Brudna sprawa

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Brudna sprawa
Brudna sprawa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 75,90  60,72 
Brudna sprawa
Brudna sprawa
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W drzwiach stanął Jensen, Nolasco obrzucił go spojrzeniem i wyszedł z sali. Jensen zsunął z ramienia pasek torby z laptopem i położył ją na krześle.

– Przepraszam za spóźnienie, ale od rana grzebałem w czymś, co może wam się przydać.

Jensen bez wełnianej czapki i puchatej kurtki wyglądał zupełnie inaczej. Na głowie miał bujną rudą czuprynę i był masywnie zbudowany. Dziś miał na sobie dżinsy, sportowe buty, koszulkę polo i marynarkę, którą od razu zdjął i rozwiesił na oparciu wolnego krzesła.

– W ogóle dziś spałeś? – spytał Kins.

Jensen wyjął z torby laptopa, otworzył go i włączył.

– Tak, wszystko w porządku. Adrenalina buzuje.

– To dolej mi jej trochę do kawy – mruknął Faz.

Wyjąwszy z torby kilka kartek, Jensen podał je Tracy, po czym zerknął na zegarek.

– Możemy jeszcze zdążyć na poranną odprawę – powiedział.

– A powinniśmy? – spytała Tracy.

– Sama zobacz.

Wzięła do ręki kartkę.

– Subaru outback – przeczytała. – Znasz już markę i model samochodu? Jest nagranie wypadku?

– Jest, ale z kamery umieszczonej zbyt daleko, by można było mieć pewność.

– No to skąd wiesz, że to subaru? – spytał Kins.

– Dziś z samego rana zawiozłem ten znaleziony fragment do policyjnego laboratorium. Znaleźli numer seryjny i ustalili, że fragment pochodzi z subaru. Znajomy ma serwis subaru, pojechałem więc do niego z tym fragmentem, a on na podstawie numeru ustalił, że pochodzi z obudowy prawego reflektora modelu subaru outback z roku dwa tysiące trzeciego, w kolorze czarnym.

Tracy szybko rzuciła okiem na zegarek, po czym spojrzała przez stół.

– Faz…

– Już lecę.

Faz odsunął fotel i wstał z kartką w jednej ręce i kubkiem w drugiej. Jeśli zdążą przekazać tę informację sierżantowi prowadzącemu poranną odprawę, to policjanci już na pierwszej zmianie będą mogli rozglądać się za wytypowanym samochodem. Następnie Faz wrzuci wiadomość do stanowego systemu informatycznego, dzięki czemu trafi ona do wszystkich służb policyjnych w całym stanie, łącznie z patrolami autostradowymi, a także do wszystkich warsztatów samochodowych.

– Wspomniałeś coś o nagraniu – powiedziała Tracy, gdy Faz wyszedł z sali.

– Kawałek dalej jest kamera monitoringu miejskiego. Nagranie nie jest najlepsze, ale znając markę samochodu i przybliżony czas wypadku, mogliśmy szybko znaleźć właściwy moment. – Jensen postukał palcem w laptopa. – Lepiej przejdź tu do mnie.

Tracy i Kins stanęli za nim i zapatrzyli się w ekran.

– Jakieś sto metrów od skrzyżowania na czubku latarni miejskiej na Południowej Henderson jest kamera monitorująca przystanek autobusowy. To dobrej jakości kamera, ale z powodu odległości i oświetlenia… nagranie nie jest najlepsze. A samochód jechał z południa na północ, więc tablice rejestracyjne są w ogóle niewidoczne. – Jensen nacisnął klawisze i po sekundzie na ekranie pojawił się gruboziarnisty, czarno-biały, lekko zażółcony obraz ulicy. – Światła zniekształcają barwę – wyjaśnił, po czym sprawdzając swoje notatki na kartce, postukał w klawiaturę, by przyśpieszyć odtwarzanie. – Jeśli dobrze się przyjrzycie, to zobaczycie kogoś idącego chodnikiem lewą stroną ulicy.

Tracy wypatrzyła jakiś blady cień.

– Trudno powiedzieć – mruknęła.

– Zgadza się to z godziną, o której według zeznań świadka D’Andre Miller wyszedł z ośrodka rekreacyjnego. I wygląda na to, że biegnie. Teraz patrzcie tu. – Jensen nacisnął klawisz i zwolnił odtwarzanie. – Samochód pojawia się w kadrze tu, u szczytu wzniesienia. W miarę jak zbliża się do skrzyżowania, jego obraz nieco się poprawia.

