Ziemia pod jej stopamiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1. Pszczelarz

2. Melodie i cisze

3. Legendy Tracji

4. Wynalezienie muzyki

5. Koźle pieśni

6. Dez-orientacje

7. Więcej niż miłość

8. Decydujący moment

9. Błona

10. Czas czarownicy

11. Wyższa miłość

12. Manipulator

13. Na wyspie radosnej

14. Totalna katastrofa

15. Pod jej stopami

16. Wina divina

17. Mira

18. Dies irae

Podziękowania

Podziękowania od tłumacza

Słowniczek

Salman Rushdie w Rebisie

dla Milana

Pomnika nie stawiajcie. Niech różana

gałązka kwitnie dlań w corocznej chwale.

Bo to Orfeusz jest. Jego przemiana

w tym albo owym. Nie trudźmy się wcale

o innych imion dźwięk. Bo jeden tylko

śpiewa Orfeusz.

Rainer Maria Rilke, Sonety do Orfeusza,

przekład Mieczysława Jastruna

1. Pszczelarz

W ostatnim dniu życia – było to świętego Walentego 1989 roku – Wina Apsara zbudziła się z płaczem; legendarna piosenkarka śniła o składaniu ofiary z człowieka, a zamierzano poświęcić właśnie ją. Mężczyźni o gołych torsach, podobni do aktora Christophera Plummera, trzymali Winę za kostki i nadgarstki. Nagą, wijącą się rozciągnęli na oszlifowanym głazie, na którym wyryto wizerunek pierzastego węża; w rozdziawionej paszczy Quetzalcoatla widniało ściemniałe wgłębienie wyżłobione w kamieniu. Rozwarła usta, krzyczała co tchu w piersi, mimo to słyszała tylko ciche trzaskanie fleszy. Lecz zanim poderżnęli jej gardło, zanim w tej przerażającej czarze zapieniła się krew, jej krew – zdążyła otworzyć oczy. Mijało południe; Meksyk, miasto Guadalajara, bliżej nieznane łóżko, w nim bliżej nieznany, wpółmartwy, nagi Metys u jej boku, osobnik ledwie dwudziestoletni (później, po katastrofie, przedstawiany w niekończącej się serii depesz jako Raúl Páramo, playboy, spadkobierca pewnego popularnego w tych stronach barona budowlanego; hotel należał do jednej z korporacji owego potentata). Pociła się straszliwie, a z przewilgłych prześcieradeł bił odór niedorzecznych a żałosnych nocnych zmagań. Raúl Páramo był nieprzytomny, miał zbielałe wargi; ciałem wstrząsał raz po raz spazm łudząco podobny, zauważyła Wina, do jej własnej szamotaniny we śnie. Z tchawicy Raula zaczęły dobiegać przerażające odgłosy, jakby mu podrzynano gardło, a z niewidzialnej rany – przypominającej uśmiechnięte szkarłatne usta – buchnęła krew, jak do tamtej czary ze snu. Przerażona Wina wyskoczyła z łóżka i porwała ubranie: skórzane spodnie i stanik obszyty złotymi cekinami; poprzedniego wieczoru w tym kostiumie wyszła do finału, na estradę miejskiej hali zgromadzeń. Oddała się w rozpaczy i ze wzgardą temu nikomu, chłopakowi młodszemu od niej dwa razy, gdzie tam, jeszcze młodszemu, wybranemu na chybił trafił z kłębiącego się zawsze za sceną tłumu padalców: spomiędzy objuczonych bukietami pięknoduchów, magnatów przemysłowych, bossów narkotykowych, arystokratycznego motłochu, książąt tequili, zasobnych w limuzyny, szampana, kokainę, a może i w diamenty, którymi gotowi byli obdarować gwiazdę wieczoru.

Facet przedstawiał się, łasił, stroszył piórka, lecz nazwisko chłopaka ani stan konta nie ciekawiły Winy. Zerwała go sobie jak kwiatek, który się wetknie między zęby, wzięła jak danie na wynos, a potem wprawiła w panikę gwałtownością apetytów, bo jeszcze dobrze nie zatrzasnęły się drzwi limuzyny, a już dobrała się do niego jak do zastawionego stołu, przy czym obsadziła go w roli dania, nie czekając, aż kierowca podniesie przegrodę zapewniającą pasażerom prywatność. Później ów szofer z wielkim szacunkiem wyrażał się o jej ciele; pismaki podlewały go tequilą, a on szeptał jak o cudzie o jej żądlącej, drapieżnej nagości, bo w pale się nie mieści, że stuknął jej czwarty krzyżyk, chyba tam na górze ktoś chciał ją, normalnie, zachować, jaką stworzył. Wszystko bym zrobił dla takiej kobiety, zawodził kierowca, gdyby sobie zażyczyła, jechałbym dwieście na godzinę, wprost w betonową ścianę; gdyby zechciała umrzeć w ten sposób.

