Żałobnica

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– No i?

– Pomyślałem, że może chcesz sobie coś zatrzymać, że może są rzeczy, na których ci zależy… – Zawiesza głos i chce, żebym się domyśliła.

Nie jestem idiotką.

– Przygotuję je i spakuję w worki. Nie zamierzam wpuścić jej do sypialni. Lepiej od razu jej to powiedz.

Krzysztof przesuwa dłońmi po twarzy i nadyma policzki. Wypuszcza powietrze z głośnym świstem.

Kolejny worek ląduje w korytarzu.

Gocha ociera spocone czoło.

Stoi w niebieskich joggerach, boso, podciąga rękawy bluzki.

– Na dziś wystarczy. Chodź, pomożesz mi – mówi do Krzysztofa, jakby mnie tu w ogóle nie było. – Zostało jeszcze trochę książek, ale to przy okazji.

Wsuwa stopy w czarne najki i zaczyna wystawiać worki na klatkę schodową.

Krzysztof się nie podnosi, znowu popija kawę, ale tym razem większymi łykami. Brązowa pianka osiada na wnętrzu filiżanki, rysując dziwne wzory.

Właściwie powinnam być wdzięczna szwagierce, że robi porządek.

Pierwszy raz przyjechała tutaj dwa dni po tragedii, ze sportową torbą, do której wsunęła laptopa i tablet Roksany, kilka jej rzeczy osobistych, notatniki i pozostałe drobiazgi. Wyszła zapłakana, bez słowa pożegnania. Jakbym nie zasługiwała na nic, na żadne współczucie czy żal.

Dzień później zjawili się moi teściowie, milczący jak zawsze, dystyngowani państwo Kowalscy o smutnych twarzach, prostych nosach, podobni do siebie, zasuszeni i elegancko ubrani na czarno.

Chcieli zabrać pamiątkę po synu i ukochanej, jedynej wnuczce. Kiedy matka Piotra wymieniła imię nastolatki, łzy wypełniły jej oczy, a głos uwiązł w gardle.

– Czy to prawda, że Piotr chciał rozwodu? – spytał wtedy teść i teraz to samo pytanie zadaje Krzysztof.

Przez chwilę mam déjà vu. Patrzę na twarz starego mężczyzny, ojca mojego męża, i widzę w niej ewidentne podobieństwo do Piotra: ten sam nos, wydatne czoło i głęboko osadzone, ukryte w cieniu, lodowatoniebieskie oczy.

Obraz znika szybko i ponownie mam przed sobą okrągłą twarz Krzysztofa.

– Nie – kłamię, a on przygląda mi się badawczo.

Próbuję wytrwać w kłamstwie, ale mam wrażenie, że moje ciało znowu protestuje. Przyciągam poły szlafroka pod szyję, jakby nagle powiało chłodem.

Krzysztof dopija kawę.

– Dziękuję. – Podnosi się z sofy i kieruje do przedpokoju. Po drodze chwyta za grube węzły worków i wynosi je na klatkę schodową. Odstawia z szelestem i wraca po płaszcz.

Staje w drzwiach i pyta Gochę, która już nie wraca do mieszkania, czy to wszystko.

– Wszystko – odpowiada jego żona, a głos niesie się cichym echem.

Krzysztof kładzie rękę na klamce i ostatni raz spogląda w moją stronę.

Mam wrażenie, że chce coś powiedzieć, może chciałby się pożegnać, ale tylko odwraca się i znika.

Drzwi przylegają cicho do framugi.

Patrzę w tamtym kierunku, a zimna kawa spływa mi do żołądka.

WCZEŚNIEJ

„Obserwują każdy twój krok”.

Domyśliłam się, że w końcu to nastąpi, i sądziłam, że to Piotr będzie za tym stał. Przyśniło mi się, że widziałam go, jak wchodzi do biura detektywistycznego i pokazuje szpakowatemu chudzielcowi o szczurzym pysku moje zdjęcie, zapisane w pamięci telefonu. Potem wyciąga pękaty portfel i odlicza kilka setek zaliczki. Detektyw przygryza wykałaczkę, a kiedy Piotr kładzie na stół kolejne setki, unosi brew. Końcówka zaostrzonego patyczka kreśli bohomazy w powietrzu.

