Brudna sprawa

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Brudna sprawa
Brudna sprawa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,90  60,72 
Brudna sprawa
Brudna sprawa
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 10

Del wyjął papierowy kubek z kawą z automatu i wrócił z nim do poczekalni w biurze koronera okręgu King przy Jefferson Street.

– O której się położyłeś? – spytał go Faz.

Była środa rano i Del odczuwał efekty kolejnej nieprzespanej nocy. Po wyjściu z pracy pojechał do siostry, dotarł na miejsce trochę po wpół do pierwszej i za piętnaście druga jeszcze nie spał; pamiętał, że odczytał tę godzinę na telefonie komórkowym. O szóstej rano wstał, przygotował chłopców do szkoły, odwiózł ich, po czym wyruszył do centrum. Poprzedniego dnia zadzwonili do niego z Centrum Medycyny Sądowej, że mają gotowy raport toksykologiczny Allie.

Był nieco otumaniały z powodu braku snu i czuł się trochę tak jak wtedy, gdy w młodości wspiął się na Mount Rainier i dopadła go choroba wysokościowa: zawroty głowy i lekkie zachwiania równowagi. Teraz w jego stawach odłożyło się zmęczenie i zamierzało w nich pozostać.

– Za późno się położyłem i za wcześnie wstałem – odparł. Potrząsnął nadgarstkiem, by zluzować złoty łańcuszek otrzymany w szczęśliwszych latach małżeństwa w prezencie od swojej byłej. Ceny złota tak ostatnio wzrosły, że często trzymał więcej pieniędzy na nadgarstku niż na swoim koncie w banku. – Nakarmiłem chłopaków i odwiozłem ich do szkoły, ale dom jest jak po wybuchu bomby i nie ma w nim nic do jedzenia. Siostra jest w fatalnym stanie. – Westchnął ciężko. – Nie bardzo wiem, co mam z tym fantem zrobić.

– Dałeś jej nazwisko tego terapeuty?

– Sam do niego zadzwoniłem i umówiłem ją na wizytę, ale zmobilizowanie jej, by poszła, to już zupełnie inna sprawa. Oboje wiemy, że nie mogę jej zmusić.

– Jak chłopcy sobie radzą?

Del wzruszył ramionami.

– Wracają ze szkoły, siadają na kanapie, jedzą czipsy z salsą i oglądają telewizję. Lekcji nie odrabiają.

– Chodzą przynajmniej do szkoły?

– Zawożę ich, ale nie wiem, kto po trzeciej po południu ma na nich oko. Wkrótce zacznie się sezon Małej Ligi. Muszę ich zapisać i w przyszły weekend zawieźć na sprawdzian.

– Powinieneś ich potrenować.

– No, to by dopiero był widok – prychnął Del. – Ja w portkach baseballowych!

– Byłeś kiedyś dobry w te klocki. Bóg mi świadkiem, że byłbyś lepszy od wielu dwudziestoparoletnich tatusiów, którym się zdaje, że ich dziewięciolatki za chwilę trafią do Wielkiej Ligi.

Del rzeczywiście był dobrym chwytaczem z dynamitem w ręce, ale nie miał syna, którego mógłby uczyć.

– Mam co robić – mruknął i łyknął cierpkiej kawy. – Myślę o przeprowadzce do siostry. Mogę tam nadal spać na kanapie.

– Ty na kanapie? Wyglądałbyś jeszcze śmieszniej niż w portkach do baseballu.

– Tylko na parę tygodni. Póki siostra nie stanie znów na nogi.

– Dlaczego nie weźmiesz urlopu, Del? Bierzesz sobie za dużo na głowę. Wyślij siostrę na terapię i wszystko ułóż. A ja się zajmę tą sprawą.

Del wstał z miejsca.

– Wiesz przecież, że najlepiej robi mi praca. Muszę coś robić, bo inaczej zwariuję.

– Formalnie nie powinieneś się w ogóle tym zajmować. To moja działka. Ty masz się tylko przyglądać, pamiętasz? Taka była umowa.

