Live your dreamsTekst

Autor:Les Brown
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Les Brown

LIVE YOUR DREAMS


© Copyright by Złote Myśli & Les Brown, rok 2013


Autor: Les Brown

Tytuł: Live your dreams

Tytuł oryginału: Live your dreams


Wydanie I

ISBN: 978-83-7701-821-7


Projekt okładki: Janusz Skierkowski

Zdjęcie autora na okładce: © Moriah Diamond

Tłumaczenie: Anna Winiarczyk

Redakcja: Urszula Dobrzańska, Sylwia Fortuna

Skład: Magda Wasilewska


Złote Myśli sp. z o.o.

44–117 Gliwice

ul. Toszecka 102

www.ZloteMysli.pl

e-mail: kontakt@zlotemysli.pl


Konwersja do EPUB/MOBI - InkPad.pl

Niniejsza publikacja, ani żadna jej część, nie może być kopiowana, ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana, powielana, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

All rights reserved.

Spis treści

PODZIĘKOWANIA

PRZEDMOWA DO WYDANIA POLSKIEGO

MAŁY SYNEK MAMIE BROWN

SILNE PRAGNIENIE — RZECZ NIEODZOWNA!

SIŁA ZDOLNA WYWOŁAĆ ZMIANĘ

OBUDŹ SIĘ I BIERZ DO PRACY NAD WŁASNYMI MARZENIAMI

WCIELAJ MARZENIA W ŻYCIE

SKUPIANIE UWAGI

LĘK PRZED ŻABAMI

MŁODZI LUDZIE BEZ CELU W ŻYCIU

BĄDŹ POZYTYWNIE NAŁADOWANY

TO JEST MOŻLIWE!

LIVE YOUR DREAMS

PLAN DZIAŁANIA

Abraham Lincoln powiedział kiedyś: „To, kim jestem, oraz to, kim mam nadzieję się stać, zawdzięczam swojej matce”.

Książkę tę dedykuję mojej matce, Mamie Brown, której miłość i pomoc przyczyniły się do tego, kim jestem dzisiaj oraz kim mam nadzieję stawać się przez resztę życia. Mama pokazała mi, co to znaczy mieć marzenia oraz jak zamieniać je w rzeczywistość.

Dedykuję ją również dzieciom adoptowanym, a także tym, które wychowują się w rodzinach zastępczych. I wreszcie tym wszystkim, którzy ośmielają się mieć marzenia.

— LES BROWN

Podziękowania

Pragnę złożyć gorące podziękowania na ręce mojego wieloletniego przyjaciela Alexandra „Bou” Whymsa za to, że służył mi jako „rezerwuar wspomnień” podczas pisania tej książki. Wyrazy wdzięczności należą się również zaufanemu doradcy oraz marketingowemu geniuszowi Mike’owi Williamsowi, który pomógł mi w uporządkowaniu treści, Rhei Steele, która hojnie wspierała mnie swoim czasem i cenną energią podczas realizacji projektu. Na zawsze wdzięczny pozostanę mojemu mentorowi panu LeRoyowi Washingtonowi. Dziękuję również mojemu Bratu Wesleyowi, siostrze Margaret, mojemu przybranemu rodzeństwu: Angelo, Leonardowi, Sharon, Lindzie oraz dzieciom: Calivinowi, Patrickowi, Ayan­nie, Sumai, Serenie oraz Johnowi Lesliem. Jestem wdzieczny za ich wsparcie oraz cenne sugestie.

O przyjęcie podziękowań proszę również przyjciół: Cheryl Jackson oraz Jean Carne, a także cały zespół współpracowników firmy Les Brown Unlimited. Z serca pragnę podziękować dr Talmadge McKinney, dr Mildred Singleton i dr. Johnniemu Colemonowi za to, że wierzyli we mnie.

Pomysł na powstanie tej książki zrodził się w mojej głowie oraz miał szansę się urzeczywistnić dzięki zaangażowaniu dwóch ważnych dla mnie osób, a mianowicie: Thei Flaum oraz Jacka Wilsona. Niemniejsze zasługi w projekcie mieli ponadto mój agent Raphael Sagalyn oraz prawniczka Katherine Lauderdale. Szczegółne słowa podziekownaia należą się Wesowi Smithowi — to dzięki niemu moje wypowiedzi i przemyślenia zostały na zawsze utrwalone w formie pisemnej.