Tracy patrzyła, jak ciemna sylwetka samochodu zsuwa się z pochyłości i przejeżdża przez skrzyżowanie, ani na moment nie zwalniając.

– Narożna kamienica zasłania chłopaka i nie widać momentu jego zejścia z krawężnika – zauważyła.

– Jak już mówiłem, nagranie nie jest najlepsze, ale odczyt czasu, jadący samochód i widok chłopaka biegnącego ulicą potwierdzają wersję ustaloną na podstawie fragmentu reflektora: dzieciak został potrącony przez subaru w ciemnym kolorze.

– Da się jeszcze bardziej wyostrzyć ten obraz? – spytała Tracy.

– Ale kosztem jeszcze grubszego ziarna. Z tego nagrania nie da się ustalić numeru rejestracyjnego. Jedyna szansa, że samochód zarejestrowały jeszcze inne kamery.

– Ktoś to sprawdza? – Tracy wyprostowała się. – Może nam się poszczęści i da się odczytać choćby fragment tablicy rejestracyjnej.

– Już się tym zajmujemy. – Jensen uśmiechnął się do niej. – Mówiłem ci, że to ciekawsza robota niż te twoje sztampowe zabójstwa.

Rozdział 5

Po wyjściu z sądu Celia McDaniel zaczęła sprawiać wrażenie kobiety gnanej misją i Del próbował za nią nadążyć. Zdecydowanym krokiem minęła Starbucksa i Seattle’s Best Coffee i zatrzymała się dopiero przy Top Pot Doughnuts przy Piątej Alei, kilka przecznic od budynku sądu.

– Nie piję kawy, jeśli nie towarzyszą jej pączki – oznajmiła, otwierając drzwi.

Wypełniający wnętrze zapach parzonej kawy i świeżo smażonych pączków był w równym stopniu zniewalający, co odpychający. Ostatnią rzeczą, jakiej Del potrzebował, był pączek. Właśnie poprzedniego dnia był na corocznej kontrolnej wizycie u lekarza i okazało się, że ma mocno podwyższone ciśnienie – co w świetle wydarzeń ostatnich paru tygodni nie było niczym zaskakującym – ale lekarz wygłosił też kilka cierpkich uwag na temat jego wagi.

Del zamówił więc kawę, ale czarną i bez pączka. McDaniel zamówiła latte i dwa pączki: jeden tradycyjny i jeden z lukrem. Usiedli przy stoliku z dala od innych, McDaniel na małej kanapie, Del na krześle po drugiej stronie stolika. Ujęła filiżankę obiema rękami, jakby chciała ogrzać sobie dłonie.

– Nienawidzę zimna – mruknęła. – Dzięki Bogu, że chociaż śnieg tu nie pada.

– Może jeszcze popadać – ostrzegł ją Del. – Zwykle pada w grudniu i styczniu, ale nie pamiętam tak zimnego marca.

– Staram się zachować optymizm. – Uśmiechnęła się; wychodziło jej to w wyjątkowo naturalny sposób. Biła od niej pozytywna energia, co zapewne sprawdzało się w kontaktach z ławami przysięgłych, i Del pomyślał, że jej zazdrości. Od dnia, gdy siostra zadzwoniła, by powiadomić go o śmierci Allie, właściwie się nie uśmiechał.

– Na pewno nie zje pan pączka? – spytała McDaniel.

– Mój lekarz uważa, że zjadłem już za dużo pączków w życiu. – Del zdjął płaszcz i przewiesił go przez oparcie drugiego krzesła.

McDaniel spojrzała na jego filiżankę.

– I kawa bez cukru i śmietanki – zauważyła. – Jest pan człowiekiem pozbawionym wad.

– Waga w mojej łazience byłaby innego zdania.

– No cóż, właśnie pan poznał jedną z moich wad: nie umiem żyć bez pączków. Tylko w ten sposób potrafię wypić kawę.

– To może niech pani przestanie ją pić.

– I miałabym zrezygnować z pączków?

– I w ten sposób wracamy do początku.

– To się nazywa racjonalizacja.

– Je pani tak co rano?