Po tym śnie przejrzałam ogłoszenia i oferty toruńskich detektywów. Poszukałam tego z najlepszymi opiniami. Piotr w takich sytuacjach nie dbałby o koszty. Na każdym kroku podkreślał, że za jakość usług trzeba płacić, i kiedy już decydował się na daną firmę, nigdy się nie targował. A im było drożej, tym chętniej korzystał z oferty i tym większego zaufania nabierał do osoby, która podawała cenę.

Biuro detektywistyczne mieści się w pobliżu hotelu Refleks, o którym niewielu torunian w ogóle słyszało, na rogu Bażyńskich i Wojska Polskiego.

Ale nie interesował mnie hotel, tylko niski, szary budynek znajdujący się obok. Od Refleksu oddzielał go wybrukowany wjazd do ukrytych nieco głębiej garaży i parkingu przylegającego do ściany szczytowej hotelu.

Zdecydowałam się zaparkować tuż przy głównej drodze, tak żebym mogła obserwować dwa wejścia do obiektu.

Na parterze znajdował się lumpeks. Szyld biura detektywistycznego i narysowana na nim strzałka wskazywały na boczne wejście. Spojrzałam w tamtą stronę, a potem przeniosłam wzrok wyżej, na okna nad sklepem z używaną odzieżą. W pomieszczeniu rozlewało się białe światło. Za szybami wisiały zsunięte na boki verticale.

Wyłączyłam silnik. Opuściłam osłonę przeciwsłoneczną i cofnęłam do samego końca fotel kierowcy.

Zapadał zmierzch, ale światła uliczne jeszcze się nie włączyły.

Wysiadłam z auta i podeszłam do bocznych drzwi budynku. Były zamknięte, domofon rozwiał jednak moje wątpliwości. Biuro detektywistyczne mieściło się na pierwszym piętrze.

Zadzwoniłam.

– Biuro, słucham – odezwał się niski męski głos.

Nie odpowiedziałam. Wycofałam się szybko do samochodu, a potem dyskretnie spoglądałam w okna, nikt się w nich jednak nie pojawił.

Odczekałam tak niespełna dwie godziny, po których nagle w biurze zapadła ciemność.

Uruchomiłam samochód i włączyłam światła, żeby nikt, kto ukaże się w drzwiach prowadzących do klatki schodowej, nie mógł mnie dostrzec.

Detektyw, jasnowłosy i ostrzyżony na zapałkę, wyglądał młodo. Szedł sprężystym krokiem, ubrany w skórzaną kurtkę i jasną koszulę, wsuniętą w czarne dżinsowe spodnie. Wyglądał na wysportowanego. Na ramieniu niósł pękatą skórzaną torbę i czarny futerał na aparat fotograficzny. Przynajmniej tak to wyglądało. W świetle reflektorów jaśniały białe podeszwy jego granatowych new balance’ów. Sprawiał wrażenie faceta, który łatwo wtapia się w tłum.

Nie zwrócił uwagi ani na mnie, ani na samochód.

Przeszedł na parking przy hotelu i po chwili wyjechał z niego srebrnym fordem. Przyjrzałam się autu i zanotowałam numer rejestracyjny.

Kiedy przejeżdżał obok mnie, odwróciłam głowę.

Pojechałam tam później jeszcze dwa razy. Raz przed godziną otwarcia biura. Spodziewałam się, że detektyw przyjdzie punktualnie o dziewiątej, ale zjawił się dopiero po pięćdziesięciu minutach.

Tym razem zaparkowałam przy hotelu i chodziłam wzdłuż budynku z telefonem przy uchu, udając, że z kimś rozmawiam.

Zaparkował niemal w tym samym miejscu co poprzednio. Z kilkudziesięciu metrów dostrzegłam jego skórzaną kurtkę. Przystanął przed drzwiami klatki schodowej, by po chwili za nimi zniknąć.