Naprawdę miała sporo szczęścia, że po tym, jak w chwili słabości – wpółrozebrana, odurzona, na chwiejnych nogach ruszyła przez korytarz dziesiątego piętra, zataczając się, brukając stopy farbą drukarską (bo po podłodze walały się jakieś gazety trąbiące o francuskich próbach nuklearnych na Pacyfiku i niepokojach politycznych w prowincji Chiapas, na południu), po tym jak zatrzasnęła za sobą drzwi (nie biorąc wcześniej klucza i nie kojarząc, że ciąg pokoi, który porzuca, to jej apartament) – wpadła wprost na mnie; na Umida Merchanta, szerzej znanego jako „Raj”, fotografa, jej, jakby powiedzieć, kompana z dawnych bombajskich czasów; teraz jedynego w promieniu tysiąca i jednej mili pstrykacza, który nie ślini się na myśl o sfotografowaniu jej w stanie malowniczego a skandalicznego rozmemłania (zdjęcie? na którym tak po mnie widać wiek? odpada!), jedynego złodzieja wizerunków, który by sobie nie przywłaszczył tandetnego i odstręczającego obrazka – bezradności, mętnego spojrzenia, za to z wyrazistymi workami pod oczami, z ufarbowaną na czerwono strzechą, splątaną, sztywną, drucianą, sterczącą jak dzięcioli czub, z tymi zachwycającymi ustami, trzęsącymi się teraz i niepewnymi, z pogłębianymi przez nielitościwy upływ czasu fiordzikami na krawędziach warg – istnego archetypu szalonej bogini rocka w pół drogi ku nieszczęściu, opuszczeniu i ruinie. To dla dobra tej trasy postanowiła przeobrazić się w rudzielca, bo w wieku czterdziestu czterech lat zaczynała od nowa, karierę solo, bez Niego; po raz pierwszy ruszyła bez Ormusa, więc nic dziwnego, że wciąż czuła się zagubiona, wyprowadzona z równowagi. I samotna. Nie da się ukryć. Publicznie czy prywatnie, jeśli nie z nim, to wszystko jedno z kim, trudno i darmo, zawsze będzie samotna.

Dez-orientacja: wyzbycie się Wschodu. I Ormusa Kamy, słońca Winy.

Nie nazwałbym tego ślepym trafem, że Wina wpadła akurat na mnie. Zawsze byłem pod ręką. Troszczyłem się. Czekałem na wezwanie. Gdyby zechciała, takich jak ja znalazłyby się dziesiątki, setki, tysiące. Wierzę jednak, że się nie znalazły. Lecz kiedy po raz ostatni wzywała pomocy, nie podążyłem na ratunek – i zginęła. Zgasła w połowie historii swego życia. Była niedokończoną piosenką, porzuconą melodią, której wzbroniono podążyć za słowami, zespolić się z nimi, wzbroniono sięgnąć po końcowy, wieńczący całość rym.

W dwie godziny po wyprowadzeniu Winy z bezdennej otchłani – ściślej: z hotelowego korytarza – lecieliśmy helikopterem do Tequili, gdzie don Ángel Cruz, dżentelmen słynący ze szczodrobliwości i gościnności – posiadacz ogromnej plantacji błękitnych agaw, legendarnej gorzelni Ángel, kontratenoru o niezrównanej słodyczy i skali oraz brzucha jak rotunda – miał wydać bankiet na jej cześć. Tymczasem przygodnego kochanka trzeba było zawieźć do szpitala, a skutki ataku, któremu biedny playboy uległ pod wpływem prochów, okazały się tragiczne; później – zważywszy, co przytrafiło się Winie – bez końca karmiono świat tym, co skrupulatni analitycy znaleźli w krwiobiegu denata, w żołądku, przewodzie pokarmowym, mosznie, oczodołach, wyrostku robaczkowym, włosach, słowem wszędzie z wyjątkiem mózgu, wyżartego przez narkotyki tak sumiennie, że niczego ciekawego się tam nie spodziewano; nikt też nie zdołał zrozumieć ostatnich słów playboya, wypowiedzianych w terminalnym delirium. Lecz w parę dni później, kiedy wiadomości już się jakoś rozprzestrzeniły po Internecie, pewien maniak z okolic San Francisco, z Castro – adres: <elrond@rivendel.com>, mania: fantasy – oświecił internautów: otóż, wyjaśniał, Raúl Páramo posłużył się był językiem orków, Czarną Mową, którą na użytek sług Czarnego Władcy Saurona stworzył pisarz Tolkien: Ash nazg durbatulûk, ash nazg gimbatul, ash nazg thrakatulûk agh burzum-ishi krimpatul. Zaraz potem po całej WWW rozpełzły się plotki na temat praktyk satanistycznych, a może i sauronistycznych. Podsuwano myśl, że kochanek-Metys był czcicielem szatana, krwawym sługą Podziemia i że ofiarował Winie Apsarze cenny, ale zdradliwy pierścień, który sprowadził na nią tę późniejszą katastrofę i pociągnął do Piekła. Bo Wina tymczasem przeistoczyła się w mit, czyli naczynie, które byle kretyn może napełniać głupotami, bądź – ujmijmy rzecz inaczej – w refleks kultury, która (jeśli już rozgryźć jej właściwości i nazwać po imieniu) najpełniej odzwierciedla się w zwłokach.

