Żałobnica

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

TERAZ

Taksówka zjeżdża do podziemnej hali garażowej, w której czekam od kilku minut. Silnik pracuje miarowo, ale głośno, bo w niskiej przestrzeni dźwięk nie ma dokąd uciec. Światła reflektorów prześlizgują się po ścianie, po czym nieruchomieją. Stojące w rzędzie samochody rzucają wielkie cienie, które łamią się na ścianie i suficie.

Moje szpilki wystukują rytm, a trzask drzwi brzmi, jakby dobiegał z głośników o dużej mocy.

– Dokąd? – pyta przez ramię łysy, krępy mężczyzna z długą siwą brodą i okularami rogowymi na nosie.

Podaję adres i zapinam pas.

Kierowca nie nawraca, wycofuje się, spoglądając w boczne lusterka, i tak wyjeżdżamy z podziemi.

Być może ostrożność jest posunięta za daleko, bo z okna nie zauważyłam auta detektywa. Ale zapadł zmierzch. Niewykluczone, że zniknął, przestawił wóz i jednak pojedzie za nami.

Lękam się takich myśli.

Na desce rozdzielczej zauważam kilka urządzeń i zwieszające się z nich kable. W zagłębieniu, w pobliżu dźwigni zmiany biegów, tkwi fajka z pękatą drewnianą główką i czarnym ustnikiem wygiętym jak łuk. Obok stoi puszka tytoniu.

Taksówkarz ma w sobie niezwykły spokój. Czasami napotykam jego wzrok we wstecznym lusterku. Nie odzywa się pierwszy, nie próbuje na siłę zagadać, celebruje milczenie. W tle szemrze radio.

Umówiłam się z Marcinem w Grande Cafe w Rynku Staromiejskim. Są tam dwa lokale tej samej marki, ale wybieram ten w pobliżu ulicy Świętego Ducha, z piwniczną salą, w której możemy się zaszyć.

Zerkam na zegarek i wiem, że powinien już tam być. Celowo się spóźniam, bo chcę, żeby detektyw, jeśli wciąż jest o krok za mną, nie zauważył Marcina. Niekiedy sprawy wymagają ostrożności. Dlatego od pewnego czasu nie spotykamy się u niego. Wolimy neutralny grunt: pokój hotelowy, przebieralnię w sklepie w galerii handlowej.

Odwracam głowę i zerkam przez tylną szybę. Powtarzam to bezwiednie co jakiś czas.

Taksówka sunie wolno po moście w stronę starówki, która wyłania się zza drzew Kępy Bazarowej. Ten widok oczarowuje mnie od lat: pomarańczowy blask, iluminacja zabytkowej linii murów miejskich, a w głębi – gotyckie wieże kościołów, dziś skąpane w deszczu. Patrzę przez okno i dopiero po chwili zauważam krople, które przysiadły na szybie i drżą w podmuchach wiatru, spływają, łapiąc się jedna drugiej i uciekając szybkimi zygzakami.

Opieram głowę na zagłówku i zastanawiam się, co dalej będzie z moim życiem, z Marcinem, ze śmiercią Piotra i Roksany – śmiercią, która mnie naznacza, jak tatuaż, na zawsze. Myślę też o tym, kiedy Gocha odpuści, kiedy uzna, że detektyw nie jest do niczego potrzebny. W zasadzie nie wiem, komu i co próbuje udowodnić.

Opony terkoczą na bruku, jedziemy wzdłuż Fosy Staromiejskiej, w pobliżu biura, w którym pracuję i w którym zdradzałam męża, po czym przejeżdżamy tuż obok „okrąglaka”, aresztu z żółtej cegły, i skręcamy w Piekary. Przepuszczamy kilkoro pieszych, którzy wolno przechodzą przez jezdnię, po czym ruszamy dalej i skręcamy dwukrotnie w lewo. Na końcu tej drogi wyrasta boczna ściana kościoła Świętego Ducha. Kierowca zatrzymuje się i włącza światło wewnątrz pojazdu.

– Osiemnaście pięćdziesiąt – mówi, a potem spogląda przez ramię w moją stronę. – Kartą czy gotówką?

Sięgam po portmonetkę i podaję banknot.

Widzę jego spojrzenie znad okularów.

– Mogę na panią zaczekać.

