Zadra

Tekst
Z serii: Bernard Gross #3
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zadra
Zadra
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,80  55,04 
Zadra
Audio
Zadra
Audiobook
Czyta Piotr Grabowski
36,90  26,94 
Szczegóły
Zadra
Zadra
E-book
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

dzień drugi

Nad ranem na parkingu przy lesie zaroiło się od policjantów.

Gross, zziębnięty i ze skostniałymi stopami, siedział na tylnej kanapie radiowozu i popijał herbatę z jednorazowego kubka. Zmęczenie pogłębiło jego zmarszczki i sprawiało, że powieki mu ciążyły. Tuż obok Jarek Bloch, wykończony kilkugodzinną nocną pracą w podwójnej roli fotografa i technika kryminalistyki, oparł ręce o dach i otwarte drzwi wysłużonej policyjnej kijanki. Stał w bezruchu, obserwując skraj lasu, jaśniejący od brzasku. Jasne dżinsy technika były mokre do kolan, poznaczone zielonkawymi i ciemnobrązowymi smugami. Podobnie jak rękawy polara, których nie ochronił fizelinowy strój roboczy.

– Czegoś takiego jeszcze w życiu nie widziałem – stwierdził Bloch.

Gross milczał. Dopiero teraz zaczął odczuwać prawdziwe zmęczenie, które powoli ogarniało jego wychłodzone ciało.

Rześki poranek przywitał ich utkanymi między pniami drzew i unoszącymi się nad leśnym runem strzępkami mgieł, które snuły się po polach rozciągających się za ich plecami. Tafla położonego w dolinie jeziora była gładka jak lustro, w którym odbijały się kłębiaste chmury.

Ktoś klasnął w dłonie i dopiero w tej chwili dotarło do Grossa, że musiał przymknąć oczy.

– No, panowie, robota czeka! – usłyszał znajomy głos.

Skupił wzrok na sięgających do kolan gumiakach. Kiedy spojrzał wyżej, zobaczył tęgawego, niskiego prokuratora w sportowej, puchowej kurtce z kapturem. Artur Legner z Prokuratury Rejonowej Toruń–Wschód wyciągnął z kieszeni chusteczki i wytarł nos. Oddychał przez usta, z których co chwila wydobywały się kłęby pary.

– Musiałem się zaziębić na tym wypadku – stęknął.

Gross spojrzał na Blocha, a ten podszedł do otwartego bagażnika.

– Coście tu zmajstrowali, co? – spytał wesoło prokurator.

Komisarz dźwignął się i wyprostował. Dopił herbatę, a potem odstawił kubek w zagłębienie w drzwiach i ostentacyjnie zerknął na zegarek.

Legner nie wyglądał na steranego pracą – był świeżo ogolony, a poranny wiatr niósł w stronę Grossa orientalny zapach drogich perfum.

– Chodźmy – zaproponował komisarz.

– A pan? – rzucił prokurator do Blocha.

Ten wyjął z bagażnika długi nóż i stanął za Grossem.

– Prawie jak maczeta. – Zaśmiał się Legner.– Będzie nam pan torował drogę jak ten, co boso po dżungli łazi? No wiecie. Ten taki z radykalnymi poglądami. Jakże się on nazywa? – Popstrykał palcami. – O! Już mam. Cejrowski.

Nie odpowiedzieli.

Gross w ciszy minął prokuratora i ruszył do lasu.

Po kilkunastu minutach dotarli na miejsce oznaczone policyjną taśmą, za którą znajdował się wysoki i gęsty krzak otaczający rosnące blisko siebie sosny. Na gałęziach krzewu Gross zobaczył czarno-żółtego ptaka wielkości dziecięcej pięści, który odleciał, gdy tylko się zbliżyli.

Komisarz uniósł taśmę i przytrzymał, żeby Legner mógł wejść na wyznaczony teren. Prokurator spojrzał zdumiony na pusty worek na zwłoki.

Kilka metrów dalej Skalska pomagała Zielińskiemu dokończyć protokół oględzin, ale Gross dał jej znak, by zeszli z pola widzenia Legnera. Oboje wycofali się za gęste krzaki.

Nubiński wrócił do komisariatu i miał zastąpić komisarza przy bieżącej robocie.

– To tu? – zdziwił się Legner.

Gross pokiwał głową. Włożyli z Blochem lateksowe rękawiczki i podali parę Legnerowi, ale ten odmówił. Wsadził ręce w kieszenie na znak, że niczego nie dotknie.

– Pan sobie jaja robi, komisarzu? Gdzie? – spytał.

– Tu – odparł Gross, wskazując na krzew.

W lesie wciąż panował półmrok, ale niebo nad drzewami błękitniało.

Legner z niedowierzaniem pokręcił głową. Jego gumiaki lśniły od rosy. Lepiły się do nich liście i igliwie.

