Ostatnia twierdza Hitlera. Breslau 1945

Tekst
Z serii: Historia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ta eufo­ria odry­wała ludzi od ich codzien­nej egzy­sten­cji, pod­no­siła ich na duchu: sta­no­wili część jed­nej wiel­kiej, zachwy­ca­ją­cej wspól­noty, nie­zwy­cię­żo­nej, sil­nej, potęż­nej. Na kilka chwil obie­cy­wała coś nie­moż­li­wego, dotyk nie­śmier­tel­no­ści.

Wszelki porzą­dek i dys­cy­plina na placu zała­mały się. Jakiś jasno­włosy chło­piec wyrwał się z sze­regu i popę­dził w stronę try­buny, na któ­rej znaj­do­wał się Hitler. Wycią­gnął rękę do swego Führera, który wychy­lił się do niego przez balu­stradę i mocno uści­snął mu dłoń. Młode sudec­kie dziew­częta i kobiety w tra­dy­cyj­nych ludo­wych dirn­dlach zła­mały szyk mar­szowy, tło­cząc się u stóp try­buny i spy­cha­jąc na boki ochro­nia­rzy z Leib­stan­darte. Jak wspo­mi­nał Goeb­bels, wyglą­dało to tak, „jakby w try­bunę ude­rzyła fala fana­ty­zmu i wiary”. Him­m­ler wychy­lił się daleko za balu­stradę, naka­zu­jąc swoim ludziom zewrzeć sze­regi i ode­pchnąć napie­ra­jące kobiety. Takie sta­ra­nia były jed­nak z góry ska­zane na porażkę. Jakaś matka pod­nio­sła w górę swoją pię­cio­let­nią córeczkę, żeby poka­zać ją Hitle­rowi. Sudec­kie kobiety ze łzami spły­wa­ją­cymi po policz­kach i okrzy­kami „Heil, heil!” wycią­gały ręce w stronę swego Führera. Ten ponow­nie oka­zał się łaskawy dla swych wiel­bi­cieli. Z uśmie­chem ści­skał kolejne wycią­gnięte do niego dło­nie.

Po kilku minu­tach ponow­nie sfor­mo­wano pochód, który ruszył dalej. Defi­lo­wali volks­deut­sche z Bel­gii, Danii, Holan­dii, Esto­nii, Łotwy, Litwy, Pol­ski, Rumu­nii. Nie­mieccy spor­towcy zza oce­anu, któ­rzy przy­byli z Argen­tyny, Bra­zy­lii, Afryki Połu­dniowo-Zachod­niej, Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Jesz­cze wiele razy łamały się szyki i Führer ści­skał ręce swych wiel­bi­cieli. Prze­marsz miał się zakoń­czyć po trzech godzi­nach, ale trwał pra­wie cztery. Gdy ostatni masze­ru­jący spor­towcy opu­ścili plac, publicz­ność porzu­ciła swe miej­sca na try­bu­nach, zale­wa­jąc cały teren wokół plat­formy z nazi­stow­skimi dygni­ta­rzami. Po raz kolejny falu­jący las wycią­gnię­tych rąk, tłum roz­hi­ste­ry­zo­wa­nych kobiet i krzy­czą­cych dziew­cząt. Podium z nazi­stow­skimi przy­wód­cami sta­no­wiło jedyną wysepkę spo­koju i ładu pośród tego wzbu­rzo­nego morza entu­zja­zmu. Tłum z nie­chę­cią nieco się roz­stą­pił i Hitler zszedł ze swej try­buny. Uści­snął dło­nie inwa­li­dów wojen­nych na wóz­kach, po czym wsiadł do swego czar­nego kabrio­leta marki Mer­ce­des-Benz 770 rocz­nik 1937. Adolf Hitler opu­ścił plac Zam­kowy w Bre­slau „głę­boko poru­szony”. Mini­ster pro­pa­gandy napi­sał, że Führer był „wielką nadzieją Niem­czy­zny” i „sym­bo­lem naszego naro­do­wego prze­bu­dze­nia”. Jak stwier­dził, „było zaszczy­tem móc mu słu­żyć”6.

Tam­tego prze­raź­li­wie zim­nego stycz­nio­wego poranka Ulrich Fro­dien po raz kolejny zna­lazł się na placu Zam­ko­wym. Fosa miej­ska była zamar­z­nięta. Pia­sek na placu ape­lo­wym przy­kryła war­stwa śniegu. Teraz zgro­ma­dzono tam pojazdy woj­skowe, działa i kilka czoł­gów – dokład­nie w tym samym miej­scu, gdzie kie­dyś stała try­buna Hitlera.

Tydzień wcze­śniej polo­wał razem ze swym ojcem koło Doma­no­wic, wio­ski poło­żo­nej około trzy­dzie­stu kilo­me­trów na pół­noc od Bre­slau. Liczący już osiem­na­ście lat gre­na­dier pan­cerny docho­dził do zdro­wia po tym, jak jesie­nią poprzed­niego roku na fron­cie wschod­nim eks­plo­zja poci­sku arty­le­ryj­skiego zgru­cho­tała mu udo, pozo­sta­wia­jąc odłamki w gło­wie i klatce pier­sio­wej. Fro­dien na­dal kur­czowo trzy­mał się wątłej nadziei, że ta wojna może jesz­cze zakoń­czyć się korzyst­nie dla Nie­miec. Jego ojciec, lekarz, mógł tylko kpić z naiw­nego opty­mi­zmu Ulri­cha i mu współ­czuć. Na razie wojna nie tknęła jesz­cze tej wiej­skiej sie­lanki, pozo­sta­ją­cej z dala od ponu­rych wia­do­mo­ści z frontu, które przy­no­siły gazety każ­dego dnia. Miesz­kań­com Doma­no­wic „wyda­wało się zawsze, że front jest gdzieś na dru­gim końcu świata”. Teraz jed­nak wszy­scy mówili o nowej rosyj­skiej ofen­sy­wie roz­po­czę­tej z przy­czółka pod Bara­no­wem, leżą­cego ponad trzy­sta kilo­me­trów dalej na wschód. Jak podano w komu­ni­ka­cie nie­miec­kich sił zbroj­nych, radziec­kie czo­łówki pan­cerne minęły już słynny klasz­tor na Świę­tym Krzyżu koło Kielc. Te wia­do­mo­ści naj­wy­raź­niej zmro­ziły ojca Fro­diena, który posta­no­wił natych­miast wra­cać do Bre­slau.

