Punkt zapalnyTekst

Autor:Myke Cole
Z serii: Shadow Ops #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Podeszli do drzwi.

Jeden z piromantów zrobił krok do przodu i wskazał czarną tabliczkę na ścianie.

— Proszę tutaj przyłożyć kciuk.

Britton zrobił, o co go poproszono i z tabliczki wystrzelił promień czerwonego światła, który przesunął się po jego szyi i piersi. Odcisk kciuka na odznace rozbłysnął i rozległ się dźwięk. Obaj piromanci pochylili się, żeby spojrzeć z bliska na odznakę, po czym skinęli do siebie głowami.

Drzwi kliknęły i powoli się rozsunęły.

Po drugiej stronie znajdowała się kolejna sala wielkości magazynu. Panowały tam egipskie ciemności, a jedynym źródłem światła była jedna jarzeniówka zapewniająca krąg bladego światła.

W centrum kręgu stało metalowe krzesło zajęte przez mężczyznę ubranego w błękitny szpitalny strój. Głęboko osadzone oczy wpatrywały się niewidzącym wzrokiem w dal. Rzednące czarne włosy przykleiły się mu do mokrego od potu czoła. Podbródek pokrywał jednodniowy zarost. Kiwał lekko głową do przodu i tyłu, poruszając bezgłośnie ustami. Na stopach miał różowe, puchate kapcie. Na jego czole, piersi, ramionach i udach umieszczono przyssawki, od których odchodziły przewody. Kilka innych wychodziło spod okrycia i znikało w ciemności.

W przedniej części stroju widniał napis: WŁASNOŚĆ STANÓW ZJEDNOCZONYCH.

Przy mężczyźnie stała starsza kobieta ubrana w szlafrok w kwiaty. Miała krótko przycięte siwe włosy, a na szyi wisiały jej okulary w kształcie kocich oczu z grubymi szkłami. Uśmiechnęła się do nich szczerze.

— Witam, chłopcy — powiedziała. — Przyszliście zobaczyć się z moim Billym?

Arlekin stuknął obcasami i lekko skłonił głowę z uśmiechem na twarzy.

— Jak się pani czuje, panno Cartwright?

— Da się wytrzymać — odparła z silnym południowym akcentem. — Billy też ma się dobrze, dziękuję, że pytasz.

Arlekin się roześmiał.

— To dlatego lubię z panią rozmawiać. Zawsze poprawiam dzięki temu swoje maniery.

— A ja się cieszę, że mogę służyć mojemu krajowi tak, jak tylko potrafię. — Pomasowała ramiona Billy’ego. — Billy był dobrym chłopcem, kapitanie. Chyba mogę poprosić o oddanie jego misia?

— To nie zależy ode mnie, proszę pani — westchnął Arlekin. — Dowódca powiedział o trzech dniach. Ale z pewnością się za panią wstawię.

— Co w takim razie mój syn może dziś zrobić dla swojego kraju? — zapytała panna Cartwright.

— Najpierw portal komunikacyjny, jeśli można prosić. Dla szybkiego sprawdzenia stanu — odparł Arlekin.

Panna Cartwright pochyliła się i musnęła podbródkiem ucho syna.

— Kochanie, czy możesz zrobić coś miłego dla mamusi? Tylko małą dziurkę, proszę. Dziękuję, skarbie. Mamusia cię kocha.

Usta Billy’ego poruszyły się, wydał z siebie ciche dźwięki. Jego matka wydawała się wszystko rozumieć.

— Nie, kochany. Mamusia stoi tuż obok, nie musisz się niczego obawiać. Tylko mała dziurka, a potem dostaniesz nagrodę, dobrze?

Blada postać na krześle szarpnęła głową w bok, pojękując i napinając przewody podłączone go głowy. Matka zatopiła opuszki palców w jego ramionach i czekała. Po chwili w powietrzu przed nimi pojawił się mały otwór wypełniony światłem.

Arlekin nie marnował czasu.

— Linia komunikacyjna z OZL Barbakan. Potrzebny mi status strefy lądowania.