– Boże, skąd! – Uśmiechnęła się filuternie. – Najwyżej parę razy w tygodniu.

– I jak się pani udaje utrzymać… – Del zawiesił głos i łyknął kawy.

– Moją figurę?

– Tego nie powiedziałem. Wystarczy mi komentarzy o poprawności politycznej u mnie w biurze.

– Często mówi pan niewłaściwe rzeczy? – spytała McDaniel.

– Zbliżam się do pięćdziesiątki i cały jestem niewłaściwy.

– A wracając do pańskiego pytania, i przy okazji bardzo dziękuję… Oprócz obsesji na punkcie pączków, mam fioła na punkcie ćwiczeń fizycznych.

– Chciałbym móc mieć taką radość z ćwiczeń jak z jedzenia lasagne.

– Codziennie rano o piątej od poniedziałku do piątku ćwiczę pilates i to mi potem pozwala tak jeść. – Zamoczyła kawałek pączka w kawie i wsunęła do ust.

– Ja też zrywam się codziennie o piątej – powiedział Del. – Idę do łazienki i wracam do łóżka.

Wybuchła śmiechem i szybko zasłoniła usta dłonią. Przez chwilę się zanosiło, że może nie zdzierżyć i parsknąć kawą, ale pomachała na niego ręką, odwróciła głowę i wytarła sobie usta serwetką.

– Następnym razem proszę mnie uprzedzić – mruknęła.

Podobała mu się. Zachowywała się swobodnie, nie udawała. Zauważył też, że nie nosi obrączki. Wyprostował się. Nogi miał ciężkie, ciało oklapnięte z braku snu, ale odczuwane od tygodnia wewnętrzne napięcie jakby gdzieś wyparowało.

– Mogę panią o coś spytać?

– Jasne.

– W gabinecie prokuratora powiedziała pani, że to, co stało się z moją siostrzenicą, jest typowe. Co pani miała na myśli?

– Wspomniał pan, że krótko przed przedawkowaniem wróciła z detoksu, tak?

– Któregoś dnia przyszła do domu i oświadczyła matce, że ma tego dość i chce się wyzwolić z prochów. Że zmęczyły ją narkotyki i to, co z nią wyczyniają. Siostra zadzwoniła do mnie, a ja pociągnąłem za parę sznurków i załatwiłem jej miejsce w ośrodku rehabilitacyjnym na wschodzie stanu. Od blisko trzech miesięcy była czysta, chodziła na sesje AA i spotykała się z doradcą. Znalazłem jej pracę w Starbucksie i wyglądało na to, że naprawdę wychodzi na prostą. Wszyscy tak myśleliśmy. To było dla nas jak grom z jasnego nieba. – Del zamilkł, bo głos uwiązł mu w gardle.

McDaniel odstawiła kawę.

– Kiedy narkoman powraca do brania, często aplikuje sobie taką samą dawkę heroiny… lub heroinę o takiej samej mocy, do jakiej przywykł przed odwykiem. Tylko że jego organizm nie jest gotowy na przyjęcie takiej porcji trucizny i, niestety, często dochodzi do przedawkowania.

– Cerrabone powiedział, że pracowała pani w narkotykach w Georgii.

 

– Ścigałam przestępców narkotykowych. Ostatnio zajmowałam się prawodawstwem oferującym narkomanom sądowe alternatywy.

– Co panią tu sprowadziło?

Przeniosła wzrok na taflę szkła oddzielającą ich od chodnika.

– Potrzebowałam zmiany otoczenia po rozwodzie.

– Ja po swoim chciałem się przenieść na inną planetę.

– Aż tak źle?

– Dobrze nie było.

– Ma pan dzieci? – spytała Celia.

– Na szczęście nie. A pani?

– Urodziłam syna. – Przerwała, po czym dodała: – Chciałam się zająć poradnictwem, a gdzieś wyczytałam, że w okręgu King działa grupa zadaniowa walcząca ze wzrostem narkomanii. Więc dołączyłam do niej.

– Czytałem o tej grupie – rzekł Del. Nie chcąc jej urazić, nie dodał, że nie zgadza się z ich filozofią.

– Wzrost użycia heroiny w całym kraju osiągnął rozmiary epidemii – powiedziała. – A liczba ofiar śmiertelnych po przedawkowaniu opioidów przewyższa obecnie liczbę zabitych w wypadkach drogowych.

