Ostatnia twierdza Hitlera. Breslau 1945

Tekst
Z serii: Historia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jesz­cze przed zawar­ciem zawie­sze­nia broni 11 listo­pada 1918 roku wro­cła­wia­nie oba­lili resztki rzą­dów kaj­zera Wil­helma II. Wszelka wła­dza w mie­ście zała­mała się. Żoł­nie­rze zamiast tłu­mić pro­te­sty spo­łeczne, sami się do nich przy­łą­czali. 9 listo­pada cesarz abdy­ko­wał i wła­dzę w Bre­slau objęła Rada Ludowa zło­żona z socja­li­stów i libe­ra­łów. Jej przy­wódca Paul Löbe okre­ślił te wyda­rze­nia mia­nem „cichej rewo­lu­cji. Nie poświę­cono ani jed­nego życia ludz­kiego i nie było żad­nych znisz­czeń”13.

O ile prze­bieg rewo­lu­cji listo­pa­do­wej 1918 roku w Bre­slau był bez­kr­wawy, o tyle wyda­rze­nia, które nastą­piły póź­niej w regio­nie, już takie nie były. Punk­tem zapal­nym oka­zał się Górny Śląsk. Był to jeden z głów­nych okrę­gów prze­my­sło­wych w kraju, zapew­nia­jący jedną czwartą wydo­by­cia węgla, 80 pro­cent pro­duk­cji cynku i jedną trze­cią oło­wiu w Niem­czech. Jed­nak dwie trze­cie miesz­kań­ców tego regionu sta­no­wili Polacy, któ­rzy pra­gnęli przy­łą­czyć się do wła­śnie odro­dzo­nego pań­stwa pol­skiego. Przy­wódcy państw Ententy zgro­ma­dzeni na kon­fe­ren­cji poko­jo­wej w Paryżu opo­wie­dzieli się za zor­ga­ni­zo­wa­niem ple­bi­scytu w celu okre­śle­nia dal­szego losu Gór­nego Ślą­ska, ale pol­ska lud­ność tej pro­win­cji nie zamie­rzała na to cze­kać. W sierp­niu 1919 roku strajk powszechny prze­ro­dził się w powsta­nie zbrojne, które jed­nak trwało zale­d­wie tydzień. Do jego stłu­mie­nia skie­ro­wano bli­sko 20 tysięcy nie­miec­kich żoł­nie­rzy, któ­rzy bru­tal­nie wyko­nali wyzna­czone im zada­nie. Już po stłu­mie­niu powsta­nia roz­strze­lano 2500 jego uczest­ni­ków. Polacy ponow­nie wznie­cili powsta­nie dwa­na­ście mie­sięcy póź­niej i ponow­nie ponie­śli porażkę. Dopiero w marcu 1921 roku na Ślą­sku zdo­łano zor­ga­ni­zo­wać ple­bi­scyt. W wyniku mani­pu­la­cji władz nie­miec­kich więk­szość gło­su­ją­cych opo­wie­działa się za pozo­sta­niem obszaru ple­bi­scytowego w gra­ni­cach Nie­miec. Po sze­ściu peł­nych napię­cia tygo­dniach Górny Śląsk po raz kolejny eks­plo­do­wał. Trze­cie powsta­nie ślą­skie było naj­więk­sze, naj­dłuż­sze i naj­krwaw­sze. Około 70 tysięcy pol­skich „ochot­ni­ków” zajęło wschod­nią część Gór­nego Ślą­ska. Do walki z nimi wyru­szyło z kolei 25 tysięcy „ochot­ni­ków” nie­miec­kich. W zacię­tych wal­kach, zwłasz­cza w rejo­nie Góry Świę­tej Anny wzno­szą­cej się na wyso­kość około 400 metrów na pra­wym brzegu Odry około 60 kilo­me­trów na zachód od Kato­wic, oddziały nie­miec­kie zaczęły zyski­wać prze­wagę. Zanim jed­nak Niemcy mogli wyko­rzy­stać powo­dze­nie, inter­we­nio­wała Ententa, wymu­sza­jąc latem 1921 roku zawar­cie trud­nego pokoju na Gór­nym Ślą­sku.

Miesz­kańcy Bre­slau wrogo zare­ago­wali na pol­skie powsta­nia na Gór­nym Ślą­sku. Latem 1920 roku w mie­ście zde­mo­lo­wano pol­ski kon­su­lat, szkołę i biblio­tekę oraz inne budynki nale­żące do pol­skich insty­tu­cji. Trzy czwarte Pola­ków miesz­ka­ją­cych do tej pory w Bre­slau ucie­kło wtedy z mia­sta. Poważne nie­po­koje w sto­licy Ślą­ska wywo­łał rów­nież skraj­nie pra­wi­cowy prze­wrót woj­skowy Kappa prze­pro­wa­dzony w marcu 1920 roku w Ber­li­nie. W odpo­wie­dzi na to wyda­rze­nie wro­cław­scy robot­nicy ogło­sili strajk gene­ralny. Pod pozo­rem zapro­wa­dze­nia ładu na ulice wypro­wa­dzono oddziały woj­skowe wspie­rane przez samo­chody pan­cerne. Puczy­ści aresz­to­wali rów­nież miej­sco­wego szefa poli­cji. Pre­zy­dent pro­win­cji Wol­fgang Jaenicke wzy­wał miesz­kań­ców mia­sta do zacho­wa­nia spo­koju: „Każda kro­pla krwi prze­lana tutaj przez Niem­ców wal­czą­cych z innymi Niem­cami będzie prze­lana nie­po­trzeb­nie”14. Pomimo apeli Jaenic­kego w cza­sie puczu Kappa w Bre­slau prze­lano nieco krwi, ale na Ślą­sku, tak jak w Ber­li­nie i innych czę­ściach Nie­miec, zamach stanu zała­mał się po tygo­dniu z powodu strajku gene­ral­nego zor­ga­ni­zo­wa­nego przez lewicę.

