Ostatnia twierdza Hitlera. Breslau 1945

Tekst
Z serii: Historia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Bogate życie nocne, z któ­rego Bre­slau był znany, toczyło się dalej, mimo że z powodu obo­wią­zu­ją­cego zaciem­nie­nia tram­waje i samo­chody jeź­dziły z przy­ciem­nio­nymi świa­tłami, a latar­nie uliczne były cał­kiem wyłą­czone. Sami wro­cła­wia­nie nosili naszywki z ele­men­tami odbla­sko­wymi, aby nie zde­rzać się ze sobą w ciem­no­ściach. Restau­ra­cje, teatry, bary i kina były otwarte. Nie­mal co tydzień Ulrich Fro­dien jechał do cen­trum mia­sta, żeby pójść do kina. Naj­bar­dziej podo­bały mu się dra­maty histo­ryczne, któ­rych wiele wów­czas wyświe­tlano: Ritt in die Fre­iheit („Jazda ku wol­no­ści”), opo­wia­da­jący o pol­skim powsta­niu listo­pa­do­wym prze­ciwko Rosji, Der Grosse König („Wielki król”) o życiu Fry­de­ryka Wiel­kiego, czy prze­peł­niony anty­bry­tyj­skim jadem Ohm Krüger („Wuja­szek Krüger”) o woj­nie bur­skiej. Przed każ­dym fil­mem fabu­lar­nym emi­to­wano Wochen­schau – coty­go­dniową kro­nikę fil­mową, pre­zen­tu­jącą zestaw wia­do­mo­ści z kraju – inży­nie­ro­wie pra­cu­jący w ślą­skich hutach, wiel­kie nazi­stow­skie uro­czy­sto­ści, mary­na­rze okrę­tów pod­wod­nych wypo­czy­wa­jący na nar­tach w Alpach – oraz wyda­rzeń z fron­tów wojny – bom­bar­do­wa­nie War­szawy, oddziały strzel­ców gór­skich pod Narwi­kiem, upa­dek Paryża. Fro­dien chci­wie oglą­dał kro­niki, ale dopiero po kilku latach zdał sobie sprawę, że pre­zen­to­wano w nich bar­dzo wygła­dzony obraz wojny. Pełno w nich było ujęć poka­zu­ją­cych „sta­ran­nie wystru­gane brzo­zowe krzyże z zatknię­tymi na szczy­cie heł­mami, śliczne pie­lę­gniarki i żoł­nie­rzy wra­ca­ją­cych do zdro­wia w szpi­ta­lach” czy też uro­czy­sto­ści pogrze­bowe na cmen­ta­rzach z pło­mien­nymi prze­mó­wie­niami i sal­wami hono­ro­wymi. Ni­gdy nie poka­zy­wano jed­nak żad­nych zabi­tych. „Żad­nych znisz­czo­nych czoł­gów, żad­nych zestrze­lo­nych samo­lo­tów, żad­nych zbom­bar­do­wa­nych dział prze­ciw­lot­ni­czych”33 – wspo­mi­nał. To, co pro­pa­ganda usi­ło­wała ukryć, nie zawsze uda­wało się ukryć w codzien­nym życiu. Willy Cohn był wstrzą­śnięty wielką liczbą kobiet w żało­bie, które widać było na uli­cach Bre­slau. Jak zauwa­żył w swoim dzien­niku: „Wszyst­kie owdo­wiały przez wojnę – o więk­szo­ści z nich nie wspo­mi­nano w gaze­tach”34. Od czasu do czasu sza­le­jąca w całej Euro­pie wojna bar­dziej bez­po­śred­nio przy­po­mi­nała o sobie miesz­kań­com mia­sta. W poło­wie listo­pada 1941 roku Bre­slau został zbom­bar­do­wany w samym środku dnia. Na mia­sto spa­dło w sumie sie­dem bomb (jedna z nich oka­zała się nie­wy­pa­łem), ale w rezul­ta­cie zgi­nęło dzie­sięć osób. „Schle­si­sche Tage­sze­itung” natych­miast okre­śliła atak lot­nic­twa radziec­kiego mia­nem „nalotu ter­ro­ry­stycz­nego” wymie­rzo­nego w bez­bron­nych cywi­lów. „W rze­czy­wi­sto­ści celem ataku był Dwo­rzec Główny i bomby spa­dły bar­dzo bli­sko niego” – odno­to­wał Willy Cohn. Co naj­mniej jedna bomba tra­fiła w dwo­rzec, ury­wa­jąc obie nogi jakiejś kobie­cie. „Wojna zawsze dotyka nie­win­nych, ale ten nalot był rów­nież dowo­dem na to, że wróg jest bli­sko”35 – pisał Cohn.

Dla Willy’ego Cohna ten „wróg” był jed­nak jesz­cze za daleko. Tydzień po doko­na­niu cyto­wa­nego wyżej wpisu w swoim dzien­niku został aresz­to­wany razem z żoną i dwójką dzieci. Wraz z tysią­cem innych wro­cław­skich Żydów zostali wywie­zieni do Kowna na Litwie. Zanim listo­pad 1941 roku dobiegł końca, rodzina Coh­nów została wymor­do­wana. Podobny los spo­tkał Wal­tera Tau­ska, który został depor­to­wany na Litwę w jed­nym z pierw­szych trans­por­tów. W ciągu następ­nych osiem­na­stu mie­sięcy trans­porty z Żydami z Bre­slau wysy­łano do obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych w Auschwitz, na Maj­danku, w Sobi­bo­rze i Bełżcu w oku­po­wa­nej Pol­sce oraz w The­re­sien­stadt (Tere­zin) w Cze­cho­sło­wa­cji. Był to ele­ment ope­ra­cji nazwa­nej cynicz­nie „akcją prze­sie­dle­nia Żydów”. Latem 1943 roku wła­dze nie­miec­kie mogły ogło­sić, że Bre­slau był Juden­rein – „oczysz­czony z Żydów”36.