– Za moich czasów tylko zdeklarowani nałogowcy wstrzykiwali sobie heroinę.

– Od chwili zalegalizowania marihuany wszystko się zmieniło. Meksykańskie kartele narkotykowe odnotowały spadek zysków, zaorały swoje plantacje koki i posiały mak. Ludziom, którzy walczyli o legalizację marihuany, nawet nie przyszedł do głowy taki scenariusz. Podobnie jak mediom.

– Dobre stare zasady kapitalizmu – mruknął Del. – Zwiększyć produkcję i obniżyć koszty.

– I to o ile! Dziś da się kupić heroinę za mniej niż paczkę papierosów. Przyczyniła się do tego nie tylko legalizacja marihuany. Analitycy rynku przypisują ten dramatyczny wzrost narkomanii również zmianom w filozofii opieki zdrowotnej, w której kładzie się teraz większy nacisk na leczenie bólu pacjenta niż na leczenie powodujących go schorzeń. To doprowadziło do wzrostu użycia opioidów.

– O tym też czytałem.

– Kiedyś stosowanie opioidów było ograniczone do leczenia raka czy ciężkich urazów fizycznych, ale od pewnego czasu zaczęto ich używać przy szerszej gamie schorzeń, na przykład przy bólach chronicznych. Nic dziwnego, że firmy farmaceutyczne wypuściły na rynek agresywnie promowane opioidy w rodzaju oksykodonu.

– Dostawałem to po operacji barku – powiedział Del.

– Nałogowcy szybko doszli, jak radzić sobie z opóźnionym działaniem na ból. Zaczęli kruszyć lub rozpuszczać tabletki i wstrzykiwać sobie roztwór.

– I jak przechodzą od tego do heroiny?

– Dzięki dostępności i cenie. Gdy problem nałogu stał się głośny, wprowadzono przepisy utrudniające dostęp do opioidów na zwykłe recepty, a producent oksykodonu zmienił recepturę tak, że nie można go już było kruszyć ani rozpuszczać. Ludziom się zdawało, że te dwa utrudnienia rozwiążą problem, ale nie wzięto pod uwagę tego, że w tym momencie było już bardzo wielu uzależnionych, którym nagle zablokowano dostęp do leku i których nie było już na niego stać. I w ten sposób stworzono rynek dla meksykańskich karteli narkotykowych.

– Które przerzuciły się z marihuany na heroinę i weszły na gotowy rynek.

– Zasypały go tanią, łatwo dostępną heroiną, czyniąc z niej narkotyk najpowszechniej używany w grupie wiekowej od osiemnastu do dwudziestu dziewięciu lat. Nic dziwnego, że właśnie w tej grupie występuje najwyższa śmiertelność po przedawkowaniu.

– Więc teraz wsadzamy dilerów do więzienia i surowo karzemy ich wyrokami rzędu dziesięciu lat – powiedział Del, przypominając sobie nowe prawo.

– Zamykamy w więzieniu jednego i zwalniamy miejsce, na które czeka dziesięciu następnych.

– Może nie będą tacy chętni, jeśli zaostrzymy kary i dopilnujemy, by każdy skazany odsiedział pełne dziesięć lat. Wtedy wielu się zastanowi.

– Wielu dilerów może tak. – McDaniel pokręciła głową. – Ale nie da się w ten sposób wyrugować zwyczajów, jakie przyjęły się w ciągu minionej dekady. A skoro są odbiorcy, znajdą się też dostawcy. Twoja siostrzenica była uzależniona, Del. Kryminalizacja tylko jeszcze bardziej oddala uzależnionych od tych, którzy ich kochają i mogliby im pomóc, a zbliża do tych, którzy ich wykorzystują.

Del poczuł, że znów wewnętrznie się spina.

– Ale ja nie chcę nękać użytkowników. Chcę nękać dostawców. Podnieśmy kary dla dilerów z dziesięciu do dwudziestu pięciu lat lub dożywocia. Wtedy się ich pozbędziemy.

– I co z nimi zrobimy? Nasze więzienia są już i tak przepełnione. I co zrobimy z uzależnionymi?

Na żadne z tych pytań nie miał gotowej odpowiedzi.