– Nie musimy się kochać, do kurwy nędzy, ale moglibyśmy się chociaż szanować, prawda? – Uniósł brwi. – Co to jest, do chuja? Zajęcia terenowe z dendrologii?

Komisarz skinął na Blocha, żeby ten do niego podszedł. Podnieśli z ziemi solidne konary, które znaleźli i wykorzystali już wcześniej. Wsunęli je głęboko w krzew, a następnie rozgarnęli gałęzie, z których spadło kilka zbrązowiałych liści.

Zanim Legner uwierzył w to, co zobaczył, minęła chwila. Gross odwrócił się do niego i obserwował, jak niedowierzanie ustępuje zaskoczeniu, które z kolei szybko przeradza się w obrzydzenie.

Wreszcie prokurator zasłonił sobie usta i rozejrzał się w panice. Odbiegł kilka metrów dalej, do najbliższego drzewa, i oparłszy się jedną ręką o pień, gwałtownie się pochylił i głośno wyrzucił z siebie zawartość żołądka. Długo trwało, nim go wreszcie opróżnił.

– Uuu, obfite śniadanko – gwizdnął Bloch cicho.

Wreszcie prokurator się wyprostował, splunął kilka razy gęstą śliną i wyciągnął chusteczkę, żeby otrzeć usta, a potem czubki gumiaków. Odetchnął głęboko i uniósł głowę.

Dobiegło ich kilka rzuconych przez zęby przekleństw.

– Odcinamy? – spytał Gross, a Legner, nie odwracając się, machnął ręką, że się zgadza, po czym krzyknął z oddali:

– A patolog?

Bloch sięgnął po nóż.

– Mówiłem, Bernardzie, że pan prorok obrzyga sobie buty? Mówiłem. – Zaśmiał się technik. – I gdybym się tylko z tobą założył, wisiałbyś mi zgrzewkę żywca.

Grossa to nie rozbawiło. Nie zależało mu na tym, by odgrywać się na prokuratorze. Chciał jedynie, aby ten wiedział, że gdyby nie przypadek, ciała nikt by nie odnalazł.

– Stop, zaraz, do cholery! A patolog? – powtórzył pytanie prokurator, który stanął tuż przy nich. W przekrwionych oczach wciąż jeszcze zbierały się łzy, efekt silnych torsji.

Gross ponownie spojrzał na zegarek.

– Za pół godziny będzie w prosektorium i zrobi sekcję.

– Nie przyjedzie tu?

– A widzi pan w tym jakikolwiek sens? – odparł komisarz. – Tu, na miejscu, niczego więcej się nie dowiemy.

– No dobra, a co ze zdjęciami? – dociekał prokurator.

– Mamy pełną dokumentację fotograficzną. Dwie sesje, jedna z nocy, druga z rana. – Bloch uśmiechnął się sztucznie. – Mogę pokazać.

Legner machnął ręką, jakby odpędzał natrętną muchę. Popatrzył na zwłoki i gwałtownie wciągnął nosem powietrze. Zamknął oczy i próbował przetrwać. Kiedy je otworzył, technik zrobił krok przed siebie. Przytrzymał zwiotczałą linę, która z jednej strony oplatała drzewo, a z drugiej zakończona była pętlą zaciśniętą na szyi bezgłowego ciała.

Bloch jedną dłonią naprężył sznur, a drugą, mniej więcej w połowie odległości od drzewa, zaczął go przecinać. Za każdym razem, kiedy ostrze zanurzało się w zaplecione warkocze liny, słychać było głuchy zgrzyt, a pozbawione głowy zwłoki podskakiwały jak makabryczna pacyna w teatralnym przedstawieniu.

– Zgon musiał nastąpić co najmniej tydzień temu. Powieszenie w pozycji nietypowej z niepełnym zwieszeniem ciała. Brak głowy i jednej kończyny dolnej, ale druga jest zgięta w kolanie, więc należy przypuszczać, że denat ukląkł na twardych konarach krzewu – stwierdził Gross.

– Pana zdaniem, komisarzu, nic tu nie wskazuje na zabójstwo? – Legner się skrzywił, a Gross ponownie przyjrzał się ludzkim szczątkom.

Nocą, w świetle latarki, zwłoki wyglądały upiornie, ale teraz nie robiły na nim już takiego wrażenia.

– W obecnej sytuacji trudno wykluczyć taką wersję. Mam nadzieję, że autopsja zmieni nasz ogląd w tej sprawie – odparł. – Pewne jest jedno. Jeśli czaszka, którą odnaleźli wojskowi, należy do tego ciała, to śmierć nie nastąpiła ani w wyniku postrzału w głowę, ani w wyniku uderzenia w nią tępym narzędziem. Kości czaszki nie noszą żadnych śladów uderzeń, nie ma w niej też ran wlotowych.

