Punkt zapalnyTekst

Autor:Myke Cole
Z serii: Shadow Ops #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jeden ze szturmowców KON zaczepił się linką o występ na dachu i skierował karabinek w stronę dziewczyny. Spojrzała w jego kierunku i wyrzuciła z siebie płomienie, które uformowały trzy kolejne ludzkie postacie. Żywiołaki ruszyły w jego kierunku, wymachując migoczącymi pięściami. Żołnierz wrzasnął, kiedy jego hełm się stopił, pokrywa pancerza zwęgliła, a znajdujące się pod nią ceramiczne płytki rozgrzały do białości. Young i Hertzog skierowali w ich stronę gaśnice, pokrywając żywiołaki pianą. Istoty nie zrezygnowały z ataku na żołnierza, paląc go, mimo że same zaczęły znikać na skutek działania ognioodpornych chemikaliów.

Dobry Boże, pomyślał Britton. To wina dziewczyny. Jeśli jej nie zatrzymam, spali cały zespół.

W końcu zdołał poradzić sobie z pasami i wypadł ze śmigłowca. Uderzył przy tym ramieniem o dach z taką siłą, że aż zagrzechotały mu zęby. Wycelował pistolet w dziewczynę i nacisnął spust, w tym samym momencie na drodze pocisku stanął kamienny żywiołak. Kula z gwizdem odbiła się od skały.

Bezkształtna głowa odwróciła się w jego stronę. Britton odskoczył w bok, ale przez to tylko znalazł się w rękach żywiołaka, który przycisnął go do dachu. Britton upuścił pistolet i zaczął rozpaczliwie łapać oddech, pracując klatką piersiową niczym miechem. Jego pole widzenia zaczynało się rozmywać.

Buty Arlekina uderzyły o dach z głuchym łoskotem.

Aeromanta uniósł ramiona, wokół których zmaterializowały się ciemne chmury pulsujące złowrogą elektrycznością. Błyskawica wystrzeliła oszałamiającym łukiem, odrywając głowę żywiołaka i chybiając Brittona o cale. Prąd przeszedł wzdłuż rąk istoty, uziemiając się na żwirze, przez co dowódca poczuł tylko lekkie mrowienie. Skała uniosła się wyżej, formując nową głowę, a żywiołak odwrócił się w kierunku nowego zagrożenia, uwalniając Brittona, który zassał gwałtownie powietrze, chwytając się za zmaltretowaną pierś.

Jeden z żywiołaków powietrza, którego przybliżony ludzki kształt opisywał wirujący pył, przeskoczył śmigłowiec i ruszył w ich stronę. Arlekin wyciągnął rękę i przyciągnął do siebie istotę, pozbawiając ją kształtów i mocy oraz sypiąc dookoła pustymi łuskami, które wcześniej wirowały w wietrznym leju.

— Masz u mnie dług, poruczniku — powiedział, kiedy Britton zdołał się w końcu podnieść i chwycić pistolet. — Mówiłem, że znajdziecie się tylko w polu rażenia.

Wyskoczył w górę, odwrócił się w stronę dziewczyny, ale zaraz pochwycił go inny żywiołak powietrza, który uformował się z wirującego leja. Arlekin znalazł się w jego środku, klnąc, obijany żwirem porwanym przez istotę. Żywiołak skurczył się, obracając aeromantą aż do zawrotów głowy, po czym obaj znikli za krawędzią dachu.

Kamienny żywiołak, odzyskawszy swoją głowę, ruszył z impetem na pozostałych członków zespołu szturmowego, którzy walczyli z małą armią innych żywiołaków. Goodman skierowała w jego stronę swój karabin maszynowy i posłała serię wielkokalibrowych pocisków, które wyrwały w korpusie istoty solidną dziurę, niemal rozrywając ją na pół. Żywiołak zakołysał się i zatrzymał. Pochylił głowę, a płynny kamień zaczął zamykać otwór. Goodman zaklęła i się wycofała.

Należący do KON śmigłowiec opadł niżej. Na płozie balansował piromanta, płonąca ludzka pochodnia. Drugi szturmowiec KON stał po przeciwnej stronie maszyny, osłaniając się przed magicznymi płomieniami w chłodnym nocnym powietrzu. Britton usiłował odnaleźć wzrokiem dziewczynę, ale tocząca się między napastnikiem a szturmowcem walka zasłoniła mu cel.