– Niestety, podchodzisz do sprawy bez znajomości problemu – dodała McDaniel. – Jesteś przygnębiony i zły i chcesz, żeby ktoś poniósł karę za śmierć twojej siostrzenicy.

– W tym, co mówisz, jest dużo racji.

– To typowe podejście. Ale kluczem nie jest eliminacja dilerów. Kluczem jest uwolnienie uzależnionych od nałogu. Potrzeba nam więcej takich jak ty, Del, którzy zetknęli się z tym problemem w najbardziej bolesny sposób.

– Mam nadzieję, że nie przyprowadziłaś mnie tu po to, żeby mnie kaptować – powiedział z cierpkim uśmieszkiem.

– To nie fair, co mówisz. Rozejrzałam się i przedstawiłam ci aspekt prawny. O to mnie proszono.

Del nie miał ochoty na kłótnię. Był na to zbyt zmęczony. Odsunął krzesło i wstał.

– Masz rację. Dziękuję. Jestem ci wdzięczny.

– Posłuchaj, wiem, przez co teraz przechodzisz…

Uciszył ją gestem ręki.

– Wiesz, chciałbym, żeby ludzie przestali mi to mówić, bo z całym szacunkiem, ale nie masz pojęcia, przez co teraz przechodzę. I nie masz pojęcia, przez co przechodzi moja siostra. Ludzie mówią „wiem”, ja też mówiłem „wiem”. Mówiłem, jak współczuję z powodu poniesionej straty, ale póki samemu się tego nie doświadczy… póki się przez to nie przejdzie, to naprawdę człowiek nie wie. – Chwycił płaszcz i przewiesił go sobie przez rękę. – Dzięki za wyjaśnienia.

– Co byś dał, by uratować życie siostrzenicy? – spytała McDaniel. – Co by dała twoja siostra?

– Wszystko – odparł bez wahania. – Dałbym wszystko i moja siostra też. Tylko że Allie już nie wróci i nic tego nie zmieni.

– To prawda. Zapłaciłeś za jej terapię odwykową, a ona i tak umarła.

Del się zjeżył.

– Co chcesz przez to powiedzieć? Że to był błąd?

– Oczywiście, że nie. Podziwiam cię za to. I podziwiam twoją siostrzenicę, że się na to zdobyła. Mówię tylko, że bycie uzależnionym oznacza ciągłą walkę o następną działkę. Staje się to sensem życia.

– Jeśli zajmiemy się dilerami i zaczniemy wymierzać im duże wyroki, a zdobywanie heroiny stanie się trudniejsze i kosztowniejsze, może da to szansę ich klientom.

– Nie powiem, że się nie zgadzam. Ale co w tym czasie zrobisz z uzależnionymi? – Del nie odpowiedział, więc McDaniel ciągnęła: – Jest propozycja, aby stworzyć w Seattle dwa punkty bezpiecznych wstrzyknięć, pierwsze w kraju, i dać w ten sposób szansę narkomanom.

– Tak, czytałem o tym – żachnął się Del. – I wiesz, co o tym myślę? Myślę, że to o kant dupy. Chcesz, żeby ktoś napełniał im strzykawki? I robił zastrzyki? Żeby mogli być na haju? Niby jak ma to im pomóc? Tylko zachęci ich to do nałogu.

– W Vancouver stosują to od dwa tysiące trzeciego roku. W rezultacie zmniejszyło się wstrzykiwanie w miejscach publicznych i wzrosła liczba zgłaszających się na leczenie.

– I jak to pomaga w rozwiązaniu problemu? Wciąż mają uzależnionych.

– Ale nikt nie umarł, Del, a dla ciebie i twojej siostry byłoby to najważniejsze.

Odczuł to jak walnięcie w klatkę piersiową.

– Zanotowali ponad tysiąc pięćset przypadków przedawkowania, ale ani jednego zgonu. Allie mogłaby wciąż żyć. Mój syn mógłby wciąż żyć. A gdyby żył, miałabym przynajmniej szansę wysłać go na leczenie. – Odwróciła wzrok i westchnęła. A potem zgniotła serwetkę i rzuciła ją na stół obok niedojedzonego pączka.

Del zdrętwiał, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć.

