Zadra

Tekst
Z serii: Bernard Gross #3
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zadra
Zadra
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,80  55,04 
Zadra
Audio
Zadra
Audiobook
Czyta Piotr Grabowski
36,90  26,94 
Szczegóły
Zadra
Zadra
E-book
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Sprawa z dwa tysiące drugiego roku? – upewniła się.

– Tak.

– Okej. Sprawdzę i zaraz przyniosę.

– Spokojnie. Może być jutro – powiedział, spojrzawszy na zegarek, i się rozłączył.

Wrócił do przeglądania materiałów w policyjnym systemie i wynotował kilka rzeczy dotyczących zaginięcia młodych. Kiedy skończył i spakował zapiski do torby, a także dopił zimną herbatę, zadzwonił jego telefon. Był w kieszeni kurtki. Gross miał nadzieję, że oddzwania Malwina.

Pamiętał ich pierwsze spotkanie.

Kilka miesięcy temu zaprosiła go do siebie. Nie wiedział, czy w ogóle miał na to ochotę. I czy powinien iść, zważywszy, że był przecież żonatym mężczyzną. Czy choroba Agnieszki zwalniała go z przyrzeczenia? Przysięga, którą złożył, mówiła co innego. Ale mimo to, jakby wbrew sobie, wybrał się do bibliotekarki. I od chwili, kiedy wyszedł z jej mieszkania, poczuł, że coś się w nim zmieniło, otworzyło na nowe. Początkowo miał do siebie żal, ale powoli ulegał blaskowi, który bił od Lemańskiej. Zaczęli spędzać ze sobą więcej czasu. Wypady do chełmżyńskich restauracji, spacery nad jeziorem i po starówce, towarzyska bliskość, przyjacielska nić porozumienia, która na razie nie zmieniła się w nic więcej. A może wcale tak nie było. Przecież pamiętał, że kiedy latem Malwina poleciała na wczasy do Grecji, wysłała do niego pocztówkę pełną ciepłych słów, wspomnień ich wspólnych spacerów, czytania książek na łonie przyrody i bliskości, której wówczas jej brakowało. Tak przynajmniej odczytywał jej słowa i to najważniejsze z nich: „Tęsknię”, które widniało nad zapisanym eleganckim pismem imieniem.

Czy sam tęsknił? Bał się próbować odpowiedzieć na to pytanie. Dodatkowo zadręczał się tym, że wczoraj ją zawiódł. Tępy ból zagnieździł się w jego głowie i sączył do skroni. Miała prawo nie odbierać od niego telefonów. Mogła nawet nie chcieć kontynuować tej znajomości. Bo cóż mógł jej zaoferować? Ciągłą niepewność? Nieustanną ucieczkę w pracę, która była dla niego wszystkim, co miał, i jedyną kotwicą, na dobre zagrzebaną w mulistym dnie. Ale przecież już za chwilę, za kilka miesięcy miał się od tej pracy uwolnić.

I co wtedy?

Telefon nie umilkł.

Gross wyjął go z kieszeni kurtki i spojrzał na wyświetlacz.

Zawiódł się. Skalska.

– Halo? – powiedział cicho.

– Dzięki, szefie. Przydała mi się chwila odpoczynku – odezwała się. – Jestem wyspana i gotowa do działania. Co mamy?

Streścił jej w kilku zdaniach ustalenia z sekcji i to, co Bloch odnalazł w kieszeni denata.

– Zakrwawiona bandana? – spytała z niedowierzaniem.

– Mhm.

– Poleciała do badań?

– Tak.

– Cholera – jęknęła. – Ile im zejdzie?

– Musimy być cierpliwi – odparł Gross, przeczesując dłonią włosy. – Bloch nie daje oczywiście gwarancji, ale stwierdził, że ślady wyglądają na stare.

– A te plastikowe opaski na dłoniach?

– Podobno mówią na nie „trytki”. Też się spotkałaś z takim określeniem?

– No pewnie. A co?

– Nie, nic – odparł szybko. – Nie mam pojęcia, po co je założył. Zresztą najbardziej zastanawia mnie to, że poszedł do tego lasu niemal bez niczego. Nie znaleźliśmy przy nim ani plecaka, ani żadnej torby.

– Fakt, to dziwne – skomentowała. – Jak w takim razie przeniósł linę i te opaski?

– Liny do kieszeni raczej by nie schował, ale być może owinął ją sobie wokół klatki piersiowej, a potem ukrył pod kurtką. Gorzej z opaskami zaciskowymi. Z kieszeni łatwo mogłyby się wysunąć – dywagował.

– Przecież mógł od razu założyć je sobie na ręce, nie?

Gross nie wziął tego pod uwagę.

– To mało prawdopodobne. Byłoby je widać – uznał po krótkim namyśle. – Chyba że schował je w rękawach. Ale gdyby tak zrobił, musiałby mieć gdzieś trzecią, żeby spiąć te dwie ze sobą. Wtedy miałoby to sens.

