Śpiąca królewna

Tekst
Z serii: Lew Archer
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Śpiąca królewna
Śpiąca królewna
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 23,98  19,18 
Śpiąca królewna
Śpiąca królewna
Audiobook
Czyta Masza Bogucka
3,99 
Szczegóły
Śpiąca królewna
Audiobook
Czyta Tomasz Ignaczak
24,99  17,74 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 9

Na wzgórzu nad nami rozległ się dźwięk telefonu, zupełnie jak gdyby wystrzał z rewolweru Smitha był ustalonym sygnałem. Zadzwonił trzy razy i umilkł. Tymczasem Smith dotarł już na szczyt wzniesienia, a ja deptałem mu po piętach.

Przystanęliśmy na betonowym pomoście wokół basenu obok domu. Z wnętrza doleciał nas męski głos, szorstki i napięty.

- A więc jednak kapitan jest w domu? – odezwałem się.

- Jest. Dostałem rozkaz, żeby mu nie przeszkadzać.

- Ale skoro już ktoś mu przeszkodził, pozwoli pan, że się z nim zobaczę?

- W jakiej sprawie?

- Laurel.

- Sam pan widział, że jej tu nie ma.

- Ale może to właśnie ona dzwoni.

- Zapytam go.

Otworzył kluczem rozsuwane szklane drzwi i wszedł do domu.

Ja zostałem na zewnątrz. Chodziłem tam i z powrotem koło basenu, próbując otrząsnąć się z poczucia frustracji. Na dowód, że pracowałem przez cały wieczór, mogłem przedstawić jedynie martwego szczura i uporczywą wizję Laurel, leżącej gdzieś z pustą fiolką pod ręką.

Z domu co pewien czas dolatywał głos kapitana; mówił jak przez sen, jak ktoś nieświadomy tego, co się dzieje. Potem usłyszałem Smitha. Podszedł do szklanych drzwi i odsunął je dokładnie na tyle, bym mógł się przecisnąć do środka.

- Kapitan powiedział, że pana przyjmie. Tylko niech go pan długo nie trzyma. Od dwóch dni prawie nie zmrużył oka.

Gospodarz siedział w piżamie przy biurku w gabinecie. Był szary i wymizerowany. W obwisłej twarzy z trudem rozpoznałem mężczyznę z wiszącej w szopie fotografii. Ścian gabinetu nie ozdabiały żadne zdjęcia.

Wstał i żwawo uścisnął mi rękę, nie udało mu się jednak wykrzesać nawet pozorów energii.

- Podobno jest pan prywatnym detektywem, panie Archer. Ale nie całkiem rozumiem, dla kogo pan właściwie pracuje.

- Dla Toma Russo, męża pańskiej siostrzenicy.

- Gdzie ona jest?

- Nie wiem. Uciekła z fiolką nembutalu...

- Gdzie i kiedy? – wpadł mi w słowo.

- Z mojego mieszkania w zachodnim Los Angeles, tuż przed ósmą wieczorem.

- Z kim wyszła?

- Sama.

- Na pewno? – Jego oczy świdrowały mnie z pomarszczonej przez słońce twarzy.

- Na ulicy mogła poprosić kogoś o podwiezienie.

- Więc twierdzi pan, że wsiadła do czyjegoś samochodu?

- Po prostu nie wykluczam takiej możliwości.

- Czyj to był samochód?

- Nie wiem. Nie mam pojęcia, czy w ogóle ktoś ją zabrał. Odwrócił się i przeszedł niewielki dystans dzielący go od końca pokoju. Jego bose stopy bezszelestnie poruszały się po dywanie. Potem wrócił, oskarżycielsko celując we mnie palcem.

- Po co pan tu przyszedł?

- Sprawdzam różne miejsca, dokąd mogłaby pójść. Dom jej męża. Byłem u jej przyjaciółki, Joyce Hampshire. Rozmawiałem z jej rodzicami.

- Kiedy?

Spojrzałem na zegarek. Było po jedenastej.

- W ciągu ostatnich dwóch godzin. Nie rozumiem natomiast celu pańskich pytań.