— Przyjąłem — z ciemności dobiegł czyjś głos. Rozległy się trzaski zakłóceń, stłumione głosy i po chwili mężczyzna odezwał się ponownie. — Barbakan potwierdza. Strefa lądowania zagrożona.

— Kiedy zostanie oczyszczona? — spytał Arlekin.

— Brak danych. Informatorzy podają, że to może być zarówno godzina, jak i cały tydzień.

Arlekin zaklął.

— Cholera. Nie mamy na to czasu. Potrzebna mi eskorta, i to zaraz. Mają jakieś środki do osłony?

— Tak jest, sir. Są gotowi. Dowódca plutonu ostrzega, żeby się przygotować na ostrzał.

— Niech to szlag — mruknął pod nosem Szaniec.

— Zajmiesz się tym? — zapytał Arlekin. — Chyba że wstąpiłeś do wojska, żeby mieć ciuchy za darmo?

— Sir — rzucił Szaniec przez zaciśnięte zęby — jeśli wdamy się w strzelaninę, muszę mieć możliwość puszczenia go luzem na wypadek ataku magów. Jest pan pewny, że facet nie eksploduje?

Arlekin znów zaklął i poklepał się po podbródku.

— Masz rację, nie możemy tak ryzykować. Zamierzałem zaczekać aż do przybycia.

— Pańska decyzja, sir. — Szaniec wzruszył ramionami. — Jeśli się uwolni, nie chcę mieć tego na sumieniu.

— Chciałeś powiedzieć, że nie chcesz mieć tego w papierach — poprawił go Arlekin. — Masz tłumik?

Szaniec pokręcił głową, ale Don szybkim ruchem wyciągnął strzykawkę wypełnioną żółtym płynem kojarzącym się z uryną. Na białej etykiecie widniał napis: APTEKA KON — 6A. DO UŻYCIA PRZEZ KON ZGODNIE Z POLECENIEM. W INNYM WYPADKU NATYCHMIAST ZWRÓCIĆ DOWÓDCY.

Arlekin podał strzykawkę Brittonowi.

— Wstrzyknij całość w oba uda. Przez spodnie, do samego końca.

Britton popatrzył z powątpiewaniem na strzykawkę i się zawahał.

— Żartujesz sobie? — warknął Arlekin. — Trzymamy cię za jaja, idioto. Dalej, rób, co mówimy.

Słowa Arlekina trafiły w cel. Britton wbił igłę i nacisnął tłoczek.

Po kilku sekundach bardzo się uspokoił. Gniew wobec Arlekina, smutek po stracie rodziny, strach związany z niepewną przyszłością, wszystko znikło. Emocje odeszły, zamknęły się w kokonie, stały się dostępne na wyraźne życzenie. Przyjrzał się im, przywołał nerwowość, poczuł, jak magia dociera aż do granic zagłuszania, po czym odsunął wszystko od siebie. Zrobiło mu się sucho w ustach, a język sprawiał wrażenie grubego i nieruchawego. Spojrzał ze spokojem na Arlekina.

— Macie wodę?

Aeromanta się roześmiał.

— Dokucza suchość, co? To najgorszy efekt uboczny tłumika limbicznego. Pomaga kontrolować emocje. Przyzwanie magii staje się nieco trudniejsze, słabnie też jej siła. Jednak warto to zastosować. Stopniowo odzyskasz kontrolę, jednak bez ryzyka eksplozji. Zastrzyk będzie działać do trzech tygodni, w zależności od metabolizmu. W przypadku takiego dużego faceta jak ty, będzie to zapewne dość powolny proces.

— I kosztowny — dodał Szaniec. — Wstrzyknąłeś sobie w nogę substancję, za którą można by nabyć czołg Abrams. To dlatego nie rozdajemy tego byle komu.

Britton otworzył szeroko oczy.

— Trzymamy to na specjalne okazje — rzucił Arlekin. — Dla ludzi z poważnymi problemami lub — przerwał, chcąc uzyskać dramatyczny efekt, i uniósł kącik ust — dla wyjątkowo cennych zasobów magicznych.