– Nie, dziękuję. – Staram się uśmiechnąć uprzejmie, po czym nagle zastanawiam się, czy nie jest to wyraz troski, czy mężczyzna czegoś nie zauważył. – Ktoś za nami jechał? – Próbuję ukryć niepokój.

– Nie sądzę. Często zerkałem w lusterko wsteczne.

Nic nie mówię.

– Rzadko zdarza mi się zjeżdżać do garażu po klientów. – Tym razem to on się uśmiecha. W jego oczach dostrzegam spokój.

Maszynka wypluwa wąski paragon.

Brodacz odrywa go i podaje mi wraz z wizytówką.

Jan Ogiński.

Chowam ją do torebki i otwieram drzwi. Szum deszczu staje się wyraźny.

– Proszę dzwonić, jakby co – dodaje, gdy stoję już na zewnątrz. – Do zobaczenia, pani Aniu.

Krople spadają mi na kaptur.

Pochylam się, zginam kark i skręcam przy narożnej kamienicy w prawo.

Deszcz siecze płyty chodnikowe, pokryte cienkim filmem wody, w którym co rusz powstają i znikają okręgi.

Wchodzę do wąskiej, gwarnej kawiarni, zrzucam kaptur z głowy i czekam w kolejce, po czym nagle dociera do mnie, że taksówkarz znał moje imię.

– Halo, co dla pani? – Uśmiechnięta dziewczyna za barem powtarza pytanie.

– Herbatę rozgrzewającą poproszę.

– Coś słodkiego?

Kręcę głową. Płacę i kieruję się w głąb lokalu, w stronę schodów prowadzących do piwnicy.

W sali po lewej, w której znajduje się regał z książkami, nie ma Marcina, więc zerkam do drugiej.

I niemal natychmiast chcę stamtąd uciec.

W głębokim fotelu przy jedynym zajętym stoliku siedzi ktoś, kogo nie miałam zamiaru dziś spotkać.

Wiktor Rutecki uśmiecha się do mnie triumfująco i zaprasza gestem do siebie.

WCZEŚNIEJ

Zachodzące słońce kładło długie cienie, a upalne temperatury ustępowały powoli wieczornemu chłodowi, gnanemu przez narastający wiatr.

Tego dnia, pod koniec wakacji, Piotr wybrał się z Roksaną do kina na Ant-Mana i Osę, chociaż namawiałam go, żebyśmy poszli we dwoje na drugą część Mamma Mia.

Już wiedziałam, że jestem na przegranej pozycji, ale na podstawie takich drobnych przesłanek racjonalizowałam swoją zdradę.

Zamiast jednak zostać w domu, pojechałam z nimi do Plazy, bo Gocha zaprosiła mnie na kawę.

Usiadłyśmy w wygrodzonej przestrzeni Costa Coffee. Zastanawiałam się tylko nad tym, czy Piotr zna powód naszego spotkania. Kiedy się żegnaliśmy i kiedy odprowadzałam wzrokiem i jego, i Roksanę, wjeżdżających schodami ruchomymi na piętro do Cinema City, nie wydawał mi się w żadnej mierze spięty.

Tym chętniej zajęłam miejsce naprzeciwko Gochy i upiłam łyk kawy.

Siostra męża rozejrzała się dyskretnie wokół.

– Ależ oni się na ciebie gapią – powiedziała z tajemniczym uśmiechem.

Fakt, podchwyciłam kilka spojrzeń przechodzących nieopodal mężczyzn.

Włosy spięłam w kitkę, a odsłonięta długa szyja i bluzka z głębokim dekoltem, na którym połyskiwał złoty łańcuszek z krzyżykiem, robiły swoje.

– Nie przesadzaj. – Machnęłam ręką.

Gocha nadal się uśmiechała, ale chowała dłonie pod stołem. Wyczekiwała. I dało się to zauważyć.

Spojrzałam w jej końską twarz, oczy osadzone blisko siebie.

Zmieszana, zerknęła na telefon, po czym wygasiła ekran i odłożyła aparat na blat stołu.

– I co słychać? – spytała w końcu.

– Nic – odpowiedziałam. – A u ciebie i Krzysztofa?

Przewróciła oczami.