Dziękuję również jego żonie, Sarah oraz dzieciom Andrew i Jessice za gościnnosć oraz ciepłe słowa zachęty. Ostatnie podziękowania składam oficjalnie na ręce mojego wydawcy Paula Bresnicka oraz jego asystenta Marka Garofalo.

Przedmowa do wydania polskiego

Drogi czytelniku, na twoje ręce trafia książka absolutnie wyjątkowa. Z chwilą, gdy czytasz te słowa, spełnia się moje ogromne marzenie, które narodziło się wiele lat temu. Jak zapewne wiesz, idąc przez życie, napotykamy na swojej drodze wiele wyzwań. Niektóre pokonujemy z łatwością, inne przygniatają nas tak mocno, że nie możemy złapać tchu. Dokładnie 8 lat temu zaskoczyła mnie sytuacja, która na zawsze odmieniła moje życie. W tym oto czasie w tragicznych okolicznościach odeszła cudowna kobieta bliska memu sercu. W takich chwilach człowiek czuje, jak zatrzymuje się czas i załamuje mu się całe dotychczasowe życie. Tak też było ze mną. Do czasu, gdy przyjaciel nie podarował mi oryginału jednej z książek Lesa Browna. Studiowałem ją dzień i noc, czując, że działa jak balsam dla mojej duszy. Śmiało mogę więc powiedzieć, że jego słowa uratowały mi życie. Dziś spełniają się moje dwa ogromne marzenia. Les Brown zawita na kongres, który organizuję i będę mógł mu w końcu osobiście podziękować, oraz została wydana książka, którą czytasz.

Les Brown? Człowieka legenda, niektórzy żartobliwie mówią o nim „śpiewający chór gospel na scenie”. Coś w tym jest, bo gdy widzi się go w świetle reflektorów, nie ma wątpliwości, że mówi z głębi serca. Przez „Forbes” określany jako numer 2 na świecie pośród żyjących „motywatorów”. Dla mnie to absolutny numer jeden.

Książka ta jest esencją tego, czego uczy Les Brown. Bez wątpienia wzrusza, daje wiarę na przyszłość i jest autentyczna. Taki jest też Les Brown — prawdziwy człowiek z krwi i kości. Jego historia „spod mostu” na sam szczyt budzi podziw i szacunek, będąc niewątpliwą inspiracją dla kolejnych pokoleń. Les nauczył mnie bardzo wiele o wierze. Najważniejsze jednak przesłanie płynące dla mnie jest następujące: zacznij widzieć i dostrzegać siebie, wszak twoja „małość” nie pomoże światu. Pozwalając sobie na wzrost, emanujesz tym i pozwalasz na to także innym.

Jeżeli chcesz naprawdę zmienić swoje życie, studiuj ją regularnie i wracaj do najważniejszych fragmentów, szczególnie tych, które poruszyły twoje serce. Tylko w ten sposób możliwe jest utrwalanie nowych wzorców myślenia, a co za tym idzie, także zmiana zachowania.

Wierzę, że lektura tej wyjątkowej pozycji zainspiruje cię tak mocno, że będzie początkiem nowego lepszego jutra. Czego życzę ci z całego serca.

Łukasz Milewski

Milewski & Partnerzy

1. Mały synek Mamie Brown

W młodości szłam przez życie

tanecznym krokiem.

— MAMIE BROWN

Parę ulic stanowiących nasz dziecięcy rewir zwykliśmy nazywać Aleją. Panowała tam specyficzna atmosfera. Bywało ciężko i dlatego musieliśmy być twardzi.

Pani Mamie Brown, moja adopcyjna matka, często przytacza pewną historię z dzieciństwa.

Otóż pewnego razu wracałem ze sklepu z wielką torbą ryżu oraz butelką nafty. Mama usłyszała nagle podniesiony głos dobiegający z mieszkania nowego sąsiada. Mężczyzna krzyczał do dwójki swych synów.

— Jak macie ochotę się bić, idźcie wlać tamtemu dzieciakowi!