– Tyle że trzeciej nigdzie nie było – zauważyła.

Gross odsunął się od biurka i okręcił na fotelu w stronę okna.

– Nie było – powtórzył.

– Dziwne. Bo faktycznie ta trzecia byłaby mu potrzebna – rozważała dalej Skalska. Po chwili ciszy dodała: – Ale może to wszystko wyglądało inaczej, niż sobie wyobrażamy?

Milczeli przez moment.

– Nie miał przy sobie dokumentów – przypomniała mu podwładna.

W tle usłyszał gitarową muzykę. Dźwięki, które prawdopodobnie znał, ale z niczym nie umiał ich skojarzyć.

– Co sugerujesz? – zapytał.

– Dokumenty mógł zostawić w domu, nie były mu do niczego potrzebne. Ale plecak albo torba zawsze się przydają. Co prawda, mógł przenieść w nim niezbędne rzeczy, a potem zatopić go w jeziorze.

– Ale w jakim celu miałby się pozbywać pustego plecaka? – powątpiewał Gross, cały czas nasłuchując melodii.

– Jeśli dokumentów nie znajdziemy w jego domu, powinniśmy spróbować poszukać w jeziorze – nie ustępowała. – To znaczy, tego plecaka. A może jest w nim coś, co naświetli nam lepiej tę sprawę? Bo gdyby rzeczywiście zamierzał go utopić, to raczej gdzieś blisko brzegu i pewnie niedaleko od skraju lasu. To zwiększa nasze szanse.

Gross niechętnie przyznał jej rację.

– A co, jeśli wcześniej podrzucił sobie do lasu i linę, i te trytki? – dodała.

Komisarz zastanowił się nad jej słowami, przyglądając się gotyckiej wieży kościoła Świętego Mikołaja. Stare cegły nasiąkły deszczem i przybrały barwę zaschniętej krwi.

– To też ma sens – odparł i stłumił ziewnięcie.

Poczuł, jak jego powieki stają się ciężkie, a on sam osunął się w fotelu.

– Cholera – jęknęła Skalska. – Zawsze sądziłam, że samobójstwo to impuls, że trudno je tak metodycznie zaplanować.

Gross nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć.

– Sen dobrze ci zrobił – powiedział z nutą pochwały.

Doceniał szerokie spektrum, w którym obserwowała detale tej sprawy.

– Tobie też dobrze zrobi – zapewniła. – Sam skorzystaj ze swojej rady.

Bezwiednie pokiwał głową.

– Tak, ale najpierw muszę załatwić jeszcze jedną sprawę. – Pożegnał się ze Skalską i rozpakował kopertę od Judyckiej. Tak jak przypuszczał, była tam karta dentystyczna Rafała Beckera. Zeskanował kilkanaście stron, po czym przesłał PDF do Raszei.

Wreszcie zarzucił torbę na ramię i wyszedł z gabinetu.

Z wyższego piętra zbiegała właśnie Judycka w obcisłych czarnych spodniach i dżinsowej koszuli, niosąc coś pod pachą.

– O, dobrze, że szefa jeszcze zastałam. Proszę – powiedziała, podając mu dwie grube teczki przewiązane sznurkiem.

– To ta sprawa? – zapytał, a dopiero potem spojrzał na okładki z zapisaną odręcznie sygnaturą i nazwiskami Justyny Becker i Marcina Korczyńskiego.

Tekturowe oprawy pożółkły. Jedna z nich miała dwie nieregularne tłuste plamy. Obie – pozaginane i strzępiące się rogi. Sznurki poszarzały od brudu.

– Tak. Były w archiwum – odparła. – Ale chciałam je sama przejrzeć, żeby sprawdzić, czy wszystko się zgadza.

– Dziękuję – powiedział i wcisnął dodatkowe materiały do torby, której z racji ich objętości nie był w stanie zamknąć.

– Do jutra, szefie – rzuciła i uciekła z powrotem na górę.

– Do jutra – odpowiedział, gdy zniknęła mu z oczu.


Gross wyszedł na Sądową, po której szalał silny wiatr.

Nie zdecydował się wsiąść do samochodu zaparkowanego pod ogrodzeniem kościoła Świętego Mikołaja. Skręcił w lewo, w stronę starówki, i wąską ulicą między kamienicami przedostał się do Sikorskiego. Główny miejski deptak opustoszał, chociaż sklepy wciąż były otwarte. Ruszył w dół, w kierunku poczty, ciesząc się, że ulewę zastąpił delikatny deszcz. Policjant postawił kołnierz kurtki i przyspieszył. Dotarł do dwuklatkowego bloku po lewej, vis-à-vis cukierni Zyska, do której wybierał się czasem z Malwiną, gdy miała ochotę na szarlotkę albo świeże, jeszcze ciepłe pączki.