 

Jeden, by wszystkimi rządzić, Jeden, by wszystkie odnaleźć; Jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać1. W helikopterze lecącym do Tequili siedziałem obok Winy Apsary, lecz na jej palcach nie widniał żaden pierścień, tylko zawsze noszony selenit, traktowany jak talizman, ogniwo łączące z Ormusem Kamą, przypomnienie o jego miłości.

Świtę wyprawiła szosą; na towarzysza podniebnych peregrynacji wybrała tylko mnie.

– Spośród was wszystkich, sukinsyny, mogę zaufać tylko jemu – warknęła.

Ta żałosna menażeria wyruszyła godzinę przed nami: śliski jak wąż menago, hienowaty asystent, goryle z ochrony, paw stylista, jaszczurowaty rzecznik prasowy. Kiedy helikopter sfrunął nad karawanę, zaczęła się rozwiewać mroczna chmura spowijająca Winę jeszcze w chwili startu. Wina poleciła wykonać serię nalotów nad auta, coraz to niższych, widziałem, jak pilotowi oczy rozszerzają się ze strachu, za to źrenice zamieniają w czarne punkciki, w igły; był jednak pod jej urokiem jak wszyscy i robił, co kazała. To ja się wydzierałem do hełmofonu wyżej, leć wyżej, ale w słuchawkach rozlegał się jej śmiech, rodzierający bębenki jak łomot drzwi, którymi wiatr tłucze o ścianę. Chciałem powiedzieć, że się boję; spojrzałem w jej stronę, a wtedy zobaczyłem, że Wina płacze. Policjanci zaskakująco delikatnie obeszli się z Winą w scenie „Raúl Páramo przedobrzył”, zaledwie ostrzegli, że i ją może objąć dochodzenie. Wprawdzie w tym momencie prawnicy Winy ucięli dyskurs, ale ona sama wydawała się potem podminowana, wytrącona z równowagi; nadmiernie jaśniejąca – jak żarówka, jak supernowa, jak wszechświat – tuż przed eksplozją.

Kiedy znad kolumny pojazdów polecieliśmy nad wzgórza i doliny, pobłękitniałe jakby je osnuł dym, bo pokryte plantacjami agaw, nastrój Winy znów się zmienił; zaczęła chichotać do mikrofonu i upierać się, że wieziemy ją do miejscowości, której nie ma, do krainy zmyślonej, baśniowej, bo jak może istnieć osada o nazwie Tequila?

– …jakby się ktoś upierał, że whisky pochodzi z Whisky, a gin z Ginu – wykrzykiwała. – Czy w Rosji płynie rzeka Wódka? Czy rum pędzą w Rumie? – Głos Winy nagle przycichł, pociemniał, ledwie rozpoznawalny w łoskocie wirników. – A heroinę zsyłają herosi; jak już się nagrzać, to mieczem ognistym. – Kto wie, może asystowałem przy narodzinach piosenki.

Potem wypytywano pilotów o ów rajd helikopterowy, ale obaj lojalnie uchylili się od rozgłaszania szczegółów napowietrznego monologu, w którym Wina miotała się między euforią a rozpaczą.

– Była w pierwszorzędnym humorze – zapewnili. – A mówiła po angielsku, więc nic nie zrozumieliśmy.

Nie tylko po angielsku. Jedynie do mnie mogła paplać w tym tandetnym żargonie bombajskim, Mumbaj ki kaćrapati bat-ćit, w którym zdanie może się zacząć w jednym języku, potem przeskoczyć w inny, potem jeszcze inny, by skończyć się w tym pierwszym. Nazywaliśmy ten żargon, akronimicznie, hug-ma: hindi urdu gudźarati marathi angielski; „przytul-mnie”2. Tacy jak ja bombajczycy mówią pięcioma językami; każdym okropnie.