Sąsiad miał najwyraźniej dosyć przyglądania się, jak dwaj bracia kotłują się ze sobą nawzajem. Pomyślał więc, że najlepiej będzie, jak wyżyją się na kimś trzecim. Padło na mnie.

Mama, słysząc, jak sąsiad szczuje na mnie własnych synów, podbiegła czym prędzej do drzwi. Zobaczyła, że szarpią mnie ze wszystkich stron, podczas gdy ja nawet nie próbuję się bronić. Miałem bowiem głęboko wpojoną jedną zasadę: mamine zakupy należało donieść do domu za wszelką cenę.

Mama była niezamężna. Utrzymywała siebie i nas ze skromnych dochodów. Zaadoptowała mnie i mojego brata bliźniaka, kiedy byliśmy niemowlętami. Pracowała jako kucharka, gospodyni domowa i zbierała sezonowe owoce, aby nigdy nie brakowało nam jedzenia. Nie mogła sobie pozwolić na marnotrawstwo i nie tolerowała go u innych.

Nie zawsze byłem posłusznym synem, lecz nauczyłem się nim być dzięki częstemu użyciu rózgi zrobionej z gałązki drzewa. Podczas pamiętnego napadu otrzymałem mnóstwo bolesnych ciosów, a mimo to starałem się nie wypuścić z rąk zakupów i chronić je przed kopniakami.

 

Mama, widząc jak dwóch braci atakuje mnie ze wszystkich możliwych stron, odstąpiła na moment od żelaznej zasady.

— Rzuć te cholerne zakupy i broń się! — wrzasnęła.

Zrobiłem, jak mówiła. Dwaj bracia nadal bili jeden drugiego. Dostali nauczkę. Ja również ją dostałem. Postaram się podzielić nią z czytelnikiem. Przychodzi w życiu czas, kiedy należy porzucić wszelki obciążający bagaż, aby móc walczyć o siebie samego i o swe marzenia.

Wielu z nas dźwiga na plecach bagaż przeszłości, który sprawia, że stajemy się niezdolni do walki o to, czego w życiu pragniemy, o własne cele i marzenia. Jeśli książka, którą trzymasz w rękach, pomoże ci pozbyć się zbędnych emocji i wspomnień — będzie to oznaczało, że osiągnąłem swój główny cel. Staniesz się zdolny do podążania za swymi marzeniami oraz wcielania ich w życie.

Moja podróż

Pozwól, czytelniku, że opowiem ci nieco o swoim życiu, o bagażu, który musiałem zrzucić ze swych barków, aby móc swobodnie realizować własne cele i marzenia.

Nie miałem przyjemności poznać swoich prawdziwych rodziców. Nie wiem, jak się nazywają ani gdzie mieszkają. Jakiś czas temu udało mi się dowiedzieć o nich czegoś więcej. To naprawdę niewiele, lecz na razie mi wystarcza. To znacznie więcej, niż kiedykolwiek pragnąłbym usłyszeć.

Mamie Brown jest jedynym rodzicem, jakiego znam, i jedynym, którego naprawdę potrzebuję. Adoptowała mnie i mojego brata Wesleya jako parotygodniowe maleństwa. Wychowała nas wspólnie z naszą siostrą Margaret, przysposobioną pięć lat później.

A oto, co udało mi się ustalić w sprawie moich biologicznych rodziców.

Moja matka, będąc w ciąży, przybyła do Miami, aby wydać na świat mojego brata i mnie. Urodziła nas w murach opustoszałego budynku, na betonowej posadzce. Trzy tygodnie później oddała nas do adopcji.

Kobieta ta była żoną wojskowego, który przebywał na służbie za granicą. Zaszła w ciążę z obcym mężczyzną. Chciała, abyśmy się urodzili. Musiała nas oddać w obawie, że mąż dowie się o wszystkim. Fakty te przekazała mi przyjaciółka mojej adopcyjnej matki. Nigdy nie rozmawiałem na ten temat z Mamą.