Zadzwonił domofonem.

Czekał, schowawszy głowę w ramiona przed chłodnymi powiewami wiatru. Przycisnął przycisk raz jeszcze i szybko wycofał się przed blok, żeby mrużąc oczy przed kapuśniakiem, zerknąć w okna kuchni i małego pokoju. Był pewien, że żadna z firanek się nie poruszyła.

Sięgnął po aparat i przyłożył go do ucha. Ponownie usłyszał tylko odtwarzany automatycznie komunikat.

Komisarz rozejrzał się bezradnie, jakby szukał pomocy. Ale nikt tędy nie przechodził. Dopiero kawałek dalej, w dół Sikorskiego, zobaczył starsze małżeństwo ukryte pod czarnym parasolem, którym targały silniejsze podmuchy. Mężczyzna z trudem utrzymywał go w dłoni.

Bruk błyszczał, a deszczówka wirowała, z chlupotem znikając w studzience.

Ostatni raz spojrzał w okna mieszkania Lemańskiej.

„Coś jest nie tak”, stwierdził w myślach i przeszedł w stronę biblioteki znajdującej się na Rynku.

Z oddalenia spojrzał przez okna do rozświetlonego wnętrza wypożyczalni znajdującej się po prawej stronie na parterze.

Malwiny tam nie było.


Talerz z dwiema kanapkami z żółtym serem i ciepłymi parówkami, które wyciągnął z garnka, położył na stole w kuchni. Obok postawił kubek parującej herbaty i wyjął z lodówki musztardę.

W domu było chłodno. Zmarznięte dłonie przyłożył do kubka i ogrzewał je przez chwilę. Kiedy zrobiły się cieplejsze, potarł je, żeby pobudzić krążenie. W końcu zabrał się do kolacji. Jadł w półmroku, przy akompaniamencie deszczu. Znużenie, które dopadło go w pracy, powoli ustępowało.

W pokoju, na tej części stołu, która była wolna od przyborów modelarskich, czekały na niego teczki zawierające informacje o zaginionych młodych, których szesnaście lat temu połączyły miłość i tragedia. Uznał, że w obecnej sytuacji musi się zapoznać z tymi materiałami.

Z kolei na drugim końcu, na macie modelarskiej, znajdowały się wycięte z wyprasek części kabiny ciężarowego opla z czasów drugiej wojny światowej. Gross zabrał się do nowego modelu kilka dni temu. Wcześniej skończył schwimmwagena, rodzaj wykorzystywanej przez Wermacht niedużej, czteroosobowej amfibii, którą wyposażył w kilka atrakcyjnych dodatków w postaci blaszek fototrawionych i elementów żywicznych. Model był już pomalowany, z naniesionymi delikatnymi śladami zużycia w postaci rys i obić lakieru oraz niewielkimi rdzawymi zaciekami wydostającymi się spod zaczepów pokrywy silnika i na mocowaniu śruby napędowej. Komisarz był zadowolony z efektów pracy i chciał nawet poprosić Marka Wantowskiego, prowadzącego chełmżyńską modelarnię dla dzieci i młodzieży, czy nie pomógłby mu w przygotowaniu niewielkiej dioramy. Chodziłoby o wykonanie podstawy i styropianowej bazy, a także nałożenie na nią masy gipsowej. Resztą Gross mógłby się zająć sam. Powinien porozmawiać o tym z kolegą, twórcą tutejszego festiwalu modelarskiego.

 

Dokończył kolację, a potem odstawił naczynia do zlewu i usiadł przy drugiej części stołu, chcąc sprawdzić spasowanie wyciętych elementów, które – wstępnie obrobione i oszlifowane w miejscach łączenia z wypraskami – były gotowe do sklejenia.

Jasne, zbliżone do dziennego światło lamp kreślarskich, zamontowanych po obu stronach stołu, oblało zieloną matę modelarską.

Wziął do ręki podłogę kabiny. Miał w niej do zainstalowania trzy pedały, kolumnę kierownicy, dwie przekładnie oraz dobrze odlaną kanapę z ciekawymi wytłoczeniami. Przy odrobinie fantazji mógł ją atrakcyjnie postarzeć, imitując przetarcia skóry, mocniejsze po stronie kierowcy i delikatniejsze tam, gdzie rzadziej zasiadali pasażerowie.

Gross sięgnął po klej „spawacz” i przygotował sobie pęsetę do przytrzymania drobnych części. Kiedy mimo lekko trzęsących się rąk udało mu się osadzić pedał gazu w niewielkim wytłoczeniu podłogi, przesmarował miejsce łączenia rzadkim specyfikiem. Nanosił go wąskim pędzelkiem. Zaletą „spawacza” było to, że kleił szybko i perfekcyjnie, ale też, co najważniejsze, nie pozostawiał na powierzchni plastiku niemal żadnych zauważalnych śladów. Gross dokleił obok pedału dwa pozostałe, ustawiając je pod odpowiednimi, zróżnicowanymi kątami.