W ciemności rozległ się odgłos silnika wchodzącego na wyższe obroty i w polu widzenia pojawił się masywny, ośmiokołowy transporter opancerzony Stryker, oślepiając wszystkich reflektorami. Za półcalowym karabinem maszynowym siedział żołnierz, który wciąż dopinał swój hełm.

Panna Cartwright wcisnęła w dłoń Billy’ego batonik. Ucałowała jego policzki i wyszeptała coś do ucha. Mężczyzna zadrżał, wprowadzając przewody w ruch.

Strzelec pokazał Arlekinowi uniesiony kciuk i pokrywa włazu w tylnej części pojazdu opuściła się z sykiem. Na ławeczkach wewnątrz siedziało czterech żołnierzy, podobnie wyposażonych jak Britton i Szaniec. Regulowali paski i zatrzaskiwali magazynki w broni.

Ciemność zaczęła znikać. Przed pojazdem otworzyła się wielka brama — dwukrotnie większa od wszystkiego, co do tej pory przywołał Britton. Billy zaskowyczał i wyszczerzył zęby, śliniąc się przy tym. Matka zarzuciła mu ręce na ramiona, a jej usta nadal poruszały się przy jego uchu.

— To portamanta — powiedział Britton.

— Taki jak ty — przyznał Arlekin. — Albo taki, jakim staniesz się i ty, jeśli nie będziesz wypełniał poleceń. Wsiadaj do strykera, Oscar. Ruszamy w drogę.

Brittonowi znów zaschło w ustach. Wizja śmierci go przerażała, ale możliwość spędzenia reszty życia w postaci śliniącego się idioty była jeszcze gorsza. Tylko tłumik powstrzymał go od paraliżującego strachu.

Po drugiej stronie bramy Britton dostrzegł pokrytą wyrwami drogę, która nie mogła jednak stanowić problemu dla masywnych kół strykera. W poprzek bramy przebiegł strzelający zacięcie żołnierz, a w oddali rozległa się eksplozja.

— Sir — zawołał jeden z żołnierzy siedzących w pojeździe. — Miejsce czeka.

Wsiedli. Właz zamknął się, pozostawiając ich w zatłoczonej, słabo oświetlonej kabinie. W brzuchu Brittona narodziły się klaustrofobia, strach i ekscytacja. Kontrolowane przez tłumik emocje nie zdołały jednak wpłynąć na magiczny prąd. Na jego twarzy nadal malował się spokój.

— Nie zakłada pan sprzętu, sir? — Jeden z żołnierzy zwrócił się do Arlekina.

Aeromanta zacisnął pięści, kiedy pojazd skoczył do przodu, wibrując. Między jego palcami pojawiły się wyładowania.

— Trzymajcie swoje opancerzone dupska z dala ode mnie, to może się czegoś nauczycie.

Kiedy wjechali w bramę, Britton poczuł nagłą zmianę w magicznym prądzie. Pole zagłuszające Szańca zyskało na sile, po czym osłabło, kiedy zmieniał jego parametry po drugiej stronie.

— Witaj w Źródle — powiedział Arlekin, szczerząc zęby.

Siedzący nad ich głowami strzelec zaklął i otworzył ogień z półcalowego karabinu, celując do nieznanego wroga.

Rozdział 11.
Strefa pod ostrzałem

Owszem, wiem, co znaczy Dawa. To po arabsku… konwersja? Kazanie? Kiedy zapanował tutaj islam, mieliśmy tego pod dostatkiem, zapewniam was. Ale Dawa to dla nas dużo starsze słowo. To był nasz sposób postępowania — nasze lekarstwo od starych bóstw. Gdy świat się przebudził, Dawa powróciło. Niektórzy z nas, pojedynczy i bardzo starzy, wiedzieli, co z tym zrobić. Nauczyliśmy jednak młodych, co dało im siłę do walki. Wiele starych bóstw przeciwko jednemu nowemu.

 

— Hihhu Okonkwo, plemię Kisii, kraina Bantu

Stryker podskakiwał na nierównym podłożu. Przez gruby pancerz Britton słyszał głuche dudnienie eksplozji i rytmiczne staccato karabinu maszynowego.