Z dala od Ormusa Kamy Wina odkrywała podczas tej trasy własne ograniczenia – w muzyce i tekstach. Nowe piosenki miały wyeksponować jej boski głos, owe schody do niebios, słowem wielooktawowy instrument godny Ymy Sumac, którego – jak zapewniała – Ormus nigdy w swych kompozycjach należycie nie wykorzystał. Lecz w salach Buenos Aires, São Paulo, Meksyku i Guadalajary publiczność reagowała na jej piosenki letnio, chociaż przy bębnach szaleli trzej kompletnie odmóżdżeni Brazylijczycy, a dwaj rywalizujący gitarzyści z Argentyny tylko czekali, by rzucić instrumenty i złapać za noże. Publiki nie wprawiały w ekstazę nawet gościnne produkcje Meksykanina Chico Estefana, przeciwnie, chirurgicznie upiększona twarz i baśniowo uzębione usta przechodzonego gwiazdora kierowały uwagę ku umykającej młodości Winy; na to samo wskazywał przeciętny wiek tłumu. Brakowało szczeniaków; w każdym razie mało ich było, grubo za mało.

Natomiast ryk zachwytu towarzyszył wszystkim starym hitom z repertuaru VTO; trudno i darmo, to właśnie w tych numerach szajba perkusistów przeistaczała się w coś boskiego, gitarzyści szybowali ku wyżynom, ich pojedynek nabierał wzniosłości, zdawało się nawet, że Estefan, stary rozpustnik, wraca pomiędzy ludzi z tych swoich pastwisk za górami. Wina Apsara śpiewała muzykę Ormusa Kamy do słów Ormusa Kamy, a na widowni ta garstka szczawi nagle rozdziawiała gęby, dostawała kota; w takt okrzyków przetaczających się jak grzmot wznosiły się tysiące rąk i – jak odrębny tłum, ożywiony tym samym rytmem – formowały w języku gestów nazwę owej przesławnej kapeli:

V! T! O!

V! T! O!

Mówili w ten sposób: Wróć do niego. Chcemy was widzieć razem. Nie odtrącajcie miłości. Nie rozchodźcie się, ale uzupełniajcie!

Vina To Ormus: Wina do Ormusa! Albo angielskie „nas dwoje”, we two, w przekładzie na język hug-ma: V-to. Albo Vertical-Take-Off – odlot wprost w niebo. A także nawiązanie do V-2. Albo inaczej: V – jako symbol pokoju, który zwycięży, T – jako skrót two, ich dwoje, a O – jako symbol miłOści, ich miłOści. Albo Victoria Terminus Orchestra, którą to nazwą Ormus składał hołd jednemu z największych budynków w swoim rodzinnym mieście. A może nazwa dawno temu wymyślona przez Winę na widok popsutej neonowej reklamy Vimto – pewnego staroświeckiego napoju orzeźwiającego – w której świeciły tylko trzy litery, bo środkowe „i” i „m” zgasły.

V… T… Ochhh.

V… T… Ochhh.

Dwa okrzyki i westchnienie. Orgazm. Erupcja przeszłości. I jej ślad: pierścień na palcu Winy. Może wiedziała, że musi do niej wrócić. Nie bacząc na mnie.

Suche, niemożliwie skwarne popołudnie; Wina przepadała za taką pogodą. Pilot oznajmił przed lądowaniem, że w okolicy nieznacznie zatrzęsła się ziemia, zapewnił jednak, że już po wszystkim, wstrząsy ustały, nie ma sensu niczego odwoływać. I zaklął po francusku.

– Po każdej takiej przymiarce wystarczy policzyć dni do pięciu: jeden, dwa, trzy, cztery, pięć i ziemia drży; masz jak w banku.

Posadził helikopter na zakurzonym boisku piłkarskim w środku miasteczka. Chyba cała tequilańska policja próbowała sobie poradzić z powstrzymywaniem tłumu. Kiedy Wina Apsara majestatycznie zstąpiła na ziemię (na co dzień księżna, w takiej sytuacji przeistaczała się w królową), fani zagrzmieli, po prostu wykrzykiwano Wiiiinaaaa, a wydłużanie samogłosek wyrażało najczystszą tęsknotę; który to raz upewniałem się, że mimo kosmicznych balang, mimo robienia widowiska z własnego życia, mimo gwiazdorskich zwapnień, mimo nakhr, nigdy nie wzbudzała niechęci; coś w jej zachowaniu rozbrajało ludzi, nie burzyła w nich żółci, przeciwnie, wrzało w nich jakieś cudowne bezwarunkowe uniesienie, jakby Wina była świeżo narodzonym dzieckiem, krew z krwi tej całej ziemi.