– Nie musisz mi przypominać. Rozumiem zasady. – Del znowu łyknął kawy. – Przekonałem ją wczoraj, żeby mnie wpuściła do pokoju Allie.

Faz uniósł brwi.

– I masz telefon Allie?

Del kiwnął głową.

– I jej komputer. Tylko że nikt w domu nie zna jej haseł. Rano podrzuciłem telefon i komputer do TESU3. Przy składaniu ich podałem twoje nazwisko, więc jesteśmy kryci. Rozbebeszą je i po skończeniu prześlą wszystko do Mike’a. – Miał na myśli Michaela Meltona z Laboratorium Kryminalistycznego Policji Stanu Waszyngton.

– Dlaczego do niego?

– Bo jemu ufam.

– Chcesz sam zajrzeć do kontaktów Allie, prawda?

– To moja siostrzenica.

Faz skrzywił się.

– I właśnie dlatego nie powinieneś. Sprawę kontaktów zostaw mnie.

Del zerknął na zegarek, ale nie odpowiedział.

– Dostaniesz wykaz jej kontaktów telefonicznych? – spytał Faz.

– Zajmuję się tym.

– Coś jeszcze było w jej pokoju?

Delowi znów stanął przed oczami moment, gdy siostra przekręciła klucz w drzwiach pokoju Allie. Odczekali, aż Stevie i Mark pojadą do szkoły. Siostra odmówiła wejścia do środka, nie chciała nawet sama otworzyć drzwi. Przekręciła tylko klucz i wróciła do siebie. Del wszedł, czując się tak, jakby wkraczał do kapsuły czasu. Jak zawsze kiedy wkraczał do pomieszczenia z trupem w środku. Wszystko było tak, jak Allie zostawiła, łącznie ze strzykawką i łyżeczką do topienia heroiny, która ją zabiła, zapalniczką BIC i plastikową torebeczką. Zebrał to, co konieczne, i przesłał do pracowni toksykologicznej w laboratorium. Specjaliści z policji Seattle mieli sprawdzić torebeczkę na obecność odcisków palców. W pokoju były osobiste rzeczy Allie – jej bielizna i koszulki rozrzucone po podłodze, wypchane zwierzaki, plakaty. Usiadł na krawędzi łóżka siostrzenicy i rozpłakał się.

Teraz pokręcił głową.

– Bycie w tym pokoju ze świadomością, że jej tam nie ma i już nigdy nie będzie, złamało mi serce. Trzymałem to maleństwo na dłoni, kiedy się urodziła. Spędzaliśmy razem wszystkie jej urodziny i wakacje. – Potrząsnął głową, jakby chciał pozbyć się wspomnień. – Tak dobrze się zapowiadała. Mogła osiągnąć wszystko, co chciała.

– Wpadła w uzależnienie, Del – odezwał się cicho Faz. – A nałóg nie wybiera.

– To prawda. Ten szajs też tam leżał, na toaletce tuż pod plakatami Shanii Twain i Justina Biebera. – Przygryzł dolną wargę, a potem wybuchnął: – Nie rozumiem tego, Faz. Jak ktoś może przemienić się z niewinnej istoty w potwora wstrzykującego sobie ten szajs do żyły. To piekło na ziemi. Tak powiedział jej terapeuta. Dosłownie, piekło na ziemi.

– Nie wiem, Del. Też tego nie rozumiem.

Koroner okręgowy Stuart Funk wpadł do poczekalni z rozwichrzoną czupryną, jak ktoś w ferworze gonitwy za zaginionym dzieckiem. Zawsze tak się zachowywał. Jak zwykle miał na sobie koszulę z długimi rękawami, spodnie khaki i buty na grubych podeszwach, które Faz nazywał buciorami Frankensteina.

– Przepraszam za spóźnienie – rzucił Funk. – Mieliśmy wczoraj dwa przedawkowania.

– Jednocześnie? – spytał Del. – W jednym miejscu?

– W jednym miejscu – potwierdził Funk.

Dwie ofiary przedawkowania w jednym miejscu wskazywały albo na bardzo mocny narkotyk, albo na domieszkę jakiejś trucizny, która czyniła z niego śmiercionośną mieszaninę.