- Nie rozumie pan?

Kapitan stanął na palcach. Z nas trzech był najniższy. Smith o wiele przewyższał go wzrostem, ale w milczeniu stał na baczność, zgodnie z wojskową hierarchią, która w tym wypadku już dawno powinna przejść do historii.

- Zachowuje się pan dosyć tajemniczo, kapitanie.

- Tak? No to będę walił prosto z mostu. Zanim przejdziemy do dalszej rozmowy, chcę usłyszeć nazwisko kogoś, kto może za pana poręczyć. Kogoś, kogo znam osobiście albo kto cieszy się odpowiednią reputacją.

- O tej porze to będzie trudna sprawa.

- Sytuacja też jest trudna – odparował.

- Niech będzie. Zna pan Johna Truttwella z Pacific Point?

- Jako tako. Lepiej znam jego byłego wspólnika, Emersona Little’a. Tak się składa, że jest on doradcą prawnym mojej teściowej.

- Więc niech go pan o mnie spyta.

Kapitan usiadł za biurkiem, podniósł słuchawkę i złapał Emersona Little’a w domu. Po paru słowach wstępu zapytał go o zdanie na mój temat. Kiedy słuchał, co rozmówca ma mu do powiedzenia, jego twarz nie zmieniła wyrazu ani na jotę. W końcu podziękował i rozłączył się.

- Wystawił panu świadectwo zdrowia. Mam nadzieję, że wie, co mówi.

- Też na to liczę.

- Możliwe, że życie mojej siostrzenicy jest w niebezpieczeństwie.

- Zakładam, że tak.

Twarz Somerville’a skurczyła się jak pięść, którą wysunął ku mnie.

- Wiedział pan, że została uprowadzona?

- Nie.

- Porwano ją. Jej ojciec zaraz po powrocie do domu dostał wiadomość z żądaniem okupu.

- Na piśmie czy telefonicznie?

- Domyślam się, że przez telefon. Chodzi o znaczną sumę... dużo większą, niż on ma do dyspozycji.

- Ile?

- Sto tysięcy dolarów, w gotówce. A ponieważ Jack i Marian nie mają własnych pieniędzy, zwrócili się do jego matki. To właśnie ona, babka Laurel, dzwoniła do mnie kilka minut temu. Jack prosił, żeby nikomu nie mówiła, ale uznała, że lepiej się mnie poradzi. Można powiedzieć, że to ja jestem głową rodziny, chociaż wszedłem do niej poprzez małżeństwo.

Próżność, która przebijała z jego słów, jakoś nie licowała z troską o siostrzenicę. Siostrzenicę przez małżeństwo.

- Na kiedy trzeba zorganizować pieniądze? – zapytałem.

- Chcieli je dostać dziś w nocy. Ale to oczywiście niemożliwe, skoro żądają gotówki. Muszą nam dać więcej czasu.

- Odezwą się jeszcze?

- Domyślam się, że tak, dziś w nocy. Jack postara się ich namówić, żeby zaczekali przynajmniej do południa.

- Czy ma zamiar zawiadomić policję?

- Nie sądzę, ostrzegali go, żeby tego nie robił. Rozumie pan, ja z nim nie rozmawiałem. Znam to tylko z relacji teściowej. A Sylvia jest bardzo zmartwiona i mówi trochę nielogicznie.

- Ale jest gotowa wyłożyć pieniądze?

- Oczywiście, że tak. Ona przepada za Laurel. Podobnie jak my wszyscy. Pieniądze nie stanowią problemu.

- Ale mogą wyniknąć inne problemy. Zanim rodzina zapłaci okup, upewnijcie się, że porywacz czy porywacze rzeczywiście ją mają. I czy ona jeszcze żyje.

Somerville popatrzył na mnie z przestrachem.

- Ja osobiście nie mogę podjąć się takiego zadania. Mam pełne ręce roboty z tą ropą.

- Myśli pan, że ta katastrofa ma jakiś związek z tym, co przytrafiło się pańskiej siostrzenicy?