Kolumnę kierownicy postanowił umocować później, po zweryfikowaniu łączenia podłogi z elementami nadwozia i deską rozdzielczą. Tylko w ten sposób mógł wyznaczyć odpowiedni kąt pochyłu dla drążka.

Skleił jeszcze kanapę i tylną ścianę szoferki. Potem połączył podłogę z dachem i przednią częścią kabiny, pozostawiając otwory na drzwi. Wszystko po to, by w późniejszej fazie łatwo mógł pomalować wnętrze. Poza tym wciąż nie wiedział, czy zostawi w szoferce uchylone drzwi, ukazując w ten sposób wnętrze kabiny, czy też domknie je i zdecyduje się tylko opuścić w nich szybę.

Przed zakończeniem pracy dokleił do wewnętrznej części obu drzwi element imitujący tapicerkę oraz niewielkie pokrętła do otwierania szyb i klamki.

Odłożył model i przyglądał mu się uważnie.

Wkrótce zgasił jedną lampę, a ramię drugiej skierował na sfatygowane teczki, ciągle leżące na przeciwległym końcu stołu.

Wstał, rozprostował plecy i przygotował sobie herbatę, bo wiedział, że nie położy się spać, zanim nie zagłębi się w sprawę zaginięcia młodych kochanków.

Wypił kilka małych łyków gorącego napoju i usiadł na drugim krześle.

Ponownie roztarł zziębnięte dłonie, a w końcu zgrabiałymi palcami sięgnął do sznurka pierwszej z teczek.

dzień trzeci

Smród kocich odchodów niósł się po całej klatce schodowej, jakby wgryzł się w stare, skrzypiące pod komisarzem deski podłogi.

Gross podszedł do drzwi mieszkania na drugim piętrze w kamienicy przy Rynku. Na starej, obłażącej z niebieskiej farby płycie dostrzegł tabliczkę z fantazyjnie, ręcznie wypisanym nazwiskiem Płockich.

Obok stara spróchniała i przekrzywiona komoda pozbawiona frontów odgrywała rolę szafki na buty. Jedna para na drugich, małe i duże, zniszczone, z wyraźnie startymi obcasami, powciskane były w każde wolne miejsce.

Po prawej stał sfatygowany dziecięcy wózek z wytartą tapicerką i nieregularnymi, zachodzącymi na siebie obwódkami plam.

Panował tu półmrok. Obtłuczony klosz lampy odsłaniał puste miejsce na żarówkę.

Gross zastukał raz jeszcze, tym razem głośniej niż poprzednio. Aż zadudniło.

– Proszę otworzyć – odezwał się, ale odpowiedziała mu cisza.

Nacisnął klamkę i zdziwił się, że drzwi były otwarte. Pchnął je do wnętrza, ale stuknęły o coś i jego oczom ukazął się niewielki wycinek przedpokoju, a dalej ściana z boazerią, prawdopodobnie tworząca drugi, prostopadły korytarz. Po podłodze walały się zabawki i ciuchy.

– Halo, dzień dobry – rzucił, nachylając się do drzwi i wciągając w nozdrza przykry zapach skwaśniałego potu wymieszanego z uryną.

Po chwili przez szparę zaobserwował, jak około dwuletni chłopiec w samym pampersie przemknął z pokoju do pokoju. Wtedy też usłyszał niosące się z dołu trzaśnięcie ciężkich drzwi wejściowych i narastający odgłos skrzypienia schodów.

Odwrócił się i dostrzegł wchodzącego na górę mężczyznę w leninówce, niewielkiego i chudego, z ogorzałą czerwoną twarzą, którą pokrywał dłuższy, sztywny zarost.

– Czego tu? – warknął nieznajomy.

Gross sięgnął po legitymację.

– Pan Zdzisław Płocki? – spytał.

– Psom się nie zwierzam – odparł, podchodząc do komisarza. – Niech wypierdala stąd.

W jednej ręce niósł dwie puszki piwa, a w drugiej worek foliowy z kilkoma kajzerkami.

Mężczyzna przepchnął się obok Grossa i zatrzasnął za sobą drzwi.

Policjant niemal natychmiast nacisnął klamkę i pchnął je ponownie.

Płocki się odwrócił.

– Wypierdalaj, ścierwochuju! – Rzucił się na drzwi, próbując je zamknąć, ale Gross zdążył wsunąć nogę.

Zabolało.