Dam radę, pomyślał. To nie dziewczyna, to zwykły potwór.

Kiedy jednak okrążył dziób śmigłowca, trzymając przed sobą pistolet, zobaczył tylko nastolatkę z makijażem rozmytym przez łzy. Wyglądała na przerażoną, nawet kiedy starała się utrzymać moc magii.

Szturmowiec KON leżał martwy, uwięziony w stopionym pancerzu. Chłopak siedział oparty o metalowe drzwi i miotał się, wyrzucając z siebie przypadkowe płomienie. Jego pierś i brzuch były poszarpanym sitem ran wlotowych. Dziewczyna stała obok niego i łkała.

Britton przykląkł, patrząc wzdłuż lufy i wstrzymując oddech.

Dasz radę, powiedział sobie. Musisz to zrobić.

Wystrzelił podręcznikowo, naciskając spust bez przewidywania spodziewanego odrzutu, pozwalając broni swobodnie wypalić.

Ale nie zdołał tego zrobić. W ostatnim ułamku sekundy zmienił trajektorię. Pocisk odbił w lewo i w dół, trafiając dziewczynę w bok i zakręcając nią.

Britton poczuł silne uderzenie w ramię i poleciał do przodu, zdzierając sobie skórę z nosa. Przetoczył się na plecy, strzelając jeszcze dwukrotnie w kierunku kolejnego unoszącego pięść skalnego żywiołaka. Pociski zrykoszetowały od jego piersi, sypiąc iskry. Britton spróbował ponownie się przetoczyć, wiedząc podświadomie, że to nic nie da. Pozostało mu czekać na cios, który zmiażdży mu czaszkę.

Ale uderzenie nie nadeszło. Britton otworzył oczy i zobaczył, że żywiołak rozpada się w stertę żwiru, która obsypała mu buty. Oswobodził stopy kilkoma kopniakami i dostrzegł, że pozostali szturmowcy rozglądają się ze zdumieniem w reakcji na nagłe zniknięcie atakujących istot.

Wówczas dotarł do nich wrzask.

Dawes wymachiwał rękami, płonąc jasno. Jego karabinek zmienił się w stopiony kawał metalu. Young pokrył go pianą, klnąc na czym świat stoi, po czym przeciągnął go za nogę w kałużę deszczówki. Britton pobiegł do swojej kiowy w poszukiwaniu apteczki. Po drodze minął się z Cheathamem, który zdołał się oswobodzić z pasów i już trzymał ją w rękach. W ciągu krótkiej chwili ogień został ugaszony i Britton z Cheathamem przyklękli przy Dawesie, pokrywając rany żelem przeciwko oparzeniom.

Arlekin, który zdołał zakończyć swoją walkę z żywiołakiem powietrza, wrócił na dach i wylądował tuż obok. Wyciągnął ręce w kierunku chłopaka i płomienie znikły, kiedy przestała działać magia piromanty.

Britton popatrzył na Dawesa. Był ranny, ale nie śmiertelnie.

— Co się stało z dziewczyną? — zawołał Britton do Younga. Starszy sierżant wskazał metalowe drzwi prowadzące do szkoły, teraz posiekane kulami.

Może ona wciąż żyje, pomyślał. Muszę się do niej dostać przed Arlekinem.

— Chodź ze mną — polecił, biegnąc w kierunku drzwi. — Ustabilizujcie stan Dawesa — rozkazał pozostałym.

— Zaczekaj — zawołał Arlekin. — Nie mogę pomóc, dopóki tłumię działanie tego gówna. Zabezpieczę to i potem ją wykurzę.

Nie ma mowy, pomyślał Britton. Nie pozwolę ci jej zabić.

— Dostała kulkę w brzuch, sir. Jej armia żywiołaków już się rozproszyła — powiedział, zmierzając ku drzwiom z Youngiem. — Jeśli jeszcze żyje, z pewnością nie jest zdolna do walki z nami. — Jeśli istniała jakakolwiek szansa na wyciągnięcie jej z tego żywej, nie mogli tracić więcej czasu. — Użyj granatu błyskowego — polecił Youngowi. — Na wszelki wypadek.