- Niezupełnie rozumiem. Pan uważa, że to robota jakiegoś maniakalnego obrońcy środowiska?

- Nic takiego nie sugeruję. Sam popieram ochronę środowiska. Popierała ją też... – Urwałem, bo zdałem sobie sprawę, że zaczynam wierzyć, iż Laurel nie żyje, i poprawiłem się szybko: - Pańska siostrzenica też ją popiera.

- Więc co konkretnie miał pan na myśli? – zapytał.

- W tym tygodniu wasza rodzina jest na ustach wszystkich.

Jedni mówią dobrze, inni źle. Wczoraj wieczorem pan i ojciec Laurel występowaliście razem w telewizji. Jego zdjęcie trafiło do gazet.

- Ale Laurel nie pokazywali.

- Nie. Tylko że w nią najłatwiej uderzyć. I to ona zniknęła.

- Kto zniknął? – dobiegł kobiecy głos z korytarza.

Obok stojącego w drzwiach Smitha przecisnęła się dobrze utrzymana kobieta; wyglądała, jakby ubierała się w pośpiechu i nawet nie uczesała blond włosów. Kapitan Somerville wstał zza biurka.

- Wieczorem ktoś uprowadził Laurel. – Podał jej garść szczegółów: wysokość okupu, fakt, że Sylvia zgodziła się zapłacić. Potem odwrócił się do mnie. – To jest pan Archer, prywatny detektyw. Właśnie miałem go prosić o pomoc w tej sprawie. Widział się z Laurel wieczorem.

Kobieta obrzuciła mnie przeciągłym spojrzeniem i podała mi rękę.

- Jestem Elizabeth Somerville, ciotka Laurel.

Piękny układ kości twarzy zdradzał jej podobieństwo do brata, Jacka. Ale oczy miała zupełnie inne, i to one były jej największym atutem. Niebieskie, szczere, kryły w swej głębi wszystkie ludzkie uczucia, nie wyłączając bólu.

- Jak pan ją spotkał?

Opowiedziałem jej wszystko, nie pomijając pastylek nasennych.

- Biedactwo. Czy może jej pan jakoś pomóc, panie Archer? I nam?

- Spróbuję. Będzie mi potrzebna współpraca pani brata.

- Jestem pewna, że panu nie odmówi.

Myliła się. Kiedy Somerville zadzwonił do jej brata do Pacific Point, ten nie chciał go słuchać. Wszyscy w gabinecie słyszeliśmy wściekłe wrzaski Jacka po drugiej stronie sznura.

Kapitan z trzaskiem odłożył słuchawkę.

- Jack nie chce ze mną rozmawiać. Powiedział, żeby mu nie blokować linii. Nie życzy sobie, żeby ktokolwiek się wtrącał.

- Nic z tego – zaprotestowała Elizabeth Somerville. – Nie wierzę, że Jack sam sobie z tym poradzi. Jest roztrzęsiony, słyszałam to w jego głosie, a w takim stanie mój brat podejmuje błędne decyzje.

- Ja nie mogę tam teraz pojechać – oświadczył jej mąż płaczliwym głosem. – Przez ostatnie dwa dni spałem niecałe dwie godziny, a jutro czeka mnie naprawdę ciężki dzień. Podejmujemy próbę zatamowania wycieku.

Żona przyglądała mu się z mieszanymi uczuciami na urodziwej twarzy; litość, a zarazem niecierpliwość w jej spojrzeniu uświadomiły mi, że jest o wiele młodsza od męża.

- A co z ochroniarzami w waszej firmie? – zapytałem. – Może by tak z nich skorzystać?

- Chyba dałoby się zrobić – przyznał kapitan, ale jego żona sprzeciwiła się:

- Nie. To kiepski pomysł.

Zapytałem ją dlaczego.

- Dlatego, że mój ojciec wciąż jeszcze jest szefem firmy. Za parę godzin dowiedziałby się o porwaniu, a moim zdaniem nie wolno do tego dopuścić. Przynajmniej dopóki się to nie skończy i Laurel nie będzie bezpieczna.

- Czy pani ojciec jest stary?