Stęknął i zebrał wszystkie siły. Natarł mocno, a po chwili usłyszał rumor za drzwiami i nacisk z drugiej strony natychmiast zelżał. Komisarz wtargnął do środka i spojrzał na leżącego na plecach Płockiego, który jęczał, trzymając się za łokieć. Puszki piwa potoczyły się do drugiego korytarza, a bułki rozsypały na progu. Niemal gołe dziecko, które komisarz widział niedawno, pojawiło się znowu na końcu korytarza i ssąc smoczek, zerkało z przestrachem na Grossa, a potem na ojca. Uciekło, niezdarnie przebierając bosymi stopami.

– Żona jest? – spytał Gross, zagłuszając udawane jęki mężczyzny.

Ten z trudem skinął głową.

Komisarz przeszedł nad nim i stanął w zagraconym niewielkim przedpokoju. Po lewej znajdowało się pomieszczenie ze starym telewizorem kineskopowym ustawionym w meblościance, zapadniętą kanapą i wytartym pośrodku dywanem. Z pokoju przechodziło się do kolejnego.

Gross spojrzał w prawo, do kuchni. I wtedy ją dostrzegł.

Ubrana w jasną koszulę nocną, brudną i miejscami przetartą, siedziała na taborecie. Podeszwy jej stóp były czarne od brudu. Twarz ukryła w dłoniach.

– Dzień dobry – przywitał się Gross. – Pani Zofia Płocka?

Kiedy podniosła głowę i odwróciła się w jego stronę, zobaczył, że lewe oko zamykała opuchlizna, a z pękniętej wargi sączyła się krew, która ściekała po brodzie.

– Wynocha – wybełkotała.

– Mógłbym pomóc.

– A prosił kto?

W jej oczach dostrzegł strach.

Komisarz wsunął rękę do torby, żeby wyjąć przygotowaną kserówkę pisma. Ale zrezygnował, a ona w końcu spuściła wzrok.

– Kto panią skrzywdził?

Kobieta machnęła ręką i przycisnęła do łuku brwiowego brudną i wilgotną szmatkę, w którą prawdopodobnie owinęła kostki lodu.

Gross usłyszał dochodzący z przedpokoju rumor. Odwrócił się, gdy Płocki już wstał i kulejąc, szedł do kuchni. Usiadł przy stole obok żony. Wyjął dwie puszki piwa i otworzył pierwszą z nich. Syknęło, po czym pióropusz piany z mlaskiem opadł na sfatygowaną ceratę i podłogę. Nie zważając na to, mężczyzna otworzył drugie, które również obficie spryskało blat. Jedną puszkę podsunął żonie, po czym sięgnął do reklamówki po bułkę. Wsadził ją sobie do ust i odgryzł porządny kęs.

– Pij – wybełkotał.

Pokręciła głową i znowu spojrzała na Grossa.

– Wypierdalaj z mojego domu! – krzyknęła.

Gross poszedł do salonu z telewizorem i do kolejnego pokoju, który okazał się sypialnią trojga dzieci. Nie przekroczył jednak progu.

W małej i wąskiej klitce z odklejającymi się tapetami znajdowało się jedno dziecięce łóżeczko, w którym spała dziewczynka z odrzuconymi za głowę rękoma. Obok ust, na materacu, leżał ośliniony smoczek.

Chłopiec w pampersie wcisnął się w kąt pokoju i bawił się kilkoma klockami, nieświadomy tego, że jest obserwowany. Najstarsze dziecko, na oko pięcioletnie, udawało, że śpi. Skulone na leżącym bezpośrednio na podłodze materacu, mocno zaciskało powieki. Gross widział, jak nienaturalnie drżały.

Cienki koc przykrywał kilkulatka po samą szyję.

Policjant usłyszał kroki od strony kuchni. Odwrócił się i zobaczył mężczyznę z drewnianą nogą od krzesła w dłoniach.

– Spokojnie. – Komisarz uniósł ręce w obronnym geście i zaczął obchodzić Płockiego, nie spuszczając go z oczu.

Mężczyzna zacisnął zęby, ale oczy miał nieco zamglone. W tym stanie nie był groźnym przeciwnikiem. Mimo to komisarz posłusznie wycofywał się w stronę przedpokoju.

– No już – warknął Płocki przez zęby. – Szybciej.

Drewniana laga kiwała się na boki przed oczami Grossa.

– Spokojnie – powtórzył, zbliżając się do wyjścia. – Jeśli dzieciom stanie się krzywda, źle skończysz – rzucił, kiedy wymacał klamkę.

Obserwując Płockiego, wyszedł na klatkę schodową i dopiero wtedy powoli zamknął za sobą drzwi. Sekundę później huk uderzenia rozszedł się echem po całym pionie, a drzwi zadrżały w ościeżnicy.

– I żebym cię tu więcej nie widział, psie jebany! – wydarł się Płocki.

Komisarz odczekał, po czym zszedł po trzeszczących schodach na pierwsze piętro.

– To Płocki tak rozrabia?

Gross odwrócił się na dźwięk przyciszonego starczego głosu.