Przeszłam na parking i spojrzałam na srebrnego forda focusa.

Sprawdziłam, czy poprzednio dobrze zanotowałam numer rejestracyjny. Wszystko się zgadzało. To ten sam wóz.

Dla pewności pojechałam tam jeszcze raz, tydzień później.

I wtedy na parkingu przed biurem detektywistycznym zobaczyłam volvo mojej szwagierki.

TERAZ

Uruchamiam tablet, żeby zajrzeć na stronę „Nowości”.

Miałam tego nie robić, ale wczorajszy esemes nie daje mi spokoju.

Odnajduję artykuł ze zdjęciem znaku krzyża świętego Andrzeja na tle sinoszarych chmur. Zdjęcie ze stocka, które pewnie często wykorzystują do ilustracji wiadomości o wypadkach z udziałem pociągów. To nic, że znaku nie stawia się przy przejeździe strzeżonym, bo przecież chodzi o skojarzenia. Jestem najlepszym przykładem, że to działa.

Klikam w tytuł.

„Sprawczyni tragedii na przejeździe kolejowym rozpłynęła się we mgle”.

Wyświetla mi się kilka okienek reklamowych, więc zamykam je, tracąc cierpliwość.

W końcu mogę czytać dalej.

Irena S., 55-letnia dróżniczka, oskarżona o spowodowanie katastrofy w ruchu lądowym, w niewyjaśnionych okolicznościach zniknęła z radarów policji. Od kilku dni nie stawia się na komisariacie, a rodzina zgłosiła zaginięcie.

Przypomnijmy, do tragedii na strzeżonym przejeździe doszło w nocy z 11 na 12 września tego roku. Krótko przed północą terenowe bmw wjechało pod koła pociągu cargo. Na miejscu zginęli kierowca samochodu i jego nastoletnia córka.

Siła uderzenia była ogromna. Kiedy policjanci drogówki dojechali do przejazdu, wrak samochodu spoczywał na dachu, w rowie, kilkadziesiąt metrów dalej. Z ustaleń biegłych wynika, że wóz kilkukrotnie koziołkował. Żeby wydobyć ciała, strażacy musieli użyć specjalistycznego sprzętu.

Jak udało nam się ustalić, Irena S., dróżniczka wykonująca ten zawód od blisko 24 lat, tuż przed wypadkiem straciła przytomność. Ocknęła się dopiero po tragedii i natychmiast wezwała służby ratunkowe.

Zgodnie z policyjnymi procedurami kobieta została zatrzymana na 48 godzin. Badania krwi pod kątem zawartości alkoholu i substancji odurzających niczego nie wykazały i ostatecznie dróżniczka wróciła do domu.

– Sąd nie przychylił się do wniosku prokuratury o areszt tymczasowy dla Ireny S. i wydał postanowienie o nałożeniu dozoru policyjnego – mówił krótko po wypadku prokurator Artur Legner, rzecznik prasowy Prokuratury Rejonowej Toruń – Wschód.

To dlatego Irena S., odsunięta czasowo od pracy, miała stawiać się trzy razy w tygodniu na komisariacie policji Toruń Śródmieście przy ul. PCK. Sąd zdecydował też o zabraniu paszportu, ponieważ jeden z synów kobiety mieszka za granicą i istniało podejrzenie, że może ona uciec z kraju.

Tymczasem kilka dni temu na portalu Zaginieni.pl pojawiła się informacja o rozpoczętych poszukiwaniach Ireny S. Kobieta przestała zgłaszać się na komisariat, co potwierdził „Nowościom” oficer prasowy Komendy Miejskiej Policji w Toruniu. Trwają czynności zmierzające do ustalenia jej miejsca pobytu.

 

Gdzie przebywa Irena S.? Czy coś ukrywa? Czy sprawa tragedii na przejeździe kolejowym może mieć drugie dno? Czy dróżniczka o nieposzlakowanej opinii uciekła przed wymiarem sprawiedliwości? A może, jak wynika z naszych informacji, kobieta padła ofiarą zemsty ze strony bliskich osób, które zginęły w niedawnym wypadku?