Nazwijmy to miłością.

Przez kordon przedzierali się malcy, uganiali za nimi spoceni gliniarze, tymczasem dwoma srebrzystymi bentleyami (odcień idealnie zharmonizowany z kolorem włosów właściciela) zajechał don Ángel Cruz, przepraszał, że nie witają nas arie, lecz ten nieszczęsny kurz, zawsze przeszkadza, fakt, ale teraz po wstrząsach wszędzie go pełno, zapraszam señora, zapraszam señor, pokasływał, osłaniał grzbietem dłoni usta, prowadził nas jak dobry pasterz do pierwszego bentleya, proszę wsiadać, ruszamy, rozpoczynamy program. Don Ángel usadowił się w drugim wozie, raz po raz ocierał twarz monumentalnymi chusteczkami, a w utrzymanie na niej szerokiego uśmiechu wkładał cały zapas wewnętrznych mocy. Widać było, że rola przykładnego gospodarza to maska, pod którą wzbierał niepokój.

Samochód ruszył ku plantacji.

– Gość panikuje – powiedziałem do Winy.

Wzruszyła ramionami. W październiku 1984 roku, kiedy testowała luksusowe auto na użytek promocyjnego wstępniaka dla „Vanity Fair”, przejeżdżała przez most nad Oakland Bay, z San Francisco na zachód. Tuż za mostem wysiadła na stacji benzynowej, by niemal zaraz zobaczyć, że wóz właśnie wzlatuje: stracił grunt pod kołami i zawisnął w powietrzu jak jakiś obiekt z przyszłości lub z filmu Powrót do przyszłości. W tym momencie most nad Oakland Bay przełamywał się jak zabawka. Nic dziwnego, że twardym tonem osoby obytej z kataklizmami powiedziała do mnie, przeciągając samogłoski:

– Nie trzęś mi ziemią pod stopami. – Na plantacji don Angela pracownicy przygotowali kowbojskie słomkowe kapelusze, mające chronić nas przed słońcem, a wirtuozi maczety tylko czekali, by rozpocząć pokaz siekania agaw na wielkie błękitne „ananasy”, dopasowane do gardzieli maszyny rozdrabniającej. – Nie strasz mnie tu richterami, Raj, bo już ćwiczyłam w tej skali.

Tymczasem zwierzętom pokiełbasiło się we łbach. Łaciate kundle skomlały i biegały w kółko, postękiwały konie. Ptactwo, zawsze tak skore do wieszczenia, wrzeszczało i krążyło nad nami. Wraz z wyczuwalnym wzmaganiem się aktywności sejsmicznej pod ziemią dworność gospodarza rosła, wręcz puchła; don Ángel Cruz oprowadzał nas po destylarni, to nasze tradycyjne drewniane kadzie, to lśniące cuda nowych technologii, niebywała wymierzona w przyszłość inwestycja, nasza kapitalna, kolosalna, bezcenna. Lęk sączył się teraz z niego najdosłowniej, na don Angela wystąpiły duże krople zjełczałego potu. Przemoczonymi chusteczkami bezwiednie poklepywał obszary dotknięte cuchnącym wysiękiem, a kiedy znaleźliśmy się w rozlewni i żal rozszerzył mu oczy – don Ángel dostrzegał teraz kruchość swego majątku: płynów opakowanych w szkło – obawa przed wstrząsem przyprawiła go o broczenie spod wilgotnych powiek.

– Od rozruchu tych maszyn sprzedaż francuskich win i innych trunków spadła o całe dwadzieścia procent – mamrotał, trzęsąc głową. – A korzyść odnoszą z tego nie tylko mieszkańcy Tequili, lecz nawet winnice w Chile. Wprost nie do wiary, jak skoczył popyt w eksporcie. – Przetarł oczy niepewnym ruchem. – Czy Bóg tak hojnie nas obdarzył, by potem odbierać dary? Czy musi wystawiać naszą wiarę na próbę? – Wpatrywał się w nas, jakby naprawdę sądził, że możemy coś wyjaśnić. Pojął, że nie doczeka się odpowiedzi, i nachylił się nad dłońmi Winy, przeistoczył w suplikanta na jej dworze, jakby jakaś konieczność popchnęła go do zbytniej poufałości. Wina ani próbowała oswobodzić się z uścisku. – Nie jestem człowiekiem złym – wyznał don Ángel błagalnym tonem, jakby się do niej modlił. – Jestem rzetelny wobec pracowników, dobry dla własnych dzieci, nawet dochowuję wierności żonie, wyjąwszy, proszę wybaczyć szczerość, parę nieważnych przygód sprzed lat dwudziestu, ale señora jest kobietą światową, wyrafinowaną, potrafi zrozumieć słabości wieku średniego. Więc dlaczego dożyłem takiej chwili? – Tu skłonił się, uwolnił jej ręce, a własne złożył i z lękiem położył na ustach.