– Krzysiu chce sobie kupić motocykl. – Zaśmiała się sztucznie. – No wiesz, nie wyobrażam go sobie, tego mojego kochanego konusa z lekką nadwagą, na harleyu. No powiedz sama, widzisz to? – Zaśmiała się głośniej, zasłaniając usta dłonią.

– Ale teraz chce kupić? Na jesień? – dociekałam.

– Twierdzi, że po sezonie można złapać najlepsze okazje.

– Używany czy nowy? – kontynuowałam konwersację bez przesadnego podniecenia, ale jednocześnie w taki sposób, by wykazywać zainteresowanie.

Miałam oczy wokół głowy.

W pewnej chwili przeprosiłam ją i podeszłam do stanowiska w pobliżu po dodatkową torebkę cukru.

Bingo.

Był tam.

Trzymał za rękę niską, drobną, rudowłosą dziewczynę, która kiwała lekko różą. Przesunęli się w kolejce i złożyli zamówienie, wskazując palcem na witrynę z ciastami.

Detektyw nie znalazł się tu przypadkowo.

Gdy wróciłam do stolika, Gocha ponownie odłożyła telefon.

– Czekasz na kogoś? – spytałam bez cienia podejrzeń.

– Nie – zaprzeczyła zdziwiona.

A ja czekałam, ale dawałam z siebie wszystko, żeby podtrzymać mało interesującą rozmowę o jej pracy w roli radczyni prawnej w dużej kancelarii z Warszawy, a także o planowanych wakacjach we wrześniu i remoncie poddasza domu na Kaszczorku.

Detektyw z rudowłosą usiedli kilka stolików dalej. Ona tyłem do mnie, on – przodem. Jakiś czas później zauważyłam, że herbaciana róża, którą dziewczyna trzymała przedtem w ręce, leży teraz na blacie.

Wkrótce mężczyzna wyjął komórkę i chciał zrobić kobiecie zdjęcie. Pozowała mu z kwiatem.

Dostrzegłam to i z zakłopotaniem sięgnęłam po kubek, żeby upić kawę. Odstawiłam go i poczułam się swobodniej. Kątem oka widziałam, że detektyw wciąż próbuje złapać odpowiedni kadr.

Mój lewy profil, ten atrakcyjniejszy.

Niezauważalnie ściągnęłam łopatki i oparłam łokcie na podłokietnikach. Wypięłam biust, a potem uśmiechnęłam się szeroko, korzystając z okazji, że Gocha opowiedziała właśnie jedną z anegdot z wokandy.

Kiedy fotografowanie dobiegło końca, wstałam i przeprosiłam szwagierkę.

– Czas skroplić uczucia. – Mrugnęłam do niej, po czym odwróciłam się do detektywa i nachyliłam nad torebką, tak by zdążył odnotować w pamięci linię bioder i krągłych pośladków w wąskich, idealnie dopasowanych spodniach.

– Jasne, idź, ja poczekam – powiedziała Gocha, sprawdzając godzinę na komórce. – Ale zaraz będę musiała spadać, bo Krzysiu miał po mnie podjechać.

– No to powiedz, żeby usiadł z nami na chwilę. – Wyprostowałam się.

– Nie da rady, spieszy się na jakieś spotkanie. Wiesz, jak jest – dodała.

– Jasne, rozumiem – odparłam i poszłam w stronę wyjścia, gdzie znajdowały się toalety.

 

Kiedy wróciłam, Gocha znowu sprawdzała coś w telefonie, ale po detektywie nie było już śladu.

– No i masz, już podjechał – stwierdziła, udając zakłopotanie. – Muszę już lecieć, ale może dasz się jeszcze kiedyś zaprosić? Powinnyśmy robić to częściej. Te babskie pogaduchy są super.

– Och, koniecznie – zapewniłam. – Ale skoro masz lecieć, to leć. – Mrugnęłam do niej i usiadłam, by dopić kawę. Do końca filmu miałam jeszcze co najmniej godzinę, a to, że Gocha chciała już iść, było mi bardzo na rękę.

Pożegnałyśmy się i wkrótce zniknęła mi z oczu.

Dyskretnie rozejrzałam się w poszukiwaniu detektywa. Zerknęłam w stronę wejścia do Zary, schodów wiodących na piętro, a potem spojrzałam w prawo, na wyspę firmy kosmetycznej oferującej manicure. Wreszcie wstałam, sięgnęłam po torebkę i odstawiłam tacę z filiżankami na miejsce zwrotu brudnych naczyń.