I coś jeszcze: pęd wiatru i trzask uderzającego pioruna, dużo głośniejszy i bliższy niż to możliwe w przypadku jakiejkolwiek burzy. Coś zadudniło o kadłub. Przytłumione rozmowy umilkły, kiedy strzelec przerwał ogień. Chwilę później żołnierz pochylił się do wnętrza kadłuba.

— Odcięli dalszą drogę, sir. Wiatraki pozostają jedynym środkiem transportu do Wysuniętej Bazy Operacyjnej. Blackhawk właśnie rozgrzewa silniki na lądowisku.

Arlekin zaklął i wycelował kciuk w Brittona.

— Przekazuję informacje dotyczące naszego gościa. Jeśli cokolwiek mu się przydarzy między tym wozem a śmigłowcem, będziecie marzyli o tym, żeby to przytrafiło się wam. Szaniec! Jeśli przestaniesz zagłuszać, ja będę musiał to zrobić, więc trzymaj się z dala od walki. Tłumik czy nie, nie zamierzam w żaden sposób ryzykować. Masz cały czas blokować jego przepływ. Oscar, trzymaj się blisko ziemi i ruszaj tam, gdzie ci rozkażę! Na pokład!

Pokrywa włazu opadła, ukazując świt na zewnątrz. Nawet panujący wokół półmrok był oślepiający, a nierówne podłoże lśniło od kawałków pokruszonej skały. Powietrze miało ten sam intensywny, żywy zapach, teraz wymieszany z nutą innych, wzmocnionych przez atmosferę Źródła: benzyny, kordytu, ozonu i krwi.

Dziesięć metrów dalej stał śmigłowiec Blackhawk z obracającymi się wirnikami. W otwartych drzwiach na burcie siedział strzelec obsługujący miniguna z wirującymi wściekle lufami, plującego strumieniem pocisków gdzieś w dal. Wycie silników i brzęk łusek na spękanym betonowym lądowisku były wystarczająco głośne, by dały się słyszeć nad wizgiem wirników, które wznosiły w powietrze tyle kurzu, że Britton natychmiast opuścił na nos swoje okulary przeciwsłoneczne. Żołnierze eskorty również założyli gogle na hełmy.

Zeszli w dół rampy. Arlekin wyskoczył ze środka i uniósł się w powietrze. Kurz porywany przez wirniki blackhawka wirował wokół, a magia aeromanty uformowała go w lej.

Okulary okazały się zbyt ciemne w świetle poranka, więc Britton ponownie założył je na daszek czapki i skorzystał z osłony przed kurzem, którą zapewniał Arlekin.

Zrobił głęboki wdech.

Za plecami Arlekina dostrzegł wielkiego ptaka, który zanurkował w ich stronę. Jego brązowe pióra były upstrzone złotymi plamkami, a czarny dziób otworzył się tak szeroko, że zdołałby pochwycić samochód. Między skrzydłami rozciągała mu się plątanina lin.

— Ruszaj się, do cholery! — krzyknął Szaniec, bezceremonialnie popychając Brittona. Eskorta przebijała się w kierunku śmigłowca przez ząbkowane, całoroczne źdźbła trawy, gdzieniegdzie wypalonej całymi połaciami. Długa linia betonowych zapór przeciwogniowych uformowała mur, który rozciągał się poza pole widzenia Brittona.

Strzelec ze śmigłowca przerwał ogień i zaczął zachęcać ich do szybszej wędrówki ruchami ręki. Eskorta stanęła jak wryta, kiedy tuż przed nimi w ziemię wbił się metalowy oszczep. Natychmiast rozległa się kanonada i ziemia zatańczyła od wbijających się w nią pocisków. Britton rzucił się do tyłu, wpychając Szańca na stojącego za nim żołnierza. Wszyscy trzej runęli na ziemię.

Żołnierze na przedzie rozproszyli się, strzelając w niebo. Strzelec z blackhawka rozpaczliwie ładował nowy zasobnik z amunicją do miniguna.