– Heroina? – Del czuł, jak jego przytłumiony umysł nagle ożywa.

– Tak – powiedział Funk i pokręcił głową. – To dziewiąte i dziesiąte przedawkowanie w tym tygodniu. I tylko jeden delikwent przeżył.

– Gdzie? Gdzie znaleziono wczoraj te dwa ciała?

– W północnym Seattle.

Del popatrzył na partnera.

– Ile lat miały ofiary? – spytał.

– Po dwadzieścia parę – odparł Funk i spojrzał na zegarek. – Chodźcie.

Poszli korytarzem do jego zagraconego gabinetu. Na biurku leżały stosy papierów, a wśród nich stały filiżanka z niedopitą kawą i brązowa torba z kanapkami. Gabinet pasował do Funka, który zawsze sprawiał dość niechlujne wrażenie – włosy rozczochrane, szkła wielkich okularów brudne, koszula nie do końca wetknięta w spodnie – nie ulegało jednak wątpliwości, że Funk jest bardzo kompetentny w swoim zawodzie. Natychmiast wyłowił kartkę z bałaganu na biurku i podał Delowi.

– To wyniki badania toksykologicznego – powiedział.

– Dzięki za szybką akcję – rzucił Del.

Badania wykonywane były w obsługującej cały stan pracowni toksykologicznej Laboratorium Kryminalistycznego Policji Stanu Waszyngton, co tłumaczyło, dlaczego na wyniki czekało się zwykle od sześciu do ośmiu tygodni, a w związku z niedawną falą śmiertelnych zatruć należało się nawet liczyć z jeszcze dłuższym oczekiwaniem. Funk z szacunku dla Dela musiał pociągnąć za jakieś sznurki.

Zaczął od razu mówić, ale najwyraźniej uzmysłowił sobie, że nie chodzi o jedną ze zwykłych ofiar, bo w pół słowa przerwał i spytał:

– Chcesz tego słuchać?

– Tak, chcę – odparł Del i widząc, że Faz mu się przypatruje, dodał: – Wszystko w porządku. Dobrze się czuję.

Funk zaczerpnął powietrza.

– Testy wykonano na próbkach krwi, wątroby i moczu – oznajmił. – Daj mi znać, jeśli będę mówił coś, co już wiesz.

– Wszystko w porządku – powtórzył Del, choć w żołądku tak go paliło, jakby rozpętał się w nim pożar.

Funk poprawił okulary.

– No więc tak. Wstrzyknięta heroina szybko przetwarza się w 6-monoacetylomorfinę, zwaną w skrócie 6-MAM, oraz w jej pierwotny składnik, morfinę. 6-MAM jest dużo mocniejsza od morfiny, a ponieważ zostaje wstrzyknięta do żyły, niemal natychmiast oddziałuje na mózg. Problem w tym, że obecność 6-MAM niełatwo jest wykryć. Jej obecność we krwi można stwierdzić tylko przez jakieś dwie minuty po wstrzyknięciu. Po upływie dziesięciu do piętnastu minut pozostają jedynie śladowe ilości, poniżej dziesięciu nanogramów na mililitr krwi.

– Tu jest napisane dwadzieścia dwa nanogramy – zauważył Faz, studiując raport Funka.

– Co dowodzi jednej z dwóch rzeczy. – Funk przeniósł wzrok na Dela. – Albo działka zażyta przez twoją siostrzenicę była niezwykle mocna, czyli 6-MAM też było mocne i pobudziło substancje utajone, albo twoja siostrzenica umarła zaraz po wstrzyknięciu, co spowodowałoby spowolnienie, a w końcowym efekcie wstrzymanie procesu metabolicznego, który rozkłada 6-MAM.

– Nie wiem, kiedy umarła – powiedział Del. – Siostra znalazła ją dopiero rano. Nic więcej na ten temat nie wiem. Znajoma prokurator powiedziała, że mogła umrzeć dlatego, że wstrzyknęła sobie dawkę, jaką stosowała przed pójściem na detoks.

 

– To bardzo prawdopodobne – potwierdził Funk.