Miała wprawę w udzielaniu rozgrzeszeń. Położyła mu na ramionach uwolnione dłonie i zaczęła mówić Tym Głosem, szeptać jak do kochanka, odprawiła to przerażające trzęsienie ziemi, postawiła je w kącie jak nieznośne dziecko i zabroniła przysparzać jakichkolwiek kłopotów znakomitemu don Angelowi, a jej głos miał taką moc czynienia cudów – bardziej jeszcze barwa niż słowa – że udręczony facet naprawdę przestał się pocić, a potem w przypływie radośniejszego samopoczucia – jeszcze z wahaniem, jak na próbę – uniósł anielską głowę i się uśmiechnął.

– I bardzo dobrze – powiedziała Wina Apsara. – A teraz zjedzmy lunch.

W starej hacjendzie – zarazem rodzinnej i firmowej – używanej teraz od wielkiego dzwonu, czekał na nas wielki stół w krużganku oskrzydlającym dziedziniec z fontanną, a na wejście Winy zagrała kapela mariachi. Zajechała kawalkada, z wozów wysypało się straszne rockowe zoo, rozwrzeszczane i spienione; ci miglance żłopali najlepsze roczniki tequili gospodarza jak piwo z puszki czy wino z kartonu i licytowali się wrażeniami z przejażdżki urozmaiconej przez podziemne wstrząsy: asystent nienawistnie syczał, jakby zamierzał zaskarżyć ziemię za niespolegliwość, w śmiechu menago pobrzmiewała uciecha, którą zazwyczaj okazywał podczas podpisywania nowych umów na haniebnie krwiopijczych warunkach, paw miotał się i powrzaskiwał, goryle wydawały monosylabiczne pomruki, argentyńscy gitarzyści jak zwykle skakali sobie do gardeł, a pałkerzy – ach, ci pałkerzy! – spychali w niepamięć własnego cykora i wiele serca wkładali w cykl solidnie podlanych tequilą, a nadawanych na cały regulator docinków pod adresem kapeli mariachi, której rozwścieczony frontman w srebrno-czarnym rynsztunku, sam blask, cisnął sombrero na ziemię i już był gotów sięgać po przytroczony do uda sześciostrzałowy rewolwer, aż wdał się w to don Ángel Cruz i uczynnie, w duchu dialogu i pojednania, zaproponował:

 

– Drodzy państwo, jeżeli pozwolicie, to chętnie coś zaśpiewam, by was zabawić.

Naturalny kontratenor uciszył wszelkie sprzeczki, jego iście nieziemska słodycz zawstydziła nas i odwiodła od małostkowości, jakbyśmy zasłuchali się w muzykę sfer. Don Ángel Cruz poczęstował nas Gluckiem, Trionfi Amore, a śpiewacy z zespołu mariachi odwalili kawał godnej szacunku roboty w roli chóru towarzyszącego Orfeuszowi.

Trionfi Amore!

E il mondo intiero

Serva all’impero

Della beltà.

Kompozytorzy i libreciści zawsze biedzili się nad niewesołym zakończeniem historii Orfeusza: ostateczną utratą Eurydyki, spowodowaną tym, że Orfeusz odwraca się i patrzy za siebie. Hej, Calzabigi, to ma być zakończenie? Co ty tu przysyłasz? Takiego snuja? Mam wyprawić publikę zu Hause z nosami na kwintę? Zrób z tym coś! Naprostuj! Odsmuć! Verstehe? Bez nerwów, Herr Gluck, bez agitato! Kumam. I nie widzę problemu. Będzie miłość. Silniejsza niż Hades! Czyniąca bogów litościwymi! Co pan na to, że babę jednak odeślą? „Odpuśćcie, chłopaki, bo facetowi już przez was odbija! Wielkie rzeczy, że sobie zerknął! Jeden jedyny raz!” A potem kochankowie zarządzają imprezę, ale jaką! Od kulisy do kulisy tańce i wino. W ten sposób ma pan wielki finał, a publika ze śpiewem na ustach wali do domu. Może być, Raniero. Tak trzymać… Nie ma sprawy, Willibald. Załatwione.