Otarłam usta chusteczką, a następnie podeszłam do stolika znajdującego się po prawej. Siedziała przy nim młoda kobieta, szatynka z falującymi, gęstymi włosami, ubrana w sportowe ciuchy, z czytnikiem e-booków opartym o krawędź blatu. Dziewczyna w typie fit.

– I jak? – spytałam licencjonowaną prywatną detektywkę, którą ściągnęłam tu z Bydgoszczy.

Uśmiechnęła się do mnie.

– Zna go pani? – zaniepokoiłam się. – Albo on panią?

– Nie – odparła.

– To dobrze. – Odetchnęłam.

– Tak, to bardzo dobrze. Będę miała na niego oko – dodała i spakowała czytnik do plecaka. – Na mnie już czas.

– Jasne – odparłam i obserwowałam, jak odchodzi.

Nagle zatrzymała się i odwróciła.

Kiedy z powrotem do mnie podeszła, zmrużyła oczy.

– Trzeba pomyśleć o sprawdzeniu mieszkania i wozu – stwierdziła, przekrzywiając głowę.

Detektywka była ode mnie nieco niższa i chyba młodsza, tak mi się przynajmniej wydawało, bo właściwie wyglądała jak małolata i zupełnie nie zwracała na siebie uwagi. Przekonała mnie do siebie już podczas pierwszego spotkania. Rzeczowa, konkretna, a do tego wysportowana, uczestniczyła w wielu maratonach. A kto bierze w nich udział, ten musi być wytrwały i zawsze walczyć do samego końca. Ceniłam jej spokój i opanowanie, a także wiedzę techniczną. Po kilku wizytach w bydgoskich biurach detektywistycznych nie miałam wątpliwości, że dobrze postąpiłam, wybierając właśnie Milę.

– W jakim sensie?

Złapała płatek ucha i potrząsnęła nim.

– Podsłuch? – wyszeptałam z zainteresowaniem.

Potwierdziła skinieniem głowy.

– Też bym tak zrobiła – rzuciła, po czym odeszła.

Widziałam jej plecy, aż w końcu zniknęła za grupką młodzieży, idącą w moim kierunku.

„Podsłuch”, powtórzyłam w myślach i natychmiast coś ścisnęło mi żołądek.

TERAZ

W piwnicy Grande Coffee panuje półmrok, na dwóch stolikach palą się świeczki. Jedna z nich rzuca blask na Ruteckiego. Część jego twarzy jest żółta, reszta tonie w mroku, ale widzę, że się uśmiecha, że triumfuje.

– A jednak się zobaczyliśmy – mówi z przekąsem, kiedy podchodzę bliżej.

Nie wstaje, nie zamierza się ze mną przywitać, tylko wskazuje ręką na drugi fotel.

Pije kawę z mlekiem, obok dużej filiżanki leży otwarty notes, na nim krzywo rzucony długopis. Część kartek jest zapisana drobnym maczkiem.

Siadam naprzeciwko niego i milczę. Przypatruję mu się uważnie.

– No co? – Odsłania w uśmiechu zajęcze zęby.

Jest ogolony na jeża, nosi duże okrągłe okulary z grubymi szkłami, przez co jego oczy wydają się małe. Kozią bródkę z wyraźnymi paskami siwizny zaplótł w warkoczyk, który drży, gdy Rutecki się odzywa.

– Skąd wiedziałeś? – pytam.

– Niby o czym? – dziwi się i widzę, że jego reakcja jest szczera. – Umówiłem się tu na spotkanie. Ale cieszę się, że będziemy mieli okazję pogadać. Mam jeszcze kwadrans.

Korzystam z okazji, że kelnerka przynosi herbatę i stawią ją przede mną.

Sięgam w tym czasie do torebki po smartfon i po mrugającej diodzie rozpoznaję, że mam nieodebranego esemesa.

„Nie dojadę. Wolska mnie zatrzymała. Nie dzwoń”.

Kostka lodu wspina się po moim kręgosłupie, gdy zastanawiam się, czego policjantka może chcieć od Marcina. Ale jak zawsze gram twardzielkę, udaję, że świat mam pod kontrolą.