– Ale mówisz, że mogła to też być wyjątkowo mocna heroina, tak?

– Biorąc pod uwagę liczbę przedawkowań, z jaką mamy ostatnio do czynienia, w tym te dwa z tej nocy, powiedziałbym, że to bardzo możliwe.

– Gdzie dokładnie w północnym Seattle znaleziono te dwie ostatnie ofiary? – spytał Del.

– Nad Green Lake – odparł Funk.

Del popatrzył na partnera.

– To blisko Loyal Heights – zauważył.

– Parę minut drogi – potwierdził Faz.

– A te inne przypadki? – dopytywał się dalej Del.

– Musiałbym sprawdzić. Pamiętam, że jeden był na Capitol Hill, jeden w Dzielnicy Centralnej. Obie ofiary były starsze, pod trzydziestkę.

– Przeprowadziliście ich sekcję?

– Tak. Ale trochę potrwa, zanim dostaniemy raporty toksykologiczne.

– A te dwa przypadki z wczoraj? – spytał Del.

– To samo. Sądząc po znalezionych śladach piany, powiedziałbym, że na dziewięćdziesiąt procent była to heroina.

Del wiedział, że heroina działa tłumiąco na układ oddechowy i powoduje spowolnienie pracy mózgu. Ślady piany pojawiają się w okolicach nosa i ust ofiary i wynikają z mieszania się w płucach płynu z obrzęku z powietrzem, w miarę jak oddech i serce zwalniają.

Funk westchnął i przez chwilę się zastanawiał.

– Ale jeśli chodzi o ofiary z ubiegłej nocy… – odezwał się w końcu – jesteśmy teraz zarobieni po uszy i to na pewno trochę potrwa.

Del sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął torebeczkę czegoś przypominającego wyglądem cukier.

– Wiem, że jesteś zajęty, i doceniam wszystko, co dla mnie robisz. Jest mi bardzo trudno, ale muszę cię poprosić o jeszcze jedną przysługę. Czy mógłbyś zlecić komuś, żeby się temu przyjrzał i coś o tym powiedział?

– Skąd to masz? – spytał Faz.

– Z pokoju Allie.

– Myślałem, że przekazałeś wszystko do laboratorium.

– Przekazałem – mruknął Del. – To tylko resztki, które tam zmiotłem.

– Cholera, Del – rzucił jego partner.

– Spokojnie, Faz. To było rozsypane na stole, nie w torebce. Jakieś śmieci.

Funk wziął torebeczkę do ręki i przyjrzał się jej zawartości.

– Z całą pewnością to nie smoła – powiedział.

Del wiedział, że meksykańskie kartele narkotykowe mają rynki zbytu na Zachodnim Wybrzeżu i dostarczają na ten obszar smołę – heroinę o wyglądzie przypominającym czarną smołę dachową – którą często pakowano w torebki z laminowanego plastikiem papieru. Z kolei z Azji Południowo-Wschodniej pochodziły dostawy heroiny o nazwie „chińska biel”, która wyglądem przypominała kokainę i trafiała do odbiorców na Wschodnim Wybrzeżu i w Vancouver w Kanadzie.

– Wygląda mi to na chińską biel – ocenił Funk, przypatrując się proszkowi w przezroczystej torebce. – Ale nigdy dotąd nie widziałem tego u nas. Jeśli ten proszek był w pokoju twojej siostrzenicy, to mamy do czynienia z dość niezwykłą sytuacją, która może nam skomplikować całą sprawę.

– Dlaczego? – spytał Faz.

Funk odłożył torebeczkę i na moment zamilkł. Widać było, że się zastanawia.

– W zeszłym roku mieli problem z chińską bielą w Nowym Jorku. Zanotowali całą serię śmiertelnych przedawkowań, wszystkie w krótkich odstępach czasu i z grubsza w tym samym rejonie miasta. Odnotowano to w SOR-ach i wiadomość o tym trafiła na ulice. W końcu ustalono, że powodem śmierci była bardzo czysta heroina zaprawiana fentanylem.

– Co to jest fentanyl? – zainteresował się Faz.