Przez wiele lat pałałem nienawiścią do swoich biologicznych rodziców, nie mając zielonego pojęcia, kim są. Kurczowe trzymanie się tych negatywnych emocji kosztowało mnie wiele wysiłku. Nie miałem nawet zdjęcia, podobizny, w którą mógłbym się wpatrywać w swoim gniewie. W końcu postanowiłem porzucić złe emocje. Zrobiłem to pod wpływem myśli filozofa Khalila Gibrana. Według niego rodzice wprawdzie wydają nas na świat, lecz każdy jest osobiście odpowiedzialny za to, kim się staje. Rodzice są niczym łuk, a ich dzieci są strzałami.

„Nasze dzieci przychodzą na świat poprzez nas, lecz nie od nas” — oto słowa Gibrana.

Moja złość zniknęła częściowo dzięki bliskiemu przyjacielowi, który pewnego razu przypomniał mi o tym, że jako adoptowane dziecko jestem wybrankiem miłości, a nie owocem przeznaczenia Mamie Brown.

W dzieciństwie i w wieku dorosłym od czasu do czasu pojawiały się w mojej głowie pytania, które zadaje sobie większość adoptowanych osób. Zastanawiałem się, jak wyglądają moi biologiczni rodzice, jakimi ludźmi są i czy kiedykolwiek myślą o mnie.

Nigdy nie próbowałem ich odnaleźć. Jeden z moich przyjaciół, który — podobnie jak ja — był dzieckiem adoptowanym, dowiedział się, kim jest jego biologiczny ojciec i postanowił go odwiedzić. Poprosił, abym mu towarzyszył. Stałem obok, tuż przy krawężniku, kiedy jego ojciec otworzył drzwi swego domu. Byłem pod wrażeniem fizycznego podobieństwa, jakie ich łączyło. Nie było wątpliwości, że mężczyzna był biologicznym ojcem mojego przyjaciela.

— Witam, jestem pana synem.

Słysząc te słowa, ojciec mojego przyjaciela odparł:

— Ja nie mam syna.

Po czym zatrzasnął mu drzwi przed nosem.

Chłopak odszedł stamtąd. Był potwornie rozbity.

— Żałuję, że go w ogóle odnalazłem — wyznał. — Teraz przyjdzie mi żyć z poczuciem odrzucenia, bo nawet po latach mój własny ojciec nie chce mnie znać.

Nie każde poszukiwanie biologicznych rodziców miewa tak smutny finał. Po tamtym zdarzeniu poczułem, że kimkolwiek byliby moi rodzice — przebaczam im. Zrozumiałem, że muszę pogodzić się z tym, co jest, i że niczego nie osiągnę, jeśli pozwolę, aby przygniatała mnie złość, rozżalenie, ubolewanie i poczucie winy.

Przeszłość nie istnieje

Ty też możesz podjąć podobną decyzję. Jeśli nosisz w sobie intensywne emocje dotyczące jakiegoś zdarzenia z przeszłości, może stanowić to przeszkodę w pełnym przeżywaniu obecnej chwili. Musisz się tych emocji pozbyć. Same w sobie nie mają już żadnej wartości. Jedyna wartość to ta, którą ty im nadajesz.

Celem tej książki jest uczynienie twego życia wspaniałym oraz poszerzenie pola twojej świadomości (skoncentrowanej siły woli), abyś ty sam — podobnie jak ja — był w stanie rozwijać się na drodze ku realizacji własnych marzeń.

Skupiona świadomość umożliwi ci pozbycie się emocjonalnego balastu oraz sprawi, że będziesz zdolny do odpierania ciosów nieustannie zadawanych przez życie. Uzyskasz kontrolę nad życiem. Przyczynisz się ponadto do wzbogacenia życia tych, których spotykasz na swojej drodze. W ten sposób wyświadczysz przysługę światu, który wspólnie zamieszkujemy.

Możliwe, że nie uda ci się zrealizować wszystkich zamierzonych celów. Nie istnieje osoba, której by się to w stu procentach udało. Rzecz w tym, aby w ogóle je mieć i realizować z pełnym zaangażowaniem. W końcowym rozrachunku liczy się to, kim się stajesz jako człowiek, a nie to, co osiągasz.

Matka nauczyła mnie, że w każdym z nas drzemie wspaniałość oraz że każdy z nas przychodzi na ten świat z określoną misją. Wierzę w to, że życie jest podróżą, nierzadko trudną, niekiedy okrutną. Każdy z nas wyposażony został we wszystko, co potrzebne do tego, aby w tę podróż wyruszyć. Ważne, abyś zechciał odkryć własne talenty oraz pozwolił im rozkwitnąć.