Bre­slau w latach dwu­dzie­stych XX wieku był mia­stem kon­tra­stów. Cho­ciaż w mie­ście czę­sto docho­dziło do zamie­szek i nie­po­ko­jów, zakłady Linke-Hof­mann co roku pro­du­ko­wały około 4 tysięcy loko­mo­tyw i wago­nów. Hiper­in­fla­cja w 1923 roku mocno ude­rzyła we wro­cław­ską gospo­darkę. We wrze­śniu tego roku za jed­nego dolara trzeba było już zapła­cić aż 10 milio­nów marek nie­miec­kich, a pod koniec tego samego mie­siąca kurs dolara sko­czył już do 160 milio­nów marek. Nie­miecka waluta dosłow­nie z godziny na godzinę tra­ciła na war­to­ści. Po raz kolejny wybu­chły zamieszki. Jed­no­cze­śnie zmie­niało się obli­cze Bre­slau: wybu­do­wano nowe potężne gma­chy komendy poli­cji oraz poczty cze­ko­wej. Na pół­nocno-wschod­nich obrze­żach mia­sta powstał roz­le­gły kom­pleks spor­towy. Tereny wysta­wowe wokół Hali Stu­le­cia gościły targi oraz słynną wystawę WuWa pre­zen­tu­jącą moder­ni­styczną archi­tek­turę oraz wystrój wnętrz. Mia­sto powięk­szało swój obszar, wchła­nia­jąc oko­liczne wio­ski lub budu­jąc nowe dziel­nice, takie jak „nowe mia­sto” na Sępol­nie, czy osie­dla robot­ni­cze na Popo­wi­cach i Westen­dzie [ob. zachod­nia część Szcze­pina – przyp. tłum.]. Pra­cu­jąc nad stwo­rze­niem nowego Bre­slau, rzą­dzący mia­stem socjal­de­mo­kraci – któ­rzy w wybo­rach w 1921 roku uzy­skali w mie­ście bli­sko połowę gło­sów – sta­rali się zatrzeć wszel­kie ślady daw­nego porządku. Most Cesar­ski (ob. most Grun­waldzki) został prze­mia­no­wany na most Wol­no­ści. Plac Cesa­rza Wil­helma I (ob. plac Powstań­ców Ślą­skich) nazwano pla­cem Pre­zy­denta Rze­szy, a plac Zam­kowy został nazwany pla­cem Repu­bliki. Z kolei ulica Zwie­rzy­niecka8 została nazwana imie­niem Frie­dri­cha Eberta, który był jed­nym z zało­ży­cieli Repu­bliki Weimar­skiej15. Te nazwy miały zresztą ponow­nie zostać zmie­nione po upły­wie dekady.

Po połu­dniu w ponie­dzia­łek 30 stycz­nia 1933 roku sze­ścio­letni wów­czas Ulrich Fro­dien sie­dział ze swoją matką na łóżku, obser­wu­jąc przez okno dwóch robot­ni­ków wywie­sza­ją­cych wielką flagę nad urzę­dem pocz­to­wym przy ulicy Cesa­rza Wil­helma I (ob. Powstań­ców Ślą­skich). Pod wpły­wem nagłego podmu­chu sztan­dar ze swa­styką zatrze­po­tał na wie­trze. Matka Fro­diena mocno go uści­snęła. „To cudowny dzień” – rze­kła do syna ze łzami w oczach. – „Dzień, który musisz na zawsze zapa­mię­tać, bo dzi­siaj zaczyna się dla Nie­miec nowa, zna­cze­nie lep­sza epoka. Nad­szedł wresz­cie kres biedy i nędzy tylu ludzi. Znowu zapa­nuje spra­wie­dli­wość. Otwiera się cudowna przy­szłość dla cie­bie – dla nas wszyst­kich”16.

Zale­d­wie pięć lat wcze­śniej tylko jeden na pię­ciu Wro­cła­wian popie­rał nazi­stów. Jed­nak Bre­slau ucier­piał bar­dziej niż więk­szość miast i mia­ste­czek w Niem­czech w wyniku wiel­kiego kry­zysu z prze­łomu lat dwu­dzie­stych i trzy­dzie­stych. Płace spa­dły. Bez­ro­bo­cie wzro­sło trzy­krot­nie. W stycz­niu 1933 roku jeden na dzie­się­ciu miesz­kań­ców Ślą­ska był bez pracy. Rodzi­nie Fro­die­nów wio­dło się zresztą znacz­nie lepiej niż więk­szo­ści zwy­kłych miesz­kań­ców Bre­slau – pan domu był bowiem leka­rzem. Jed­nak młody Ulrich na wła­sne oczy widział tra­giczne skutki wiel­kiego kry­zysu. „Ilu­zja «sza­lo­nych lat dwu­dzie­stych» doty­czyła tylko malut­kiej grupki osób żyją­cych w ber­liń­skim kotle cza­row­nic” – wspo­mi­nał po latach. Nie­mal połowa szkol­nych kole­gów Fro­diena „aż do pierw­szych opa­dów śniegu” cho­dziła do szkoły boso, wielu z nich było nie­do­ży­wio­nych, a więk­szość z nich mogła tylko poma­rzyć o wła­snym rowe­rze. Sze­ścio­la­tek zaprzy­jaź­nił się z chłop­cem, któ­rego rodzice byli bez­ro­botni i miesz­kali w sute­re­nie. Nie było tam żad­nych okien, a jedyne świa­tło wpa­dało przez kratkę umiesz­czoną tuż nad zie­mią; czwórka dzieci spała w jed­nym łóżku pod jed­nym wytar­tym kocem. Takie warunki były powszech­nie spo­ty­kane; pra­wie jedna piąta wszyst­kich miesz­kań w mie­ście skła­dała się tylko z jed­nej izby. Do takich wła­śnie ludzi zwra­cali się nazi­ści, odno­sząc na tym polu pełny suk­ces. Pla­katy roz­wie­szane jesie­nią 1932 roku w całym Bre­slau uka­zu­jące wynędz­niałą rodzinę bez­ro­bot­nych gło­siły: „Nasza ostat­nia nadzieja, Adolf Hitler!”. W wybo­rach prze­pro­wa­dzo­nych wio­sną 1933 roku ponad połowa wro­cła­wian oddała swój głos na naro­do­wych socja­li­stów17.