Do sprawy wrócimy niebawem.

Wiktor Rutecki

Wygaszam ekran, ale zostawiam tablet na kolanach.

Odnajduję drugi telefon i wybieram właściwy numer.

Marcin Król, mój kochanek, odbiera po kilku sygnałach.

– Tak? – Słyszę jego spokojny głos.

Milczę przez chwilę, ale on i tak wie, kto dzwoni.

– I co o tym sądzisz? – pyta wreszcie.

– Nie wiem – odpowiadam zgodnie z prawdą.

– Czytałaś komentarze pod tekstem?

Kręcę tylko głową, a chociaż on tego nie widzi, to zna już odpowiedź.

– Wczoraj odwiedziła mnie policjantka – mówię.

– Wczoraj?

Nie lubię się powtarzać, doskonale o tym wie.

– No i? – ponagla mnie, ale wciąż jest w nim dużo spokoju. – Dlaczego nic mi nie powiedziałaś?

– Nadal nie wiem, jakie to ma znaczenie.

– Żartujesz? Przecież brałaś mój samochód, jeździłaś tam. Kilka razy sam cię zawiozłem.

– I co z tego?

– Co z tego? – W zdziwieniu wyczuwam złe wibracje. – Jeszcze się pytasz, co z tego? A jeśli ktoś cię tam widział?

– Widział – odpowiadam spokojnie.

– Kurwa… – szepcze i milknie.

Wyobrażam sobie, że jedną ręką dotyka łysiejącej głowy, że ma szeroko otwarte oczy, być może przygryza górną wargę. Często tak robi, kiedy wpada w sidła złości.

– Kto cię widział? – pyta, balansując na skraju cierpliwości.

– Jej zmiennik.

– Ten dróżnik?

– Tak.

– Chryste… – wzdycha.

Znowu zapada cisza, przerywana jego płytkim oddechem.

Nie odrywam oczu od mojego odbicia w wygaszonym tablecie, ale jednocześnie staram się przekręcić twarz w prawo, by popatrzeć na swój profil, a potem odwracam się w drugą stronę, żeby porównać oba widoki.

Profil prawy odzwierciedla dynamiczne piękno, przekonuję się o tym setny raz. Ale lewy, z opadającą lekko powieką, wydaje się bardziej atrakcyjny. Wiem to już od dawna i wykorzystuję tę wiedzę do ilustracji postów.

Zastanawiam się, czy moja szczupła twarz nie zrobiła się ostatnio bardziej okrągła. Boję się tego, że moje rysy się zmienią, że nic już nie będzie takie jak dawniej.

– No powiedz coś, do cholery. – Złość wygrywa to starcie.

Nie wiem, co miałabym mówić, więc siedzę cicho, wpatrzona w siebie.

– Skąd mu to przyszło do głowy? – drąży. – Dlaczego napisał o zemście?

– Nie wiem, ale pamiętaj, że w tej potyczce to ja jestem ofiarą – mówię z pełnym przekonaniem.

– Obyś miała rację.

– Mam rację, więc się nie denerwuj – próbuję go uspokoić.

– Łatwo powiedzieć – wzdycha ponownie.

– To moja sprawa – zauważam. – Nic ci nie grozi.

– Bzdura – żacha się. – Od kiedy jesteśmy razem, to jest już nasza sprawa!

Pewnie ma rację.

Mój szef zawsze ma rację, lubi w ten sposób o sobie myśleć. Ale od kiedy jesteśmy razem, to ja przejęłam pałeczkę. Jestem przekonana, że tego właśnie ode mnie oczekuje. W moich ramionach może czuć się małym chłopcem. Może w gruncie rzeczy nim jest?

– Dlaczego napisał o zemście? – wraca do tematu.

– Nie wiem – powtarzam zgodnie z prawdą.

– To może z nim pogadaj?

– Z dziennikarzem?

– No a z kim?

– Nie – ucinam stanowczo.

Wypuszcza powietrze wprost do słuchawki, w której rozlega się głośny szum.

– Jak Rutecki będzie chciał pogadać, to sam zadzwoni – dodaję i rozłączam się bez pożegnania.