Na wycieraczce przed szerokimi drzwiami stał chudy staruszek w koszuli i kufajce. Skórę na podbródku miał obwisłą. W pociągłej, pomarszczonej twarzy, na której wyraźnie było widać plamy wątrobowe, uwagę zwracały wyłupiaste oczy, powiększone dodatkowo grubymi szkłami okularów.

– Pan wejdzie, panie władzo. – Mężczyzna machnął na komisarza i schował się do mieszkania.

Przepuścił gościa, po czym przekręcił dwukrotnie zamek.

– Proszę – wyszeptał i wskazał otwarte drzwi do pokoju.

W korytarzu było ciemno, jedyne światło wpadało tu właśnie od strony pokoju dziennego.

Gross wszedł i zatrzymał się niemalże w progu. Pod ścianą na podobnym do szpitalnego łóżku leżała drobna siwa kobieta. Jej głowa zapadła się w grubej poduszce z pierza. Powieki miała zaciśnięte, a pomarszczone usta – otwarte. W pierwszej chwili Gross pomyślał, że widzi zwłoki.

– To moja małżonka – powiedział mężczyzna i podszedł do łóżka.

Zasyczał materac przeciwodleżynowy.

Starzec pogładził kobietę po twarzy szorstką dłonią i powiedział do niej czule coś, czego policjant nie dosłyszał. Potem mężczyzna cicho jęknął, jego ciałem wstrząsnął krótkotrwały szloch. Zadrżały mu ramiona, ale w porę się opanował.

Odwrócił się do Grossa ze łzami w oczach i chusteczką przyciśniętą do ust.

– Przepraszam – powiedział, zsuwając rogowe okulary i ocierając oczy. – Niech pan spocznie. – Wskazał stary fotel.

Gross podszedł najpierw do okna, które wychodziło na skąpany w ulewie Rynek. Z tej perspektywy nawet przez pożółkłą firankę widział ukośnie padające, długie kreski deszczu i ogromne kałuże, na powierzchni których pojawiały się i znikały niewielkie koła.

W końcu usiadł w wyłożonym kolorowym kocem fotelu, ustawionym przodem do przykrytego serwetą telewizora.

W domu panoszyła się wilgoć. Przy piecu kaflowym znajdowały się wiadro węgla i kilka szczap drewna. Na rusztach tkwił opał, spomiędzy którego wystawały zmięte gazety.

– Pan z policji, prawda? – zapytał starszy mężczyzna i usiadł obok. – Nie jest pan pierwszy, który tu przychodzi.

Gross milczał.

– Napije się pan herbaty? – Mężczyzna sięgnął po porcelanowy dzbanek, który stał na rozdzielającym fotele okrągłym stoliku i podniósł go w stronę komisarza.

Ten uprzejmie podziękował.

– W czym mogę pomóc? – spytał policjant, kiedy gospodarz wypełnił żółtawą herbatą szklankę wciśniętą w wiklinowy koszyk.

Starzec upił kilka małych łyków, a Gross patrzył na jego powykręcane artretyzmem palce.

– Coś panu opowiem – powiedział gospodarz, po czym wbił wzrok w wytarty, siny parkiet, zaledwie w niewielkiej części przykryty dywanem. – W tysiąc dziewięćset trzydziestym dziewiątym roku, w połowie września, kiedy hitlerowcy weszli do Chełmży, miałem siedem lat. Mój ojciec, Jan Wilnowski, był wówczas nauczycielem języka polskiego w gimnazjum. Wspaniały, kochany człowiek. – Westchnął. – Któregoś dnia, to musiało być w październiku, moja matka weszła do tego pokoju, trzymając złożoną kartkę papieru, którą wyjęła z koperty. A ojciec stał przy lustrze, przy ścianie, i wiązał krawat. Jak zawsze na podwójny węzeł. Pięknie to robił. – Mężczyzna rozpromienił się na to wspomnienie. – Przeczytał pismo i złożył je bez słowa, po czym przytulił matkę, która długo trzęsła się w jego ramionach. Ja też się rozpłakałem, chociaż zupełnie nie wiedziałem, o co chodzi, i nie domyślałem się, że może nas spotkać jakieś nieszczęście. Kilka dni później ojciec posadził mnie sobie na kolanach i poprosił, żebym dbał o mamę, żebym był jej posłuszny. Powiedział, że wyjedzie na dwa tygodnie i szybko do nas wróci. Obiecałem, że będę grzeczny. Ojciec zmierzwił mi włosy i przytulił. Długo trzymał mnie w swoich ramionach, a kiedy mnie puścił, szybko odwrócił twarz i wstał z fotela. Zabrał sakwojaż i wyszedł z domu. Kiedy zamknęły się za nim drzwi, usłyszałem stłumiony płacz matki. Siedziała w łazience. Chciałem ją pocieszyć, ale coś ciągnęło mnie do okna. Wszedłem na fotel, jak to zwykle robiłem, żeby dobrze widzieć Rynek, ale ojciec nawet się do mnie nie odwrócił. Nie pomachał mi, jak często robił, kiedy dokądś wychodził, chociaż czekałem na ten jego gest już z uniesioną dłonią.