Young skinął głową. Britton położył dłoń na klamce, która nie stawiła żadnego oporu, nadal zimna. Young wyszarpnął granat błyskowy z kamizelki i rzucił za drzwi. Granat potoczył się z klekotem po stopniach schodów i obaj mężczyźni odwrócili się od oślepiającego błysku.

— Tempo! Tempo! — krzyknął Britton. Kopnął drzwi i wyciągnął przed siebie pistolet, osłaniając Younga, który wpadł do środka z gotowym do strzału karabinkiem.

Stopnie splamione były krwią, która tworzyła kleiste plamy na betonie. Dziewczyna schowała się za białą ścianką, dysząc ciężko. Zaciskała dłoń na biodrze, z którego kula wyrwała solidny kawałek. Czarna spódniczka przykleiła się jej do uda. Britton jeszcze nigdy dotąd nie widział tyle krwi.

— Zabezpieczaj ją — rozkazał, podchodząc bliżej. Pojękiwała słabo, na wpół przytomna. — Dan! — zawołał do mikrofonu. — Dziewczyna jest ciężko ranna. Wyprowadzam ją. Będę potrzebował bandaża elastycznego i tony gazy. I proszku na rany, o ile go mamy.

Śmigłowiec KON wylądował w tym samym momencie, kiedy Britton wyprowadził dziewczynę. Goodman i Cheatham przejęli ją od niego, a Britton ruszył w stronę Dawesa. Jeden ze szturmowców KON podbiegł do śmigłowca i wrócił z kocem ogrzewającym. Young pomógł Brittonowi ostrożnie przenieść Dawesa do maszyny.

— Wszystko będzie dobrze, bracie — powiedział dowódca. — Wyjdziesz z tego.

Dawes jęknął, poruszając nietkniętą stroną ust. Druga połowa jego twarzy była zrujnowana.

Nastoletni piromanta zmarł na skutek odniesionych ran i jego niewidzące oczy wpatrywały się w dal.

Britton przełknął ślinę i pomógł ułożyć Dawesa w kiowie. Odwrócił się do rannej elementalistki.

— Dan, jak ona się trzy…

Przerwał mu huk wystrzału.

Ledwie się zorientował, co się wydarzyło, kiedy szturmowiec zakrywał ją już kocem. Lufa pistoletu Arlekina jeszcze dymiła.

— Ty sukinsynu! — krzyknął Britton i rzucił się na mężczyznę. Szturmowiec KON stanął mu na drodze i odepchnął go.

— Reguły wejścia do walki są jasne, poruczniku — oświadczył Arlekin. — To zakazaniec. Zaatakowała agenta rządowego. Teraz nie żyje. Koniec historii. Później wrócimy do twojej próby podniesienia ręki na wyższego rangą oficera.

— Ty draniu! — krzyknął Britton. — Ona była ranna! Nie stanowiła żadnego zagrożenia!

— To zakazaniec — odparował Arlekin. — Obecnie martwa. Uspokój się, do jasnej cholery, poruczniku, twoi ludzie patrzą.

Britton się rozejrzał. Wszyscy członkowie zespołu byli pokryci ranami i poparzeniami. Goodman wyglądała kiepsko, Young był blady jak ściana.

— Sir. — Cheatham położył mu dłoń na ramieniu. — Dawes potrzebuje pomocy. Musimy go stąd zabrać.

Britton pokiwał głową. Dziewczyna nie żyła, Dawes wciąż miał szansę. On był teraz ważniejszy.

— DOT — powiedział Arlekin do mikrofonu. — Tutaj Aero-1. Oddział pomyślnie załatwił sprawę. Dwóch wrogów wyeliminowanych. Zostawiam jednego do posprzątania. Drugi to potwierdzony zakazaniec i KON zajmie się ciałem.

 

— Nie masz zgody, Arlekin. Będziemy potrzebowali wszystkich ciał do dalszej analizy — odpowiedział dowódca.