Ptak krążył nad ich głowami, kołysząc zamocowanym na grzbiecie koszem. Britton wytrzeszczył oczy, kiedy zobaczył, że wewnątrz siedzą małe humanoidalne istoty o brązowej skórze. Miały sękate ciała i wielkie głowy. Duże spiczaste uszy sterczały na bok, teraz dodatkowo popychane do tyłu przez wiatr. Ich twarze pomalowane były jaskrawymi malunkami przedstawiającymi postrzępione pasy, odciski dłoni czy gwiazdy. Jeden z nich, cały wymalowany na biało, przywarł do szyi ptaka, tuż za głową. Większość istot w koszu wymachiwała jasnymi, metalowymi oszczepami trzymanymi w szczupłych dłoniach, ale przynajmniej jeden z nich dzierżył karabinek.

Jedna z postaci uniosła granatnik przeznaczony do zamontowania pod bronią. Krzyknęła coś, czego Britton nie usłyszał, i wystrzeliła. Odrzut odepchnął ją w głąb kosza. Granat detonował daleko od celu, ale zdołał wyrzucić w powietrze chmurę wirujących fragmentów skał i kamieni. Jeden z żołnierzy eskorty zaklął i przewrócił się, upuszczając broń i chwytając się za kostkę.

Britton odwrócił głowę, chroniąc oczy przed opadającą ziemią, po czym spojrzał ponownie na ptaka. Dostrzegł w skrzydłach dziury po pociskach, ale stworzenie wydawało się niczego nie czuć. Ptaszysko otworzyło gigantyczny dziób, wydało z siebie przenikliwy skrzek i zanurkowało. Britton uniósł karabinek i popatrzył wzdłuż przyrządów celowniczych. Szaniec siłą opuścił mu lufę w dół.

— Co ty, do cholery, wyprawiasz? Zabieraj dupsko do śmigłowca!

Britton się zawahał. Otaczający go ludzie pojmali go i byli jego wrogami, jednak instynkt nie pozwalał mu pozostawić innych żołnierzy na polu walki i mięśnie zareagowały na widok mundurów i odgłosy strzelaniny.

Z kosza wyleciał pęk oszczepów. Jeden z żołnierzy eskorty upadł, wydając bulgoczące dźwięki z przebitego na wylot gardła. Kule wystrzelone z ziemi wyrzuciły z kosza dwie karłowate, sękate istoty. Kolejne trafiły też w ptaka.

Stwór nadal jednak nadlatywał. Britton czuł powiew wiatru wzniecanego przez jego masywne skrzydła. Szaniec zaoferował mu ramię, podniósł go i obaj pobiegli w stronę maszyny.

Powietrzny lejek pomknął w poziomie, koncentrując cały nagromadzony kurz w postaci piaszczystego korkociągu. Tornado uderzyło ptaka w szyję, wywracając go do góry nogami i posyłając bezwładnie na ziemię, gdzie uderzył o barierę z betonowych kloców. Nakrapiane złotem pióra, każde długości miecza, eksplodowały od uderzenia i opadły na nich z góry. Małe istoty wysypały się z kosza i pokulały po ziemi. Kilka z nich usiłowało wstać, ale promienie syczącej elektryczności zmieniły je w kupki dymiącego mięsa.

Arlekin przemknął w górze, a pozostałości piaskowej trąby powietrznej nadal wirowały wokół jego pięści.

— Do cholery, Szaniec! Czy tak trudno jest go zawlec do tego pieprzonego śmigłowca? — Wierzgnął nogą w powietrzu i pomknął w górę, w kierunku dwóch następnych ptaków, nadal odległych, ale wciąż się zbliżających.

Szaniec zaklął i popchnął Brittona. Strzelec z blackhawka skończył przeładowywać miniguna, ale nie otworzył ognia, gdy przed wirującymi lufami przemknął Arlekin.

Britton poczuł silne uderzenie i upadł do tyłu. Jego pancerz zarył w grunt, a nozdrza wypełnił smród spalenizny.