Jed­nak wywózka Żydów do obo­zów zagłady nie była jedy­nym czyn­ni­kiem, który w latach wojny wpły­nął na skład naro­do­wo­ściowy lud­no­ści Bre­slau. Do wio­sny 1944 roku pra­wie pół miliona Niem­ców zostało prze­sie­dlo­nych z zachod­nich i cen­tral­nych regio­nów Rze­szy na Śląsk, który szybko zyskał sobie miano „schronu prze­ciw­lot­ni­czego Nie­miec” (Luft­schutz­kel­ler Deutsch­lands). Do tego regionu ewa­ku­owano także prze­mysł, aby ulo­ko­wać go poza zasię­giem alianc­kich bom­bow­ców. Cho­ciaż nazi­stow­ska pro­pa­ganda nie­ustan­nie trą­biła o „wspól­no­cie naro­do­wej” (Volks­ge­me­in­schaft), w rze­czy­wi­sto­ści więk­szość miesz­ka­nek Bre­slau z nie­chę­cią przyj­mo­wała napływ uchodź­ców z innych czę­ści Nie­miec i to nie tylko dla­tego, że przy­by­sze w szyb­kim tem­pie opróż­nili miej­scowe sklepy z bie­li­zny i pościeli37. Jed­nak jesz­cze więk­szą nie­chęć wro­cła­wian budził napływ cudzo­ziem­skich robot­ni­ków przy­mu­so­wych – Fran­cu­zów, Rosjan, Pola­ków, Cze­chów – oraz więź­niów obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych, któ­rzy byli nie­zbędni do zapeł­nie­nia luki powsta­łej po wysła­niu wielu miej­sco­wych męż­czyzn na front. Ci nowi przy­by­sze byli tym bar­dziej widoczni, że spe­cjal­nie ich ozna­ko­wano: Polacy nosili naszywki z literą „P”; Bia­ło­ru­sini mieli przy­szyte na lewym ramie­niu naszywki ze swymi bar­wami naro­do­wymi: biało-czer­wono-białe; Ukra­ińcy nosili nie­bie­sko-żółte naszywki z trój­zę­bem – godłem śre­dnio­wiecz­nej Rusi Kijow­skiej Wło­dzi­mie­rza Wiel­kiego; a Rosja­nie mieli nosić biało-nie­bie­sko-czer­wone naszywki z krzy­żem św. Andrzeja38. Ci cudzo­ziem­scy robot­nicy byli trak­to­wani jak „pod­lu­dzie”, o czym nie­ustan­nie przy­po­mi­nali im miesz­kańcy Bre­slau. Niemcy wpa­dali we wście­kłość, jeśli spo­tkani na ulicy robot­nicy przy­mu­sowi nie zeszli im z drogi. Jesz­cze bar­dziej iry­to­wało ich, kiedy widzieli, że cudzo­ziemcy nic nie robili dłu­żej niż pięt­na­ście minut39. Jak zauwa­żył Ulrich Fro­dien, Polacy byli „trak­to­wani gorzej od psów. Każdy mógł ich poni­żać, stali się chłop­cami do bicia dla każ­dego ban­dziora z wiej­skiej poli­cji, haro­wali do ostat­niego tchu, jaki z nich wyci­śnięto, i pogar­dzano nimi bar­dziej niż naj­głup­szym nie­miec­kim wsio­wym idiotą”40. Wielu miesz­kań­ców Bre­slau uwa­żało, że cudzo­ziem­scy motor­ni­czy obsłu­gu­jący tram­waje w mie­ście, któ­rzy także nosili odróż­nia­jące ich prze­pa­ski, za bar­dzo spo­ufa­lają się z mło­dymi kobie­tami pra­cu­ją­cymi jako kon­duk­torki41. Zbyt­nie bra­ta­nie się z tymi cudzo­ziem­cami było nie tylko źle postrze­gane, ale zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cym pra­wem sta­no­wiło prze­stęp­stwo; nie­miecka dziew­czyna mogła być uka­rana grzywną w wyso­ko­ści dzie­się­ciu marek za samo wypi­cie drinka w barze i zatań­cze­nie z pol­skim robot­ni­kiem przy­mu­so­wym42. Dwu­dzie­sto­trzy­let­nia mężatka, która zaprzy­jaź­niła się i nawią­zała romans z angiel­skim jeń­cem, a następ­nie pomo­gła mu uciec z nie­woli, została za to ska­zana na cztery lata wię­zie­nia. Z kolei pewien robot­nik, który prze­ka­zy­wał listy mię­dzy radziec­kim jeń­cem wojen­nym i radziecką robot­nicą – któ­rych treść uznano za „wrogą pań­stwu” – został ska­zany na dzie­sięć lat wię­zie­nia43. Kary wymie­rzane cudzo­ziem­skim robot­ni­kom przy­mu­so­wym za naru­sze­nie narzu­co­nych im ogra­ni­czeń były jed­nak znacz­nie surow­sze. Dwu­dzie­sto­letni Marian Kacz­ma­rek kładł szyny dla Reichs­bahn – nie­miec­kich kolei pań­stwo­wych. Wie­lo­krot­nie bity przez swo­jego nie­miec­kiego maj­stra Kacz­ma­rek w końcu nie wytrzy­mał i ude­rzył swego prze­śla­dowcę. Za ten wybuch został ska­zany na dodat­kowe sześć lat cięż­kich robót. Naczelny pro­ku­ra­tor Bre­slau uznał jed­nak, że ta kara była zbyt łagodna i zażą­dał dla niego kary śmierci.