Na szczątkach mężczyzny słusznego wzrostu wisiała kurtka moro i zielona koszula, obficie poplamione zaschłymi ocieklinami gnilnymi i postrzępione przez ptaki albo wiewiórki. Jedna nogawka zielonych bojówek, tak samo brudna, zwisała swobodnie, jakby denat był kaleką. Na stopie tkwił brązowy traper. Drugiego buta nigdzie nie znaleźli.

Gross wiedział jednak, że zarówno czaszka, jak i brakująca kończyna odpadły od ciała jako pierwsze na skutek procesów gnilnych i praw fizyki. Podobnie jak dłonie, bo zgniłe kończyny górne utrzymywały się tylko dzięki wyciągniętym od ciężaru rękawom. Fragmenty szczątków musiały spaść na ściółkę i wtedy stały się łatwiejszym łupem dla lisa albo wilka, który rozciągnął je po lesie.

– Ale, co dziwne – zaczął Gross – mamy dwie niepołączone ze sobą pętle z samozaciskowych plastikowych opasek.

– Czyli? – Legner zmarszczył czoło.

Gross spojrzał na niego.

– Biorąc pod uwagę średnicę, mogły być zaciśnięte na nadgarstkach – stwierdził.

Bloch zaczął sapać ze zmęczenia i z powodu niewygodnej pozycji, w której musiał odcinać sznur.

– Trzymasz? – spytał technik komisarza.

Gross podtrzymał korpus i poczuł nieznośny smród gnijącego ciała, mdły i gęsty, który oblepił nozdrza. Widział wyraźnie jasnokremowy kikut kręgosłupa z odsłoniętymi kręgami szyjnymi. Larwy owadów ogołociły tę część zwłok z wszelkiej tkanki. Potem przyjrzał się wysuszonej, niemal sczerniałej i sztywnej, jakby wyprawionej skórze szyi z ciągnącym się po obwodzie wyraźnym wgłębieniem, powstałym od pętli wisielczej, która, poluzowana, się z niego wysunęła. Węzeł znajdował się z lewej strony szyi denata.

– Uważaj – ostrzegł Bloch.

Komisarz poczuł, jak osuwa się na niego martwe ciało.

W tej samej chwili z pomiędzy połów poszarpanej i poplamionej koszuli wyleciały ze świergotem dwa czarno-żółte ptaki, które odfrunęły gdzieś za plecy policjanta.

Łopot ich małych skrzydeł zabrzmiał niezwykle głośno.

Gross wzdrygnął się i poczuł, że jego serce też próbuje się wyrwać z klatki piersiowej. Mimo to nie upuścił zwłok. Wciąż trzymał je przed sobą. Były lekkie niczym kukła.

Bloch pobladł, wpatrując się z przerażeniem w komisarza.

Zanim ten zorientował się, co się tak naprawdę stało, zdołał w końcu ułożyć ciało w otwartym worku. Trupi smród stał się nie do zniesienia.

 

– Pomóż mi – poprosił Gross technika.

Bloch kucnął, naciągając sobie na nos zapiętą pod szyję bluzę polarową.

– Przełożymy go na plecy – wyjaśnił komisarz. – Na trzy.

Po czym odliczył i obrócili zwłoki. Policjant poprawił nienaturalne ułożenie nogi i rąk ukrytych pod warstwą ubrudzonych ubrań.

Wtedy Gross rozchylił koszulę i spojrzał w otwartą, pozbawioną wnętrzności jamę brzuszną, w której dostrzegł drobne patyki, przesuszone źdźbła traw oraz ptasie pierze.

Legner nachylił się nad nimi.

– Chryste Panie! – jęknął na widok zawieszonego na żebrach gniazda opuszczonego przez osy.


Kiedy zaparkowali przy chełmżyńskim orlenie, Gross siedział na tylnej kanapie radiowozu i nie zamierzał wysiadać. Dał kierowcy dwadzieścia złotych i poprosił o gorzką herbatę i hot-doga. Skalska zamówiła dużą białą kawę i muffinkę.

Wkrótce kierowca zatrzasnął drzwi i zostali sami.

Policjant obserwował przez boczną szybę Jarka Blocha, który wysiadł ze swojej kijanki i przeciągnął się, wyrzucając ręce w górę. Koszula, którą nosił pod szarym polarem, wyszła mu ze spodni. Po chwili technik ruszył wolnym krokiem za kierowcą i Mateuszem Zielskim do wejścia do oświetlonego mimo słonecznego poranka sklepu.

– Zadzwoniłeś do niej? – spytała Skalska, która siedziała ze spuszczoną głową na fotelu pasażera.

Nie zdjęła bejsbolówki.

Widział jedynie profil jej twarzy, która z powodu daszka czapki niknęła w cieniu.

– Do kogo? – spytał zdziwiony.

– Do Malwiny.

Przymknął oczy i zrugał się w myślach. Wychylił się, żeby spojrzeć na zegarek umieszczony pośrodku konsoli, tuż obok radia, z którego sączyły się dźwięki kojącego amerykańskiego swingu.