Bycie synem Mamie Brown to dla mnie wielkie szczęście. Mama jest dla mnie wzorem, jest kobietą niebywale zdeterminowaną i odważną. Jako osiemdziesięcioparoletnia osoba nadal wzbudza wielki szacunek. Jest panią swego losu, kobietą, której siła woli umożliwiła urzeczywistnianie własnych marzeń.

Jej postać będzie często pojawiać się na kartach tej książki. Bądź co bądź, jestem synem swej adopcyjnej Mamy. Jej wewnętrzna moc stanowi źródło, z którego wypływa moja własna siła determinacji. Uczyła mnie, jak żyć, i dzisiaj moim celem jest, aby część owej mocy i mądrości przekazać także tobie, drogi czytelniku. Dorzucę od siebie kilka sprawdzonych, wypracowanych przeze mnie metod, które pomogą ci w kształtowaniu cnoty wytrwałości.

Mama szła przez życie tanecznym krokiem

Mama często opowiadała nam historie ze swego życia. Dzieciństwo upłynęło jej bez matki. Krążyła plotka o tym, że otruła ją pewna kobieta, która chciała w ten sposób posiąść na własność jej męża, czyli ojca Mamy.

— Mama umarła, kiedy byłam raczkującym niemowlęciem — mawiała.

Ta krążąca w naszej rodzinie legenda zrodziła pewną osobliwą zasadę, do której Mama stosowała się uporczywie od lat, przez co przekazała ją mnie, mianowicie: „Nigdy nie pij ponownie ze szklanki, która stała na stole przez jakiś czas”. Mama bowiem wierzyła, że w ten sposób zabito jej własną matkę. Podobno wypiła truciznę wsypaną przez kogoś do szklanki wody, którą uprzednio pozostawiła na stole.

Ojciec Mamie Brown był sezonowym zbieraczem owoców. Przemieszczał się w obrębie południowych stanów, zawsze tam, gdzie zaczynały się zbiory poszczególnych gatunków. Mama podróżowała razem z nim. Miała wiele opiekunek, niektóre z nich były jej krewnymi. I chociaż tęskno jej było do matczynej miłości i rodzinnego ciepła, w życiu Mamy nie brakowało nigdy prawdziwej miłości i spontanicznej radości.

— Ludzie mnie lubią — mawia. — W młodości szłam przez życie tanecznym krokiem.

Spędziłem wiele godzin, z zapartym tchem słuchając opowieści o jej młodzieńczych latach spędzonych na prowincji stanu Floryda: o tym, jak mały kucyk ocalił Mamę, sprowadzając z oddali ojca, który pomógł jej zejść z drzewa, gdzie niefortunnie utknęła; o krokodylu, którego karmiła kurczętami, aż urósł do ogromnych rozmiarów i przychodził na dźwięk jej głosu, ilekroć go wołała.

Wciąż czuję dreszcz na wspomnienie historii o najgorszym laniu, jakie w życiu dostała, oraz o tym, jak duch zmarłej matki pospieszył jej wówczas na ratunek.

Ojciec surowo zabronił mi chodzenia nad pobliski staw, w którym mieszkał krokodyl. Nie posłuchałam go. Byłam upartą dziesięciolatką, podobnie jak mój przyjaciel Lesley. Wsiadłam na kucyka, dojechałam do brzegu, po czym zdjęłam z siebie ubranie i wskoczyłam prosto do wody. Kiedy wyszłam na brzeg, zobaczyłam tatę zbliżającego się w moim kierunku.

Rzuciłam się do ucieczki. Tata ruszył w pogoń za mną. Wpadł do domu i zbił mnie na kwaśne jabłko końskim batem. Moje calutkie ciało pokryte było cięgami. Rany były bardzo głębokie. Ponieważ zabrakło wazeliny, musieli nasmarować mnie świńskim smalcem. Byłam obolała i zapłakana i w takim stanie położyłam się spać tamtej nocy. Ojciec nie mógł słuchać mojego lamentu.