Po obję­ciu przez Hitlera urzędu kanc­le­rza nazi­ści natych­miast przy­stą­pili do przej­mo­wa­nia peł­nej wła­dzy w Bre­slau. Sta­no­wi­ska w urzę­dach nad­pre­zy­denta pro­win­cji i bur­mi­strza szybko zostały zapeł­nione człon­kami par­tii nazi­stow­skiej, ale macki naro­do­wego socja­li­zmu wkrótce objęły swym zło­wro­gim uści­skiem wszyst­kie dzie­dziny życia. W admi­ni­stra­cji, na poczcie, na uni­wer­sy­te­cie, gdzie wykła­dowcy sła­wili cnoty „aryj­skiej” lite­ra­tury i sztuki, a stu­denci z zapa­łem wyrzu­cili do ognia bli­sko dzie­sięć tysięcy „brud­nych i hanieb­nych ksią­żek”, aby „wyko­rze­nić nie-nie­miec­kiego ducha” i znisz­czyć dzieła, „które zatru­wają duszę narodu nie­miec­kiego”18. Lek­cje w szko­łach zaczy­nały się i koń­czyły hitle­row­skim pozdro­wie­niem, krzyże wiszące w kla­sach zostały zastą­pione por­tre­tami Führera, a ucznio­wie uczyli się o histo­rii swa­styki jako znaku mają­cego bli­sko pięć tysięcy lat. Czczono każdą rocz­nicę waż­nych wyda­rzeń z histo­rii Nie­miec oraz ruchu naro­do­wo­so­cja­li­stycz­nego: śmierć nazi­stow­skiego „męczen­nika” Leo Schla­ge­tera, rocz­nicę słyn­nego wezwa­nia Fry­de­ryka Wil­helma III z 1813 roku do walki z Napo­le­onem – nie­ob­cho­dzoną ni­gdy wcze­śniej przed doj­ściem do wła­dzy nazi­stów przez te sto dwa­dzie­ścia lat, jakie minęły od tam­tego wyda­rze­nia – dzień pamięci ślą­skiej SA oraz oczy­wi­ście uro­dziny Hitlera w dniu 20 kwiet­nia i rocz­nicę puczu mona­chij­skiego 8 listo­pada. W mie­ście utwo­rzono lokalny urząd pro­pa­gandy, a po pew­nym cza­sie stwo­rzono rów­nież sys­tem Draht­funk zło­żony z bli­sko tysiąca ulicz­nych gło­śni­ków obwiesz­cza­ją­cych każdy triumf, każde zwy­cię­stwo Trze­ciej Rze­szy dźwię­kami fan­far z Pre­lu­diów Liszta.

 

Bojów­ka­rze z SA mogli teraz delek­to­wać się nowo zyska­nym zna­cze­niem. Ci umun­du­ro­wani mło­dzieńcy but­nie prze­cha­dzali się uli­cami mia­sta, przy­bie­ra­jąc groźne pozy, gło­śno tupiąc bucio­rami oraz popi­su­jąc się pisto­le­tami maszy­no­wymi, rewol­we­rami i pał­kami, które mieli przy­tro­czone do pasów. Nosili spe­cjalne tatu­aże i po zmroku orga­ni­zo­wali mar­sze z pochod­niami na placu Repu­bliki, który wkrótce potem powró­cił do swej poprzed­niej nazwy – plac Zam­kowy. Także innym uli­com i pla­com w Bre­slau przy­wró­cono ich nazwy sprzed 1919 roku lub nadano nowe: teraz przed Halą Stu­le­cia prze­bie­gała ulica Hor­sta Wessela (ob. Zyg­munta Wró­blew­skiego), która przed mostem Zwie­rzy­niec­kim krzy­żo­wała się z ulicą Adolfa Hitlera (ob. Mic­kie­wi­cza), z kolei główna arte­ria komu­ni­ka­cyjna wycho­dząca z mia­sta na połu­dnie została nazwana ulicą SA (ob. Powstań­ców Ślą­skich). Kolej­nym nazi­stow­skim dygni­ta­rzom przy­zna­wano tytuły hono­ro­wych oby­wa­teli Bre­slau: Göringowi w paź­dzier­niku 1935, Goeb­bel­sowi w sierp­niu 1937 i oczy­wi­ście samemu Adol­fowi Hitle­rowi już w maju 1933 roku.