Było krótko po siódmej.

Przypomniał sobie, że poprzedniego dnia umówił się z bibliotekarką Malwiną Lemańską. Zaprosiła go na późny obiad, a on zaraz po wizycie u lekarza poszedł do sklepu po wino i kwiaty. Gdzieś je tu nawet zostawił. Omiótł wzrokiem wnętrze pojazdu, ale po wiązance żółtych tulipanów nie było śladu. Być może kierowca przełożył je do bagażnika. Butelka wina, którą wsunął w kieszeń oparcia siedzenia Skalskiej, pozostała na swoim miejscu.

– Przepraszam – wyszeptała Skalska.

Gross westchnął.

– Obiecałam, że załatwimy to szybko. Że będziesz mógł do niej wrócić.

Nie miał żalu do podwładnej, ale poczuł się źle, że zawiódł Lemańską. Pamiętał, że kiedy się do niej wybierał, kiedy stał pod oknem zielonego dwuklatkowego bloku na Sikorskiego, w którym mieszkała, wychyliła się i z uśmiechem zaprosiła go na górę. I gdyby wtedy do niej wszedł, być może wszystko potoczyłoby się inaczej. Może wyciszyłby aparat i dzięki temu nie odebrałby telefonu od Skalskiej. Ale zamiast tego chciał przynieść bibliotekarce kwiaty. Wreszcie zrobić to, co powinien był zrobić dawno temu. Traktować ją jak kobietę, która – bał się tego określenia – zawładnęła jego myślami.

Bał się przede wszystkim własnego zaangażowania. Bo przecież to Agnieszce, która od dziesięciu lat przebywała pogrążona w śpiączce w zakładzie opiekuńczym Fundacji „Światło” w Toruniu, obiecał, że będzie ją kochał w zdrowiu i chorobie. A co dziś czuł do tej kobiety, która w oczywisty sposób nie była już tamtą Agnieszką, ale wciąż była jego żoną?

Pozostało po niej ciało, utrzymywane przy życiu przez odpowiednie impulsy płynące z niedotlenionego mózgu, który z jednej strony w ogóle nie reagował na bodźce zewnętrzne, a z drugiej – uparcie podtrzymywał płomyk ledwie tlącego się życia. Serce z uporem pompowało krew, dotleniało tkanki i mięśnie, ale mózg nie przesyłał do nich sygnału, jakby ktoś wyjął wtyczkę z gniazdka sieci neuronalnych.

– Zadzwoń do niej. Proszę – odezwała się ponownie Skalska.

Wyczuł napięcie w jej głosie.

Powinien tak zrobić. Powinien zadzwonić do Malwiny i ją przeprosić. A być może obiecać, że odwiedzi ją jutro, że wszystko jej wynagrodzi. Ale im więcej składał obietnic, tym częściej zawodził sam siebie.

Gross sięgnął po ukrytą w kieszeni kurtki komórkę, ale chwilę później kierowca szarpnął tylne drzwi i podał mu hot-doga i herbatę.

– Resztę mam w kieszeni. Zaraz oddam – powiedział i wycofał się do sklepu.

Komisarz powiódł za nim wzrokiem. Ugryzł ciepłą bułkę i zaczął wolno przeżuwać. Po chwili upił łyk gorącej herbaty.

– To nie jest twoja wina – stwierdził, gdy przełknął kęs.

– Jasne – prychnęła. – Nie moja.

Zaskoczył go jej ton.

W końcu odwróciła się do niego gwałtownie i odpięła pas.

Chciała coś powiedzieć, otworzyła nawet usta, ale ostatecznie zrezygnowała.

Szarpnęła drzwi i wysiadła.

Wiatr zawył głośno i chłód owinął się Grossowi wokół karku.

– Powiedz, żeby się pospieszyli – rzucił.

W odpowiedzi Skalska trzasnęła drzwiami i podbiegła do sklepu. Widział, jak szybko przechodzi między półkami i kieruje się do toalet. A potem zniknęła mu z oczu.

Popatrzył na stojących przy ekspresie do kawy policjantów. Jeden z nich ziewał, drugi drapał się po głowie.

„Zadzwoń do niej”, przypomniał sobie słowa Skalskiej.

Ugryzł bułkę, a następnie przytrzymał hot-doga i kubek z herbatą w jednej ręce, a drugą sięgnął po komórkę. Kciukiem wybrał numer do Lemańskiej i przyłożył aparat do ucha. Przełknął kęs przy trzecim sygnale, a po piątym przerwał nawiązywanie połączenia. Postanowił wysłać esemes.

Próbował sklecić kilka słów, ale to, co napisał, nijak nie oddawało jego myśli. Pisał więc wiadomość na nowo. I tak kilka razy.

W końcu usunął całą treść i zgasił ekran.

– Vis maior – wyszeptał, schowawszy aparat do kieszeni kurtki.