Robot­nicy przy­mu­sowi byli nie­zbędni do pracy w gospo­dar­stwach rol­nych bądź do obsługi tram­wa­jów i pocią­gów, ale znacz­nie wię­cej pra­co­wało ich w prze­my­śle zbro­je­nio­wym. Na obrze­żach Bre­slau wyro­sło kil­ka­na­ście obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych i pracy przy­mu­so­wej, które pra­co­wały nie tylko na potrzeby miej­sco­wych przed­się­biorstw, takich jak Linke-Hof­mann i FAMO – pro­du­ku­ją­cych czę­ści odpo­wied­nio do rakiet V2 i czoł­gów – ale także dla innych zakła­dów, które zaczęto prze­no­sić na Śląsk wraz z nasi­le­niem się alianc­kich nalo­tów bom­bo­wych na Zagłę­bie Ruhry. Trzy obozy nie­wol­ni­czej pracy utwo­rzono dla potrzeb zakła­dów amu­ni­cyj­nych Rhe­in­me­tall-Bor­sig (ob. PZL-Hydral) na Psim Polu leżące nie­całe osiem kilo­me­trów na pół­nocny wschód od cen­trum mia­sta. Zakłady te w 1943 roku wypro­du­ko­wały trzy miliony zapal­ni­ków elek­trycz­nych do bomb, jak rów­nież dzie­sięć milio­nów poci­sków kali­bru 20, 30 i 37 mili­me­trów oraz około sze­ściu tysięcy elek­trycz­nych celow­ni­ków arty­le­ryj­skich. Bli­sko trzy­dzie­ści lat póź­niej były dyrek­tor tych zakła­dów Her­bert Rühlemann napi­sał nieco roz­wle­kłe i pełne samo­za­do­wo­le­nia wspo­mnie­nia zaty­tu­ło­wane Father Tells Dau­gh­ter („Opo­wieść ojca dla córki”). W tej książce ojciec jed­nak nie opo­wie­dział wszyst­kiego swo­jej córce. Nie­zbyt uczci­wie Rühlemann okre­ślał więk­szość swo­ich pra­cow­ni­ków mia­nem „gastar­be­ite­rów”. Nie­któ­rzy z nich fak­tycz­nie mieli taki sta­tus, ale bli­sko dwa tysiące sta­no­wili więź­nio­wie obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych, z któ­rych połowę sta­no­wiły kobiety44.

Zapo­trze­bo­wa­nie na siłę robo­czą w Rhe­in­me­tall-Bor­sig i tak ble­dło w porów­na­niu z nową fabryką amu­ni­cji, która zaczęła powsta­wać wio­sną 1942 roku. Zakłady Frie­drich Krupp-Ber­tha Werke – nazwane od imie­nia matki rodu Krup­pów – w Lasko­wi­cach Oław­skich (ob. część mia­sta Jelcz-Lasko­wice) leżą­cych około 20 kilo­me­trów na połu­dniowy wschód od Bre­slau, mogły pro­du­ko­wać do 600 hau­bic i dział prze­ciw­pan­cer­nych mie­sięcz­nie, zatrud­nia­jąc nawet 12 tysięcy pra­cow­ni­ków. Jeden z dyrek­to­rów tej fabryki Eber­hard Franke w zezna­niach zło­żo­nych po woj­nie przed try­bu­na­łem norym­ber­skim odma­lo­wał nie­mal idyl­liczny obraz praw­dzi­wej „wspól­noty robot­ni­czej”, jaka rze­komo się tam wytwo­rzyła: na całym Dol­nym Ślą­sku zakłady te miały być znane z dobrej jako­ści wyży­wie­nia pra­cow­ni­ków; ich dru­żyna pił­kar­ska wygrała lokalną ligę cztery razy z rzędu; orga­ni­zo­wano w nich mecze bok­ser­skie, w cza­sie któ­rych obo­wiązki mistrza cere­mo­nii peł­nił legen­darny pię­ściarz Max Schme­ling; miej­scowi robot­nicy mieli także dostęp do biblio­tek, instru­men­tów muzycz­nych, fil­mów i audy­cji radio­wych, jak rów­nież mogli two­rzyć trupy teatralne, które wysta­wiały wła­sne przed­sta­wie­nia dla kole­gów z pracy45.

 