Hitler nie­zbyt czę­sto gościł w sto­licy Ślą­ska, zwłasz­cza po tym jak doszedł do wła­dzy, i jego wizyty wią­zały się zawsze z jakimś waż­nym wyda­rze­niem. Święto Sportu w 1938 roku miało nagło­śnić poło­że­nie „prze­śla­do­wa­nych” Niem­ców sudec­kich, a rok wcze­śniej feto­wano „ucie­mię­żo­nych” Austria­ków pod­czas dorocz­nego Ogól­no­nie­miec­kiego Zjazdu Śpie­wa­czego, który zda­niem Goeb­belsa spra­wił, że całe mia­sto „nurzało się w morzu rado­ści”19. Rów­nie świą­teczny nastrój ogar­nął Bre­slau pod koniec wrze­śnia 1936 roku, gdy Führer uro­czy­ście otwie­rał tysięczny kilo­metr sieci auto­strad, które nazy­wano „dro­gami Hitlera”. Jak pisał wów­czas organ pra­sowy NSDAP „Völkischer Beobach­ter”, ta nowa szosa „sta­nowi nową pomoc dla Ślą­za­ków w walce z nędzą na tej pra­daw­nej ger­mań­skiej ziemi”20. Jedy­nie nie­liczni, tacy jak żydow­ski nauczy­ciel Willy Cohn, dostrze­gali, że auto­strady w rze­czy­wi­sto­ści były „narzę­dziem w pro­wa­dzo­nych przy­go­to­wa­niach do wojny coraz szyb­ciej przy­bli­ża­ją­cych świat do strasz­li­wej kata­strofy”. Jak ubo­le­wał Cohn, masy „tego nie widzą”21.

Bre­slau zamiesz­ki­wała naj­więk­sza spo­łecz­ność żydow­ska w Niem­czech poza Ber­li­nem i jak wspo­mi­nał póź­niej Ulrich Fro­dien, jej człon­ko­wie nie „paso­wali do tego nie­przy­chyl­nego ste­reo­typu wschod­nio­eu­ro­pej­skich Żydów noszą­cych cha­łaty i pejsy”, ale byli ludźmi w pełni zin­te­gro­wa­nymi z wiel­ko­miej­skim życiem. Tylko nie­spełna połowa z nich prak­ty­ko­wała juda­izm, ale to nie uchro­niło ich przed nazi­stow­skimi repre­sjami i prze­śla­do­wa­niem. Nie­mal natych­miast po doj­ściu Hitlera do wła­dzy roz­po­czął się w Bre­slau boj­kot żydow­skich skle­pów. Publicz­nie palono „żydow­sko-mark­si­stow­skie” książki. Za każ­dym razem, gdy aku­rat ulicą masze­ro­wała bojówka SA, zmu­szano Żydów do odda­wa­nia hono­rów fla­dze ze swa­styką. Człon­ko­wie Hitler­ju­gend para­do­wali przez mia­sto, gło­śno śpie­wa­jąc: „Pod­pa­limy syna­gogi”. Żydzi zostali pozba­wieni prawa do wyko­ny­wa­nia nie­któ­rych zawo­dów i spra­wo­wa­nia urzę­dów publicz­nych. Zaka­zano rów­nież utrzy­my­wa­nia sto­sun­ków towa­rzy­skich mię­dzy Żydami i nie-Żydami. „W kręgu naj­bliż­szych przy­ja­ciół moich rodzi­ców było wielu Żydów, co było czymś tak nor­mal­nym i codzien­nym w życiu klasy śred­niej w Bre­slau, że uzna­wano to za natu­ralne”. Ale wszystko zmie­niło się wraz z doj­ściem nazi­stów do wła­dzy. Jak zauwa­żył Fro­dien, „ludzie odda­lali się od sie­bie. Dys­kret­nie zry­wano stare przy­jaź­nie i zna­jo­mo­ści”. Także Fro­dienowie „zgod­nie z duchem czasu” zaczęli się dystan­so­wać od swo­ich żydow­skich przy­ja­ciół22.

Od czasu do czasu nawet oni jed­nak odczu­wali wyrzuty sumie­nia, zwłasz­cza ran­kiem 10 listo­pada 1938 roku – dzień po nie­sław­nej „nocy krysz­ta­ło­wej”. W ramach „odpłaty” za doko­nane przez Żyda zabój­stwo nie­miec­kiego dyplo­maty w Paryżu wła­dze Trze­ciej Rze­szy roz­pę­tały w całych Niem­czech falę pogro­mów. Jadąc do szkoły miesz­czą­cej się nie­opo­dal Dworca Świe­bodz­kiego, Ulrich Fro­dien musiał wie­lo­krot­nie zsia­dać z roweru, żeby omi­nąć leżące na ulicy potłu­czone szkło z roz­bi­tych witryn skle­po­wych. „Sklepy były zde­wa­sto­wane, a wszyst­kie towary poroz­wa­lane, poroz­rzu­cane i pode­ptane”. Nowa Syna­goga na Pod­walu, impo­nu­jący budy­nek z kopułą wzo­ro­waną na stylu romań­skim, została pod­pa­lona. „Stra­żacy stali dookoła, ale nic nie robili” – zauwa­żył Fro­dien. – „Ude­rzyło mnie, że ogra­ni­czali się wyłącz­nie do ochra­nia­nia przed ogniem sąsied­nich domów. Pozwo­lili syna­go­dze spło­nąć”. Gdy na Pod­wale przy­szedł Wal­ter Tausk, wete­ran wiel­kiej wojny i Żyd, który prze­szedł na bud­dyzm, syna­goga była już „tylko dymiącą ruiną”, a jej kopuła się zawa­liła. Tausk był wstrzą­śnięty. „Im bli­żej cen­trum mia­sta, tym bar­dziej dzi­kie obrazy bez­myśl­nego znisz­cze­nia. Zra­bo­wane sklepy z cyga­rami, w któ­rych urzą­dze­nia skle­powe leżały potłu­czone”. Kiedy w pobli­skim skle­pie nie udało się znisz­czyć mebli, pory­so­wano je przy uży­ciu odłam­ków szkła. Na uli­cach pełno było cie­kaw­skich miesz­kań­ców mia­sta. Poli­cja sfor­mo­wała kor­dony, ale tylko po to, żeby chro­nić prze­chod­niów przed lata­ją­cymi w powie­trzu przed­mio­tami, które wyrzu­cano z rabo­wa­nych skle­pów. Nie­liczne osoby w tłu­mie, które odwa­żyły się wyra­zić dez­apro­batę dla tego pogromu, były aresz­to­wane przez poli­cję lub nazi­stow­skie bojówki. Podobny los spo­tkał około 2500 wro­cław­skich Żydów, któ­rzy 9 i 10 listo­pada zostali zatrzy­mani przez poli­cję, SA, SS lub Gestapo. Zanim nazi­stow­ska „odpłata” dobie­gła końca, w Bre­slau spa­lono jedną syna­gogę, dwie kolejne zde­mo­lo­wano, podob­nie jak bli­sko pięć­set skle­pów i ponad trzy­dzie­ści innych żydow­skich przed­się­biorstw. Żydow­ski nauczy­ciel i histo­ryk Willy Cohn zauwa­żył jed­nak wtedy pro­ro­czo: „To jesz­cze nie koniec i naj­gor­sze z pew­no­ścią jest dopiero przed nami”.

