, z tak wie­loma zasa­dami doty­czą­cymi zdo­by­wa­nia punk­tów bez powo­do­wa­nia uszczerbku u prze­ciw­nika, „pły­wa­niem na sucho”.

Nie zna­czy to, że cho­dził po oko­licy, szu­ka­jąc oka­zji do bójki, cho­ciaż w swoim życiu sto­czył kilka praw­dzi­wych walk. Po pro­stu tre­no­wał. Choć sprzęt ochronny wyko­rzy­sty­wano w róż­nych dys­cy­pli­nach sportu, on był jed­nym z pierw­szych, któ­rzy zmie­nili prze­zna­cze­nie wielu nie­za­leż­nych ele­men­tów, aby stwo­rzyć praw­dziwy sprzęt spa­rin­gowy umoż­li­wia­jący wyko­rzy­sta­nie całego ciała w walce. Z ręka­wic base­bal­lo­wych zro­bił ręka­wice tre­ner­skie, spłasz­cza­jąc je i wypeł­nia­jąc watą. Wyko­rzy­stał po swo­jemu napier­śniki prze­zna­czone dla łapa­cza oraz sprzęt bok­ser­ski, a także ręka­wice do kendo. Ten rodzaj sprzętu spa­rin­go­wego ewo­lu­ował i jest obec­nie powszech­nie wyko­rzy­sty­wany, ale w latach sześć­dzie­sią­tych XX wieku jego uży­cie było nie­spo­ty­kane w chiń­skim kung-fu (lub jak mawiał mój ojciec w swoim ojczy­stym kan­toń­skim: „gung fu”).

Dzięki cięż­kiemu tre­nin­gowi fizycz­nemu i walce mój ojciec nie­ustan­nie prze­kła­dał swoje zasady z umy­słu na ciało – z pomy­słu na dzia­ła­nie. Więk­szość (a praw­do­po­dob­nie wszystko) tego, co postu­lo­wał w swo­jej filo­zo­fii, miało począ­tek w pra­gnie­niu sta­nia się odno­szą­cym suk­cesy mistrzem sztuk walki. Następ­nie, podob­nie jak w przy­padku wszyst­kich uni­wer­sal­nych zasad, w końcu zdał sobie sprawę, że prawa rzą­dzące sztu­kami walki mają sze­ro­kie i głę­bo­kie zasto­so­wa­nie – i bez­sprzecz­nie prze­kła­dają się na sztukę bycia czło­wie­kiem.

 

Ale zacznijmy od początku.