Rze­czy­wi­stość jed­nak znacz­nie róż­niła się od tej rze­ko­mej sie­lanki. Pra­wie połowę pra­cow­ni­ków Ber­tha Werke sta­no­wili więź­nio­wie obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych. Po pobudce o godzi­nie wpół do pią­tej rano każ­dego dnia brnęli przez nie­spełna godzinę do obozu pracy Fünfteichen w pobli­skich Miło­szy­cach. Więk­szość z nich miała dziu­rawe cho­daki lub szmaty obwią­zane wokół stóp zamiast obu­wia. Pra­co­wali po dwa­na­ście godzin dzien­nie. Nie dosta­wali śnia­da­nia ani kola­cji, przy­słu­gi­wała im tylko miska zupy około połu­dnia. Jeśli zbyt natar­czy­wie doma­gali się posiłku, byli bici kol­bami przez straż­ni­ków. Bito ich rów­nież, jeśli ich praca nie speł­niała wyma­gań – zazwy­czaj gumo­wym kablem z meta­lo­wymi ele­men­tami. W cza­sie nalo­tów bom­bo­wych Niemcy cho­wali się w schro­nach prze­ciw­lot­ni­czych; robot­nicy przy­mu­sowi musieli jed­nak pozo­stać na swo­ich sta­no­wi­skach pracy. „Nie byli­śmy nie­wol­ni­kami, mie­li­śmy znacz­nie gor­szy sta­tus” – wspo­mi­nał Tade­usz Goldsz­tajn, pol­ski Żyd, który w wieku szes­na­stu lat przy­był do zakła­dów Kruppa. – „O sprzęt w warsz­ta­tach bar­dzo dbano. Z kolei nas trak­to­wano jak papier ścierny, który po jed­nym czy dwóch uży­ciach staje się bez­u­ży­teczny i wyrzuca się go na śmiet­nik”46.

Zwa­żyw­szy na takie trak­to­wa­nie, nie było niczym dziw­nym, że ostar­be­ite­rzy (wschodni robot­nicy) aż kipieli nie­na­wi­ścią do swych prze­śla­dow­ców. SD prze­chwy­ciła list napi­sany przez pew­nego Ukra­ińca, który pisał: „Słu­cham tych faszy­stów, sta­łem się ich sługą. Ach, co za prze­klęte lata! Pra­gnę wol­no­ści, chcę znowu poczuć w płu­cach ruskie powie­trze”. Każ­dego ranka musiał wie­lo­krot­nie kła­niać się w pas i pokor­nie wycią­gać rękę na powi­ta­nie swo­ich maj­strów. Dla­tego tęsk­nił za nadej­ściem Armii Czer­wo­nej: „Będę wśród pierw­szych, któ­rzy pójdą do par­ty­zantki, albo zacią­gnę się na front. Będę pierw­szy, żeby strze­lać do ich bez­li­to­snych serc, do tych, któ­rzy śmieją się z nie­doli ruskiego ludu. I to wszystko się sta­nie – prę­dzej czy póź­niej”47.

W pie­ką­cym upale pot spły­wał stru­mie­niami po twa­rzach kil­ku­dzie­się­ciu cho­rą­żych trzy­ma­ją­cych sztan­dary wysoko ponad lasem wycią­gnię­tych rąk. Gdy cho­rą­żo­wie zajęli już swoje miej­sca na sce­nie, do Hali Stu­le­cia wkro­czył Joseph Goeb­bels, a za nim ślą­scy dygni­ta­rze par­tyjni i wyżsi ofi­ce­ro­wie Wehr­machtu. Mini­ster pro­pa­gandy Rze­szy spę­dził popo­łu­dnie tam­tego 7 lipca 1944 roku we wro­cław­skiej kli­nice, odwie­dza­jąc swoją żonę Magdę, która docho­dziła do sie­bie po ope­ra­cji szczęki. Poza tym odczu­wał fru­stra­cję, prze­by­wa­jąc z dala od sto­licy. Uzy­ska­nie aktu­al­nych wia­do­mo­ści z frontu wschod­niego było pra­wie nie­moż­liwe. Liczył jed­nak na to, że brak wia­do­mo­ści ozna­cza dobrą wia­do­mość.

Pod­czas gdy Goeb­bels drżał z nie­po­koju, sale i hale fabryczne w Bre­slau zaczęły się zapeł­niać ludźmi, któ­rzy mieli go wysłu­chać tego popo­łu­dnia. W samej Hali Stu­le­cia widzo­wie zajęli wszyst­kie 12 tysięcy miejsc. Znaczny tłum zebrał się koło Parku Szczyt­nic­kiego. Gło­śniki, które mini­ster pro­pa­gandy kazał zamon­to­wać sześć lat temu, miały teraz zanieść jego słowa rów­nież do innych miejsc zgro­ma­dzeń w całej sto­licy Ślą­ska. Ponadto jego prze­mó­wie­nie miało być trans­mi­to­wane przez pań­stwowe radio na tere­nie całej Rze­szy i poza jej gra­ni­cami.

Było to jedno z bar­dziej sto­no­wa­nych wystą­pień Goeb­belsa. Wyglą­dał na zre­lak­so­wa­nego – jedną rękę oparł o podium i co jakiś czas łapał się pod boki; jego gesty­ku­la­cja była mniej gorącz­kowa niż zwy­kle. Nie pozo­sta­wił swoim słu­cha­czom żad­nych wąt­pli­wo­ści co do powagi sytu­acji, w jakiej zna­la­zły się Niemcy. Wróg dys­po­nu­jący przy­tła­cza­jącą prze­wagą przy­stą­pił do gene­ral­nej ofen­sywy na wscho­dzie i na zacho­dzie. „Jeśli teraz ich nie ode­przemy, nasi wro­go­wie zetrą Niemcy – i każ­dego Niemca z osobna – z powierzchni ziemi” – oświad­czył bez ogró­dek. – „Naród nie­miecki jest w nie­bez­pie­czeń­stwie!”.