W tam­ten wto­rek 23 stycz­nia 1945 roku nasto­letni Ulrich Fro­dien zmie­rzał w kie­runku cen­trum Bre­slau. Od trzech dni wro­cław­skie dworce kole­jowe były dosłow­nie sztur­mo­wane przez ludzi chcą­cych wydo­stać się z mia­sta. Panikę powięk­szały jesz­cze alar­mu­jące komu­ni­katy ogła­szane przez bli­sko tysiąc gło­śni­ków ulicz­nych zamon­to­wa­nych w sto­licy Ślą­ska przed Świę­tem Sportu w 1938 roku, które w następ­nych latach słu­żyły do ogła­sza­nia kolej­nych trium­fów Trze­ciej Rze­szy. „Kobiety i dzieci mają wyjść z mia­sta pie­szo w kie­runku na Opo­rów i Kąty Wro­cław­skie” – wzy­wał meta­licz­nie brzmiący głos, doda­jąc przy tym uspo­ka­ja­jąco – „Nie ma powodu do trwogi ani paniki”7. Męż­czyźni mieli póź­niej dołą­czyć do swych rodzin. Bre­slau został ogło­szony Festung, czyli twier­dzą, która miała być „bro­niona do ostat­niego czło­wieka”.

Fro­die­no­wie nie zamie­rzali jed­nak w tym uczest­ni­czyć. Matka Ulri­cha i jego młod­szy brat Michael już wcze­śniej ucie­kli z Bre­slau. Ich ojciec rów­nież zamie­rzał do nich dołą­czyć i wysłał mło­dego kaprala do cen­trum, żeby spraw­dził, czy jest szansa, aby wyje­chać z mia­sta przez Dwo­rzec Świe­bodzki. Ulrich wyszedł z ich kom­for­to­wego miesz­ka­nia na trze­cim pię­trze kamie­nicy przy ulicy cesa­rza Wil­helma, prze­mia­no­wa­nej przez nazi­stów na ulicę SA [Stur­mab­te­ilun­gen – Oddziały Sztur­mowe – przyp. tłum.], na cześć „bru­nat­nych koszul”. Minął nasyp kole­jowy pil­no­wany przez dwóch pod­sta­rza­łych volks­stur­mi­stów uzbro­jo­nych w pan­cer­fau­sty. Prze­szedł przez plac Tau­ent­ziena (ob. plac Kościuszki), mija­jąc nale­żący do wytwórni fil­mo­wej UFA Teatr Tau­ent­ziena, w któ­rym mie­ściło się naj­więk­sze w mie­ście kino (ob. Dol­no­ślą­skie Cen­trum Fil­mowe). Wielki afisz nad wej­ściem rekla­mo­wał wyświe­tlany ostat­nio film Opfer­gang („Wiel­kie poświę­ce­nie”), nakrę­cony na kolo­ro­wej taśmie melo­dra­mat opo­wia­da­jący histo­rię syna ham­bur­skiego poli­tyka sza­le­ją­cego z miło­ści do mło­dej kobiety. Fro­dien minął następ­nie dom han­dlowy Wer­the­ima (ob. Renoma), rów­nież naj­więk­szy w mie­ście, prze­mia­no­wany przez nazi­stów na AWAG, po ode­bra­niu go jego żydow­skim wła­ści­cie­lom. Prze­szedł skra­jem pustego placu, na któ­rym jesz­cze kilka lat wcze­śniej wzno­siła się wro­cław­ska Nowa Syna­goga, i dotarł do fosy miej­skiej, za którą mógł doj­rzeć plac Zam­kowy, przy­po­mi­na­jący mu tamtą lip­cową nie­dzielę w 1938 roku. „Opa­no­wał mnie głę­boki smu­tek i roz­pacz na myśl, że być może to wszystko poszło cał­kiem na darmo, nasza wiara w Niemcy, nasza wiara w ide­ały naro­do­wego socja­li­zmu, te nie­koń­czące się poświę­ce­nia i śmierć tak wielu towa­rzy­szy” – pisał potem we wspo­mnie­niach. Przez chwilę się zasta­na­wiał, czy nie zamel­do­wać się w pobli­skich kosza­rach i zacią­gnąć do pospiesz­nie for­mo­wa­nych Festung­skom­pa­nien – kom­pa­nii for­tecz­nych, do obsługi kara­bi­nów maszy­no­wych, któ­rych człon­ko­wie byli gotowi umrzeć za swoje rodzinne mia­sto. Rze­czy­wi­stość jed­nak szybko przy­wo­łała go do porządku, zmu­sza­jąc do rezy­gna­cji z podob­nych pla­nów. W całym ciele czuł pul­su­jący ból ze zgru­cho­ta­nego uda, zaban­da­żo­wa­nej głowy i pora­nio­nej klatki pier­sio­wej. Ulrich Fro­dien zdał sobie sprawę, że cho­ciaż ma dopiero osiem­na­ście lat, jest już „wra­kiem, zwy­czaj­nie nie­zdol­nym do reali­za­cji jakich­kol­wiek fan­ta­zji na temat boha­ter­skiego końca”8.