– To bardzo silny syntetyczny środek przeciwbólowy, czasem używany do fałszowania heroiny. Te dwie substancje po zmieszaniu mogą mieć potężną siłę. I mogą zabijać. Czarna smoła ma taką konsystencję, że trudno ją czymkolwiek zaprawić. – Funk uniósł torebeczkę. – Ale to? Tego tu nie widujemy.

Del już próbował główkować, jak Allie mogła dotrzeć do czegoś w rodzaju chińskiej bieli.

– Czy na podstawie sekcji daje się ustalić, czy ofiara używała tej czy innej odmiany heroiny? – spytał.

– Nie – odparł Funk. – W obu przypadkach badanie toksykologiczne wykaże obecność morfiny. Najpewniejszym sposobem jest zbadanie samego produktu. Jeśli znalazłeś to w pokoju siostrzenicy, to jestem skłonny uznać, że właśnie ta substancja ją zabiła.

– Media już się zainteresowały wczorajszym przedawkowaniem? – spytał Faz.

– Nic mi o tym nie wiadomo.

– Trzeba dać wiadomość ulicy – zwrócił się Faz do Dela.

– Nie wiem, czy to nie najgorsze, co moglibyśmy zrobić – wyraził swoje wątpliwości Funk.

– Dlaczego? – zdziwił się Faz. – Przecież ludzie umierają.

– Jeśli damy cynk o pojawieniu się wyjątkowo silnej heroiny, zlecą się tłumy jak ćmy do ognia. Uzależnieni zaczną tego szukać. Przedawkowanie to najlepsza reklama jakości produktu. W rezultacie możemy mieć dużo więcej zgonów.

– Ale to chyba źle dla biznesu. Dostawcy powinni się martwić, jeśli ich klienci umierają – powiedział Faz.

– Tak by się mogło zdawać, tyle że statystycznie rzecz biorąc, ich klienci i tak umrą – odparł Funk. – I, niestety, nigdy nie brakuje nowych na ich miejsce.

Rozdział 11

W środę z samego rana Tracy przyjechała do zakładu badań pojazdów w Laboratorium Kryminalistycznym Policji Stanu Waszyngton przy Airport Way. Znów miała za sobą źle przespaną noc. Po tak zwanej „cmentarnej szychcie” trwającej do północy dotarła do domu po pierwszej, przespała parę godzin i zerwała się o świcie, by spotkać się z Joem Jensenem. Uprzedziła w tym Kinsa, który też dwoił się i troił; zadzwonił do niej na komórkę, że się spóźni, bo musi odwieźć dzieci do szkoły. Oboje pracowali na dwie zmiany, co było całkiem fajne w czasach, gdy Tracy była młodsza i niezamężna, ale teraz chętnie zamieniłaby dodatkowe pieniądze na parę godzin snu. I wiedziała, że jej partner myśli podobnie.

W chwili gdy weszła do hali, technicy już przeczesywali wnętrze subaru. Towarzyszący im Jensen powitał ją bez uśmiechu. Wręcz zrobił kwaśną minę i pokręcił ze zniechęceniem głową.

– Ktoś dokładnie wszystko wytarł – mruknął.

– Jak to? Chcesz powiedzieć, że nie ma żadnych odcisków palców?

– Są, ale nie tam, gdzie byśmy się ich spodziewali. – Podszedł do samochodu. – Na przykład klamka zewnętrzna od strony kierowcy jest czysta.

– A poduszka powietrzna?

Jensen wolno pokręcił głową.

– Nic. Zero.

– Zero znaczy, że ktoś ją wytarł, czy zero znaczy, że na poduszce nie było śladów DNA kierowcy?

– Ktoś wszystko dokładnie wytarł. Są ślady alkoholu izopropylowego, który znajduje się w niemal każdym płynie czyszczącym.

Tracy prychnęła ze złością.

– A znaleźli jakieś szmatki do wycierania? – spytała.

– Też nie – odparł Jensen.

– Czyli wiemy, że to celowe działanie.