WCZEŚNIEJ

Znowu wracam myślami do przeszłości. Do chwili, w której dostrzegłam pod biurem detektywistycznym volvo Małgorzaty Miller, siostry mojego męża.

Wpadłam na nią niby przypadkiem kilkanaście minut później. Udałam zaskoczoną, ale to nic dziwnego. Jestem dobrą aktorką.

– Gosia! – Uśmiechnęłam się szeroko.

Słońce połyskiwało w moich pszenicznych włosach, opadających na okulary przeciwsłoneczne.

Sierpień żegnał lato upałami.

Gocha nigdy nie umiała ukrywać uczuć. Tym razem również nieporadnie maskowała zakłopotanie, tak jakbym przyłapała ją na progu sex-shopu.

– Hej! Co tu robisz? – spytałam, wychodząc z lumpeksu, w którym co i rusz zerkałam w witrynę i na parking przed sklepem. Przeczekałam tam do chwili, kiedy zobaczyłam, jak Gocha kierowała się do volvo.

Zbliżyła się do samochodu, sięgnęła do klamki i szarpnęła drzwi.

– A nic, miałam sprawę do załatwienia.

– Tutaj? – Udaję zaskoczenie, ale mój głos brzmi naturalnie. Jestem naturalna, kiedy tylko zechcę.

– Nie, w medycznym, kawałek dalej – wyjaśnia, machając ręką. – Ale tam nie ma jak zaparkować.

– W sklepie medycznym? – dopytuję z błyskiem troski w oczach, w które zerka niepewnie po tym, jak unoszę na czoło ciemne okulary. – Stało się coś?

Napięcie znika z jej twarzy.

Nie darzymy się sympatią. Tkwi to w nas głęboko, ale po mnie tego nie widać. Dla niej jestem pustą blondynką, drętwą suką, która usidliła jej bogatego starszego brata. Już samo to mnie dyskwalifikuje. Ale nie tylko to. Wie o mnie znacznie więcej, niż mogłabym się spodziewać. Wszak spędza dużo czasu z Roksaną, są jak siostry, które, owszem, dzieli piętnaście lat różnicy, ale w niczym im to nie przeszkadza. Drwią ze mnie, śmieją się. Czasami mam wrażenie, że używają fejkowych kont na Instagramie tylko po to, by ze mnie szydzić, ośmieszać mnie i dawać upust hejtowi.

– A nie, no skąd! Coś ty! – Śmieje się i raz jeszcze macha ręką. Gest jest bardziej wyrazisty niż poprzednio, wystudiowany, ale odegrany pod presją. – Nic z tych rzeczy. Sąsiadka mnie poprosiła. Ma chorą babcię. Miałam kupić pieluchomajtki.

Wzdrygam się.

– I co? Nie kupiłaś? – Ostentacyjnie spoglądam na jej puste ręce i błyszczące niebieskie tipsy.

– Nie było odpowiednich. Dlatego jadę dalej. Mam jeszcze drugi sklep na oku.

– Ale tam są dwa. Byłaś w tym drugim? – Wskazuję palcem na hotel, bo rzeczywiście tuż za nim, w bocznej ulicy prowadzącej do szpitala, znajdują się dwa sklepy z takim samym asortymentem.

– Tak, byłam, ale te pieluchomajtki, których szukam, są specyficzne. – Przestępuje z nogi na nogę, jakby parzył ją rozgrzany asfalt. – Mogli je dla mnie zamówić, ale ostatecznie ustalili, że w drugiej lokalizacji, na Rubinkowie, mają je na stanie.

– Ach tak, to znakomicie. – Rozpromieniłam się na powrót, jakby kamień spadł mi z serca. – Ale słuchaj, skoro już się spotkałyśmy, to może pójdziemy na kawę, co?

Rozglądam się ochoczo w poszukiwaniu dobrego miejsca, a Gocha zerka na zegarek i robi skwaszoną minę.

– No wiesz, kochana, chętnie, ale kurczę, spieszę się. Może kiedy indziej? Bo i tak jestem spóźniona.