– Skąd wiesz o nowych faktach?

Śmieje się sztucznie i odrzuca głowę do tyłu.

– No chyba nie sądzisz, że zdradzę swoje źródło.

– W takim razie powiedz, co masz, a ja ci powiem, co to za źródło. – Zakładam nogę na nogę, przez co spódnica podjeżdża wyżej i odsłania najpierw kolano, a potem niewielką część smukłego uda. Nie poprawiam jej, tylko wypatruję reakcji małych oczu. Nie muszę na nią długo czekać.

Po chwili Rutecki pociera dłonie.

– Numer jest zamknięty. Niczego już nie zmienię. Miałaś szansę, żeby się odezwać i wypowiedzieć – ostrzega i stuka palcem w ekran telefonu. – Mam to na piśmie.

Odczekuję kilka sekund.

– No więc? – Udaję, że nic mnie to nie obchodzi, i zachęcam go, by wreszcie dobił do brzegu.

– Są dwie sprawy – mówi, sięgając po notatnik.

Opada na oparcie fotela, a następnie wertuje kartki. Nonszalancki luz. Słyszę, jak szeleszczą złowieszczo, i czuję, że zasycha mi w gardle. Napiłabym się herbaty, ale moje zimne dłonie drżą. Ściskam je i przykładam do brzucha.

– Od czego tu zacząć… – Przygląda się notatkom, a ja wiem, że robi to na pokaz, próbuje zbudować napięcie.

Chciałby, żebym coś powiedziała, zdradziła się nadmierną nerwowością, pozwoliła kiełkować złości, abym w końcu wybuchła, ale im dłużej gra, tym bardziej go ignoruję. Lęk owija się wokół moich żył i tętnic i zaciska na nich jak wąż, ale dam sobie radę. Zawsze dawałam.

Jego wzrok nieruchomieje nad jedną z kartek, po czym Rutecki spogląda na mnie.

– Twoi teściowie… – zaczyna i czeka na moją reakcję, a kiedy tej nie ma, kontynuuje wypowiedź: – twoi teściowie obwiniają cię o śmierć syna.

Nie zaskoczył mnie.

– Od początku byli mi przeciwni. Ale nawet nie o to chodzi. – Macham ręką, jakbym bagatelizowała tę sprawę. – Strata ukochanego syna i wspaniałej wnuczki to cios, po którym trudno się podnieść. Niełatwo zaakceptować wypadek. Prościej szukać winnego. I to nie w dróżniczce, przez którą to wszystko, tylko we mnie. Jakbym to ja nie opuściła tych cholernych szlabanów.

– A ty? Już się podniosłaś? – przerywa mi i sięga po długopis, a potem odnajduje niezapisaną kartkę w notesie. – Minęło zaledwie kilka tygodni…

– Nie. – Kręcę głową. – Ale to był wypadek. Mogłabym znienawidzić dróżniczkę, gdyby była pijana, naćpana albo gdyby najzwyczajniej w świecie wyszła na papierosa. Ale dobrze wiesz, że ona też stała się ofiarą tej tragedii. Niezawiniona śmierć. Być może mi nie uwierzysz, ale jej współczuję. Nota bene, nie wiem, czy wiesz, ale podobno zaginęła. – Zachowuję się tak, jakbym nie czytała jego artykułu.

Drobne ukłucie, mała szpilka gratis ode mnie.

Kończy notować moją wypowiedź i po chwili przygryza końcówkę długopisu.

– Więc twoim zdaniem teściowie wciąż nie wyszli z szoku? – zastanawia się.

– Nie sądzę, żeby dało się to inaczej wytłumaczyć – mówię. – No a to, że nigdy mnie nie zaakceptowali, także ma znaczenie. Ale to są prywatne sprawy i nie radzę ci o nich pisać, jeśli nie chcesz skończyć w sądzie.

Rutecki ponownie wertuje notes, moja groźba nie trafia do celu.

– „Syn zadzwonił do nas nocą, kilka minut przed tragedią, i poprosił o nocleg dla siebie i córki, na kilka dni, bo pokłócił się z Anią”. – Wiktor Rutecki podnosi na mnie wzrok. – To słowa twojej teściowej.

Suchość w ustach narasta.