 

Gross przełknął ślinę, gdy po twarzy starszego mężczyzny spłynęły łzy.

– Wybiegłem za nim, ale bałem się go dogonić. Szedłem więc, zachowując bezpieczny dystans, by nie zniknął mi z oczu. Chowałem się za innymi mężczyznami i kobietami, którzy, tak jak i on, szli w stronę otoczonego płotem dworca. Kiedy tam dotarł, pokazał niemieckiemu wartownikowi pismo, które wyjął z kieszeni płaszcza, i tak jak wielu pozostałych mężczyzn, młodych i starych, ustawił się na peronie. Zostałem z innymi przy płocie, przecisnąłem się do przodu, by wszystko widzieć. Wkrótce otoczyli ich esesmani z karabinami, odebrali rzeczy osobiste i pieniądze, a potem wtłoczyli do bydlęcych wagonów. – Gospodarz sięgnął po herbatę. – Wołałem ojca, ale pisk hamulców innego pociągu mnie zagłuszył. Jakaś kobieta mnie przytuliła i położyła mi dłoń na ustach. Druga głaskała po głowie, gdy w końcu zamiast krzyczeć, zacząłem płakać.

Komisarz poprawił się w fotelu, a starzec podniósł palec wskazujący, dając mu znać, że jego opowieść zmierza ku końcowi.

– Wśród tych, którzy zaganiali naszych do wagonów, był jeden Polak, którego tutejsza społeczność dobrze znała – dodał. – Wie pan, kto to był?

Gross nie zdążył odpowiedzieć, gdy kościsty, powykręcany w stawach palec wskazał sufit.

– To był dziadek Płockiego! – Mężczyzna poruszył się, a mięśnie jego twarzy napięły się w grymasie złości.

Komisarz czekał na ciąg dalszy.

– Chodzi mi tylko o to, panie władzo, że zło przenosi się z pokolenia na pokolenie. A Płockiego nic nie zatrzyma, póki nie wybije swojej rodziny. Dokładnie tak, jak jego ojciec degenerat i parszywy dziad.

Po chwili, w której ponownie dało się słyszeć syk materaca, Gross się odezwał.

– Od dawna to trwa?

– Ostatnio mu się nasiliło.

– Ostatnio, czyli?

Mężczyzna zebrał myśli i tym razem przyłożył palec do ust.

– Będzie już kilka tygodni – stwierdził. – Ale wspomni pan moje słowa. Lepiej go stąd zabierzcie. O tych biednych dzieciach pomyślcie, bo ja już nie mogę słuchać ich płaczu.

Komisarz zatrzymał się w progu i spojrzał na staruszkę, która zarzęziła cicho.

– Na co cierpi pana żona? – spytał policjant, odwracając się do siedzącego w fotelu staruszka.

– Wychodziła do warzywniaka po fasolkę na obiad. Ale potknęła się w tych ciemnościach na schodach. Nieszczęśliwie złamała biodro i rękę.

– Nie powinna nadal być w szpitalu?

– Była. – Zrezygnowany machnął ręką. – Wsadzili ją w gips, ale stwierdzili, że już jej w niczym nie pomogą. Że mógłbym ją dać do hospicjum. Ale kto to widział oddawać żonę do zakładu?

Gross stężał.

– Pan by oddał? – Starzec przekrzywił głowę, a jego wyłupiaste oczy świdrowały komisarza. – Jeśli ma umrzeć – kontynuował gospodarz, ściszywszy głos – to tylko w domu. Tu, gdzie jest bezpieczna i kochana.

Wstał, żeby poprawić kołdrę, i przykrył kobietę ciemnozielonym kocem, który leżał złożony w jej nogach.

– Prosiłem lekarza, żeby tylko nie cierpiała bólu – dodał płaczliwie.

Gross zerknął na ścianę, gdzie Jezus z cierniową koroną na głowie wznosił umęczony wzrok ku niebiosom.

A te płakały nieustannie.


Komisarz odłożył telefon i spojrzał na Monikę Skalską.

Siedziała tam, gdzie lubiła najbardziej, po lewej stronie stołu do odpraw. Tym razem żuła niespiesznie gumę. Włosy, jak zawsze, spięła w koński ogon, a bejsbolówkę zawiesiła na jednym z kolan, które podciągnęła do piersi. Białe superstary oparła na siedzisku krzesła.

Kiedy Gross wyszedł z mieszkania starych, schorowanych ludzi i przeciął chełmżyński Rynek, zatrzymał się przed biblioteką i ponownie przypatrywał się przez okna wypożyczalni. Dostrzegł starszą bibliotekarkę, której zwyczajnie nie lubił ze względu na jej oschłość. Nie zdradziłaby mu powodów, dla których Malwiny Lemańskiej nie ma w pracy.