Wzmianka o „powietrz­nych ban­dy­tach”, czyli zało­gach bry­tyj­skich i ame­ry­kań­skich bom­bow­ców, noszą­cych takie nazwy jak Mur­der Incor­po­ra­ted (Syn­dy­kat Zabój­ców), które „obra­cają nie­miec­kie mia­sta w proch i pył”, uto­nęła w chó­ral­nym bucze­niu zgro­ma­dzo­nych w Hali Stu­le­cia słu­cha­czy. „Ale nadej­dzie czas odpłaty i kiedy to nastąpi, nikt w Niem­czech nie uroni ani jed­nej łzy” – obie­cał. Dwu­na­sto­ty­sięczna publicz­ność wstała z miejsc, wzno­siła okrzyki, kla­skała i tupała. Dopiero po kilku minu­tach wrzawa uci­chła i mini­ster mógł kon­ty­nu­ować prze­mó­wie­nie. Wezwał naród nie­miecki do zebra­nia sił w celu zada­nia jesz­cze jed­nego, ostat­niego ciosu:

Obecna chwila wymaga total­nego wysiłku wojen­nego ze strony każ­dego z osobna i całego narodu, z wyko­rzy­sta­niem wszel­kich naszych rezerw ducho­wych i mate­rial­nych. My, naro­dowi socja­li­ści, znie­śli­śmy i prze­zwy­cię­ży­li­śmy tak wiele kry­zy­sów i cięż­kich prób w histo­rii naszego ruchu i Rze­szy, że ni­gdy nie wąt­pi­li­śmy ani przez chwilę w nasz suk­ces.

Naj­lep­szą gwa­ran­cją zwy­cię­stwa jest sam Führer. Patrzymy na niego z reli­gijną wiarą. On prze­pro­wa­dzi nasz naród pewną ręką przez wszyst­kie nie­bez­pie­czeń­stwa i próby. Ślu­bo­wał to samo co my: walka, którą naród pro­wa­dzi z peł­nym fana­ty­zmem, nie może zakoń­czyć się ina­czej niż zwy­cię­stwem.

Organy zaczęły wygry­wać hymn pań­stwowy. Wewnątrz i na zewnątrz Hali Stu­le­cia wro­cła­wia­nie po raz kolejny wycią­gnęli prawe ręce przed sie­bie i zaśpie­wali z zapa­łem. „Praw­do­po­dob­nie nie było nikogo w tym tłu­mie, kto w głębi serca nie dałby się porwać i nie nabrał wiary w pozy­tywne zakoń­cze­nie tej trud­nej walki” – pisał lizu­sow­sko w swoim dzien­niku sekre­tarz Goeb­belsa Wil­fred von Oven48.

Jed­nak wbrew grom­kim zapew­nie­niom Goeb­belsa i spo­strze­że­niom von Ovena, miesz­kańcy Bre­slau zaczy­nali wąt­pić w korzystny dla Nie­miec koniec wojny. Na pozór życie w mie­ście toczyło się jak zwy­kle. Każde święto w nazi­stow­skim kalen­da­rzu na­dal hucz­nie obcho­dzono, orga­ni­zu­jąc kosz­towne wiece lub demon­stra­cje. W marcu był „Dzień Służby Mło­dych” i „Dzień Wehr­machtu”, w kwiet­niu – rocz­nice powsta­nia orga­ni­za­cji lot­ni­czej oraz dobro­czyn­nej. W Hali Stu­le­cia uro­czy­ście świę­to­wano dzie­siątą rocz­nicę zdo­by­cia wła­dzy przez nazi­stów. Jak co roku w piątą nie­dzielę przed Wiel­ka­nocą obcho­dzono „Dzień Pamięci Boha­te­rów”, wysta­wia­jąc wartę hono­rową przed wro­cław­skimi pomni­kami wojen­nymi, przy któ­rych dowódcy woj­skowi i przy­wódcy par­tyjni skła­dali wieńce, a na placu Zam­ko­wym odbył się apel dla żoł­nie­rzy, któ­rzy wysłu­chali prze­mó­wie­nia dowódcy VIII Okręgu Woj­sko­wego gene­rała Rudolfa Kocha-Erpa­cha. Oczy­wi­ście świę­to­wano także dzień uro­dzin Hitlera 20 kwiet­nia, ale w 1944 roku był to już nor­malny dzień robo­czy. W przed­szko­lach jed­nak wycho­waw­czy­nie tego dnia na­dal ozda­biały gir­lan­dami por­tret Führera i zapa­lały „świece Hitlera”, a dzieci śpie­wały pie­śni na jego cześć i wysłu­chi­wały opo­wie­ści o życiu uko­cha­nego wodza. Na uli­cach powie­wały flagi, na wysta­wach skle­po­wych pre­zen­to­wano por­trety i popier­sia Hitlera, a wie­czo­rem trzy­na­ście tysięcy człon­ków Hitler­ju­gend prze­ma­sze­ro­wało uli­cami mia­sta przy dźwię­kach IX sym­fo­nii Beetho­vena ode­gra­nej na cześć ran­nych żoł­nie­rzy i robot­ni­ków prze­my­słu zbro­je­nio­wego.