 

- Bardzo, chociaż się do tego nie przyznaje. I ma już za sobą jeden atak serca, w dodatku ciężki. Zawiezie mnie pan do Pacific Point, panie Archer? Jack mnie posłucha i jestem pewna, że będzie z panem współpracował.

Ja, na ile zdążyłem go poznać, nie byłem tego taki pewny, ale odparłem, że pojadę.

- A co ze mną? – spytał kapitan Somerville.

- Wracaj do łóżka – poleciła mu żona. – Smith się tobą zajmie.

Prawda, Smith?

Stojący przy drzwiach Murzyn przerwał milczenie.

- Naturalnie, pani Somerville.

Przyjrzała mu się uważnie.

- Co to za strzał mnie obudził?

- W kotłowni był szczur – wyjaśnił, wyraźnie speszony.

- Przecież zabroniłam ci do nich strzelać. Zastawiaj pułapki, jeśli już ci tak przeszkadzają.

- Tak jest, proszę pani. Spróbuję.

- Zrób to! – przykazała.

Kapitan odchrząknął i odezwał się surowszym niż dotychczas głosem:

- Smith przyjmuje rozkazy tylko ode mnie, Elizabeth. Nie zapominaj o tym.

W ogóle nie dała po sobie poznać, że go usłyszała. Obaj mężczyźni popatrzyli na siebie za jej plecami i uśmiechnęli się lekko. Odniosłem wrażenie, że ich związek jest dużo silniejszy niż małżeństwo kapitana i że ona nie ma do niego wstępu.

Przed wyjściem spróbowałem zadzwonić do Toma Russo. Telefon domowy nie odpowiadał, apteka zaś była już zamknięta.

Rozdział 10

Elizabeth Somerville podeszła do drzwi frontowych w żółtawych norkach, dobranych pod kolor jej blond włosów. Biorąc pod uwagę cel naszego wyjazdu, moim zdaniem była zbyt wystrojona. Zapewne wyczytała to w moich oczach, bo cofnęła się w głąb domu i wróciła w zwykłym ciemnym płaszczu.

- Moja rodzina ma fatalną skłonność do ostentacji – powiedziała w samochodzie.

- W tym płaszczu jest pani jeszcze bardziej do twarzy.

- Dziękuję... bardzo panu dziękuję. – Powiedziała to tak poważnie, jak gdyby od dawna już nie usłyszała komplementu.

W spokojnym, pozbawionym napięcia milczeniu zjeżdżaliśmy ze wzgórza. Polubiłem tę kobietę od pierwszego wejrzenia, tak samo jak Laurel i z takich samych zresztą powodów: ich szczerości, pełnej pasji bezpośredniości i zatroskania. Tyle że Laurel była dziewczyną z kłopotami, a siedząca obok mnie kobieta wydawała się mieć wszystko pod kontrolą.

Może z wyjątkiem małżeństwa, o czym zresztą chyba właśnie rozmyślała.

- Nie mam zamiaru niczego wyjaśniać ani przepraszać. Ale zapewne my wszyscy wydajemy się panu dosyć dziwni. Ta okropna katastrofa z ropą spowodowała rodzinny kryzys, a do tego jeszcze ta historia z Laurel... – Odetchnęła głęboko.

Skręciłem w oświetlony bulwar, w kierunku autostrady San Diego.

- Wiem, co pani czuje.

- Niby skąd?

- W sytuacjach kryzysowych ludzie szybko się poznają. To znaczy, jeśli są odpowiednie składniki.

- Składniki do bomby atomowej?

Zerknąłem z ukosa na jej twarz. Uśmiechała się jak kotka.

- Nie sądzę, żeby między nami doszło do wybuchu – powiedziałem. – Ale proszę mnie źle nie zrozumieć... nie wątpię, że jest pani równie wybuchowa jak Laurel.

- Naprawdę? Pan uważa, że jestem podobna do Laurel? – W jej głosie zabrzmiało zadowolenie i rozczarowanie zarazem. – Podobno ciotka i siostrzenica mają około trzydzieści procent wspólnych genów... niemal tyle co matka i córka. A ja ją traktuję jak córkę. – Nachyliła się ku mnie. – Co się z nią stało?