Odpuścił więc.

– I co? – spytała Skalska.

– To on. Raszeja zidentyfikowała ciało bez cienia wątpliwości – powiedział, spojrzawszy na aparat stacjonarny.

Skałka wdmuchała balon, który pękł cicho i okleił jej usta.

– Mam to załatwić? – Jej pytanie na długo zawisło w powietrzu.

Komisarz nie odzywał się, więc je powtórzyła.

– Co takiego? – Gross wreszcie się otrząsnął z rozmyślań.

– No jak to co? – Rozłożyła ręce. – Czy mam powiadomić rodzinę?

– Sam to zrobię. – Przyłożył palec do kolorowej kartki, na której przed poranną odprawą z Łoniewiczem i Nubińskim zapisał sobie adres matki Rafała Beckera.

Nubiński podyktował go z pamięci, bo prowadził sprawę zaginięcia Rafała Beckera i był kilkukrotnie w jego mieszkaniu.

Z wczorajszego, pierwszego zapoznania się z materiałami dotyczącymi zaginięcia młodych ludzi Gross zapamiętał, że ojciec samobójcy zmarł w dwa tysiące dziesiątym roku. Komisarz zdał sobie sprawę, że Jadwiga Becker, matka Rafała, została na tym świecie sama, a od ponad dwóch tygodni zachodzi pewnie w głowę, co się stało z jej synem.

– No dobra, a masz coś dla mnie, Bernardzie? – spytała Skalska, ale Gross znowu był myślami daleko stąd.

Zastanawiał się, czy dobrze zrobił, biorąc na swoje barki obowiązek powiadomienia matki o śmierci jej jedynego żyjącego dziecka. Zaczynał mieć co do tego obawy, ale wiedział, że nie będzie mógł się już z tego wykręcić.

– Bernardzie?

Skalska ponownie wyrwała policjanta z zamyślenia.

Spojrzał na nią, unosząc brwi.

– Masz coś dla mnie? – powtórzyła.

– Nie, chyba nie. – Rozejrzał się po biurku w poszukiwaniu poczty wewnętrznej. – Chociaż właściwie tak. Dwie sprawy. Po pierwsze, wystąp o billingi Beckera i wyciągi z konta.

– Okej. A druga sprawa?

Gross przyjrzał się swoim dłoniom.

– Chciałbym, żebyś mi w czymś pomogła.

– W czym?

Usiadł i wyjął z torby kserówkę listu. Dotyczył sprawy, którą miał się zająć z polecenia komendantki.

– Co to? – Skalska wzięła kartkę i wczytała się w treść.

– Rzecz w tym, że to trzeba po cichu – zastrzegł.

– Przecież to sprawa Jojczykowej.

– Wiem. Ale komendantka prosiła…

– Jezu, czy naprawdę wszystkich musimy wyręczać? – jęknęła Skalska. – Mało mamy własnej roboty?

– Byłem tam dzisiaj i powiem ci, że… – Zmarszczył czoło na samo wspomnienie swojej wizyty.

– Wiem, co to przemoc domowa, i nie chcę tego słuchać. Daruj sobie – zastrzegła. – A co na to opieka społeczna?

– Akurat tę kwestię zostawiamy Oli Jojczyk. Wojtasik mówiła mi rano, że wszystko jest na dobrej drodze do odebrania Płockim dzieci.

– Oby tylko nie trwało to zbyt długo.

– Nie mamy na to wpływu – stwierdził z bezsilnością w głosie. – To sprawa opieki społecznej i sądu.

Skalska odłożyła kartkę na stół i poprawiła wiązanie długiej czarnej kity.

– Co w takim razie mam zrobić?

– Mieć oczy szeroko otwarte – poprosił.

Kobieta pokiwała głową, ale nie wyszła z gabinetu. Rzuciła okiem na drzwi, potem na szefa.

Gross obserwował ją uważnie.

– Coś jeszcze? – spytał.

– Chciałam cię przeprosić za swoje zachowanie – powiedziała. – Wiesz, że tak nalegałam na to, żebyś się odezwał do Malwiny… – Urwała, czekając na jego komentarz, ale Gross milczał. – Chodzi mi tylko o to, że… Może ona… To znaczy, że może z nią byłoby ci dobrze.

Komisarz się spiął.

– A ty? – odparował.

– Co ja?

– Z kim ci będzie dobrze?

Utkwiła wzrok w regale naprzeciwko niej. Gross wiedział, że jego pytanie zadziałało jak filmowy projektor, że Skałka w myślach spogląda w oczy Grzegorza Otremby, aspiranta, w którym się zakochała, ale który kilka miesięcy temu przyłożył do skroni służbową broń i nacisnął spust.