„Bre­slau odpłaca się Żydom” krzy­czał nagłó­wek „Schle­si­sche Tage­sze­itung”, miej­skiej gazety par­tyj­nej NSDAP. „Z ich syna­gog pozo­stała kupa gru­zów”. Wielu miesz­kań­ców mia­sta było mocno zaże­no­wa­nych, a nawet roz­gnie­wa­nych wyda­rze­niami „nocy krysz­ta­ło­wej”. Ojciec Ulri­cha Fro­diena kil­ka­krot­nie wście­kał się z tego powodu. „Ale tak jak wszy­scy nic nie zro­bił, pozo­stał człon­kiem par­tii i tylko zaci­skał pię­ści w kie­sze­niach” – zauwa­żył jego syn. Jeśli cho­dzi o samego Ulri­cha, to na­dal wier­nie słu­żył w Deut­sche Jun­gvolk, czyli odła­mie Hitler­ju­gend prze­zna­czo­nym dla młod­szych dzieci, jako „bez­myślny dwu­na­sto­la­tek, nie­od­czu­wa­jący żad­nego współ­czu­cia dla prze­śla­do­wa­nych Żydów, naiwna zakuta pała”, para­du­jąc po uli­cach swego rodzin­nego mia­sta i gło­śno śpie­wa­jąc „naj­strasz­niej­sze pod­ju­dza­jące pio­senki anty­se­mic­kie”. Ulrich Fro­dien dopiero wiele lat póź­niej zdał sobie sprawę, że był to ide­alny spo­sób na „szko­le­nie «zaso­bów ludz­kich», które miały być potrzebne w nad­cho­dzą­cej woj­nie”23.

Oczy­wi­ście pro­wa­dzone w Bre­slau przy­go­to­wa­nia do wojny nie ogra­ni­czały się wyłącz­nie do wpły­wa­nia na ludz­kie umy­sły. Zale­d­wie cztery dni po otwar­ciu odcinka auto­strady pro­wa­dzą­cego do sto­licy Ślą­ska w mie­ście sfor­mo­wano nową jed­nostkę woj­skową – 28. Dywi­zję Pie­choty. Już wcze­śniej w Bre­slau mie­ściło się dowódz­two VIII Okręgu Woj­sko­wego odpo­wie­dzial­nego za szko­le­nie i wyekwi­po­wa­nie two­rzo­nych na Ślą­sku dywi­zji Wehr­machtu, takich jak 18. Dywi­zja Pie­choty w Legnicy, 5. Dywi­zja Pan­cerna w Opolu, jak rów­nież sta­cjo­nu­jące w Bre­slau 28. i 221. Dywi­zja Pie­choty oraz całe mnó­stwo jed­no­stek zaopa­trze­nio­wych, szkol­nych, zapa­so­wych, łącz­no­ścio­wych i innych. Po okre­sie zastoju w latach dwu­dzie­stych, główne zakłady prze­my­słowe w mie­ście stop­niowo prze­sta­wiały swoją pro­duk­cję na cele wojenne. Zatrud­nie­nie w zakła­dach meta­lo­wych Archi­me­des potro­iło się. Cie­sząca się świa­tową sławą fabryka Linke-Hof­mann pro­du­ko­wała loko­mo­tywy i wagony, a jej dawny wydział pro­duk­cji pojaz­dów mecha­nicz­nych, prze­mia­no­wany obec­nie na Zakłady Pro­duk­cji Pojaz­dów i Sil­ni­ków (Fah­rzeug und Moto­ren Werke – FAMO) [w latach 1947–1990 Dol­no­ślą­skie Zakłady Wytwór­cze Maszyn Elek­trycz­nych „Dolmel” – przyp. tłum], wytwa­rzał gąsie­nice czoł­gowe, cią­gniki, cię­ża­rówki i inne pojazdy. Remi­li­ta­ry­za­cja, przy­wró­ce­nie powszech­nego poboru woj­sko­wego i wiel­kie pro­jekty robót publicz­nych – wszystko to pozwo­liło nie­mal cał­ko­wi­cie zli­kwi­do­wać bez­ro­bo­cie w Bre­slau, liczą­cym wów­czas ponad 600 tysięcy miesz­kań­ców.