Nadal szlochałam, gdy odniosłam wrażenie, jakby drzwi otworzyły się nieznacznie. Kiedy jednak spojrzałam w ich stronę, zauważyłam, że były całkowicie zamknięte. Niemożliwe, aby ktoś mógł je bezszelestnie otworzyć — były porządnie zaryglowane od środka.

Nagle ujrzałam przed sobą postać kobiety. Była wysoka, stała koło mojego łóżka i spoglądała na mnie. W ręku trzymała kosz pełen owoców. Towarzyszył jej ogromny pies. Popatrzyła na moje zmaltretowane ciało i potrząsnęła głową w geście głębokiego smutku.

Pies stał tuż przy krawędzi łóżka, wpatrując się w moje oczy. Jego ślepia były niczym małe światełka. Czułam się całkowicie obezwładniona jego spojrzeniem, które uniemożliwiało mi wykonanie jakiegokolwiek ruchu. Kobieta odeszła w kierunku sypialni mojego ojca. Usłyszałam, jak tata stęka coś przez sen, jakby śniło mu się coś niedobrego. Nie wiedziałam, co się dzieje.

Po chwili kobieta wróciła i spojrzała na mnie po raz kolejny. Raz jeszcze potrząsnęła głową. Następnie odeszła, a wraz z nią jej pies. Usłyszałam dźwięk zamykanych drzwi.

Uwolniona od spojrzenia psa, wyskoczyłam z łóżka niczym strzała. Wtedy okazało się, że w pokoju jest również mój ojciec.

— Widziałaś to, co ja? — zapytał.

Przytaknęłam. Powiedziałam mu, że widziałam smukłą kobietę z psem, trzymającą w ręku kosz pełen bananów.

Ojciec rzekł do mnie:

— To była twoja mama.

Rozpłakał się i przysiągł, że nigdy nie podniesie na mnie ręki. Ja też byłam cała we łzach.

— Nie płacz już. Jak zaczniesz jeść (nie mogłam niczego przełknąć z powodu bólu i wiłam się w pościeli jak wąż) i wydobrzejesz, obiecuję, że nigdy więcej cię nie zbiję. Twoja mama powiedziała mi, że jeśli jeszcze raz wyrządzę ci podobną krzywdę, przyjdzie po ciebie i zabierze ze sobą.

— Mówiłeś przecież, że mama nie żyje — odparłam.

— Tak, to prawda, lecz dusza człowieka nie umiera, a jeśli zechce, może przyjść po swoje własne dzieci i zabrać je z tego świata.

Mama nadal wierzy w to, że duch jej zmarłej matki nawiedził ją owej pamiętnej nocy. Wierzy w przeróżne stare gusła, na przykład w to, że nie wolno przeklinać ani rozmawiać, kiedy za oknem szaleje burza.

— Bóg się złości — mawia wtedy. — Nie należy go drażnić. Czy nie słyszycie, barany, że Bóg teraz mówi? Lepiej milczcie!

Mama po dziś dzień zarzeka się, że widziała trytona, czyli syrenę rodzaju męskiego. Miała wtedy jedenaście lat i wybrała się na targ rybny. Przed wejściem dwóch mężczyzn toczyło ze sobą słowną sprzeczkę. Jeden z nich winił drugiego za obfity deszcz, który padał nieustannie przez dwa dni. Miała to być rzekoma zemsta za schwytanie w sieci trytona. Mama widziała, jak jeden z mężczyzn wyłowił go ze stojącej obok beczki wody. Tryton był prawie tak duży jak Mama. Miał krótkie, mocno umięśnione, ludzkie ręce, wydatną klatkę piersiową i rozszczepiony rybi ogon, pokryty licznymi łuskami. Jego włosy przypominały mech, miał rybie oczy oraz zęby, które szczerzył, patrząc na nią. Mama zapamiętała go jako potwornie obrzydliwego.

Za każdym razem, kiedy opowiada tę historię, podaje ten sam dokładny i barwny opis owego stwora. Nigdy nie wątpi w autentyczność swego doświadczenia. W dzieciństwie setki razy prosiłem ją, aby zechciała jeszcze raz opowiedzieć mi historię o trytonie. Moje dzieci i wnuki też uwielbiają słuchać tej opowieści.