— Przykro mi, sir — rzucił Arlekin, choć wcale nie brzmiał tak, jakby było mu przykro. — Reguły są jasne. Mamy zabrać ze sobą ciało każdego zakazańca. Jeśli ma pan coś przeciwko, proszę się zwrócić do swojego przełożonego. Póki co zamierzam wypełnić otrzymane rozkazy.

Krótka pauza.

— Przyjąłem — warknął w końcu dowódca, wyraźnie wściekły. — Jaki stan oddziału?

— Oddział KON ma jednego zabitego — odrzekł Arlekin. — Oddział wsparcia ma jednego rannego i jeden zniszczony śmigłowiec. Może pan również wysłać na górę strażaków, zanim usmaży się wszystko, co zostało z kiowy. Nadal mają szansę uratować tę szkołę. — Arlekin rozejrzał się pośród rosnących płomieni. Walka zakończyła się stosunkowo szybko, ale pożar rozprzestrzeniał się mimo środków gaśniczych rozlanych na dachu. — Nie ma się czym przejmować, sir — dodał, wyciągając rękę w stronę dziewczyny. — Śmigłowiec KON zabierze cały oddział i dostarczy rannego do szpitala.

Arlekin wziął na ręce owinięte ciało dziewczyny.

— Spotkamy się na ziemi — rzucił i skoczył w górę.

Upchnęli dziesięć osób w maszynie przeznaczonej dla sześciu, tłocząc się w otwartej kabinie i trzymając Dawesa nad głowami. Britton zadrżał w reakcji na zapach spalonego mięsa.

Byłem jego dowódcą. To ja jestem za to odpowiedzialny. Arlekin ostrzegał, byśmy trzymali się z daleka.

Po co w ogóle tu przyleciał? I tak nie mógł uratować tych dzieciaków. To była bezsensowna decyzja.

Kiowa zakołysała się pod dodatkowym obciążeniem, okrążając płonący budynek i opadając w kierunku szpitala polowego wśród przyczep.

— Pieprzona elementalistka — mruknął piromanta. Jego mundur był w nienagannym stanie, żaden z kruczoczarnych włosów nie zmienił swojego pierwotnego położenia. Nie licząc lekkiego zapachu dymu, nie było ani śladu płomieni, które wcześniej spowijały jego ciało. — Pieprzony zakazaniec.

— To był tylko dzieciak — powiedział Britton.

— W takim razie powinna była się poddać. A uciekła. Stała się buntowniczką.

Britton poczuł przechodzący po ciele dreszcz, kiedy przypomniał sobie huk tego jednego strzału.

— Taak, dopiero co widziałem, jak traktujesz zakazańców, którzy zostali poskromieni. Czy zachowałbyś się inaczej, gdyby ona się poddała?

Piromanta popatrzył na Brittona, jakby zobaczył robaka.

— Z całym szacunkiem, sir — wypluł to ostatnie słowo. — Buntownicy, tacy jak ona, skrzywdzili dużo więcej dzieciaków niż my. Znała obowiązujące prawo. Miała wybór. Zasłużyła na to, co się jej przytrafiło. Zabiła jednego z naszych ludzi i zraniła jednego z pańskich.

— To chłopak zranił mojego człowieka, nie ona. Chryste. Każdy może w każdej chwili stać się obdarzonym. Ona nie dokonała takiego wyboru. Ale Arlekin i tak strzelił jej w głowę, mimo że leżała bezbronna na ziemi. Co jest z wami nie tak, do kurwy nędzy?

Piromanta wzruszył ramionami.

— Reguły wejścia do walki. To fundament w tym biznesie. Może powinien je pan wykuć na pamięć i przekonać się, że należy się ich trzymać.

Britton nie chciał, żeby do tamtego należało ostatnie słowo.

— Mimo wszystko te dzieciaki poradziły sobie całkiem nieźle, zważywszy na to, że nie przeszły nawet krótkiego szkolenia, a wy zarabiacie tym na chleb.

Mężczyzna ponownie wzruszył ramionami.

— Nie jest trudno zademonstrować wielką magiczną moc, kiedy się nad nią nie panuje. Ale przedstawienia nie pozwolą wygrać bitew. Umiejętności pokonują wolę, za każdym razem.