W ostat­nich mie­sią­cach przed wybu­chem wojny nad­odrzań­ska metro­po­lia tęt­niła życiem. Wio­sną i latem 1939 roku bul­wary nad rzeką były popu­lar­nym miej­scem spa­ce­rów tysięcy wro­cła­wian, zwłasz­cza w nie­dziele. Kawiar­nie, restau­ra­cje i ogródki piwne roz­brzmie­wały gwa­rem roz­mów i muzyką. Jak z dumą stwier­dził jeden z miesz­kań­ców mia­sta: „Pod tym wzglę­dem Bre­slau mógł kon­ku­ro­wać z Wied­niem”24. Wro­cła­wia­nie mogli się cie­szyć jed­nym z naj­no­wo­cze­śniej­szych w tam­tym cza­sie kom­plek­sów spor­to­wych w Euro­pie – Her­mann Göring Spor­t­feld, cho­ciaż miej­scowe kluby spor­towe były raczej słabe. Mogli zwie­dzić wystawę lub obej­rzeć występy cyr­kowe w Hali Stu­le­cia albo pospa­ce­ro­wać sobie po pobli­skim ogro­dzie zoo­lo­gicz­nym. Wie­czo­rem cen­trum życia towa­rzy­skiego w mie­ście prze­no­siło się na Rynek z jego licz­nymi restau­ra­cjami i piwiar­niami. Teatr Miej­ski z miej­scami dla 1300 widzów i jesz­cze więk­szy Schau­spiel­haus (ob. Teatr Pol­ski) ofe­ro­wały przed­sta­wie­nia ope­rowe i roz­rywkę wyż­szych lotów, pod­czas gdy publicz­ność masowa mogła udać się na seans fil­mowy w jed­nym z kil­ku­na­stu ist­nie­ją­cych w mie­ście kin.

W tury­stycz­nym prze­wod­niku z tam­tych cza­sów z nie­skry­wa­nym entu­zja­zmem pisano, że Bre­slau sta­nowi „szczę­śliwe połą­cze­nie histo­rycz­nej, pocią­ga­ją­cej sta­ro­daw­nej kul­tury i ślą­skiej przy­rody z cechami typo­wymi dla tęt­nią­cego życiem wiel­kiego mia­sta”. W prze­wod­niku szcze­gól­nie pole­cano zatrzy­ma­nie się w poło­żo­nym na Sta­rym Mie­ście hotelu Mono­pol, dys­po­nu­ją­cym czter­dzie­stoma apar­ta­men­tami po 10 marek za noc, lub w hotelu Savoy znaj­du­ją­cym się bli­żej Dworca Głów­nego i ofe­ru­ją­cym noc­leg w podob­nej cenie. Mniej majętni podróżni mogli zna­leźć pokój w jed­nym z wro­cław­skich schro­nisk za nie­wiele ponad 2 marki za dobę. Więk­szość tury­stów przy­by­wała do Bre­slau koleją – za eks­pres, który poko­ny­wał drogę z Ber­lina w nie­wiele ponad trzy godziny, trzeba było zapła­cić nie­całe 18 marek. Bogatsi mogli przy­je­chać tutaj auto­stradą lub nawet przy­le­cieć samo­lo­tem. Z leżą­cego cztery kilo­me­trów na zachód od cen­trum mia­sta lot­ni­ska na Gądo­wie Małym latem samo­loty do Ber­lina odla­ty­wały dwa razy dzien­nie, a zimą – raz. Funk­cjo­no­wały także połą­cze­nia lot­ni­cze z War­szawą, Szcze­ci­nem, Ber­li­nem, Pragą, Dre­znem i innymi mia­stami. Przy­po­mi­na­jący wiej­ską chatę stary ter­mi­nal lot­ni­ska został zastą­piony wiel­kim cegla­nym budyn­kiem z wysoką na pięć pię­ter wieżą kon­tro­lną i han­ga­rem zdol­nym pomie­ścić czte­ro­sil­ni­kowe samo­loty liniowe Jun­kers G38. Pomimo tych udo­god­nień do przy­ci­na­nia trawy na pasach star­to­wych na­dal wyko­rzy­sty­wano stado owiec liczące około 250 sztuk.