Chowam się za ciemnymi szkłami okularów i rozkładam ręce.

– No pewnie, daj tylko znać. – Nie tracę uśmiechu. – Pozdrów Krzyśka.

– Pozdrowię – odpowiada z wyraźną ulgą i wsuwa się za kierownicę.

Odstawia niewielką torebkę na siedzenie pasażera, po czym uruchamia wóz i macha mi krótko na pożegnanie.

Pozdrawiam ją tym samym gestem i odchodzę.

Trzy dni później w lusterku wstecznym zobaczyłam forda focusa i siedzącego w nim szczupłego detektywa.

A po tygodniu od tamtego spotkania Gocha zaprosiła mnie na kawę.

TERAZ

Wiktor Rutecki, dziennikarz „Nowości”, próbuje dodzwonić się do mnie trzeci raz.

Odrzuciłam pierwsze połączenie, a dwóch kolejnych nie odebrałam. Melodia z komórki urywała się po kilkunastu sekundach. W końcu dziennikarz przysłał esemesa.

„Odezwij się, mam sprawę. Pozdro. Wiktor”.

Znamy się od lat, ale nie jest to żadna zażyła znajomość. Odzywał się tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebował.

„Za późno”, odpisuję i ignoruję kolejne dwa połączenia, które następują po sobie w krótkim czasie.

Wiem jednak, że Rutecki nie odpuści.

Na razie jednak nie planuję zaprzątać sobie nim głowy.

Idę do kuchni i włączam ekspres do kawy.

Syczy i pomrukuje.

Odrobina wody skapuje z dyszy do brązowej szklanki z duralexu. Podstawiam ulubioną filiżankę z nadrukiem Mleczarki Vermeera, którą Piotr kupił mi rok temu w Rijksmuseum w Amsterdamie. Spędziliśmy tam kilka wspaniałych godzin, chociaż Piotr nudził się i ziewał, przechodząc z komnaty do komnaty, a Roksana zajęła się smartfonem i narzekała na słaby sygnał sieci internetowej.

Młynek terkocze, rozłupując twarde kawowe ziarna, a ja kucam i patrzę na miniaturę obrazu, w którym perfekcyjne światło, wpadające do izby przez okno i oświetlające kobietę, tworzy realistyczną głębię. Jest w tym obrazie kwintesencja sztuki. Wpatruję się w filiżankę, ale tak naprawdę widzę oryginał Vermeera i pamiętam tłoczących się przed obrazem turystów z całego świata.

Zapach odciąga mnie od wspomnień.

Ciemna ciecz kołysze się lekko w filiżance, kiedy podnoszę ją i podchodzę do okna.

Wypatruję srebrnego forda i dopiero po chwili odnajduję go po drugiej stronie jezdni. Ledwie go widać w rzęsistych strugach deszczu. Stoi tyłem.

Popijam łyk gorącego napoju i zastanawiam się, co dalej, gdy telefon dzwoni kolejny raz. Rutecki. Tak przynajmniej sądzę.

Odwracam się tylko i z daleka wbijam wzrok w aparat. Czekam, aż melodia urwie się niespodziewanie i zapadnie cisza. Dopiero potem przechodzę do salonu i wyciągam nogi na sofie. Sięgam po telefon i sprawdzam.

Nie myliłam się.

Chcę mu wysłać drugiego esemesa, ale zanim zdążę napisać pierwsze słowo, telefon wibruje mi w rękach.

„Są nowe fakty. Nie ucieszysz się”.

Blefuje.

Wiem, że blefuje, a jednak uginam się pod presją. Nagle czuję, jak dreszcz rozchodzi się falą po moim ciele. Uderza w ściany żołądka, który natychmiast kurczy się boleśnie i spina, ciąży, więc zamykam oczy, chcąc przetrwać ten stan.

Wypuszczam powietrze i robię kilka głębszych wdechów.

Nowe fakty?

Sięgam po drugi telefon i drżącą ręką wybieram numer ze spisu kontaktów. Dentysta – rejestracja. Mogłabym to zmienić, już czas na takie decyzje.