- Nie wiem. Moim zdaniem była gotowa niemal na wszystko no i była na skraju załamania nerwowego. Nie wysuwam tego jako teorii, po prostu rzucam myśl, ale nie zdziwiłbym się, gdyby do tego porwania doszło całkiem przypadkowo. Możliwe, że ktoś ją rozpoznał, zauważył, że jest zupełnie bezbronna, i zgarnął ją z ulicy. Mógł to być ktoś, kogo znała. Mogła z nim nawet pojechać z własnej woli.

- Nie sugeruje pan chyba, że ona bierze udział w tej próbie wymuszenia pieniędzy?

- Nie, choć nie jest to wykluczone. – Pomyślałem o incydencie w Las Vegas, kiedy Laurel miała piętnaście lat, o czym powiedziała mi Joyce Hampshire. Postanowiłem nie wspominać o tym Elizabeth.

- Ale ona nie miałaby powodu. Pieniądze jej nie interesują. A gdyby nawet, to w każdej chwili mogłaby je dostać od moich rodziców.

- A nie od swoich?

- Na co dzień Jack i Marian nie dysponują większymi pieniędzmi. Oczywiście, firma płaci Jackowi bardzo godziwą pensję, ale żyją na wysokiej stopie, może nawet ponad stan. Co nie znaczy, że nie daliby rady zebrać pieniędzy dla Laurel, gdyby zaistniała taka potrzeba.

- Wymuszenie okupu nie zawsze ma na celu zdobycie pieniędzy, chociaż porywaczowi może się tak wydawać. Naprawdę jednak chodzi mu o swego rodzaju satysfakcję emocjonalną. O odegranie się za doznane krzywdy. Czy Laurel byłoby stać na coś takiego w stosunku do rodziców?

- Nie wiem. Bez dwóch zdań, mieli z nią mnóstwo kłopotów. A ona z nimi – dodała ostrożnie.

- Małżeństwo Jacka i Marian nie jest usłane różami. Ale wszyscy troje są ze sobą bardzo zżyci. Przypuszczam, że ich stosunki można by określić jako mieszaninę miłości i nienawiści. Odi et amo. Excrucior.

- Co to znaczy?

- „Kocham i nienawidzę. To boli”. Mój własny przekład z Catullusa. Wydrukowali go w szkolnym roczniku w River Valley.

- Laurel chodziła do tej samej szkoły.

- Tak. Sporo pan o niej wie.

- O wiele za mało. Nie miałem okazji wypytać jej męża. Był w pracy.

- Od niego i tak niewiele by się pan dowiedział – stwierdziła z lekką pogardą.

- Dlaczego pani tak mówi?

- Bo tak naprawdę on jej wcale nie zna. Niby skąd, przy takim pochodzeniu? Spędziłam z nimi trochę czasu i jeśli kiedykolwiek widziałam niedobrane małżeństwo...

- Wydaje się, że on ją kocha – wtrąciłem.

- Cokolwiek to oznacza – skwitowała. – Dla Toma Laurel jest istotą z fantastycznego romansu. Traktuje ją jak królewnę z bajki. A ona naprawdę zasługuje na coś lepszego.

Zaskoczyła mnie gorycz w jej głosie. Ciekaw byłem, czy mówi tylko o małżeństwie bratanicy, czy także o swoim.

- A co Laurel czuła... co czuje do niego? I co pani czuje do swojego męża, pani Somerville?

- Sądzę, że na swój sposób kochała go i była mu wdzięczna. Ona niełatwo nawiązuje bliskie kontakty z ludźmi, zwłaszcza z mężczyznami. Ale naprawdę powinna trafić na kogoś lepszego niż Tom Russo. To wyjątkowa dziewczyna. Gdyby trafiła na kogoś równego sobie, nigdy by nie doszło do czegoś tak strasznego.

- A według pani co się właściwie wydarzyło?