Wraz z nadej­ściem lata odkryte baseny pły­wac­kie były otwarte dla kąpią­cych się codzien­nie od siód­mej rano aż do zmierz­chu49. Na srebr­nym ekra­nie usta­wio­nym na jed­nym z bul­wa­rów nad Odrą można było oglą­dać występy Koloń­skiej Orkie­stry Radio­wej wyko­nu­ją­cej mar­sze, tańce towa­rzy­skie i popu­larne pio­senki. Słynny wro­cław­ski teatr roz­ma­ito­ści Lie­bi­cha wysta­wiał Melo­dię miło­ści, a w Cyrku Buscha przed trzy­ty­sięczną publicz­no­ścią wystę­po­wał popu­larny komik Harry Zimmo. Z kolei w poło­żo­nym nad brze­gami Odry Domu Kon­cer­to­wym Wap­pen­hof na Rakowcu, dys­po­nu­ją­cym naj­więk­szą w Niem­czech beto­nową sceną na świe­żym powie­trzu, miej­scowi bywalcy mogli posma­ko­wać nowego napoju, cydru jabł­ko­wego o mio­do­wo­żół­tej bar­wie z pianką o słodko-kwa­śnym posmaku. Był on szcze­gól­nie popu­larny na gądow­skim lot­ni­sku, dla­tego wro­cła­wia­nie szybko ochrzcili go Flie­ger­bier – „piwem lot­ni­ków”50. Tak jak to się działo w ciągu dwóch poprzed­nich lat, rów­nież tym razem lokalne kie­row­nic­two par­tyjne zor­ga­ni­zo­wało Ver­wun­de­ten­fahrt – wycieczkę dla ran­nych żoł­nie­rzy do zabyt­ko­wej Trzeb­nicy leżą­cej około 20 kilo­me­trów na pół­noc od Bre­slau. Jechali tam słynną koleją wąsko­to­rową nazy­waną „Lata­jący Trzeb­ni­cza­nin” (der Flie­gende Treb­nit­zer), ozdo­bioną rysun­kami i kary­ka­tu­rami autor­stwa stu­den­tów wro­cław­skiej szkoły sztuk pięk­nych, aby na jeden dzień ode­rwać się od codzien­nych pro­ble­mów51. Pomimo raczej fry­wol­nego cha­rak­teru tej imprezy, z masze­ru­ją­cymi orkie­strami i uśmiech­nię­tymi dziew­czę­tami, coraz trud­niej było ukryć koszty wojny, jakie pono­sił Bre­slau. Tego samego dnia „Schle­si­sche Tage­sze­itung” opu­bli­ko­wała listę trzy­dzie­stu wro­cła­wian pole­głych na fron­cie: dwu­dzie­stocz­te­ro­letni plu­to­nowy Ger­hard Weiss, słu­żący w woj­sku od pię­ciu lat, zgi­nął w Nor­man­dii; star­szy wach­mistrz Hel­mut Czem­bor, odzna­czony Krzy­żem Żela­znym, poległ we Wło­szech w wal­kach na połu­dnie od Rzymu; dwu­dzie­sto­jed­no­letni star­szy kapral Günter Koch­ner zgi­nął w nalo­cie bom­bo­wym. „Każdy, kto go znał, zro­zu­mie nasz ból” – pisali w nekro­logu dziad­ko­wie tego ostat­niego52. Jed­nak więk­szość wymie­nio­nych na liście opu­bli­ko­wa­nej we wro­cław­skim orga­nie pra­so­wym par­tii nazi­stow­skiej pole­gła na fron­cie wschod­nim – fron­cie, który zbli­żał się coraz bar­dziej do gra­nic Rze­szy. W poło­wie czerwca 1944 roku w rękach armii nie­miec­kiej na­dal znaj­do­wała się Bia­ło­ruś z Miń­skiem, Witeb­skiem i Grod­nem. Jed­nak sześć tygo­dni póź­niej Armia Czer­wona stała już u wrót War­szawy i prze­kro­czyła Wisłę poni­żej pol­skiej sto­licy, zaj­mu­jąc przy­czółki pod Puła­wami i Bara­no­wem, leżące nie­całe 350 kilo­me­trów od Bre­slau. Nagłe zała­ma­nie się nie­miec­kiego frontu wschod­niego zaalar­mo­wało miesz­kań­ców ślą­skiej metro­po­lii. „Rosja­nie mają już nie­da­leko do nie­miec­kiej gra­nicy” – pisała w liście pewna gospo­dyni domowa z Bre­slau. – „Jeśli pój­dzie bar­dzo źle, to nie zosta­nie nam nic innego, niż odkrę­cić gaz. Nie damy się depor­to­wać”. Jak sama pisała, nie tylko ona była takiego zda­nia. „Wielu uważa tak jak ja”53. Krą­żyły naj­róż­niej­sze plotki. O tym, że całe pułki zde­zer­te­ro­wały (nie­prawda), że Hitler udał się na front i na miej­scu pozba­wił dowódz­twa kilku gene­ra­łów (nie­prawda), że nie­któ­rzy gene­ra­ło­wie wcale nie zgi­nęli w walce, ale zostali roz­strze­lani (nie­prawda), że nie­któ­rzy ofi­ce­ro­wie ucie­kali z frontu, zabie­ra­jąc ze sobą swoje pol­skie i rosyj­skie kochanki (prawda), że wyczer­pani żoł­nie­rze prze­bi­jali się do swo­ich linii boso, bez pasów, obdarci i w łach­ma­nach, porzu­ciw­szy wszelką dys­cy­plinę woj­skową (prawda). Ktoś nawet posu­nął się do stwier­dze­nia, że „ten odwrót to jeden z naj­czar­niej­szych roz­dzia­łów w nie­miec­kiej histo­rii”54. Nawet „Schle­si­sche Tage­sze­itung” była zmu­szona przy­znać, że nastą­pił „wyraźny kry­zys na Wscho­dzie”55. Gau­le­iter Karl Hanke na­dal jed­nak pre­zen­to­wał urzę­dową pew­ność sie­bie. W cza­sie wizyty w histo­rycz­nym Namy­sło­wie, leżą­cym około 50 kilo­me­trów na wschód od Bre­slau, mówił tam­tej­szym miesz­kań­com: „Wojna na fron­cie wschod­nim zacznie mnie inte­re­so­wać dopiero wtedy, gdy pierwsi Rosja­nie poja­wią się przed Namy­sło­wem”56. Gdy mówił te słowa, tysiące Ślą­za­ków przy­go­to­wy­wały się już do obrony swo­jej ojczy­stej ziemi.