To właśnie był ów finał, ta machina do wymuszania owacji. Tryumf miłości nad śmiercią. Cały świat ulega władzy piękna. Ku zdumieniu zebranych, także mojemu, gwiazda rocka Wina Apsara wstała, by zaśpiewać obie partie sopranowe, Amora i Eurydyki, a muzyka i tekst zabrzmiały – jeśli coś może o tym powiedzieć laik – w sposób wręcz doskonały, aż w końcu wydawało się, że głos Winy samym tylko brzmieniem mówi w tej ekstazie spełnienia: pojąłeś, po co istnieję.

…E quel sospetto

Che il cor tormenta

Al fin diventa

Felicità.

Otóż to, udręczone serce nie odnajduje szczęścia ot tak sobie, nic podobnego; samo staje się szczęściem. Taka jest ta opowieść. Na tym polega ta aria.

Kiedy Wina skończyła śpiewać, zaczęło się trzęsienie ziemi, jakby wybuchła burza braw nagradzających występ. Pomnikowa martwa natura, jaką był bankiet: misy pełne owoców, dania, butelki najlepszej tequili Cruza, nawet sam stół bankietowy zaczęły podskakiwać i tańczyć w stylu iście disneyowskim, jakby nieruchome przedmioty ożywiła jakaś praktykantka, uczennica czarnoksiężnika, któraś z tych przemądrzałych myszy, a może jakby wprawił je w ruch sam śpiew Winy; jakby chciały się dołączyć do finałowej chaconne. Kiedy próbuję odtworzyć dokładnie kolejność zdarzeń, odnajduję w pamięci tylko niemy film. Tymczasem huk musiał ogłuszać. Nie wiem, gdzie mogło być głośniej, w metropolii diabłów i potępieńców, w pandemonium czy w tej meksykańskiej mieścinie – gdzie pęknięcia wyległy na budynki jak jaszczurki, a potem sunęły przez hacjendę don Angela niczym długie palce, rozdzierając mur jak zastawkę czy dekorację filmową, aż runął; gnaliśmy już wtedy w gwałtownie wznieconej chmurze kurzu przez rozchybotane ulice, wierzgające jak koń na rodeo; próbowaliśmy się ratować ucieczką gdzie oczy poniosą, byle przed siebie, podczas gdy w powietrze wzbijały się drzewa, ścieki tryskały jak fontanny, rozpryskiwały się domy, a na ziemię, jak deszcz, posypały się wraz z dachówkami zapomniane na strychach walizki.

A jednak pamiętam tylko ciszę, niemą grozę; ściślej – ciszę zdjęć, w czym nic dziwnego, bo moim zawodem jest fotografia i to nią się zająłem od pierwszych sekund trzęsienia. Myśli przelatujące mi przez głowę wywodziły się z prostokącików filmu, przesuwanego w tych moich starych kamerach, voigtländerze leice pentaksie; z kształtów i kolorów, które zarejestrowałem dzięki zbiegom okoliczności, dzięki odruchom i dzięki rzecz jasna umiejętności – lub nieumiejętności – z jaką udawało mi się – lub nie – kierować obiektyw we właściwą stronę we właściwej chwili. A w milczeniu, które uchwyciłem aparatem fotograficznym, tak jest, w milczeniu przyrody, twarzy, zwierząt, ciał kryło się coś odwiecznego: spętanie lękiem przed nieprzewidywalnym, przed męką i zgubą, tkwienie w szponach znienawidzonego przeistoczenia, mówiąc inaczej, utrwaliłem tę straszliwą ciszę, zapadającą w momencie, w którym pewien sposób życia zostaje unicestwiony i przemienia się w złoty wiek, w przeszłość już nigdy niedającą się w pełni odtworzyć; dodam: jeśli ktoś się już znalazł w zasięgu trzęsienia ziemi i nawet uniknął draśnięcia, wie i tak, że trzęsienie – jak zawał serca – pozostaje w piersi ziemi, przerażające, złowieszcze, nieprzejednane, zawsze gotowe wrócić i na nowo uderzyć, z jeszcze bardziej niszczycielską mocą.

Fotografia to decyzja moralna podejmowana w ciągu jednej ósmej, jednej szesnastej czy sto dwudziestej piątej sekundy. Mrugnijcie okiem; mrugnięcie migawki jest szybsze. Życie, polegające na dokonywaniu wyborów w ułamku sekundy, pędziłem między dawaniem świadectwa a podglądactwem, między wyżynami artyzmu a poziomem rynsztoka. Spoko, na tym to polega. Jakoś żyję, a opluto mnie i zwyzywano zaledwie kilkaset razy. Można wytrzymać. Nie przejmuję się wyzwiskami, martwią mnie raczej ludzie uzbrojeni po zęby. (Z zasady mężczyźni, te szwarcenegeroidy objuczone arcypukawami, maniakalni straceńcy o brodach jak szczotka klozetowa i niemowlęco gołej górnej wardze, lecz kiedy do tej roboty biorą się kobiety, bywa jeszcze gorzej).