Ulrich Fro­dien i jego ojciec zamie­rzali uciec ze sto­licy Ślą­ska, zanim wokół mia­sta zamknie się pier­ścień okrą­że­nia. W naj­bliż­szych dniach miały umrzeć tysiące osób, które pod­jęły tę despe­racką próbę. Kolejne tysiące pole­gną, usi­łu­jąc wyko­nać zada­nie obrony mia­sta „do ostat­niego czło­wieka”. Obrońcy twier­dzy mieli dotrzy­mać danego słowa. Festung Bre­slau będzie się bro­nić dłu­żej niż Kró­le­wiec, dłu­żej niż Gdańsk, dłu­żej niż Wie­deń, a nawet dłu­żej niż sama sto­lica Trze­ciej Rze­szy. Jed­nak Bre­slau i jego miesz­kańcy mieli zapła­cić strasz­liwą cenę za swój nie­ustę­pliwy upór. Co naj­mniej 6 tysięcy żoł­nie­rzy bro­nią­cych nad­odrzań­skiej twier­dzy pole­gło, a bli­sko 23 tysiące zostało ran­nych. Liczba ofiar wśród cywi­lów była jesz­cze więk­sza. Być może zgi­nęło ich nawet 80 tysięcy. Mia­sto, które znali, w któ­rym dora­stali, mia­sto, w któ­rym feto­wali Hitlera i jego klikę, mia­sto, które do 1945 roku było prak­tycz­nie nie­tknięte przez wojnę, prze­stało ist­nieć. Dwie trze­cie prze­my­słu ule­gło znisz­cze­niu. Sie­dem na dzie­sięć szkół śred­nich legło w gru­zach. Dwa na trzy budynki w mie­ście nie nada­wały się do zamiesz­ka­nia. Bli­sko trzy­sta kilo­me­trów ulic i dróg było nie­prze­jezd­nych – pokry­wało je ponad 8 milio­nów metrów sze­ścien­nych gruzu i popiołu. Osiem­dzie­siąt pro­cent linii kole­jo­wych i tram­wa­jo­wych było znisz­czo­nych. Wszyst­kie linie elek­tryczne i sie­dem­dzie­siąt pro­cent linii tele­fo­nicz­nych było zerwa­nych.

Koniec wojny nie przy­niósł jed­nak wyba­wie­nia. Nie­mieccy miesz­kańcy Bre­slau mieli być wypę­dzeni ze swo­ich domów, wypę­dzeni ze swego mia­sta i wywie­zieni na zachód. Ich mia­sto miało się ponow­nie odro­dzić, jed­nak odbu­do­wane nie przez Niem­ców, ale przez Pola­ków, już nie jako Bre­slau, lecz Wro­cław.

Taka była cena, jaką zapła­ciła ostat­nia twier­dza Hitlera.

1 Gmach przy ulicy Krup­ni­czej był sie­dzibą pro­win­cjo­nal­nego Sejmu Ślą­skiego do 1897 r., dwa lata póź­niej budy­nek ten stał się sie­dzibą Ślą­skiego Muzeum Rze­mio­sła Arty­stycz­nego i Sta­ro­żyt­no­ści, które funk­cjo­no­wało tam aż do 1945 r. Gmach został wysa­dzony w powie­trze w cza­sie oblę­że­nia Festung Bre­slau i obec­nie nie ist­nieje. W tym miej­scu budo­wane jest Naro­dowe Forum Muzyki (przyp. tłum.). [wróć]

 

Roz­dział 1
Szczę­śliwe połą­cze­nie

Wojna na fron­cie wschod­nim zacznie mnie inte­re­so­wać dopiero wtedy, gdy pierwsi Rosja­nie poja­wią się przed Namy­sło­wem.

gau­le­iter Karl Hanke

Odej­ście sta­rego roku i nadej­ście nowego zawsze było dla wro­cła­wian powo­dem do świę­to­wa­nia. Przed pół­nocą miesz­kańcy mia­sta gro­ma­dzili się na Rynku, napły­wa­jąc tam naj­pierw wąską strużką, a potem sze­ro­kim stru­mie­niem, aby w napię­ciu ocze­ki­wać, aż zegar na wieży Ratu­sza wybije godzinę dwu­na­stą. Wtedy po całym Rynku odbi­jały się echem okrzyki „Pro­sit Neu­jahr!” („Szczę­śli­wego Nowego Roku!”). Z wieży ratu­szo­wej wybrzmie­wały chó­ralne fan­fary. Z oddali było rów­nież sły­chać bicie dzwo­nów z kościo­łów św. Elż­biety i św. Marii Mag­da­leny. Jesz­cze przez około pięt­na­stu minut tłum drep­tał po placu, a następ­nie zaczy­nał się roz­cho­dzić ale­jami i uli­cami pro­wa­dzą­cymi z Rynku do poszcze­gól­nych dziel­nic. Nie­któ­rzy uda­wali się następ­nie do licz­nych wro­cław­skich restau­ra­cji i piwiarni, ale więk­szość wra­cała do domów.