 

Na początku sierp­nia 1944 roku dzieci z malow­ni­czej Bystrzycy Kłodz­kiej cie­szyły się latem u stóp Sude­tów. Wśród nich był Peter Ban­nert, który korzy­sta­jąc z waka­cyj­nej prze­rwy w nauce, spę­dził kilka dni w cze­skiej Pra­dze. Dum­nie nosząc swoją odznakę Hitler­ju­gend, odwie­dził kościół, w któ­rym cze­scy cicho­ciemni po doko­na­niu w 1942 roku uda­nego zama­chu na Rein­harda Hey­dri­cha zostali oto­czeni i popeł­nili samo­bój­stwo – na murach świą­tyni widać było jesz­cze ślady po kulach. Po powro­cie do Bystrzycy Kłodz­kiej Ban­nert ujrzał roz­wie­szone wszę­dzie pla­katy lokal­nej komórki Hitler­ju­gend powo­łu­jące chłop­ców z rocz­ni­ków 1928 i 1929 do wspar­cia wysiłku wojen­nego. Miesz­kańcy mia­sta pro­te­sto­wali prze­ciwko temu roz­po­rzą­dze­niu, lecz ich skargi zostały zigno­ro­wane. Ich syno­wie pako­wali ple­caki i ruszali w kie­runku sta­cji kole­jo­wej, żegnani fan­fa­rami trę­ba­czy z Hitler­ju­gend. Ostat­nie rady matek sto­ją­cych na pero­nie uto­nęły w pisku kół rusza­ją­cego pociągu. Chłopcy z zapa­łem machali im na poże­gna­nie „roz­darci mię­dzy pod­łym samo­po­czu­ciem i peł­nym cie­ka­wo­ści pra­gnie­niem przy­gody” – wspo­mi­nał Ban­nert. Pociąg powoli sunął przez ślą­ską wieś, przez Kłodzko, przez Ole­śnicę. Około pół­nocy przy­byli wresz­cie do Mię­dzy­bo­rza leżą­cego około 50 kilo­me­trów na pół­nocny wschód od Bre­slau. Po wyj­ściu z pociągu chłopcy prze­ma­sze­ro­wali w ciem­no­ściach na wiel­kie pole na obrze­żach mia­steczka, gdzie cze­kało już na nich mia­steczko namio­towe. Rzu­cili na zie­mię sien­niki, pod­ło­żyli pod głowy ple­caki i usi­ło­wali jakoś zna­leźć sobie miej­sce pod płó­cienną płachtą. „Wal­czy­li­śmy o każdy cen­ty­metr” – wspo­mi­nał Peter Ban­nert. W każ­dym namio­cie musiało się bowiem zmie­ścić 65–70 chłop­ców. „Kiedy zasy­pia­łem, nogi chło­paka leżą­cego ze mną na waleta się­gały mi do brzu­cha”. Pobudka była o szó­stej rano. Następ­nie prze­bie­gli pół­tora kilo­me­tra do brud­nej sadzawki, żeby się umyć, a potem zje­dli śnia­da­nie skła­da­jące się z kawy zbo­żo­wej i chleba cienko posma­ro­wa­nego masłem. Dostali godzinę na wyczysz­cze­nie namio­tów i opo­rzą­dze­nie, po czym wyma­sze­ro­wali z mia­steczka, kie­ru­jąc się na wschód.

Peter Ban­nert był jed­nym ze 100 tysięcy ludzi – nie­miec­kich męż­czyzn i kobiet, człon­ków Hitler­ju­gend oraz około 30 tysięcy cudzo­ziem­skich robot­ni­ków przy­mu­so­wych – zaan­ga­żo­wa­nych w ogromny pro­jekt budow­lany reali­zo­wany na przed­wo­jen­nej gra­nicy nie­miecko-pol­skiej pod kryp­to­ni­mem Unter­neh­men Bar­told (ope­ra­cja „Bar­told”). Nazwę tę Karl Hanke zaczerp­nął z popu­lar­nej w cza­sie wojny powie­ści histo­rycz­nej opo­wia­da­ją­cej dzieje Vogta Bar­tolda, fik­cyj­nej postaci trzy­na­sto­wiecz­nego nie­miec­kiego osad­nika na Ślą­sku. Nazwane jego imie­niem przed­się­wzię­cie miało dopro­wa­dzić do stwo­rze­nia nie­moż­li­wej do sfor­so­wa­nia zapory Wału Wschod­niego (Ostwall) roz­cią­ga­ją­cej się pół­okrę­giem od Żmi­grodu, leżą­cego 40 kilo­me­trów na pół­noc od Bre­slau, przez Milicz, Mię­dzy­bórz i Syców do Namy­słowa. W ramach tej linii obrony zamie­rzano wyko­pać rów prze­ciw­czoł­gowy sze­roki na sześć i głę­boki na cztery metry, za któ­rym miała się znaj­do­wać sieć oko­pów i gniazd kara­bi­nów maszy­no­wych.