Jed­nak ta sie­lanka była tylko pozorna, gdyż miesz­kańcy mia­sta, podob­nie jak i całej Rze­szy, utra­cili wol­ność. Każda dzie­dzina życia była bowiem kon­tro­lo­wana lub moni­to­ro­wana na wszyst­kich szcze­blach przez par­tię nazi­stow­ską: na pozio­mie pro­win­cji – gau­le­itera; powiatu – kre­isle­itera; Orts­gruppe (grupa lokalna) nad­zo­ro­wała do 3 tysięcy gospo­darstw domo­wych – w Bre­slau było ponad 90 takich grup; Zel­len­le­iter (kie­row­nik komórki par­tyj­nej) nad­zo­ro­wał do ośmiu kamie­nic; i wresz­cie Bloc­kle­iter (kie­row­nik kwar­tału) spra­wo­wał pie­czę nad 40–60 gospo­darstwami domo­wymi. Chłopcy w wieku od dzie­się­ciu lat byli przy­mu­sowo wcie­lani do Deut­sches Jun­gvolk, a po skoń­cze­niu czter­na­stu lat prze­no­szono ich do Hitler­ju­gend, z kolei dziew­czynki nale­żały naj­pierw do Jungmädel, a następ­nie do Bund Deut­scher Mädel. Wszy­scy robot­nicy nale­żeli do jed­nego związku zawo­do­wego o nazwie Nie­miecki Front Pracy (Deut­sche Arbe­its­front – DAF), a ich wycieczki, wczasy pra­cow­ni­cze i inne formy spę­dza­nia czasu wol­nego orga­ni­zo­wała nazi­stow­ska orga­ni­za­cja Siła przez Radość (Kraft durch Freude), która w Bre­slau zarzą­dzała nawet teatrem Ger­harta Haupt­manna. Na szczy­cie apa­ratu par­tyj­nego i jed­no­cze­śnie admi­ni­stra­cji pań­stwo­wej znaj­do­wała się Służba Bez­pie­czeń­stwa (Sicher­he­its­dienst – SD), która obok reali­za­cji innych zadań moni­to­ro­wała rów­nież nastroje spo­łeczne, oraz Gestapo, czyli tajna poli­cja. Ta ostat­nia insty­tu­cja co naj­mniej trzy­krot­nie aresz­to­wała pastora Joachima Kon­rada, pro­bosz­cza leżą­cego nie­opo­dal Rynku kościoła ewan­ge­lic­kiego św. Elż­biety, któ­remu w rezul­ta­cie zaka­zano gło­sze­nia kazań w całych Niem­czech. Był on regu­lar­nym gościem w ber­liń­skiej kwa­te­rze głów­nej Gestapo, gdzie poka­zy­wano mu grubą teczkę, w któ­rej zbie­rano wszel­kie infor­ma­cje na temat jego „wszyst­kich «grze­chów» prze­ciwko Trze­ciej Rze­szy”. Osta­tecz­nie jed­nak ponow­nie zezwo­lono mu na gło­sze­nie kazań i powrót do rodzin­nego Bre­slau. Dzięki temu w cza­sie zbli­ża­ją­cych się nie­ubła­ga­nie naj­cięż­szych dni w dzie­jach sto­licy Ślą­ska, mógł słu­żyć miesz­kań­com mia­sta ducho­wym wspar­ciem25.

 

Wojna nie­uchron­nie dotarła do Bre­slau. W ostat­nich dniach sierp­nia 1939 roku przez mia­sto prze­cią­gał nie­prze­rwany stru­mień pojaz­dów i wojsk zmie­rza­jący w kie­runku odda­lo­nej o około czter­dzie­stu kilo­me­trów gra­nicy, gdzie człon­ko­wie Służby Pracy Rze­szy (Reich­sar­be­its­dienst – RAD) wzno­sili już zasieki z drutu kol­cza­stego mające bro­nić Nie­miec przed pol­skim „zagro­że­niem”. Żoł­nie­rze masze­ro­wali w mil­cze­niu, żaden śpiew nie zakłó­cał tupotu cięż­kich woj­sko­wych bucio­rów o asfalt. „Musie­li­śmy ode­rwać się od tego wszyst­kiego, do czego byli­śmy naj­moc­niej przy­wią­zani: rodziny, pracy, domu” – wspo­mi­nał wro­cław­ski stu­dent i jed­no­cze­śnie ofi­cer rezerwy arty­le­rii Hans Thieme. – „Następne dni były praw­do­po­dob­nie naj­bar­dziej wyma­ga­jące pod wzglę­dem emo­cjo­nal­nym w ciągu całej wojny”26. Wro­cła­wia­nie bez słowa przy­glą­dali się masze­ru­ją­cym żoł­nie­rzom. Pamięt­ni­ka­rze Wal­ter Tausk i Willy Cohn nie zauwa­żyli wśród miesz­kań­ców Bre­slau zbyt­niego entu­zja­zmu wobec nad­cią­ga­ją­cej wojny. Cohn odno­to­wał: „Nie było ani odro­biny patrio­tycz­nego unie­sie­nia z sierp­nia 1914 roku. Raczej niema roz­pacz”. Sklepy były pełne ludzi wyku­pu­ją­cych w pośpie­chu pro­dukty, aby zro­bić domowe zapasy, zanim wpro­wa­dzone zosta­nie racjo­no­wa­nie żyw­no­ści. W całym mie­ście poli­cja cho­dziła od domu do domu, udzie­la­jąc miesz­kań­com instruk­cji doty­czą­cych zaciem­nie­nia budyn­ków w nocy i zabez­pie­czeń prze­ciw­po­ża­ro­wych na wypa­dek nalo­tów bom­bo­wych wroga. Kobiety w tram­wa­jach otwar­cie roz­ma­wiały o ucieczce z mia­sta na wieś. Z ban­ków powszech­nie wyco­fy­wano oszczęd­no­ści. W pew­nym momen­cie Tausk wpadł na pija­nych żoł­nie­rzy, któ­rzy urzą­dzili sobie poże­gnalną popi­jawę przed wyjaz­dem na front. Ich hała­śliwe zacho­wa­nie było odstra­sza­jące nawet dla wro­cław­skich ulicz­nic, które na ich widok cho­wały się w swo­ich miesz­ka­niach i zamy­kały drzwi na klucz. Jak zauwa­żył Tausk: „Wszy­scy żoł­nie­rze są przy­gnę­bieni, oso­wiali, wcale nie nasta­wieni wojow­ni­czo i «dia­blo wście­kli na Adolfa». W tutej­szych kosza­rach na Kar­ło­wi­cach cał­kiem mło­dzi żoł­nie­rze wyra­żają się tak samo jak sta­rzy rezer­wi­ści: «On już powi­nien zwi­nąć manatki, my go już mamy dość»”27.