– „Chciał rozwodu” – cytuje dalej i zamyka notatnik.

Prycham, starając się zamaskować zaskoczenie.

– Bzdury! – bronię się. – Nie było mowy o żadnym rozwodzie. Kochaliśmy się i sprzeczaliśmy. To zupełnie normalne, jak w każdym związku. A ty, masz żonę? – Przystrajam to pytanie niewinnym uśmiechem.

– Można wiedzieć, o co się kłóciliście? – Ignoruje je.

– Nie można. – Stać mnie na asertywność. – Sądziłam, że naprawdę mnie czymś zaskoczysz. Mogłeś się bardziej postarać.

Nachylam się po szklankę i przykładam ją do ust. Herbata jest ciepła i spływa przełykiem, ogrzewając mnie od wewnątrz. Czuję przyjemny aromat malin i goździków, na języku pozostaje słodycz miodu.

Kąciki ust Ruteckiego unoszą się, a ja już wiem, że to nie koniec. Że ma w rękawie asa i nadszedł moment, w którym będzie chciał przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę.

Odstawiam szklankę.

– Coś jeszcze? – pytam i sięgam po torebkę. – Bo też jestem umówiona.

– Ale chyba tutaj, prawda? Inaczej byś tu nie przyszła. – Gasi mnie, a potem unosi palec wskazujący. – Ostatnia sprawa – dodaje.

– Strzelaj. – Uśmiecham się tak, jak kiedyś się do niego uśmiechałam, a jednak mam wrażenie, że zaszczepił się przeciw temu i tym razem mój urok nie zadziała. Że jednak Rutecki naciśnie cyngiel.

– W dniu, w którym zaginęła dróżniczka Irena Sowińska, twój samochód stał pod jej blokiem.

Czuję się tak, jakby pocisk przebił się przez kości czaszki.

– Byłaś tam. – Nachyla się i opiera łokcie na kolanach, a brodę na zaciśniętych pięściach.

Strach wypełza mi na twarz, wąż syczy mi do ucha.

– To nie może być przypadkowa zbieżność – mówi, chociaż jego słowa dobiegają jak z oddali.

Warkoczyk drży na brodzie.

– I kilka dni wcześniej też się tam pojawiłaś.

– Skąd to wiesz? – Słyszę swój matowy głos i zaczynam się bać jeszcze bardziej.

– Ty za tym stoisz? – pyta z sardonicznym uśmiechem, gdy tuż obok nas pojawia się mężczyzna. – Odpowiadasz za to, co się z nią stało? Odpowiadasz za jej zaginięcie?

Spuszczam wzrok, wpatruję się w znoszone buty z wilgotnymi zaciekami i brudne końcówki nogawek. Obcy mężczyzna wnosi ze sobą smród przesiąkniętego wilgocią mieszkania. Intensywny i ostry.

– Nie przeszkadzam? – pyta przybyły dziennikarza.

– A skąd, właśnie skończyliśmy. – W głosie Ruteckiego znowu brzmi wesołość.

Wstaję i patrzę na nich obu, potem przyglądam się już tylko dziennikarzowi.

– Nic nie rozumiesz – mówię.

– W takim razie mi wyjaśnij. – Zajęcze zęby lśnią od śliny. – A najlepiej zadzwoń jutro, bo teraz jestem zajęty.

Odchodzę.

Wspinam się po schodach, widzę ludzi, którzy śmieją się i rozmawiają, ale między nami wyrasta dźwiękoszczelna ściana, idealnie przezroczysta szyba.

Idę.

Idę przed siebie.

Przepycham się wąskim korytarzem obok kolejki wzdłuż lady i czuję, że brakuje mi tlenu. Dotykam szyi, chcę rozpiąć bluzkę, ale przecież jest rozpięta, a mimo to czuję, jak kołnierzyk wrzyna mi się w skórę niczym pętla wisielca. Serce bije mocniej, rozglądam się i wreszcie w panice szarpię drzwi.

I już po chwili wiatr z deszczem chłodzi mi rozpaloną twarz. Zimne powietrze wnika do płuc i rozpełza się w nich kojąco.

„Byłaś tam”.

Słowa wracają do mnie jakby z oddali, jak fala, która jest daleko od lądu, ale której grzbiet w końcu pokrywa się intensywną białą pianą i z hukiem uderza o brzeg.