– Tak? – Marcin zgłasza się szybko.

– Przyjedziesz? – pytam.

– Teraz?

– Rutecki twierdzi, że coś ma.

– Co konkretnie?

– Nie wiem, nie napisał.

– Nie dzwoniłaś do niego? – pyta zaskoczony.

– Wysłał mi informację – bronię się.

Wyraźny szum oddechu uderza mnie w ucho.

– No i? – Czeka na dalszy ciąg, ale ten nie następuje.

Żołądek zaciska się mocniej.

– Przyjedź. – Staram się brzmieć stanowczo, ale nie wiem, czy nie wpadam w błagalne tony.

– Teraz nie mogę, ale zamówię ci taksówkę, okej?

– Nie. – Mój głos odzyskuje pewność. – Wóz detektywa stoi pod blokiem.

– Tak… – mówi, ale nie wiem, co ma na myśli.

Czekamy oboje, zawieszeni w cichym szumie oddechów, nieznośnie bezradni, niezdolni do szybkiego myślenia, jakbyśmy zostali złapani w pułapkę.

– Zadzwoń, jak coś wymyślisz. – Rozłączam się i pozbywam w ten sposób widma nadchodzącej klęski.

Czasami pesymizm bierze we mnie górę, ale to tylko chwilowa niedyspozycja, nieznaczny spadek formy.

Kawa stygnie, ale już wiem, że jej nie tknę. Wolałabym się napić teraz gorącej herbaty, może owocowej, a najchętniej rumianku z cytryną. Nie zamierzam jednak wstawać z sofy, bo ból wciąż jeszcze ciąży kamieniem.

Marcin Król, wieloletni przyjaciel męża, mój szef i kochanek, umie podejmować szybkie decyzje tylko wówczas, gdy pomnaża pieniądze. Na wielu innych polach pozbywa się skóry wilka i przeistacza w owcę. W pracy jestem posłuszna, poza nią przejmuję kontrolę, bo sądzę, że tego ode mnie oczekuje.

Romansu nikt nie planował, ale nieplanowane zdarzenia wybuchają z większą siłą i intensywnością. I to nie jest tak, że ten ogień zawsze szybciej się wypala.

Przyjaciel mojego męża, wraz z żoną Elą, grubokościstą brunetką, był zawsze tam, gdzie my. Wspólne wypady, podróże po Europie i nie tylko, letnie wojaże, czasami koncerty zagranicznych gwiazd i godziny spędzone w muzeach, w których czas zdawał się wstrzymywać bieg.

 

Kiedy Piotr i Ela zdradzali oznaki znudzenia i szli zająć stolik w restauracji, Marcin towarzyszył mi podczas wpatrywania się w najcenniejsze obrazy, tłumnie oblegane przez turystów. Szliśmy od jednego do drugiego, ramię w ramię, milczący, ale zgodni. Pokrewieństwo dusz, synteza myśli, jedność poglądów. Najczęściej dyskutowaliśmy wieczorami, wszyscy razem, popijając wino. Wszędzie razem, zawsze razem. Marcin i Elżbieta, Piotr i ja, stały kwartet, niezniszczalna przyjaźń i lojalność. Niestety nieco ponad rok temu Ela odeszła. Rak jajnika.

Schudła, zmizerniała, po prostu zgasła w oczach. Aż pewnego dnia nie miała już siły się z nami zobaczyć. Tydzień później zadzwonił Marcin.

W sercu wykiełkowała mi bolesna pustka.

Przyjechaliśmy na pogrzeb, gdy kwitły kasztanowce. Białe stożki kwiatów wyrastały z pięciolistnych zielonych dłoni, które, huśtane ciepłymi powiewami wiatru, z wysoka machały Eli na pożegnanie. Słońce próbowało się przebić przez gęste korony drzew, a ścieżki cmentarza pokryły się jasnymi, ruchomymi cętkami.

Uroczystość była skromna, w gronie najbliższych.

Kiedy trumna znikała w grobie, z oddali dotarły do nas dźwięki trąbki. Odwróciłam głowę i odnalazłam muzyka kilkadziesiąt metrów dalej, między pomnikami. Stał w pełnym słońcu, ubrany na czarno. Skierowany lekko ku niebu instrument błyszczał złotym blaskiem.