Zamrugał, usiłując unieść się na łokciach, przyciskany do ziemi osprzętem. Jego karabinek gdzieś zniknął, a kieszonki na piersi zaczęły się tlić. To tkwiące w nich magazynki musiały przyjąć uderzenie: stopiły się, sklejając z nabojami wewnątrz.

Jedna z brązowych postaci uniosła się na jakieś piętnaście metrów powyżej betonowej bariery, a jej ciało spowijała niebieska elektryczność. Miała długie, kocie oczy i haczykowaty nos, który wisiał nad wykrzywionymi ustami, w których tkwiły małe, ostre zęby. Jego skórę pokrywała biała, gęsta farba.

— Chryste! — zawołał Szaniec. — Nie biegnij!

Britton poczuł powracającą magiczną falę, kiedy zanikło zagłuszanie. Napłynęła powoli, kontrolowana przez tłumik obecny w jego krwi. Szaniec puścił karabinek, który zawisł na pasku, po czym ruszył biegiem z rozłożonymi szeroko ramionami.

Stwór poleciał do przodu, formując elektryczną aureolę do kolejnego ataku. Britton czołgał się do tyłu, zdzierając skórę z dłoni na poszarpanej ziemi.

W tym samym momencie elektryczność zamigała i jej macki rozłożyły się, czemu towarzyszyły ciche trzaski i czarny dym. Istota zawisła na chwilę w powietrzu z szeroko otwartymi oczami, po czym z wrzaskiem poleciała ku ziemi. Uderzyła w nią z impetem i odbiła się, a jej wielka głowa kołysała się bezwładnie na chudej szyi. Biała farba pokrywająca ciało zabarwiła się na czerwono. Stwór upadł ponownie na ziemię i tylko słabo podrygiwał.

Szaniec postawił Brittona na nogi i odprowadził go przez kilka ostatnich metrów do śmigłowca. Strzelec pozostawił broń i pomógł im wejść na pokład. Szef załogi, którego głowa pozostawała ukryta w hełmie, zaczepił karabińczyk o pas Brittona, a drugi koniec przymocował do metalowego pierścienia na środku podłogi blackhawka.

— Mamy go na pokładzie! — zawołał do pilotów. — Lecimy!

Kiedy śmigłowiec wzbił się w powietrze, żołnierzom eskorty pozostawało wrócić do względnie bezpiecznego wnętrza strykera. Zagłuszanie znów zablokowało Brittona, kiedy Szaniec rozsiadł się na ławeczce obok szefa załogi. Dopiero wówczas Britton zdołał sobie uświadomić, że nie skorzystał z magii do ucieczki, kiedy przez chwilę miał ku temu okazję. Jednak gdy wrócił do tego myślami, zdał sobie sprawę, że nie zdołałby tego uczynić. Tłumik chronił go przed silnym magicznym prądem, a jemu wciąż brakowało umiejętności, żeby przywoływać go na żądanie. Zaklął pod nosem, czując, jak dudni mu serce. Wyobraził sobie, że wciąż czuje nacisk znajdującej się w nim bomby.

Britton uchwycił się metalowego pierścienia, kiedy blackhawk położył się w zakręcie i wyjrzał obok biodra strzelca przez otwarte drzwi. Arlekin zataczał łuki w kierunku wielkich ptaków. Stworzenia na ich grzbietach strzelały do niego, aczkolwiek bardzo niecelnie.

Z wysokości, na której się znajdowali, Britton zobaczył krajobraz rozciągający się poza betonową zaporą, która otaczała strefę lądowania. Upstrzony był on niewielkimi grupami brązowych, przysadzistych humanoidów. Każda z nich otaczała jednego pomalowanego na biało, takiego samego jak ten, którego przed chwilą zestrzelili. Jedna z białych postaci otoczyła się ognistą kulą, która pomknęła ku Arlekinowi, mijając go o kilka metrów. Britton przypomniał sobie słowa piromanty z KON, który zaatakował szkołę: Przedstawienia nie pozwolą wygrać bitew. Umiejętności pokonują wolę, za każdym razem.