Od kiedy się­gano pamię­cią, miesz­kańcy Bre­slau świę­to­wali Silve­ster­nacht (noc syl­we­strową) wła­śnie w taki spo­sób. Ale syl­we­ster w 1944 roku był inny. Więk­szość wro­cła­wian posta­no­wiła tym razem pozo­stać w domu. W napię­ciu ocze­ki­wali na nadej­ście pół­nocy, ale tym razem cze­kali nie na dzwony kościo­łów św. Elż­biety i św. Marii Mag­da­leny, ale na słowa swego wodza. Wielu liczyło na to, że na zakoń­cze­nie tego jed­nego z naj­mrocz­niej­szych lat w dzie­jach Rze­szy Führer być może da im jakąś nadzieję, a może nawet jakiś powód do tego, aby z więk­szą pew­no­ścią sie­bie spoj­rzeć w przy­szłość.

Pięt­na­sto­letni Peter Ban­nert sie­dział na świą­tecz­nej kola­cji ze swo­imi nowo pozna­nymi przy­ja­ciółmi w budynku daw­nej szkoły na skraju cen­trum mia­sta. Ban­nert przy­był w pierw­szych dniach grud­nia 1944 roku do sto­licy Ślą­ska z Bystrzycy Kłodz­kiej – małego mia­steczka leżą­cego około 90 kilo­me­trów na połu­dnie od Bre­slau, na wezwa­nie regio­nal­nego kie­row­nic­twa Hitler­ju­gend. Orga­ni­za­cja nadała Ban­nertowi impo­nu­jący tytuł Kriegseinsatzführer – „wódz służby wojen­nej”. Rze­czy­wi­stość była jed­nak znacz­nie mniej impo­nu­jąca: spra­wo­wa­nie pie­czy nad maga­zy­nami mun­du­rów i wypo­sa­że­nia na całym Ślą­sku. Był jed­nym z osiem­na­stu uczniów zakwa­te­ro­wa­nych w sta­rej szkole przy ulicy Ander­sena (ob. Mło­dych Tech­ni­ków), prze­kształ­co­nej w tym­cza­sowe koszary dla mło­dych ludzi powo­ła­nych do służby dla Rze­szy. Chłop­cami opie­ko­wała się dwu­dzie­sto­let­nia blon­dynka, która ze swo­imi wło­sami w kolo­rze lnu upię­tymi na nie­miecką modłę „sta­no­wiła ucie­le­śnie­nie aryj­skiej kobiety”. Kobieta trosz­czyła się o ich wyży­wie­nie i noc­leg. Dzi­siaj urzą­dziła im praw­dziwą ucztę, aby uczcić odej­ście sta­rego, 1944 roku.

W swo­jej willi leżą­cej nad Bogen­see, jezio­rem poło­żo­nym około 20 kilo­me­trów na pół­noc od Ber­lina, Joseph Goeb­bels dziel­nie wal­czył z pie­czoną gęsią leżącą na jego tale­rzu, usi­łu­jąc pokroić ją na moż­liwe do prze­łknię­cia kawałki. Nad świą­tecz­nym sto­łem zapa­dła nie­zręczna cisza, gdy goście mini­stra pro­pa­gandy Rze­szy zma­gali się z pode­szwo­wa­tymi pla­strami pie­czo­nego dro­biu. Wśród zgro­ma­dzo­nych przy stole był jego sekre­tarz Wil­fred von Oven, żona ulu­bio­nego pro­jek­tanta mody i sce­no­grafa nazi­stów Benno von Arenta oraz gau­le­iter Dol­nego Ślą­ska Karl Hanke. W końcu mil­cze­nie prze­rwał pan domu: „Powiedz mi, moja droga, czy twoje gęsie udko jest tak samo nie­wia­ry­god­nie twarde jak moje”. Dow­cip wyraź­nie roz­luź­nił atmos­ferę i przy stole wywią­zała się żywa dys­ku­sja. Hanke odparł, że to dobrze świad­czy o zaopa­trze­niu Nie­miec w żyw­ność, że w szó­stym roku wojny taka stara gęś jesz­cze się ucho­wała i mogła być podana na stół.

Następ­nie gospo­da­rze i goście wró­cili do jadalni, aby zasiąść przed komin­kiem. Joseph Goeb­bels był zado­wo­lony, że rok 1944 dobiega już końca – „naj­gor­szy rok w całym moim życiu. Mam nadzieję, że los oszczę­dzi nam kolej­nego takiego roku”. Karl Hanke zapew­nił go, że tak wła­śnie się sta­nie. Zmo­bi­li­zo­wał cały swój dol­no­ślą­ski Gau do budowy gęstej sieci umoc­nień skła­da­ją­cej się z oko­pów i rowów prze­ciw­czoł­go­wych. „Lud­ność na wscho­dzie jest prze­ko­nana, że zdo­łamy powstrzy­mać zbli­ża­jącą się ofen­sywę Sowie­tów”. Tuż przed wybi­ciem pół­nocy radio pod­krę­cono na mak­sy­malną gło­śność, a służba przy­nio­sła kilka bute­lek szam­pana. Z gło­śnika popły­nął głos star­szego aktora cha­rak­te­ry­stycz­nego Hein­ri­cha Geo­rge’a, który odczy­tał testa­ment poli­tyczny Carla von Clau­se­witza. Gdy Geo­rge doszedł do ostat­niego zda­nia – „Tylko wtedy poczuję szczę­ście, gdy znajdę chwa­lebny koniec we wspa­nia­łej walce o wol­ność i god­ność Ojczy­zny” – jego słowa zlały się z dźwię­kami hymnu naro­do­wego gra­nego na skrzyp­cach. Dwa­na­ście ude­rzeń zegara oznaj­miło koniec 1944 roku. Wraz z ostat­nim ude­rze­niem zaczął bić dzwon kate­dry w Kolo­nii i chór zain­to­no­wał O Deutsch­land hoch in Ehren. Goeb­bels i jego goście wstali z miejsc. Frau Goeb­bels zaczęła pła­kać. Wszy­scy wznie­śli kie­liszki i zaczęli skła­dać sobie nawza­jem życze­nia.