Pro­wi­zo­ryczne obozy, takie jak ten, w któ­rym zna­lazł się Peter Ban­nert, wyra­stały na całym Ślą­sku jak grzyby po desz­czu, aby pomie­ścić pra­cu­ją­cych przy budo­wie umoc­nień. Robot­nicy spali w namio­tach, opusz­czo­nych fabry­kach, sto­do­łach, przy­bu­dów­kach i budyn­kach szkol­nych, gdzie czę­sto mieli do dys­po­zy­cji tylko sym­bo­liczne udo­god­nie­nia. Jako „toa­lety” słu­żyły im wychodki usta­wione nad wyko­pa­nymi na obrze­żach obo­zów dołami, jed­nak wydo­by­wał się z nich taki smród, że wielu nie było w sta­nie z nich korzy­stać. Wyży­wie­nie zapew­niały im kuch­nie polowe, ser­wu­jące nie­zmien­nie zupę, która czę­sto była tak cienka, że nie­któ­rzy na znak pro­te­stu wyle­wali ją z powro­tem do kotła. Znacz­nie lep­sze warunki mieli par­tyjni przy­wódcy nad­zo­ru­jący prace przy ope­ra­cji „Bar­told”. Mieli do dys­po­zy­cji noc­legi, wyży­wie­nie i bar­dzo hojny przy­dział alko­holu – wielu zja­wiało się na służ­bie pija­nych – oraz róż­nych innych przy­wi­le­jów. Korzy­sta­jąc ze swego sta­no­wi­ska, puszyli się, para­du­jąc po pla­cach robót w bru­nat­nych mun­du­rach. Przede wszyst­kim jed­nak trak­to­wali pod­le­głą sobie siłę robo­czą bez­względ­nie i nie­ubła­ga­nie.

Hugo Har­tung, w cywilu dyrek­tor arty­styczny Teatru Miej­skiego w Bre­slau, a teraz żoł­nierz mimo woli, musiał codzien­nie wsta­wać o trze­ciej trzy­dzie­ści nad ranem, aby o czwar­tej sta­wić się na apelu, zanim wraz z innymi wyma­sze­ro­wał do miej­sca pracy pod Żmi­gro­dem. Wycho­dząc z obozu, męż­czyźni cza­sami śpie­wali Graue Kolon­nen zie­hen in der Sonne („Szare kolumny masze­rują ku słońcu”). Jesz­cze przed nasta­niem świtu zaczy­nali kopać w żyznej ślą­skiej ziemi. W miarę jak słońce wspi­nało się coraz wyżej po nie­bie, coraz wię­cej pra­cu­ją­cych pod­upa­dało na siłach. Byli muzy­kami, czę­sto w pode­szłym wieku, ludźmi lepiej zazna­jo­mio­nymi ze skrzyp­cami lub fle­tem niż ze szpa­dlem, któ­rzy teraz musieli zma­gać się z mokrą, gli­nia­stą glebą. Balet­nice, ubrane w kolo­rowe stroje kąpie­lowe niczym na let­niej plaży, padały ze zmę­cze­nia jak muchy.

Człon­ko­wie Hitler­ju­gend mor­du­jący się ze swo­imi szpa­dlami, łopa­tami i kilo­fami przez sześć godzin dzien­nie w palą­cym sierp­nio­wym upale spę­dzali następ­nie dwie godziny na Wehrertüchtigung – zaję­ciach z „przy­spo­so­bie­nia obron­nego”, ćwi­cząc musz­trę na placu ape­lo­wym ze szpa­dlami na ramie­niu zamiast praw­dzi­wej broni. Instruk­to­rzy mówili im, że pew­nego dnia zamie­nią te szpa­dle na kara­biny i będą bro­nić tych samych umoc­nień, przy któ­rych budo­wie teraz pra­co­wali.

Starsi męż­czyźni w mun­du­rach mogli się cie­szyć wol­nymi popo­łu­dniami. Hugo Har­tung odkry­wał część Ślą­ska, któ­rej wcze­śniej w ogóle nie znał. Zbie­rał jeżyny, kąpał się w Bary­czy, która przed wojną sta­no­wiła nie­miecko-pol­ską gra­nicę, i wyle­gi­wał się na ziemi, gapiąc się pro­sto w niebo. Cza­sami mógł dosły­szeć słaby pomruk ame­ry­kań­skich bom­bow­ców zosta­wia­ją­cych na nie­bie smugi kon­den­sa­cyjne.

Wie­czory przy­po­mi­nały nie­mal idyllę. Har­tung i jego towa­rzy­sze sia­dali wokół ognisk, śpie­wali pio­senki albo znane z dzie­ciń­stwa pie­śni ludowe lub spie­rali się o to, jak skoń­czy się wojna. Peter Ban­nert wraz ze swymi kole­gami z Hitler­ju­gend regu­lar­nie masze­ro­wali do Mię­dzy­bo­rza, śpie­wa­jąc Marianko, chodź i mnie poca­łuj lub Panie, nie miej lito­ści. Jedyne miej­scowe kino ofe­ro­wało cią­gle ten sam reper­tuar: musi­cal Der Weisse Traum („Białe marze­nie”), wciąż popu­larny musi­cal Wun­sch­kon­zert („Kon­cert życzeń”) i kolo­rowy melo­dra­mat w reży­se­rii Veita Har­lana Immen­see. Pew­nego razu prze­pa­liła się żarówka w pro­jek­to­rze; chłopcy śpie­wali wtedy pio­senki, do czasu aż ktoś poje­chał do sąsied­niego mia­steczka po nową żarówkę.

Kiedy następ­nego ranka ponow­nie przy­stą­pili do kopa­nia rowów prze­ciw­czoł­go­wych i oko­pów oka­zało się jed­nak, że są one do połowy zasy­pane zie­mią, która w nocy się osu­nęła.