Maksyma ta sprawdzała się na ziemi. Britton dostrzegł oddziały wojska, które przemieszczały się i wzajemnie kryły w idealnym porządku. Grupy żołnierzy ostrzeliwały się i chowa za roztrzaskanymi fragmentami betonowych zapór. Wraz z nimi toczyło się kilka strykerów, które działały z niemal doskonałą wydajnością, która zawsze wywoływała w nim tak silne poczucie dumy z bycia żołnierzem. Stwory solidnie obrywały i były w odwrocie.

Przenikliwy skrzek przyciągnął uwagę Brittona do Arlekina, który wygenerował gęstą szarą chmurę. Obłok sięgnął jednego z ptaków. Stworzenie załopotało skrzydłami, usiłując utrzymać się w powietrzu, a jego pióra przesiąkły zawartością chmury. Aeromanta wykonał salto w górę, pozwalając ptaszysku przelecieć pod spodem i wzdłuż blackhawka, po czym pomachał strzelcowi. Ptak znów wrzasnął, wyzwoliwszy się z chmury, i wystrzelił tuż obok maszyny.

Strzelec wyszczerzył zęby i otworzył ogień z miniguna. Lufy rozgrzały się do czerwoności, kiedy broń wypaliła z prędkością tysiąca pocisków na sekundę w przelatującego stwora i jego załogę. Britton odwrócił wzrok, ale zdążył zobaczyć, że ze spadających na ziemię przeciwników pozostała w większości czerwona mgiełka.

Arlekin odwrócił się w stronę drugiego ptaka, który właśnie zataczał krąg. Stwór potrząsnął łbem i zrównał prędkość lotu ze śmigłowcem.

Ptak zaskrzeczał, kiedy coś zderzyło się z jego barkiem i eksplodowało w chmurze płonących piór. Przewrócił się na bok, łopocząc bezradnie pozostałym skrzydłem. Masywne szpony zamykały się i otwierały, jakby ptak usiłował się czegoś uchwycić i uchronić przed upadkiem.

W tyle zmaterializowały się dwa śmigłowce szturmowe Apache. Zagrzmiały niczym wściekłe rogate owady, a na ich metalowych cielskach lśniło uzbrojenie — działka kalibru dwadzieścia milimetrów, naprowadzane laserowo rakiety Hellfire i zasobniki z niekierowanymi rakietami Hydra. Zatoczyły krąg nad leżącymi ptakami i zajęły pozycje eskorty za blackhawkiem. Britton poczuł ucisk w gardle. Zanim magia pozbawiła go wszelkich marzeń, miał nadzieję zostać pilotem jednej z tych zwinnych maszyn.

W dole toczyły się walki, ale stworzenia się wycofywały, bezradne przy braku wsparcia z powietrza. Wybuchające kule ognia i krótkie błyskawice mówiły o tym, że w dole nadal używano magii, ale działo się to coraz rzadziej i miało wkrótce ustać.

— Czym one są, do jasnej cholery? — zapytał Britton.

Oczami wyobraźni widział unoszące się za ciemnym wizjerem brwi szefa załogi.

— To naprawdę wielkie ptaszyska, sir.

 

— Nie, miałem na myśli te istoty na ich grzbietach.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

— Gobliny.

— Gobliny? Tym właśnie są? — Britton zwrócił się do Szańca.

— Nikt nie wie, czym tak naprawdę są — odparł żołnierz. — To tubylcy. Dopóki nikt nie wymyśli lepszego określenia, pozostaną goblinami.

Britton się zamyślił. Gobliny. Prawdziwe, żywe gobliny. Legendy z baśni stały się rzeczywistością. Czy żyły tu również inne stworzenia rodem z opowieści fantasy? Smoki? Jednorożce? Tłumik limbiczny nie pozwalał mu zbyt intensywnie odczuwać emocji.

— Mają karabiny? — zapytał, szczerze zdumiony.