Naje­dzony sycą­cym posił­kiem Peter Ban­nert słu­chał jedy­nej swo­jej roz­rywki tam­tego wie­czoru – wzru­sza­ją­cych prze­mó­wień star­szego przy­wódcy Hitler­ju­gend, który był narze­czo­nym ich opie­kunki. Mło­dzi ludzie czy­tali sobie wier­sze Nie­tz­schego i frag­menty z Mein Kampf. „Nie rozu­mia­łem ich tre­ści, ale poru­sza­jące słowa wzbu­dziły we mnie prze­ra­że­nie”. Nie­wielka grupka wychy­liła kilka lam­pek wina. Nagle ich lider sko­czył na równe nogi, wycią­gnął pisto­let i wrza­snął: „Będę bro­nił mojej narze­czo­nej i samego sie­bie przed Rosja­nami tą bro­nią!”. Nikt nie ode­zwał się ani sło­wem. Ciszę prze­rwało bicie kościel­nych dzwo­nów ozna­cza­jące pół­noc9.

Z radia dobie­gły dźwięki ulu­bio­nego przez Hitlera Baden­we­iler Marsch, a następ­nie, pięć minut po pół­nocy, prze­mó­wił sam Führer. Przez następne pół godziny było to raczej sto­no­wane – cho­ciaż Goeb­bels wolał nazy­wać je „moc­nym i zde­cy­do­wa­nym” – wystą­pie­nie Adolfa Hitlera do wła­snego narodu. Nie dawał swoim roda­kom żad­nej otu­chy, żad­nych kon­kre­tów, żad­nej nadziei na „cudowną broń”. Zapew­nił ich tylko, że Niemcy nie prze­grają tej wojny, gdyż nie mogą jej prze­grać. „Naród, który doko­nuje tak wielu nie­wia­ry­god­nych rze­czy na fron­cie i na tyłach, naród, który cierpi i znosi tak wiele strasz­nych rze­czy, nie może zgi­nąć”10.

Adolf Hitler miał rację. Naród nie­miecki nie miał zgi­nąć w 1945 roku. Ale wiele nie­mieckich miast cze­kał taki wła­śnie los: w Ber­li­nie jeden na pięć wszyst­kich budyn­ków – co drugi w cen­trum mia­sta – ule­gnie znisz­cze­niu; w Dreź­nie, któ­rego nazwa sta­nowi syno­nim znisz­cze­nia, dwa na pięć budyn­ków miało lec w gru­zach; w Ham­burgu ten sto­su­nek wyno­sił trzy na pięć. Było i takie mia­sto, w któ­rym znisz­czo­nych zostało sie­dem na dzie­sięć domów. Tym mia­stem był Bre­slau.

Uważa się, że nazwa mia­sta pocho­dzi od Wra­ty­sława I, ale nie ma wąt­pli­wo­ści, że to miej­sce było zamiesz­kane na długo wcze­śniej, zanim Czesi objęli je w posia­da­nie. Ludzie osie­dlili się tutaj, ponie­waż w tym miej­scu rzeka była moż­liwa do prze­kro­cze­nia, gdyż roz­dzie­lała się na wiele węż­szych odnóg two­rzą­cych kil­ka­na­ście wyse­pek, a ponadto krzy­żo­wały się w tym miej­scu dwa sta­ro­żytne szlaki han­dlowe, czyli Bursz­ty­nowy Szlak pro­wa­dzący od Bał­tyku do Adria­tyku oraz Via Regia (Droga Kró­lew­ska) wio­dąca z Nad­re­nii na Śląsk. Wra­ty­sław praw­do­po­dob­nie wybu­do­wał lub w inny spo­sób przy­czy­nił się do powsta­nia grodu na jed­nej z wyse­pek przy pra­wym brzegu Odry. Na prze­ło­mie X i XI wieku zie­mie te prze­szły spod pano­wa­nia cze­skiego pod wła­dzę two­rzą­cego się w tym okre­sie pań­stwa pol­skiego i Wro­cław, jak wtedy zwano ten gród, zaczął się coraz bar­dziej roz­ra­stać, osią­ga­jąc w tym okre­sie liczbę około tysiąca miesz­kań­ców i sta­jąc się sie­dzibą biskup­stwa1. W ten spo­sób Wro­cław prze­szedł pod pano­wa­nie Pola­ków, a ści­ślej bio­rąc dyna­stii pia­stow­skiej, na kolejne trzy stu­le­cia. Dla nazi­stow­skich histo­ry­ków klu­czowy moment w histo­rii mia­sta sta­no­wił jed­nak rok 1241, w któ­rym nastą­pił najazd mon­gol­ski. Miesz­kańcy grodu ucie­kli wtedy przed najeźdź­cami na zachód albo schro­nili się na oto­czo­nych wałami wysep­kach, spa­liw­szy wcze­śniej pod­gro­dzie. Mon­go­ło­wie krótko oble­gali Wro­cław, aby następ­nie ruszyć dalej na zachód, zmie­rza­jąc do samego serca Europy2. Na polach pod Legnicą starli się z woj­skami dowo­dzo­nymi przez księ­cia ślą­skiego Hen­ryka Poboż­nego. Ta bitwa i śmierć Hen­ryka Poboż­nego stała się w XX wieku ele­men­tem nazi­stow­skiej mito­lo­gii – hitle­row­ska pro­pa­ganda będzie czę­sto porów­ny­wać najazd mon­gol­ski do „azja­tyc­kich hord” z 1945 roku. W rze­czy­wi­sto­ści bitwa pod Legnicą zakoń­czyła się pogro­mem wojsk chrze­ści­jań­skich oraz śmier­cią ich wodza, któ­rego głowę zatknęli na pice i poka­zy­wali potem obroń­com Legnicy, chcąc ich zastra­szyć i zmu­sić do pod­da­nia grodu. Mon­go­ło­wie jed­nak nie posu­nęli się dalej na zachód, cho­ciaż było to raczej skut­kiem wewnętrz­nych kon­flik­tów, które wybu­chły wtedy w ogrom­nym impe­rium mon­gol­skim, niż męż­nej postawy Hen­ryka Poboż­nego i jego ryce­rzy. Nie­mniej jed­nak ste­powi najeźdźcy zawró­cili na wschód.