Wojskowy szpital polowy został zorganizowany w przyczepie zaparkowanej przy budynku szkoły. Na jej lśniącej, białej powierzchni odbijał się blask ognia i czerwone smugi świateł wozów straży pożarnej z Burlington.

Za policyjnym kordonem zgromadził się tłum protestujących, ale byli zbyt daleko od Brittona, by zdołał określić, czy mają do czynienia z anarchistami, chrześcijańskimi konserwatystami czy ekologami. Nad policyjnymi radiowozami dostrzegł rozciągnięte transparenty: Magia=Szatan!, Prezydent Walsh i Syjoniści szkolą oddziały w tajnych ośrodkach!, Zamknąć tajne bazy!, Gobliny istnieją naprawdę! Dlaczego rząd nie mówi nam prawdy o magicznych istotach?

Z przyczepy szpitala polowego wyszła wojskowa pielęgniarka, pchając przed sobą nosze na kółkach. Britton i Young położyli na nich Dawesa, kuląc się podświadomie, kiedy usłyszeli jego krzyk.

— Co się stało? — zapytała kobieta.

— Usmażyła go buntowniczka-piromanta — odparł Britton.

— To jego szczęśliwy dzień — oznajmiła. — Mamy ze sobą specjalistę od poparzeń z KON. — Machnęła ręką na kapitana KON, który wychodził z przyczepy. Mężczyzna przesunął dłonie nad ranami Dawesa. Wokół uformowały się kropelki wody, które mgiełką opadały na popaloną skórę. Ostra czerwień zaczęła ustępować.

Dawes otworzył oczy i utkwił wzrok na odznace wpiętej w klapę ubrania hydromanty.

— Nie! — pisnął. — Niech pan mu nie pozwoli mnie skrzywdzić, sir! — Wbił wzrok w Younga i Brittona. — Niech nie rzuca na mnie żadnych zaklęć! Chcę prawdziwego lekarza!

Hydromanta zacisnął zęby, ale nie przestawał pracować. Obłoczki pary uniosły w powietrze zapach spalonego mięsa.

— To wszystko, co mogę zrobić bez pomocy fizjomanty, a tutaj takim nie dysponujemy. Zabierzcie go do środka.

Sanitariusz pomógł pielęgniarce podnieść nosze, przewiózł je szybko po platformie wjazdowej przyczepy i zatrzasnął za sobą drzwi.

Hydromanta odwrócił się, by odejść, ale Britton złapał go za rękaw.

— Jak on się trzyma?

Tamten popatrzył na niego z taką samą pogardą, jaką wyraził wcześniej piromanta w śmigłowcu.

— Proszę, sir — nalegał Britton. — Nie mogę go stracić.

Bo dziś już straciłem dwoje dzieciaków.

Spojrzenie hydromanty zmiękło.

— Poparzenia niebezpiecznie wysuszyły jego skórę. Nawilżyłem najbardziej uszkodzone miejsca i zdołałem o kilka stopni obniżyć temperaturę ciała. To powinno dać mu fory. Mimo to będzie jednak musiał normalnie się leczyć, a chyba nie muszę wspominać, jak trudno leczy się takie poparzenia.

Odwrócił się, ale Britton ponownie chwycił go za rękaw.

— Dziękuję, sir.

Hydromanta skinął głową i oswobodził rękę.

— Wrócę do środka, poruczniku. Być może uda mi się coś jeszcze dla niego zrobić.

Britton ruszył w stronę swojego zespołu, ale drogę zagrodził mu Arlekin, który już przekazał dalej ciało dziewczyny.

— Jak tam twój chłopak? — zapytał.

— Nic mu nie będzie, sir — odparł krótko Britton.

— Z pewnością wszystko będzie dobrze, poruczniku. Mamy tam w końcu specjalistę KON od tego typu spraw. Miał kupę szczęścia. Ty też miałeś szczęście, że na drodze między tobą i tym żywiołakiem pojawił się aeromanta.

Britton poczuł narastającą złość, ale obserwowali go jego ludzie. Okazywanie dumy niczego dobrego by ich teraz nie nauczyło. Arlekin był arogancki, ale nie można było nie przyznać mu racji. Sprawą morderstwa zajmie się sąd wojskowy.