– Panie komisarzu, kwiaty! – Kierowca wysiadł z radiowozu i otworzył bagażnik.

Gross był już przy ciężkich drewnianych drzwiach komisariatu, kiedy go usłyszał. Odwrócił się i wrócił do samochodu. Z każdym krokiem niemal chlupało mu w butach. Odebrał zwiędłe żółte tulipany, a po chwili młody policjant podał mu też butelkę wina.

Komisarz wyrzucił kwiaty do pobliskiego kosza, a butelkę schował do torby.

Tuż po ósmej przesłaniane co i rusz chmurami słońce wznosiło się wyżej na nieboskłonie.

Gross usiadł ciężko za biurkiem i nastawił czajnik, w którym była jeszcze resztka wody z poprzednich dni. Szybko zaszumiała i zabulgotała, ale mimo to nie zaparzył herbaty. Opadł na oparcie fotela i przymknął oczy. Powinien wrócić do domu, przebrać się i wziąć prysznic, zanim zaśnie w swoim gabinecie. Ale miał sporo pracy. Wstał więc, kiedy w drzwiach pojawiła się korpulentna młodsza inspektorka Lucyna Wojtasik, komendantka chełmżyńskiego komisariatu. Rude włosy jak zawsze spięła w kok.

– Dlaczego do mnie nie zadzwoniłeś? – spytała spokojnie, ale z wyczuwalną pretensją. Spódnica munduru podkreślała jej szerokie biodra.

Komisarz potarł oczy, ale nic nie odpowiedział.

– To samobójca? – Odsunęła sobie krzesło i usiadła na szczycie stołu do odpraw, który drugim końcem stykał się z biurkiem komisarza.

Gross zdał sobie sprawę, że zachowała większy dystans, bo wyczuła od niego trupi fetor. Odwrócił się do okna, żeby je otworzyć, ale zrezygnował. Wiedział, że to nic nie da, a mogło tylko pogorszyć sytuację. Ewentualny przeciąg rozwiałby smród po korytarzu.

Opowiedział jej o tym, gdzie znaleźli czaszkę i kość udową, a także, że zwłoki wisielca odnalazł w potężnym i gęstym krzewie, który rósł wokół dwóch sosen.

– Nie wiem. Być może tak to właśnie wygląda. Nikt z zewnątrz nie dostrzegłby ciała – oznajmił.

– Dlaczego?

– Denat był ubrany w strój moro.

– Ale tobie się udało – rzuciła z przekąsem.

– Nie dlatego, że zobaczyłem zwłoki.

– A co? – zainteresowała się.

– Klucze – stwierdził. – Jeden zielony, drugi złoty, spięte stalowym kółkiem, pozbawione breloka.

– Jego?

– Tego się raczej szybko nie dowiemy – zastrzegł. – Z obu dłoni pozostało jedynie kilka kości śródręcza, więc o odbitkach linii papilarnych możemy zapomnieć przynajmniej do czasu identyfikacji.

Wojtasik pokiwała głową.

– Rozumiem, że nie miał przy sobie dokumentów? – odezwała się po chwili.

– Nie, żadnych. W kieszeniach pusto. Te w spodniach się przetarły, więc możliwe, że klucze należały do denata – odparł Gross.

– Żołnierz?

Komisarz zaprzeczył.

– To nie był żołnierski mundur.

Westchnęła.

– Więc jaki masz plan?

Policjant pochylił się i oparł pięściami o biurko.

– Skalska wyszukuje zaginionych…

– Na miejscu nie było patologa – przerwała mu. – Skąd Skałka wie, jaki zakres dat nas interesuje?

– Na razie sprawdzamy po ubiorze i znaku szczególnym.

– Co masz na myśli?

– Diastemę, czyli szparę między górnymi jedynkami – wolał uzupełnić.

– Przecież wiem, co to diastema – obruszyła się Wojtasik. Wstała i zasunęła krzesło. – Proszę, melduj mi o wszystkim.

Pokiwał głową.

– I przebierz się – poprosiła i zniknęła za drzwiami.

Gross odczekał chwilę i przedzwonił na górę do Moniki Skalskiej.

– Wiemy coś więcej? – spytał zmęczonym, wypranym z emocji głosem.

– Właśnie miałam do ciebie zejść.

– Może nie. Po prostu powiedz, co…

– Zaraz będę – weszła mu w słowo i odłożyła słuchawkę.

Ponownie włączył czajnik i sięgnął po kubek, do którego wrzucił ekspresówkę.

Drzwi się uchyliły i do gabinetu weszła Skalska. Miała na sobie puchowy granatowy bezrękawnik, a pod nim czarny polar zapięty pod szyję.