– Przykro mi. Nie wiedziałem, że…

– Nie, nie wiedziałeś. – Chwyciła płaszcz. – Wiem, przez co przechodzisz, Del. Stanęłam na głowie, by doprowadzić do skazania dilerów mojego syna, i udało się. Ale oddałabym wszystko, gdyby ktoś go uratował. Gdyby ktoś dał mi jeszcze jedną szansę, by można go było z tego wyprowadzić.

Rozdział 6

Tracy siedziała na niewygodnym plastikowym krześle w spartańsko urządzonym gabinecie kliniki płodności w Seattle i czekała na wyrok, czy nauka poradzi sobie z czymś, z czym natura wyraźnie sobie nie radziła. Lampy na suficie irytująco brzęczały, zalewając pomieszczenie tak jasnym światłem, że pokryta linoleum podłoga i białe ściany niemal się jarzyły. Chciałaby wstać i trochę pochodzić, by rozproszyć napięcie, ale gabinet był niewiele większy od pokoi przesłuchań na komendzie.

Jej nastrój oscylował pomiędzy przygnębieniem, złością, frustracją i wstydem. Robiła wszystko, co zalecił jej lekarz ginekolog – mierzyła cykle menstruacyjne, co rano zawzięcie sikała na plastikowe paski, by wychwycić moment jajeczkowania, i napastowała Dana jak wyposzczony marynarz na przepustce po roku spędzonym na morzu. Wszystko na nic.

Drzwi do gabinetu otworzyły się i na Tracy spłynęła nagła fala niepokoju. Spędziła wiele dni i nocy – w ostatnim miesiącu zwłaszcza nocy – na ściganiu zabójców i innych przestępców, ale nigdy nie czuła takiego niepokoju jak w tej chwili. Tym razem to nie ona kontrolowała bieg wydarzeń i takie poczucie bezsilności było dla niej nieznośne.

Do środka wszedł doktor Scott Kramer w białym kitlu, z nazwiskiem wyszytym na niebiesko nad kieszonką na piersi. Jak zwykle ciepło się uśmiechnął, zatrzymał w progu i wskazał ręką pistolet w kaburze na pasie, obok odznaki policyjnej.

– Mam nadzieję, że to znaczy, że potem idzie pani do pracy.

– Mam wieczorną zmianę – rzuciła z uśmiechem.

Kramer przyciągnął sobie stołek na kółkach, usiadł przed klawiaturą komputera i obrócił metalowy stelaż tak, by mogła widzieć ekran. Poczuła lekką woń wody kolońskiej lekarza. Już miał zacząć mówić, ale nagle jakby o czymś sobie przypomniał, bo odjął ręce od klawiatury.

– Co u pani słychać? – spytał.

– Chyba dowiem się tego od pana – odparła.

Kramer pokiwał głową i jego uśmiech jakby nieco przygasł. Był po pięćdziesiątce, miał łysą czaszkę i łagodne oczy, które bezustannie mrużył, do tego sprężyste i opalone ciało tenisisty. Jego wygląd i łagodny sposób bycia pasowały do siebie.

– No cóż, przede wszystkim musi pani pamiętać, że te badania są dość relatywne. Ich wyniki to nie ostateczny wyrok.

Kiwnęła głową.

– Rozumiem. – Czyli nie miał dla niej dobrych wiadomości.

Postukał palcem w ekran i ciągnął łagodnym tonem:

– Relatywność dotyczy zmian płodności kobiety wraz z jej wiekiem. – Na ekranie pojawił się wykres i Kramer przeciągnął po nim palcem wskazującym. – Do około trzydziestego piątego roku życia występuje powolny spadek, po czym linia robi się bardziej stroma. – Wykres wyglądał jak odwzorowanie upadku ze skały. – W wieku czterdziestu trzech lat ma pani mniej więcej trzydziestoprocentową szansę na zajście w ciążę.

– I zwiększone ryzyko poronienia, jeśli się uda – dodała Tracy. Przeczytała wszystko, co znalazła na ten temat w internecie, choć wiedziała, że czerpanie wiedzy z sieci niemal zawsze jest ryzykowne.

– Powiedzmy, że jakieś trzydzieści pięć procent – sprostował lekarz.

– I co mówią wyniki moich badań? – spytała.

Kramer skierował ją na kilka badań w trzecim dniu cyklu miesiączkowego, by sprawdzić AMH, czyli stan rezerwy jajnikowej. Wyjaśnił jej wtedy, że na podstawie badania krwi można ustalić, ile ma jajeczek i jak są one aktywne podczas owulacji.