- Nie mam pojęcia. – Potrząsnęła głową. W jej powiewających włosach odbiły się światła jadącego za nami samochodu. – Po tym, co pan powiedział na temat możliwości jej udziału w tym wszystkim, raczej nie powinnam się wdawać w spekulacje.

- Ja też tylko spekulowałem.

- No myślę!

- Uważam jednak, że należy poruszyć tę kwestię. Nie sugeruję, że pomysł wyszedł od Laurel. W najgorszym wypadku dała się tylko namówić.

- Ale po co?

- Chciała uciec, za wszelką cenę, więc odpowiadał jej każdy rodzaj ucieczki. Załóżmy, że pojechała z kimś, kto zażądał od jej rodziców okupu, obojętne, czy za jej wiedzą, czy nie... To wcale nie oznacza, że nie grozi jej niebezpieczeństwo. Wręcz przeciwnie.

- Chodzi panu o to, że on może ją zabić właśnie dlatego, że go zna?

- Otóż to. On albo oni.

- Ale przecież pan to sobie tylko wyobraża – stwierdziła z udawanym lekceważeniem.

- A co innego mi pozostaje? Mówiłem, że nie przedstawiam konkretnej teorii, tylko rozmaite możliwości. Pani najwyraźniej traktuje je bardzo serio. Ja też. Proszę pamiętać, że spędziłem z nią trochę czasu, zanim uciekła. Była otwarta na wszelkie możliwości, gotowa na wszystko. I jeśli trafiła na kogoś w podobnym stanie ducha...

- To składniki bomby atomowej się zderzyły? – dokończyła poważnie.

Wjechaliśmy na ciemną o północy autostradę. Przeszyła mnie dojmująca świadomość tego, że zaledwie kilka godzin wcześniej wiozłem tędy Laurel.

- A skoro już mówimy o bombach – odezwała się Elizabeth takim tonem, jak gdyby chciała zmienić temat – ta kwestia pojawia się dziś nie po raz pierwszy. Mój mąż wieczorem też mówił o bombardowaniu, zanim nie namówiłam go, żeby położył się spać. Wiem, że histeryzowanie podobno mężczyznom nie przystoi, ale on był bardzo bliski histerii. Oczywiście, przeszedł dużo więcej niż ja, zwłaszcza w ostatnich dniach. Biorę to pod uwagę, a także fakt, że jest znacznie starszy.

Wyglądała, jakby sama ze sobą toczyła spokojną dyskusję na temat męskości męża.

- A o co chodziło z tym bombardowaniem?

- Nie ma o czym mówić. Gdyby to powiedział ktokolwiek inny, roześmiałabym mu się w twarz. Ale Ben wpadł na zwariowany pomysł, że nasz szyb zaczął przeciekać, bo jakiś wróg podłożył na dnie morza małą bombkę atomową. Naturalnie, był bardzo zmęczony i nie wolno mu pić...

- Wróg Stanów Zjednoczonych? – wtrąciłem.

- Aż tak daleko się nie posunął. Jakiś wróg osobisty albo ktoś wrogo nastawiony do firmy. Ewentualnie ktoś, kto chciał skompromitować całą branżę naftową.

- A czy to niemożliwe?

- Nie – odparła stanowczo. – Moim zdaniem mąż wpadł w lekką paranoję. Nic dziwnego. To wrażliwy człowiek i wiem, że czuje się potwornie winny. Sam mi kiedyś wyznał, że z powodu swojej wrażliwości nie nadaje się na oficera marynarki wojennej. Powiedział, że zdał sobie z tego sprawę, kiedy zobaczył oficjalne zdjęcia Tokio po zrzuceniu na nie bomb zapalających. Był przerażony.

- Czy on brał udział w bombardowaniu Tokio?

- Nie, nie w tym rzecz. Chodzi o to, że ta sprawa z ropą to nie jest jego pierwsza klęska. To druga, za którą... za którą przypisuje mu się winę. Pod Okinawą na jego jednostce, „Canaan Sound”, wybuchł pożar. Okręt został zniszczony, a część załogi zginęła.

- Czy doszło do tego wskutek jego błędu?