Z ulgą stwierdził, że ona też nie zdążyła się przebrać. Prosto z lasu w Grodnie przyjechała tutaj, ale o dziwo, nie wyglądała na zmęczoną. Z werwą żuła gumę. Położyła na biurku kartkę ze zdjęciem uśmiechniętego mężczyzny z wyraźną szparą między jedynkami. Pospolita, owalna twarz, krótkie włosy, niewielkie zakola i dołek w brodzie pokrytej drobnym zarostem, przetkanym siwą nitką.

Pod fotografią znajdowały się imię i nazwisko, a także data urodzenia i zaginięcia oraz miejscowość, z której pochodził mężczyzna. Gross odczytał też informację o znakach szczególnych i o tym, w co facet był ubrany w dniu zaginięcia.

– Rafał Becker? – spytał, podnosząc wzrok.

Skalska pokiwała głową, a następnie wydmuchała niewielki balon, który szybko schowała w ustach. Pękł głucho, kiedy tylko go rozgryzła.

– To musi być on – powiedziała z przekonaniem.

Komisarz raz jeszcze spojrzał na wydruk.

– Zaginął siedemnastego września w godzinach popołudniowych. – Spojrzał na kalendarz ścienny. – Czyli kilkanaście dni temu.

– Nasz człowiek.

– Nasz? – Skrzywił się.

– No w sensie, że z Chełmży – wyjaśniła.

Ponownie przyjrzał się zdjęciu.

– Dobra robota – pochwalił i w gabinecie zapadła cisza.

– Co teraz? – spytała Skalska.

Gross się zamyślił, wreszcie przeczesał dłonią włosy.

– Nic. Pojedź do domu i odpocznij. Poproszę Judytę, by wzięła na siebie stomatologów i pozyskała kartę dentystyczną. Ułatwi nam to identyfikację. A ja w tym czasie się przebiorę i pojadę do Torunia na sekcję.

– Jechać z tobą?

Pokręcił nieznaczne głową.

– Przy okazji wpadnę jeszcze do żony – wyjaśnił.

– Rozumiem. – Skalska podeszła do drzwi, ale odwróciła się w progu. – A pamiętałeś o telefonie do Malwiny?

Gross znieruchomiał.

– Przy okazji wpadnę jeszcze do żony – powtórzył twardo.


Zimny, październikowy wiatr się wzmagał, kiedy komisarz szedł po pomoście w zachodniej części jeziora. Podmuchy szarpały mu kurtkę i przenikały przez grubą warstwę ubrań. Wyciskały też łzy spod półprzymkniętych powiek.

Szlaka na Plażowej, po której szedł pod górę do swojego bloku, chrzęściła miarowo pod podeszwami przemoczonych butów. Wszedłszy do klatki schodowej, Gross poczuł ulgę. Świst wiatru ucichł i przynajmniej chwilowo zmasowany atak zimna szalał już tylko na zewnątrz.

W mieszkaniu komisarz nastawił czajnik na gazie i rozebrawszy się, włożył ubrania oraz bieliznę do pralki, którą szybko uruchomił. Wziął długi i gorący prysznic, a na koniec spryskał się wodą kolońską. Mimo tego wciąż czuł smród rozkładającego się ciała.

Kiedy wyszedł z zaparowanej łazienki, czajnik gwizdał już od dłuższego czasu. Gross zalał herbatę ekspresową i ubrał się w świeże ciuchy: gruby granatowy sweter i czarne sztruksowe spodnie. Przemoczone buty wsunął pod kaloryfer w kuchni, ale dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że ten jest zupełnie zimny. Obawiał się, że pokryte ciemnymi plamami wilgoci skórzane obuwie będzie musiał wyrzucić.

 

Zrobił sobie drugie śniadanie, które dokończył na schodach, bo nie zamierzał spóźnić się na sekcję zwłok wisielca.

Unieruchomił dwiema cegłówkami otwarte blaszane wrota garażu, żeby nie zatrzasnął ich wiatr, a następnie wyprowadził golfa.

Zapomniał zabrać książkę, którą chciał przeczytać żonie, ale nie zdecydował się już na powrót do mieszkania. Postanowił, że poszuka czegoś na miejscu, w świetlicy.

Przejechał przez torowisko na rogatkach miasta, gdy zawibrował telefon.

– Judyta Judycka, szefie – usłyszał kobiecy głos.

– Co masz? – spytał.

– Gładko poszło. Dentysta był na miejscu, spisałam protokół i przejęłam kartę dentystyczną Rafała Beckera.

– Świetnie. Diastema?

– Tak, pacjent z diastemą. Podczas ostatniej wizyty, w styczniu, zgłosił się do wyrwania trzonowca. Prawa siódemka na dole. W sumie miał pięć ekstrakcji.

– Pięć? – Gross zapamiętał brak trzech trzonowców w górnej szczęce. Powiedział to Judyckiej.

– Zgadza się. Trzy u góry i dwie na dole.

Szum silnika i gwizd wiatru przez krótką chwilę wypełniały kabinę golfa.

– Miał czterdzieści dwa lata – zauważył Gross. – Stomatolog mówił coś o jego ogólnym stanie uzębienia?