Otarłam łzy, które wypłynęły spod ciemnych okularów. Piotr tulił Roksanę, dla mnie zabrakło jego rąk.

Wychyliłam się dyskretnie, żeby dostrzec Marcina. Złączył dłonie i zwiesił głowę, ale i tak zaskakująco dobrze się trzymał.

Przynajmniej tak wtedy myślałam. Być może pomogło mu to, że nie mieli dzieci. Łatwiej pogodzić się ze śmiercią małżonka, kiedy nie widzisz płaczących po nim synów i córek, kiedy nie musisz się mierzyć z ich bólem i cierpieniem.

Na stypie, nowoczesnym przyjęciu na stojąco, przy wysokich okrągłych stolikach i ciepłych daniach podgrzewanych w chromowanych bemarach, w których zniekształcały się nasze odbicia, powiedziałam Marcinowi, że przy mnie może zdjąć maskę. Nie zrozumiał, więc zapytałam wprost, co sprawia, że tak dobrze sobie radzi, skoro we mnie śmierć Eli zostawiła wyrwę.

– To skomplikowane – powiedział, po czym przeprosił mnie i odszedł do teściowej, kruchej staruszki z trzęsącymi się dłońmi i wykręconymi od artretyzmu palcami.

Długo nie było go w pracy. A kiedy w końcu wrócił, oddał się jej całkowicie i spędzał w biurze każdą wolną chwilę.

Pod koniec zeszłego lata popłynęliśmy w rejs do Danii. We czwórkę, bo Elę na wyjazdach zastąpiła córka Piotra, Roksana. Wcześniej nie chciała opuszczać swojej matki na krok, ale kiedy zaczęła budzić się w niej nastolatka, zapragnęła bliskości i czułości ojca. Lepiła się do niego, kupowała jego zainteresowanie, a on, jakby ze sporym opóźnieniem poczuł zew ojcowskiej troski, spełniał wszystkie jej zachcianki. Odciągała go ode mnie. Mówiłam mu o tym, ale uważał, że przesadzam, i bagatelizował kolejne sygnały. Być może taką rolę przydzieliła jej matka. I o tym też mu powiedziałam. Złościł się, a jeszcze późnej tę złość wyładowywał w atakach na mnie. Wmawiał mi uprzedzenie, nieczułość, w końcu zrobił ze mnie zazdrośnicę. A ona tymczasem triumfowała. Siadała mu na kolanach, a gdy szliśmy na spacer, trzymała go za rękę. Czułam się ignorowana. Wbijała się między nas klinem i nasłuchiwała trzasku, który musiał w końcu nastąpić.

To wszystko zaczęło się w drodze na prom do Danii, a skończyło nocą na opustoszałym przejeździe kolejowym z uniesionymi rogatkami.

Tyle że wtedy w Danii zaczęło się coś jeszcze. Coś, czego wówczas nie zauważyłam, skupiona na zachowaniu Roksany.

Dotarło to do mnie dopiero dzień po powrocie do pracy, kiedy zostałam dwie godziny dłużej, by podgonić pourlopowe zaległości.

Byliśmy sami z Marcinem i wszystko, co się wydarzyło, przypominało pospolitą zdradę. Była jak źródło, które wybiło niespodziewanie wraz z nagłym przypływem pożądania, wzbudzonym ledwie jednym gestem lub spojrzeniem. Nieokiełznany żywioł, którego fatalne skutki rozpoznaliśmy, dopiero tłumiąc gwałtowne, szarpane oddechy i wsłuchując się w ogłuszające dudnienie naszych serc. Ale było już za późno. Spełnieni, odpłynęliśmy każde na swoją wyspę, samotnie, ze wstydem ciężkim jak ołów, z pośpiesznym kompletowaniem bielizny, zażenowaniem nagością i nerwowym zapinaniem guzików.

A potem, z każdą kolejną zdradą, pozbywaliśmy się tej nieśmiałości.