„Byłaś tam”.

Teraz słyszę je wyraźnie, a pamięć, moja cholerna, niezawodna pamięć podrzuca mi obrazy, jak slajdy z tamtego dnia.

Byłam tam.

Dobrze wiem, że tam byłam.

W oknach apartamentu Marcina jest ciemno.

Młody taksówkarz z długimi włosami bębni palcami o kierownicę i porusza rytmicznie głową. Włosy falują, muzyka gra, chociaż jej nie słyszę, nie skupiam się na niej. Na niczym nie mogę się skupić. Kolejny raz zerkam na ekran telefonu.

– Jechał ktoś za nami? – pytam, ale kierowca mnie nie słyszy.

Powtarzam pytanie, tylko głośniej.

– Nie wiem. – Przestaje machać głową i zerka w lusterko.

Nasze spojrzenia się krzyżują.

– A stało się coś? – Troszczy się albo udaje.

Prędzej to drugie.

– Ford focus. Srebrny. Widział go pan?

– Jest ciemno… – duka.

– A teraz? Widzi go pan gdzieś w pobliżu?

Rozgląda się ostentacyjnie, pochyla, żeby zerknąć przez boczne drzwi, i odwraca do tyłu. W jego ruchu nie ma grama dyskrecji, więc żałuję, że go o to zapytałam.

– Nic nie widzę. Żadnego forda. – Stara się uśmiechnąć, a po chwili odwraca się i znowu zerka w lusterko. – Może pani wysiąść.

Nie mogę wysiąść. Nie mam po co wysiadać, bo Marcina nie ma w domu. Nie wiem, gdzie jest i co robi ani czego chce od niego podkomisarz Wolska. Czuję się bezradna i osaczona, zapędzona w kozi róg.

 

– Niech pan jedzie – rzucam.

– Dokąd? – Znowu gapi się w lusterko.

– Przed siebie.

Kręci głową, bo sądzi, że trafiła mu się wariatka.

– Ma pani pieniądze? – odzywa się, gdy włączamy się do ruchu.

Wyciągam sto złotych i podaję mu bez słowa.

Bierze je i znowu kręci głową.

Nocą nie rozpoznaję Torunia. Przynajmniej tej części miasta nad Wisłą, z apartamentowcami po jednej stronie i drogą, która przecina wzdłuż zalesioną skarpę wiślaną i biegnie dalej, pod nowym mostem.

Wóz wspina się na górkę, aż w końcu słyszę rytm kierunkowskazu. Taksówkarz skręca w prawo w rozświetloną Lubicką i wtedy czuję się pewniej.

– Trzeba pani jakoś pomóc? – pyta, odwracając się przez ramię. – Coś pani grozi?

Milczę.

– Może podjedziemy na policję? Mam tam kumpla, który…

– Niech pan jedzie przed siebie – przerywam mu.

Kiwa głową, ale po chwili znowu zakłóca ciszę.

– Dokąd?

– Nie wiem. Niech pan jedzie! – złoszczę się.

– Dobra, już dobra, pytałem tylko! – Unosi ręce w poddańczym geście. – Wolę wiedzieć, dokąd jechać, bo ja mogę i do Warszawy, jakby co. Tylko zapłacić trzeba, co nie? – Śmieje się sztucznie.

Gada dalej, ale już go nie słucham. Zamykam oczy i osuwam się niżej na oparciu kanapy. Odchylam głowę. Nie wiem, jak długo to trwa ani o czym myślę, nie wiem, gdzie jesteśmy ani dokąd jedziemy. Nie chcę wiedzieć, chcę zapomnieć.

W końcu telefon wibruje mi w rękach.

„Gdzie jesteś?”

„Byłam u ciebie”, odpisuję.

„Już wróciłem. Przyjedziesz?”

Wygaszam ekran.

– Niech pan wraca na Winnicę – mówię do taksówkarza.

Chyba się obraził, bo nie odpowiada, czuję tylko, jak zwalnia, a po chwili wrzuca kierunkowskaz i nawraca, przecinając tory.

– Trzeba będzie dopłacić – zastrzega i zawiesza na krótko głos. – Jakieś piętnaście złotych.

– Byle szybko – dodaję i wóz przyspiesza.