– Pięć ekstrakcji chyba mówi więcej niż opinia lekarza.

Pomyślał o tym samym.

– Czy możesz zostawić mi tę dokumentację na biurku? – spytał.

– Już tam leży – odparła. – Jakby co, jestem do dyspozycji.

– Dziękuję, Judyto. – Gross się rozłączył, ale nie odłożył aparatu.

Wahał się przez moment, w końcu wybrał jednak numer Lemańskiej. Dobijał się do niej przez siedem sygnałów. Potem odpuścił.

„Może tak wygląda koniec czegoś, co się nawet na dobre nie zaczęło”, zmartwił się. „Może to jakiś znak”.

Nagle, kiedy tylko o tym pomyślał, coś przyszło mu do głowy. Dlatego połączył się z Judycką.

– Jeszcze jedna sprawa – powiedział, kiedy podniosła słuchawkę. – Na miejscu, w lesie, widziałem przytwierdzoną do drzewa folię z wydrukowanym hasłem. Technik ją zabezpieczył. Chodziło chyba o marsz lub bieg na orientację czy coś podobnego.

– Sprawdzić to?

– Koniecznie – rzucił, a po chwili, kiedy musiał zwolnić i zjechać na gruntowe pobocze, żeby przepuścić wariata wyprzedzającego tira, odezwał się ponownie: – Co to w ogóle jest?

– Te marsze?

– Tak. To jakiś rodzaj podchodów?

– No tak jakby. Zabawa połączona z turystyką – stwierdziła. – Generalnie rzecz polega na tym, że organizator przekazuje uczestnikom mapę, a oni mają dzięki niej i pozostawionym w terenie wskazówkom dotrzeć do punktów kontrolnych. Wszystko to zazwyczaj odbywa się na czas.

– To wciąż jest modne? Kto się w to bawi?

Usłyszał jej ciepły śmiech i wyobraził sobie tę młodą blondynkę z zadartym nosem i włosami do ramion, których równo przystrzyżone końcówki podwijały się do szyi. Widział ją siedzącą przy biurku w gabinecie na poddaszu, tuż pod oknem połaciowym. Przypomniała mu jedną z tych znanych aktorek z Hollywood, jeszcze zanim ta zaczęła wydawać zarobione pieniądze na liczne operacje plastyczne, które całkowicie zniszczyły jej piękne, naturalne rysy.

– Dziś modne są gry komputerowe, szefie. Ale w te marsze bawić się mogą wszyscy. Dorośli i dzieci. Takie imprezy odbywają się zwykle w ciągu dnia, czasami też nocą. Ja chodziłam na nie z rodzicami, a potem z koleżankami z liceum. A szef brał w tym kiedyś udział?

– Nocą też? – zainteresował się.

– No, wtedy jest zabawniej. A już na pewno straszniej. – W jej głosie znowu brzmiała wesołość.

– Sprawdź to dokładnie, proszę.

– Oczywiście. Dam znać, gdy już coś ustalę.


Wiatr siekł pierwszymi kroplami deszczu, ciężkimi i zimnymi jak drobinki lodu.

Jeszcze w samochodzie komisarz postawił kołnierz kurtki, a następnie wysiadł z auta i pochyliwszy się, podbiegł do drzwi prosektorium szpitala na Bielanach. Z powodu silnego podmuchu stoczył z nimi chwilową walkę, a kiedy znalazł się we wnętrzu zakładu patomorfologii, machinalnie przetarł ręką zaczesane na jeża posiwiałe włosy, mokre jakby po kąpieli. Wytarł dłoń w sztruksy i zapukał do gabinetu Raszei. Odpowiedziała mu cisza. Zszedł więc do piwnicy, w której na czas budowy nowych obiektów lecznicy zorganizowano tymczasowe prosektorium. Legner już tam był, kręcił się nerwowo przed stalowymi drzwiami i rozmawiał przez telefon. Mrugnął do Grossa i kontynuował rozmowę.

Policjant wszedł do holu. Ściągnął z wieszaka zielony fizelinowy fartuch i spojrzał w kierunku pokoju, w którym dwóch laborantów przygotowywało zwłoki mężczyzny do pogrzebu. Dłonie w niebieskich rękawiczkach uniosły sinoszary tułów z bezwładnie odchyloną głową, żeby włożyć denatowi białą koszulę.

Gross narzucił strój ochronny na ramiona i dopiero wtedy nacisnął klamkę.

Raszeja, wysoka i chuda lekarka sądowa, pochylała się nad posiniałymi zwłokami otyłego młodego mężczyzny. Komisarz przyjrzał się wielkim, sinym podeszwom jego stóp, a potem przeniósł wzrok na wzdęty gazami gnilnymi brzuch i widoczne na skórze, niczym sieć dróg na mapie, smugi dyfuzyjne. Powstawały, kiedy krew w żyłach zaczynała gnić.