W 1241 roku Wro­cław został znisz­czony, aby odro­dzić się na nowo. Dla nazi­stów rok 1241 ozna­czał naro­dziny nie­miec­kiego Bre­slau3 i w 1941 roku obcho­dzili uro­czy­ście 700. rocz­nicę tego wyda­rze­nia. Zda­niem histo­ry­ków z Trze­ciej Rze­szy w następ­stwie najazdu mon­gol­skiego „Bre­slau został odbu­do­wany przez nie­miec­kich osad­ni­ków jako nie­miec­kie mia­sto, przyj­mu­jąc wtedy nazwę, którą nosi do dzi­siaj”11. Języ­kami obo­wią­zu­ją­cymi w mie­ście stały się łacina i nie­miecki4. Serce Bre­slau prze­nio­sło się z pra­wego brzegu Odry na lewy. Wielki plac tar­gowy – Rynek – stał się cen­trum nowo fun­do­wa­nego mia­sta; na miej­scu sta­rego grodu wyro­sła kate­dra, z nie­miecka zwana Dom (Tum), a wyspa, na któ­rej się wzno­siła, zyskała nazwę Domin­sel (Ostrów Tum­ski)5. W następ­nych wie­kach Bre­slau roz­kwi­tał dzięki han­dlowi mię­dzy Wscho­dem i Zacho­dem – na jego tar­go­wi­skach han­dlo­wano towa­rami z Nider­lan­dów, Węgier, Rusi, połu­dnio­wych Nie­miec, Prus i Pol­ski – prze­kształ­ca­jąc się w wiel­kie śre­dnio­wieczne mia­sto i zysku­jąc sobie dzięki temu miano „Kwiatu Europy” (Blume Euro­pas), jak nazwał je sie­dem­na­sto­wieczny ślą­ski histo­ryk Nico­laus Henel von Hen­nen­feld. Ten „kwiat” mógł się poszczy­cić licz­nymi kościo­łami – dwu­wie­żową obec­nie kate­drą wybu­do­waną w okre­sie od XIV do XVI wieku, kościo­łem św. Elż­biety z naj­wyż­szą wieżą w mie­ście, gotyc­kim kościo­łem Naj­święt­szej Marii Panny na Pia­sku, impo­nu­ją­cym kościo­łem Świę­tego Krzyża z jego stro­mym dachem i trzema nawami. W mie­ście był rów­nież uni­wer­sy­tet6 i biblio­teka prze­cho­wu­jąca mapy, manu­skrypty oraz naj­star­szą wydru­ko­waną w mie­ście książkę, to jest Sta­tuta Syno­da­lia Epi­sco­po­rum Wra­ti­sla­vien­sium7. Na Rynku wyrósł w tym cza­sie inny sym­bol mia­sta, jakim jest do dzi­siaj Stary Ratusz. Budo­wano go przez ponad dwie­ście lat, a jego cha­rak­te­ry­styczna syl­wetka z czer­wo­nej cegły z wyjąt­kowo ozdob­nym wschod­nim szczy­tem z zega­rem astro­no­micz­nym i licz­nymi wie­życz­kami sta­nowi jeden z naj­wspa­nial­szych przy­kła­dów archi­tek­tury póź­nego gotyku. Na jego połu­dnio­wej fasa­dzie znaj­dują się dwa wyku­sze ozdo­bione scen­kami rodza­jo­wymi przed­sta­wia­ją­cymi życie w mie­ście w XV wieku, z kolei nad zachod­nią stroną budynku domi­nuje licząca nie­mal sie­dem­dzie­siąt metrów wieża ratu­szowa. Poni­żej, w wiel­kich pod­zie­miach ratu­sza zna­ko­mi­cie pro­spe­ro­wała naj­słyn­niej­sza gospoda w Bre­slau – Piw­nica Świd­nicka.