- Ben był kapitanem. Jako dowódca naturalnie wziął całą winę na siebie. Ale nigdy o tym nie mówi. Jack też nie. Nie sądzę, żeby któryś z nich wiedział, co spowodowało pożar.

- Pani brat też służył na pokładzie „Canaan Sound”?

- Tak. Jack był młodym oficerem, zaraz po szkole łączności. Ben załatwił mu przydział na swój okręt, żeby go wziąć pod swoje skrzydła. Niestety, jego skrzydła nie okazały się zbyt opiekuńcze. Jack odsłużył może ze dwa tygodnie, kiedy lotniskowiec został wysłany na Okinawę i spłonął. I to był koniec służby Jacka na morzu i koniec kariery wojskowej mojego męża.

- To znaczy, że wyrzucili go z marynarki?

- Niezupełnie. Oddelegowali go do roboty na lądzie, nad Wielkimi Jeziorami. Ben jej nie znosił. Ja też. Ale dla niego było to dużo trudniejsze niż dla mnie. Kiedy za niego wychodziłam, był potwornie ambitny. Mawiał, że pewnego dnia zostanie głównodowodzącym floty na Pacyfiku. Praca nad Wielkimi Jeziorami prowadziła donikąd, bo taki też był zamysł przeniesienia Bena. Więc gdy tylko wojna się skończyła, zrezygnował ze służby w marynarce. Na szczęście był moim mężem, a mój ojciec przyjął go do firmy.

Jej głos podświadomie dostosował się do rytmu powracających wspomnień. Wiedziała, że siedzę obok niej, i to pozwalało jej mówić, ale ona nie zwracała się tylko do mnie. Raczej opowiadała sobie swoje życie i sprawdzała, jak to brzmi.

- Czy ta katastrofa oznacza koniec kariery pani męża w branży naftowej?

- Nie wiem. Ale czuję, że dla mnie oznacza to koniec wielu rzeczy.

Jej głos ucichł i stał się niesłyszalny, lecz czułem jego spokojny rytm w jej myślach. Po jakimś czasie znów ją usłyszałem:

- Niestety, mój ojciec się od nas odwrócił. Rozczarowaliśmy go, bo nie mamy dzieci. A teraz wziął sobie kobietę, Connie Hapgood. Była nauczycielką w szkole River Valley i jest młodsza ode mnie... Młodsza niż ja byłam kiedykolwiek – dorzuciła z cierpkim i gniewnym poczuciem humoru. – Ojciec dawno przekroczył siedemdziesiątkę, ale chce się z nią żenić, jak tylko załatwi rozwód z matką. Przebąkuje nawet o założeniu nowej rodziny.

- Z samego gadania nic złego jeszcze nie wynika.

- Ale on to mówi całkiem poważnie. Dał się przekonać tej kobiecie, że może jeszcze rozpocząć drugie życie. A ona, oczywiście, stanie na głowie, żeby zwolnili Bena i żeby mogła wpakować na jego miejsce swoich ludzi. Plotkowano o tym jeszcze przed katastrofą, a skoro już do niej doszło, obawiam się, że Ben jest skończony.

- Ale ten wyciek to przecież czysty przypadek, prawda?

- Na pewno. Oczywiście. Ale ojciec wszystkim obciąży Bena. On zawsze musiał mieć pod ręką kogoś, na kogo można zrzucić winę.

 

Ostatnie zdanie wypowiedziała ciężkim, zimnym tonem, jakby zawierało całe jej dotychczasowe życie w pigułce. Po chwili dorzuciła:

- Jedna z planet - nie pamiętam, która - potrzebuje na okrążenie Słońca coś koło stu sześćdziesięciu pięciu lat. To dopiero długi rok, co? Wygląda na to, że właśnie taki rok przeżywa teraz nasza rodzina.

- Neptun?

- Może i Neptun. Był bogiem morza, prawda? Może to on wpadł w gniew i wysadził nasz szyb? Tylko niech pan nie podsuwa takiej teorii mojemu mężowi! Uwierzyłby w nią od razu.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?