Głowa, z odciętą pokrywą czaszki, spoczywała na stalowej podpórce, a skalp był wywinięty na twarz. Mężczyzna leżał na połyskującym od świateł jarzeniówek szerokim stalowym stole. Trupi odór uderzył komisarza dopiero po chwili.

Bloch z założonymi rękoma i przymkniętymi powiekami opierał się o ścianę. Wyglądał na zmęczonego i znużonego jednocześnie. Dwie aluminiowe walizki stały przy jego nogach.

– O! Jak dobrze, że już jesteś, Bernardzie. Cieszę się – powiedziała Raszeja, po czym się wyprostowała i odgarnęła przedramieniem kręcone, krótkie włosy. Na dłoniach miała gumowe rękawice. – Panie Stefanie, poproszę o zwłoki wisielca z lasu! – krzyknęła w kierunku otwartych drzwi po drugiej stronie sali, a następnie zwróciła się do Grossa: – Zaraz przyjdę.

Opuściła salę. Kiedy drzwi się za nią zamknęły, technik kryminalistyki kucnął i położył walizki na podłodze. Zgrzytnęły zamki, a po chwili znowu dało się słyszeć miarowy szum wentylatorów. Bloch nałożył zielonkawy strój i sięgnął po karton lateksowych rękawiczek. Podsunął go Grossowi, który podszedł do drugiego, wolnego stołu sekcyjnego.

Chwycił jedną z rękawiczek od wewnętrznej strony i wprawnie nałożył na dłoń. Z drugą postąpił tak samo.

– Znowu będzie śmierdziało. – Bloch posmarował sobie mentolową maścią skórę nad górną wargą. – Chcesz? – Wyciągnął w kierunku komisarza dłoń ze specyfikiem w blaszanym opakowaniu.

Policjant poczuł jej intensywny zapach, ale tak samo wyczuwał też smród papierosów, którymi przesiąkły ubrania kolegi. Odmówił, a Bloch spojrzał na niego przekrwionymi oczami.

– Na pewno? – wolał się upewnić.

Gross machnął ręką.

– A ty? Dasz radę? – spytał technika po chwili, gdy z zaplecza dotarły do nich metaliczne dźwięki, a zaraz potem salę wypełnił charakterystyczny terkot kółek wózka na zwłoki. Laborant sekcyjny, łysiejący pięćdziesięciolatek w niebieskim stroju, skinął im głową.

– Pomożecie, panowie? – spytał.

Gross stanął u wezgłowia, a Bloch w nogach stołu sekcyjnego. Z łatwością przenieśli lekki worek, a laborant odjechał z wózkiem na zaplecze.

– Co miałeś na myśli, pytając, czy dam radę? – Technik podniósł wzrok na komisarza.

– Nic. Po prostu wyglądasz na wykończonego – zauważył Gross.

– Do tej pory jeszcze nigdy nie spierdoliłem swojej roboty. – Bloch podniósł głos.

– Nie to miałem na myśli – bronił się policjant.

– Właśnie, że miałeś – upierał się mężczyzna. – Uważasz, że mogę coś spierdolić.

– Daj spokój – poprosił komisarz i wtedy drzwi się otworzyły.

Do sali weszła Raszeja, za nią Legner i jeszcze jeden mężczyzna, ubrany w garnitur. Prokurator zatrzymał się jednak tuż za progiem i przetarł dłonią twarz.

– Panowie, przedstawiam wam Krystiana Kowalika, entomologa z toruńskiego uniwersytetu. – Raszeja odwróciła się do naukowca. – Poprosiłam go o udział w autopsji, bo być może jego wiedza przyda się w wyjaśnieniu waszej sprawy.

Gładko ogolony szatyn z włosami zaczesanym na bok uśmiechnął się przyjaźnie, ale krótko, i wyciągnął dłoń. Zorientował się, że policjanci mieli nałożone rękawice, więc raz jeszcze się uśmiechnął, tym razem z zakłopotaniem, i wsunął rękę w kieszeń spodni.

– No to co? Zaczynamy? – spytała lekarka, zbliżywszy się do czarnego worka.

Legner skinął głową.

Raszeja chwyciła za suwak i ze zgrzytem rozsunęła zamek, uwalniając trupi odór.

Prokurator nabrał powietrza i się skrzywił. Przestępował z nogi na nogę.

– Panie komisarzu… – Pokazał na drzwi i jednocześnie uniósł telefon.

Gross skinął mu głową.

– Jakby co, zawołam pana – powiedział i rozsunął poły worka, w którym tkwiło bezgłowe ciało.


Dwie godziny później w gabinecie Raszei rozszedł się intensywny zapach świeżo zaparzonej kawy. Oparłszy łokcie na kolanach, Gross wpatrywał się w brązową szklankę, z której parowała herbata. Nieco dalej nitka dymu uciekała z odłożonego na skraj popielniczki papierosa.