— Co jakiś czas im się poszczęści i udaje im się przejąć jakąś ciężarówkę z zaopatrzeniem. — Szaniec wzruszył ramionami. — Albo jeden z ich robotników w wysuniętej bazie operacyjnej zdoła coś przeszmuglować. Mnie to osobiście nie martwi. Nie potrafią zerować broni, a ich ciała są zbyt małe, żeby sobie poradzić z odrzutem. Połowa z nich nie korzysta nawet z celowników. W przypadku tych małych skurwieli nie trzeba się martwić o kradzioną broń, ale o magię. One żyją w Źródle od zawsze i stają się obdarzonymi dwa razy częściej niż my.

— Tubylcy — wyszeptał Britton.

Szaniec pokiwał głową.

— Jak mudżahedini podczas wojny z terrorem. Kupa nieskoordynowanych plemion walczących ze sobą. Jedyną rzeczą, której nienawidzą bardziej od samych siebie, jesteśmy my. Odpuszczają nieco zimą, ale kiedy robi się cieplej, natychmiast wchodzą na wojenną ścieżkę.

Britton pokręcił głową i potarł skronie. Dlaczego nie gobliny? Nie pasowały do opisów znanych mu z czasów, w których grywał w gry fabularne i czytał książki fantasy. Ale te ptaki… masywne stworzenia z czarnymi dziobami i szponami, wystarczająco wielkie, by zagrozić statkowi na morzu? Britton czytał o nich w książkach o mitologii perskiej i w komiksach. Nazywano je rukami.

Bitwa w dole skoncentrowała się wokół stworzenia, którego nie potrafił zidentyfikować. Wielka czarna postać, nieco przypominająca człowieka, przedzierała się wśród zastępów goblinów w stronę żołnierzy. Poruszał się szybko jak błyskawica i bardzo płynnie — w jednej chwili znajdował się w danym miejscu, by po chwili przesunąć się w inne, odległe o kilka metrów. Mamrotał przy tym, śliniąc się z wielkiej gęby i szczerząc długie zęby. Jego rogata głowa kołysała się na wysokości trzech metrów nad ziemią.

— Jezu — wyszeptał Britton. — Co to ma być, do diabła?

— Co? — zapytał Szaniec, ale śmigłowiec pochylił się ostro na bok i poleciał dalej, pozostawiając w oddali pole bitwy.

Britton ponownie wyjrzał przez otwarte drzwi, kiedy blackhawk zaczął wytracać wysokość. Za butami strzelca dostrzegł dużo szerszą linię betonowych zapór, która formowała masywny mur. Po drugiej stronie rozciągały się drewniane budynki kryte falistymi dachami. Między nimi kręcili się ludzie i pojazdy.

— Gdzie jesteśmy? — spytał Britton.

— Wysunięta Baza Operacyjna Granica — odparł zagłuszacz. — Mam nadzieję, że ci się podoba, bo spędzisz tu naprawdę sporo czasu. WBO to jedyne miejsce na świecie, w którym pozwala się żyć zakazańcom, takim jak ty.

Śmigłowce opadły w kierunku lądowiska sąsiadującego z płytą wystarczająco długą, by pomieścić samoloty myśliwsko-szturmowe i wsparcia. Infrastruktura była dobrze utrzymana i obejmowała dodatkowo opancerzone wieże kontrolne i magazyny paliwa. Mężczyzna na ziemi wskazał im miejsce do lądowania za pomocą świecących pałeczek. Po chwili na spotkanie wyjechał im humvee1. Apache oddaliły się i nabrały wysokości, kierując się z powrotem na pole bitwy.

Britton pokręcił głową, kiedy przypomniał sobie, jak pokrzykiwał na Cheathama obok szpitalnego łóżka Dawesa.

Może przewiozą pana do tej tajnej bazy i przeszkolą!

Nie ma żadnej tajnej bazy! Nie wierz w tę cholerną teorię spiskową!

Kiedy koła blackhawka zetknęły się z asfaltem, humvee podjechał bliżej i Oscar Britton zdał sobie sprawę, że nie ma żadnej teorii spiskowej.

1 Terenowy samochód Armii Amerykańskiej, w wersji cywilnej znany jako Hummer (przyp. tłum.). [wróć]

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?

Inne książki tego autora