– Szczerze mówiąc, pani wynik AMH nie jest najlepszy – oznajmił, nie próbując owijać w bawełnę. – Jak już mówiłem, nie jest to dobra wiadomość, ale niczego nie przesądza.

– Rozumiem, że szansa na zajście w ciążę zależy od moich jajeczek – powiedziała Tracy. Czyli nie wróci dziś do domu z okrzykiem, że jest „uzbrojona, załadowana i gotowa na przyjęcie”.

– Niewątpliwie korzystne okienko jest otwarte dużo krócej. Od jak dawna próbuje pani zajść w ciążę?

– Od odwrócenia wazektomii męża, czyli od jakichś sześciu miesięcy. – Czy powinna mu też wyznać, jak często uprawiają seks? Nie była pewna.

Doktor Kramer założył nogę na nogę i pochylił się. Był niezwykle precyzyjny w ruchach, co w takich chwilach bywało trochę irytujące. Tracy wiedziała już z przeczytanych artykułów, że sześć miesięcy nieudanych prób uważa się za okres, po którym należy zasięgnąć rady lekarza. Oboje z Danem mieli już ten kamień milowy za sobą.

 

– To okres prób, jaki zwykle rekomendujemy – przyznał Kramer.

– Jakie mam teraz opcje? – spytała.

– No cóż, możemy spróbować leków na płodność.

– W pańskim głosie nie słyszę zbytniego optymizmu – powiedziała z bladym uśmiechem.

– Biorąc pod uwagę pani wiek i wynik AMH oraz czas bezskutecznych prób, powiedziałbym, że szanse na ciążę naturalną są dość ograniczone.

– Ograniczone, czyli…?

– Małe.

Chwilę się zastanawiała.

– O jakim leku na płodność mówimy?

Zrobił taką minę, jakby pytanie go zaskoczyło. Pewnie chciał rozmawiać o skorzystaniu z jajeczka dawczyni, ale Tracy nie chciała dziecka, które w połowie byłoby Dana, a w połowie jakiejś zupełnie obcej kobiety. Nie chciała dziecka poczętego na płytce Petriego. Chciała ich własnego dziecka.

– Gdybyśmy mieli pójść drogą farmakologiczną, zaczęlibyśmy od clomidu z monitorowaniem, które by nam powiedziało, czy i kiedy pani jajeczkuje. Podjęlibyście z mężem próby i dziesięć do czternastu dni później wykonalibyśmy test ciążowy. Ale w tych okolicznościach…

– Jakie miałabym szanse?

Kramer zrobił taką minę, jakby obliczał coś w głowie.

– Trudno określić to procentowo, ale w tych okolicznościach… – Zawahał się. – Bądźmy realistami. Moglibyśmy lekami na bezpłodność pobudzić pani jajniki do obfitszego jajeczkowania, ale to nie znaczy, że byłyby gotowe do zapłodnienia. A jeśli nawet tak, to proszę mieć na uwadze wysokie ryzyko poronienia lub urodzenie dziecka niepełnosprawnego, na przykład z zespołem Downa. Jest pani pewna, że da pani sobie z tym wszystkim radę?

– Ale powiedział pan, że wynik AMH nie jest ostatecznym wyrokiem.

– Nie jest definitywny. Stanowi jednak wyraźną wskazówkę. W pani przypadku szanse na zajście w ciążę metodami naturalnymi są w najlepszym razie nikłe. Ale istnieją też inne metody.

– Jajeczko od dawczyni?

– Tak.

Tracy westchnęła. Jeśli miałaby korzystać z cudzego jajeczka, to równie dobrze może adoptować dziecko. Zapewnić dobry, kochający dom dziecku w potrzebie. Uzgodnili z Danem, że tego typu decyzje będą podejmować wspólnie. Że zdecydują, czy ma rozpocząć farmakologiczne leczenie bezpłodności, o którym wiedzieli, że ma pewne wady. Uzgodnili też, że ewentualną decyzję o adopcji podejmą razem po dokładnym zapoznaniu się ze szczegółami. Lecz zrobili to, jeszcze zanim Tracy dowiedziała się, że to ona, a nie Dan jest źródłem problemu.

– Chciałabym spróbować kuracji clomidem – powiedziała. – Przynajmniej spróbować.