 

Mia­sto roz­kwi­tało, cho­ciaż w kolej­nych wie­kach jego władcy zmie­niali się dosyć czę­sto: Korona Cze­ska od 1335 do 1526 roku, następ­nie ponad­dwu­stu­let­nie pano­wa­nie Habs­bur­gów i wresz­cie Prusy od 1741 roku do czasu zjed­no­cze­nia Nie­miec 130 lat póź­niej. Pru­sacy pod­stę­pem, w zasa­dzie bez walki, zajęli Bre­slau w cza­sie pierw­szej wojny ślą­skiej, a w póź­niejszych latach mia­sto dwu­krot­nie było zaj­mo­wane przez obcych najeźdź­ców: naj­pierw Austria­ków w cza­sie wojny sied­mio­let­niej, a potem przez armię napo­le­oń­ską na początku 1807 roku, po krót­kim, ale krwa­wym oblę­że­niu, w wyniku któ­rego więk­szość przed­mieść leżą­cych poza murami miej­skimi ule­gła znisz­cze­niu. Aby unie­moż­li­wić w przy­szło­ści obronę Bre­slau, Napo­leon naka­zał zbu­rzyć ota­cza­jące mia­sto for­ty­fi­ka­cje. Bre­slau stra­cił mury obronne, ale nie utra­cił ducha. Sześć lat póź­niej, gdy pano­wa­nie Napo­leona zachwiało się w posa­dach po jego klę­sce w Rosji, Bre­slau stał się zaląż­kiem ogól­no­nie­miec­kiej rewolty prze­ciwko fran­cu­skiej oku­pa­cji. Ser­cem powsta­nia był miej­scowy uni­wer­sy­tet. Od barw noszo­nych przez ślą­skich ochot­ni­ków, któ­rzy chwy­cili wtedy za broń – czar­nego, czer­wo­nego i zło­tego – pocho­dzą kolory obec­nej flagi naro­do­wej Nie­miec. Z pałacu kró­lew­skiego w Bre­slau król pru­ski Fry­de­ryk Wil­helm III wydał swój legen­darny apel An mein Volk („Do mojego ludu”), który zna­ko­mi­cie uchwy­cił kli­mat nie­miec­kiej „wojny wyzwo­leń­czej” 1813 roku. Król zwra­cał się do swo­ich pod­da­nych sło­wami: „To jest nasza ostat­nia, decy­du­jąca walka, jaką musimy sto­czyć o nasze ist­nie­nie, naszą nie­pod­le­głość, naszą pomyśl­ność. Nie ma innego wyj­ścia niż hono­rowy pokój albo pełen chwały upa­dek”.

W cza­sie gdy Fry­de­ryk Wil­helm III wydał ten apel, Bre­slau liczył około 70 tysięcy miesz­kań­ców i szybko się roz­wi­jał. Po zbu­rze­niu murów miej­skich mia­sto zaczęło się roz­ra­stać poza swoje dotych­cza­sowe gra­nice. Sze­ro­kie pro­me­nady, parki miej­skie i piękne kamie­nice zdo­mi­no­wały Przed­mie­ście Świd­nic­kie leżące na połu­dnie od Sta­rego Mia­sta, pod­czas gdy Przed­mie­ście Miko­łaj­skie na zacho­dzie zdo­mi­no­wały „wyso­kie kominy fabryczne i zgiełk maszyn”12. Zanim jesz­cze w latach czter­dzie­stych XIX wieku do mia­sta dotarła kolej żela­zna (impo­nu­jący Dwo­rzec Główny został zbu­do­wany dekadę póź­niej na ówcze­snym połu­dnio­wym skraju mia­sta), Got­t­fried Linke zdą­żył już zbu­do­wać w swo­ich zakła­dach pierw­sze sto wago­nów kole­jo­wych. W mie­ście naro­dził się prze­mysł włó­kien­ni­czy. Poja­wiły się zakłady pro­du­ku­jące sil­niki parowe, wyko­rzy­sty­wane następ­nie w ślą­skich kopal­niach węgla, fabry­kach, bro­wa­rach, rafi­ne­riach naf­to­wych, gazow­niach i rodzą­cym się prze­my­śle che­micz­nym. Ponadto roz­wi­jał się prze­mysł odzie­żowy (samych przed­się­biorstw pro­du­ku­ją­cych słom­kowe kape­lu­sze było trzy­dzie­ści) i meblowy, a nad brze­gami Odry wyro­sły papier­nie. Powsta­nie linii kole­jo­wych i indu­stria­li­za­cja skut­ko­wały napły­wem siły robo­czej ze wsi. W 1840 roku liczba miesz­kań­ców Bre­slau prze­kro­czyła 100 tysięcy. Po upły­wie następ­nych 30 lat podwo­iła się, aby jesz­cze raz podwoić się na prze­ło­mie XIX i XX wieku. Lud­ność mia­sta była dosyć kosmo­po­li­tyczna: miesz­kała tu liczna spo­łecz­ność żydow­ska, a na każ­dych stu Niem­ców przy­pa­dało trzech Pola­ków. Miesz­kańcy mia­sta kształ­cili się w stale rosną­cej sieci szkół publicz­nych, a od 1910 roku mogli rów­nież stu­dio­wać na miej­sco­wej Wyż­szej Szkole Tech­nicz­nej (ob. Poli­tech­nika Wro­cław­ska). Trans­port publiczny zapew­niała roz­le­gła sieć tram­wa­jowa, która połą­czyła oba brzegi Odry dzięki wybu­do­wa­niu wielu nowych mostów. O potrzeby ciała dbano w licz­nych nowo wybu­do­wa­nych szpi­ta­lach, a potrzeby duchowe miały być zaspo­ka­jane w nowych świą­ty­niach ewan­ge­lic­kich – neo­go­tyc­kim kościele pod wezwa­niem Mar­cina Lutra z bli­sko stu­me­trową wieżą wzno­szącą się ponad Przedmie­ściem Świd­nic­kim i nieco mniej ponu­rym kościele św. Jana (ob. kato­licki kościół św. Augu­styna) w poło­żo­nej na połu­dniu mia­sta dziel­nicy Borek. Wro­cła­wia­nie mogli oglą­dać swoją metro­po­lię z wież wspo­mnia­nych kościo­łów jak rów­nież ze szczytu liczą­cej pra­wie pięć­dzie­siąt metrów wyso­ko­ści wieży ciśnień na Borku lub z wieży wido­ko­wej cesa­rza Wil­helma I (ob. nie ist­nieje) w Lesie Oso­bo­wic­kim na pół­noc od mia­sta. W sto­licy Ślą­ska można było liczyć na roz­rywkę zarówno eli­tarną – przed­sta­wie­nia ope­rowe w gma­chu nowego Teatru Miej­skiego, festi­wale śpie­wa­cze, muzea i powsta­jące jak grzyby po desz­czu parki miej­skie; jak i masową – teatry roz­ma­ito­ści, takie jak Vik­to­ria, cyrk, ogród zoo­lo­giczny i od 1900 roku pierw­sze kina. Te wszyst­kie atrak­cje być może nieco odwra­cały uwagę mas pra­cu­ją­cych od codzien­nych tru­dów życia w dziel­ni­cach bie­doty, w któ­rych aż do lat trzy­dzie­stych XX wieku pano­wały strasz­liwe warunki. Bogaci i biedni miesz­kańcy Bre­slau, podob­nie jak w całej Rze­szy, zjed­no­czyli się w 1913 roku, świę­tu­jąc setną rocz­nicę wyzwo­le­nia Nie­miec spod napo­le­oń­skiego jarzma. Z tej oka­zji w sto­licy Ślą­ska otwarto nowe wiel­kie tereny wysta­wowe w pół­nocno-wschod­niej czę­ści mia­sta. Były tam pawi­lony, ogrody, sztuczny staw z per­golą i sta­no­wiąca serce tego kom­pleksu Hala Stu­le­cia z ogromną kopułą, która w tam­tym cza­sie była naj­więk­szym na świe­cie budyn­kiem żel­be­to­wym. Ten mogący pomie­ścić na try­bu­nach nawet do 10 tysięcy osób obiekt miał od tej pory słu­żyć do orga­ni­zo­wa­nia zawo­dów spor­to­wych, przed­sta­wień teatral­nych, tar­gów prze­mysłowych i wie­ców poli­tycz­nych.