– I przemyślane – dodał Jensen. – Więc kazałem mimo wszystko zbadać poduszkę razem z próbką krwi z przedniego siedzenia, ale zajmie to kilka tygodni.

– Znalazłeś krew w samochodzie? – zdziwiła się Tracy.

– Po stronie kierowcy. Tapicerka siedzenia jest z materiału. Ktoś próbował usunąć tę krew, ale nie do końca mu się udało.

Tracy podeszła do otwartych drzwi kierowcy i spojrzała na fotel.

– Kins i ja rozmawialiśmy wczoraj z właścicielem. Miał rozcięcie na czole, tuż pod linią włosów.

– Wyjaśnił, jak się skaleczył?

– Twierdzi, że uderzył głową w kant szafki kuchennej. – Zamilkła i po chwili dodała, jakby myślała na głos: – Problem w tym, że to jego samochód. Może podać sto różnych powodów obecności śladów swojej krwi.

– Być może. – Jensen pokiwał głową i uśmiechnął się. – Ale z tym może mieć więcej kłopotu. – Wyciągnął rękę z plastikową torebką na dowody, w której prześwitywał sklepowy paragon. Wyglądał jak wyprasowany po zgnieceniu. – Znaleźliśmy go z tyłu, w szparze między siedzeniem a tylnymi drzwiami. Ze sklepu wielobranżowego w Renton. – Podał torebkę Tracy. – Ktoś w poniedziałek o ósmej trzydzieści osiem wieczorem kupił dwie puszki napoju energetycznego Red Bull.

– Większość tego typu sklepów ma teraz kamery monitoringu – zauważyła Tracy.

– Jeśli ten ma, to być może uda nam się zobaczyć twarz nabywcy…

– …i jeśli to Trejo był w tym sklepie, to ślady krwi na siedzeniu nabiorą zupełnie innego znaczenia – weszła mu w słowo Tracy.

* * *

Tracy zabrała Kinsa z komendy policji i pojechali do sklepu mieszczącego się tuż przy zjeździe z autostrady w Renton. Betonowa ściana budynku od strony parkingu pokryta była graffiti i podartymi starymi afiszami o koncertach. Od frontu tynk i aluminiowe ramy drzwi i okien pokrywał ciemny nalot ze spalin tysięcy pojazdów jadących autostradą.

Sterczący nad budynkiem zielony billboard z wielką białą strzałą zapraszał kierowców do punktu sprzedaży marihuany na przeciwległym narożniku.

– Kompleksowe zakupy – mruknął Kins, przyglądając się reklamie. – Możesz kupić trawkę, przejść na drugą stronę ulicy i dokupić czipsy, mrożone burrito i colę.

– Lub napój energetyczny – dodała Tracy.

– Zdecydowanie napój energetyczny.

Kins otworzył przeszklone drzwi i oboje drgnęli na ostry dźwięk brzęczyka. Tracy zauważyła spękaną i poplamioną miarkę do mierzenia klientów, przytwierdzoną do wewnętrznej strony aluminiowej futryny drzwi. Rozejrzała się po kątach i wypatrzyła zamontowaną na suficie kamerę z obiektywem skierowanym na kasę i drzwi wejściowe.

W sklepie pachniało waniliowym odświeżaczem powietrza w rodzaju tych, które wiesza się w samochodach. Towar był rozłożony na półkach, na końcu alejek stały nieotwarte kartony, mrożonki, napoje bezalkoholowe i alkohole wypełniały zamrażarki i szafy chłodnicze pod tylną ścianą. Obeszli kartony, dotarli do lady i Kins pokazał legitymację i odznakę policyjną młodemu śniadoskóremu mężczyźnie w turbanie na głowie. Na regale obok lady leżały stosy czasopism i papierosów różnych marek.

– Ty jesteś Archie? – spytał Kins.