Ze Ślą­ska miało wyjść główne natar­cie nie­miec­kie na War­szawę. Sztab Grupy Armii „Połu­dnie” znaj­do­wał się w Nysie leżą­cej 70 kilo­me­trów na połu­dnie od Bre­slau, 100 kilo­me­trów dalej na wschód pod Ole­snem roz­miesz­czono spe­cjalną jed­nostkę bom­bow­ców nur­ku­ją­cych pod dowódz­twem Wol­frama von Rich­tho­fena, a w samym Bre­slau umiesz­czono sztab 8. Armii. Jego szef Hans Fel­ber z entu­zja­zmem pisał: „Skoro wojna jest teraz konieczna, to musimy zaci­snąć zęby i sko­czyć w nie­znane!”28. Cho­ciaż wro­cła­wia­nie nie­ko­niecz­nie podzie­lali ten zapał bojowy, to nie­wielu uro­niło łzę z powodu znisz­cze­nia Pol­ski. Ulrich Fro­dien zapa­mię­tał, że „więk­szość Ślą­za­ków nie lubiła swego nowego wro­giego sąsiada na wscho­dzie, tego pań­stwa pol­skiego”, które swoim ist­nie­niem przy­po­mi­nało im nie­ustan­nie o cią­gle pie­ką­cej porażce w pierw­szej woj­nie świa­to­wej29.

Wojna z Pol­ską trwała krótko – pierw­sze oddziały woj­skowe zaczęły wra­cać z frontu już pod koniec wrze­śnia. Z kolei latem 1940 roku wro­cła­wia­nie witali żoł­nie­rzy wła­snej 221. Dywi­zji Pie­choty wra­ca­ją­cych po zwy­cię­stwie odnie­sio­nym nad Fran­cją. Co prawda ta jed­nostka ode­grała mini­malną rolę w zwy­cię­stwie na Zacho­dzie, ale dum­nie prze­ma­sze­ro­wała uli­cami Bre­slau, przy czym została „obrzu­cona desz­czem kwia­tów i poda­run­ków. Każda ulica i wszyst­kie budynki sto­jące wzdłuż trasy prze­mar­szu były ude­ko­ro­wane gir­lan­dami i kwia­tami. Nie było ani jed­nego żoł­nie­rza i ani jed­nego pojazdu, który nie byłby przy­stro­jony kwia­tami. Na każ­dym kroku żoł­nie­rze byli witani okrzy­kami «Heil!» oraz chó­ral­nym skan­do­wa­niem «Dzię­ku­jemy wam»”30. Jed­nak dla dora­sta­ją­cych chłop­ców, takich jak dzie­się­cio­letni wów­czas Peter Ban­nert, wojna jak do tej pory sta­no­wiła spore roz­cza­ro­wa­nie. „Mie­li­śmy wielki zapał, ale szybko przy­szedł zawód. Życie wyda­wało się toczyć dalej jak zwy­kle, a na nie­bie nie było widać żad­nych wro­gich samo­lo­tów”31 – wspo­mi­nał potem.

Tak miało być bez więk­szych zmian przez następne pięć lat. Podob­nie jak w całych Niem­czech wojna była odczu­walna rów­nież w Bre­slau, ale mia­sto znaj­do­wało się poza zasię­giem wro­gich bom­bow­ców, dzięki czemu ucier­piało w naj­mniej­szym stop­niu ze wszyst­kich dużych miast Rze­szy. Wpro­wa­dzono ogra­ni­cze­nia w poru­sza­niu się i wyży­wie­niu oraz w dzie­dzi­nie swo­bód oso­bi­stych, ale poza tym życie toczyło się tak jak w cza­sie pokoju. W każdą nie­dzielę oddziały Hitler­ju­gend defi­lo­wały uli­cami, śpie­wa­jąc anty­se­mic­kie pio­senki, koń­cząc swój prze­marsz w Hali Stu­le­cia, do któ­rej wkra­czały przy dźwię­kach bęb­nów i fan­far. W każdą środę i sobotę Ulrich Fro­dien wycią­gał swój mun­dur członka Jun­gvolk, a po skoń­cze­niu czter­na­stu lat – Hitler­ju­gend. Był „zawsze w mun­durze, zawsze w masze­ru­ją­cej kolum­nie”. Jedni chłopcy uwa­żali to za przy­kry obo­wią­zek, inni byli tym zachwy­ceni, ale bez wąt­pie­nia nosze­nie tych mun­durów budziło w mło­dych ludziach pewną aro­gan­cję. Jadąc tram­wa­jem do swego domu na Kar­ło­wi­cach w pół­noc­nej czę­ści mia­sta, Hans Hen­kel obser­wo­wał hała­śliwą grupkę człon­ków Hitler­ju­gend, która wsia­dła na jed­nym z przy­stan­ków. Jeden z chłop­ców gapił się przez oszklone drzwi na pasa­że­rów, w więk­szo­ści star­szych od niego. „Jak to” – wrza­snął chło­pak. – „Cmen­tarne ścierwo sobie sie­dzi, a przy­szłość Nie­miec musi stać”. W wago­nie zapa­dła nie­zręczna cisza. Po chwili jakiś star­szy męż­czy­zna wstał z miej­sca, pod­szedł do zaro­zu­mia­łego mło­dziana i spo­licz­ko­wał go. Ude­rze­nie członka Hitler­ju­gend w mun­durze było prze­stęp­stwem, ale nikt na to nie zare­ago­wał32.