W cere­mo­nii otwar­cia hali uczest­ni­czyło 6 tysięcy osób. Bli­sko 100 tysięcy ludzi odwie­dziło wystawę zor­ga­ni­zo­waną z tej oka­zji wokół budynku. Jed­nak ucie­le­śniane przez Halę Stu­le­cia nadzieje na dal­szy roz­wój mia­sta legły w gru­zach osiem­na­ście mie­sięcy póź­niej wraz z wybu­chem wojny świa­to­wej. W cza­sie pokoju Bre­slau sta­no­wił sie­dzibę dowódz­twa VI Kor­pusu Armij­nego, który latem 1914 roku w ramach nie­miec­kiej 4. Armii prze­ma­sze­ro­wał przez pół­nocny Luk­sem­burg, aby następ­nie skrę­cić w lewo i dotrzeć w pobliże Marny. Pole­gli w tym nie­uda­nym natar­ciu na Paryż byli pierw­szymi z około 10 tysięcy wro­cła­wian, któ­rzy oddali życie na fron­tach wiel­kiej wojny. Ta ogól­no­eu­ro­pej­ska pożoga wyma­gała jed­nak rów­nie wiel­kich poświę­ceń od lud­no­ści cywil­nej na tyłach. W ciągu następ­nych czte­rech lat ceny miały wzro­snąć o bli­sko 400 pro­cent. Ponad połowa szkół w Bre­slau została zare­kwi­ro­wana na cele woj­skowe. Fabryka loko­mo­tyw Got­t­frieda Lin­kego – prze­mia­no­wana już na Linke-Hof­mann – prze­sta­wiła się na pro­duk­cję samo­lo­tów roz­po­znaw­czych, myśliw­skich, a w końcu rów­nież gigan­tycz­nych czte­ro­sil­ni­ko­wych bom­bow­ców. W zakła­dach tych korzy­stano mię­dzy innymi z pracy jeń­ców wojen­nych, co powtó­rzy się także w następ­nym poko­le­niu. Pod koniec wojny wro­cła­wianie musieli zado­wa­lać się racjami żyw­no­ścio­wymi wyno­szą­cymi pół kilo­grama mięsa, pół litra mleka, dwa i pół kilo­grama ziem­nia­ków, kilo­gram jarzyn i ćwierć kilo­grama mąki na tydzień. Taki był ofi­cjalny przy­dział dla każ­dego oby­wa­tela Rze­szy, jed­nak w Bre­slau rzadko uda­wało się speł­nić nawet te nie­zwy­kle skromne normy. Pra­wie połowa lud­no­ści mia­sta była zmu­szona korzy­stać z dar­mo­wych gar­kuchni pomocy spo­łecz­nej. Osła­bieni nie­do­sta­teczną dietą miesz­kańcy byli nara­żeni na głód, gruź­licę, a w ostat­nich mie­sią­cach 1918 roku rów­nież na skutki glo­bal­nej pan­de­mii grypy „hisz­panki”, która w swoim szczy­to­wym momen­cie w ciągu jed­nego mie­siąca zabiła około 1000 miesz­kań­ców Bre­slau.