Do obejrzenia nagrań z kamery monitoringu nie był potrzebny nakaz, chyba że właściciel sklepu odmawiał, co od początku pracy Tracy w wydziale zabójstw ani razu się nie zdarzyło. Większym problemem bywało pozostawienie taśmy w kamerze pracującej zwykle przez dwadzieścia cztery godziny i nieumyślne skasowanie nagrania. Dlatego od razu po rozmowie z Jensenem Tracy zadzwoniła do sklepu, by zapytać o nagranie. Właściciel potwierdził, że mają zamontowany monitoring, tyle że kamera jest już dość wiekowa, ale przejrzy nagranie i upewni się, że nie zostało skasowane. By ułatwić mu zadanie, Tracy podała godzinę wydrukowaną na paragonie.

– Jest na zapleczu – odparł młodzieniec, wskazując ręką drzwi w głębi sklepu, na których widniała wywieszka TYLKO DLA PERSONELU. – Mówił, że przyjedziecie. Jest w swojej kanciapie. To pomieszczenie po lewej za tymi drzwiami. Bez trudu go znajdziecie.

Tracy i jej partner weszli na zaplecze, gdzie było jeszcze ciaśniej niż w sklepie. W powietrzu wisiał lekki zapach gnijącej żywności. W kanciapie po lewej siedział mężczyzna w jasnoniebieskiej tunice i w turbanie na głowie, wpatrzony w mały telewizorek. Kins zapukał, mężczyzna odwrócił głowę i spojrzał na nich znad okularów z połówkami szkieł. Trzymał przy uchu komórkę, ale dał znak ręką, żeby weszli.

– Już są – rzucił do telefonu. – Dobra, zadzwonię później.

Rozłączył się, wstał i podał im rękę.

– Pan jest Archie? – spytał Kins.

Właściciel sklepu pogładził czarną brodę z nitkami siwizny.

– Właśnie rozmawiałem z adwokatem – oświadczył.

– A co, jest jakiś problem? – spytała Tracy.

– Nie, nie. Chciałem się tylko upewnić, że nie musicie mieć nakazu. Bo nie chcę żadnych kłopotów. – Mówił z silnym hinduskim akcentem. – Ale adwokat powiedział, że nakaz jest niepotrzebny.

– Ma pan to nagranie? – zapytał Kins.

Archie wskazał głową mały ekran.

– Właśnie przeglądałem taśmę. Wydruk godziny na paragonie zaoszczędził mi kupę czasu.

– Ma pan to w komputerze? – spytała Tracy.

– Nie – odparł i przysunął się bliżej do przenośnego telewizora z odtwarzaczem wideo w jednej obudowie. – Nie mam tak zaawansowanego systemu.

– Nie jest cyfrowe? – zdziwił się Kins.

– Co nie jest cyfrowe?

– To ta taśma? – spytała Tracy, wskazując kasetę wideo wystającą z odtwarzacza na biurku.

– Tak.

 

– Może pan ją puścić?

– Jasne.

Archie usiadł, obrócił się z fotelem do ekranu i włożył kasetę do odtwarzacza, po czym uniósł głowę, przyjrzał się pilotowi i wcisnął na nim jakieś przyciski. Zadowolony, odsunął fotel, wstał i przesunął się na bok, odsłaniając gościom ekran. Obraz był czarno-biały i rzeczywiście nie najwyższej jakości. Brakowało dźwięku; słychać było tylko szum przesuwającej się taśmy. Mocno przestarzały odtwarzacz z trudem sobie radził i w każdej chwili taśma mogła się zerwać. Na ekranie pojawił się mężczyzna w białej koszuli i bejsbolówce na głowie; wszedł do sklepu i szybkim krokiem zbliżył się do szafy chłodniczej pod tylną ścianą. Tracy nawet nie próbowała zatrzymywać obrazu, by zmierzyć wysokość wchodzącego na miarce na drzwiach. Będą mogli zrobić to później. Nie potrafiła też powiedzieć, czy wchodzącym jest Trejo.

Mężczyzna otworzył drzwi zamrażarki, zawahał się, zamknął je i otworzył sąsiednie. Wyjął z chłodziarki dwie puszki i ruszył alejką do lady. Podchodząc do niej, znalazł się bliżej kamery i obraz stał się dużo ostrzejszy. Nadal nie był idealny, ale wystarczająco wyraźny, by Tracy i Kins mogli nabrać pewności.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?