Moim nałogiem są zdarzenia. Wyborów dokonuję naszprycowany biegiem zdarzeń. Zawsze lubiłem przywrzeć twarzą do spoconej, rozpalonej, potrzaskanej powierzchni tego, co się dzieje, i wszystko spijać otwartymi oczami, odłączywszy resztę zmysłów. Nie obchodziło mnie, czy coś śmierdzi, nie miewałem nudności, jeśli było oślizgłe, nie przejmowałem się, drodzy przyjaciele, czy wam zasmakuje, kiedy poliżecie, a nawet było mi wszystko jedno, czy rzeczywistość wrzeszczy czy siedzi cicho. Liczył się wygląd. Już od lat szukam uczuć i prawdy pod tą tylko postacią.

To Co Się Dzieje Naprawdę – póki człowiek jest w to wprasowany i nie pozwoli się oderwać, nic bardziej odlotowego. Powtarzam: nic.

Dawno temu wykształciłem w sobie dar niewidzialności. Pozwala mi wkraczać między postaci tragedii tego świata, chorych, konających, oszalałych, rozpaczających, bogatych, chciwych, pogrążonych w ekstazie, wyzutych ze wszystkiego, gniewnych, niosących śmierć, zakonspirowanych, złych, dzieci, dobrych, wartych zauważenia; pozwala wkraść się na czubkach palców w ich zaczarowane przestrzenie, w środek ich furii, bólu, transcendentnego podniecenia, penetrować to ich konkretne tu-i-teraz na świecie – i zrobić tę sakramencką fotę. Dar dematerializacji nieraz ratował mi życie. Kiedy słyszę: nie jedź pod lufy snajperów, nie pchaj się do kwatery watażków, lepiej omiń terytorium tej milicji, to nieodparcie mnie tam ciągnie. Po ostrzeżeniu: stamtąd nikt z kamerą nie wrócił żywy, natychmiast przekraczam punkt, zza którego nie można się już cofnąć. A kiedy wracam, ludzie patrzą na mnie jak na upiora i pytają, jak zdołałem tego dopiąć. Zamiast odpowiadać, kręcę głową. Bo prawdę mówiąc, często nie wiem. Gdybym wiedział, może nie byłbym w stanie tego robić, może bym padł w jakiejś rażonej spiekotą strefie walk. I może kiedyś mnie zatłuką. Nie wykluczam.

Jeżeli wgryźć się w problem, to najbliższe prawdy wyjaśnienie brzmi: umiem być mały. Psychicznie, nie fizycznie, bo jestem facetem sporym i masywnym. Ale wciągam na twarz uśmieszek nacechowany samolekceważeniem i kurczę się, zamieniam w czystą nieistotność. W ten sposób przekonuję snajpera, że nie jestem godzien jego kuli; mój styl bycia sprawia, że wojskowemu dyktatorowi ani w głowie skalać ostrze toporzyska moją nędzną krwią. Gotowi są uwierzyć, że nie zasługuję na ich przemoc. Może to działa dzięki szczerości, bo rzeczywiście, maleję we własnych oczach. Kiedy chcę sobie uprzytomnić, jak niewiele znaczę, umiem sięgnąć po pewne wspomnienia, odświeżyć pewne zaszłości. W ten sposób owa skromność na zamówienie, następstwo zdrożnej młodości, pomaga mi uchować skórę.

– Gówno prawda. – Wina Apsara patrzyła na to inaczej. – Jeszcze jeden chwyt na rwanie panienek.

Jeżeli chodzi o kobiety, zgoda, skromność popłaca. Lecz z kobietami tylko ją odgrywam. Miły i nieśmiały uśmiech, ustępliwa mowa ciała, no cóż, kobiety stają się tym bardziej natarczywe, im bardziej się cofam w tej zamszowej marynarce i wojskowych butach, z tym uśmiechem na przedgórzu łysiny (ile się nasłuchałem: co za piękna głowa!). W miłości dokonuje się podbojów przez odwrót. Lecz to, co ja uważam za miłość, a co na przykład uważa Ormus Kama, to rzeczy zupełnie różne, chociaż tak samo nazwane. Dla mnie miłość zawsze była kunsztem, ars amatoria: wpierw zbliżyć się, potem zarazić niepokojami, wzbudzić pragnienie, rozegrać pozorowane rozstanie i wreszcie nieśpieszny, nieuchronny powrót. Leniwa, zacieśniająca się radośnie spirala pożądania. Kama. Sztuka miłości.