— Tak jest, sir — rzucił, starając się nie okazywać goryczy. — Doceniam to.

— Możesz okazać swoje uznanie, pisząc raport po akcji. — Arlekin podał mu plik kartek. — Ja muszę wziąć udział w konferencji prasowej.

To już było zbyt wiele dla Brittona.

— Gdzie mam wpisać informacje o zabiciu bezbronnego jeńca?

Arlekin uśmiechnął się przebiegle.

— Gdzie tylko chcesz. Poradzę sobie z raportem dotyczącym zakazańca, wobec którego zastosowano zatwierdzone reguły wejścia do walki. Mogę cię również załatwić za próbę zaatakowania wyższego rangą oficera.

Britton zrobił krok do przodu, aż ich mundury się zetknęły.

— Śmiało. Nic mnie tak nie uszczęśliwi, jak powiedzenie prawdy w sądzie wojskowym. Przy okazji będzie pan musiał również załatwić moich ludzi, bo też byli świadkami tego wszystkiego.

— Nie jesteś zbyt bystry, co? Będziesz miał swoje pięć minut w sądzie. Zapewniam jednak, że wśród pięciu służb bojowych nie znajdzie się nikt, kto zechce oskarżyć oficera KON o zabicie zakazańca. Równie dobrze możesz stoczyć kampanię o prawa dla karaluchów, cholerny idioto. Ona stawiła opór. Gdyby się poddała, nie byłaby teraz martwa.

— Jako zakazaniec?

Arlekin westchnął i docisnął papiery do piersi Brittona.

— Nie zapominaj: dwoje buntowników stosujących czarną magię podczas legalnie zorganizowanego szturmu KON. Oboje mieli szansę się poddać.

— Dostali na to trzydzieści sekund. A ja widziałem jedną elementalistkę i jednego piromantę. Pan zgłosił do DOT, że tylko jedno z nich jest potwierdzonym zakazańcem i zabrał tylko jedno ciało.

— Kiedy ktoś taki ucieka, mamy do czynienia z czarną magią. Możesz napisać ten raport jak tylko ci się podoba, ale gwarantuję, że opinia publiczna będzie miała na to zupełnie inne spojrzenie.

— Przygotuję kopie. Ludzie się dowiedzą, co się wydarzyło tam na górze.

— Owszem, poruczniku, dowiedzą się. I gówno ich to będzie obchodziło. A to dlatego, że w przeciwieństwie do ciebie, oni wiedzą, którzy należą do tych dobrych.

Britton odprowadził odchodzącego Arlekina wzrokiem, powstrzymując się od kolejnej riposty. W końcu odwrócił się do swoich ludzi.

— Dan, zbierz chłopaków i sprawdźcie cały sprzęt. Ja zgłoszę się do DOT i napiszę ten cholerny raport. I zamierzam tam umieścić to, co widziałem, niezależnie od tego, co twierdzi ten popapraniec. Chcę, żeby wszyscy się pod tym podpisali. Ale nie naciskam, podpiszecie, jeśli uznacie to za stosowne.

Cheatham skinął głową.

— On ma rację, sir. To niczego nie da, dobrze pan o tym wie.

Britton zamknął oczy i zacisnął zęby.

— Tak, Dan. Wiem o tym.

— Dawes się z tego wyliże — dodał Cheatham. — Hightide to najlepszy specjalista od poparzeń, jakiego widziałem. Byłem wcześniej w szpitalu polowym w Bagdadzie.

— Obaj dobrze wiemy, że Hightide siedzi tam tylko na wypadek, gdyby coś się przytrafiło ich ludziom.

Cheatham wzruszył ramionami.

— To niczego nie zmienia, sir.

— Gdyby ci z KON naprawdę chcieli pomóc, przysłaliby fizjomantę, żeby naprawił mu twarz. To będzie dla niego najtrudniejsze.

— Bez wątpienia, ale o fizjomantę nadal trudno, sir. Już od dawna nie widziałem uzdrowiciela w sto pięćdziesiątej ósmej.

— Złożę później wniosek o leczenie przy pomocy fizjomanty.

Cheatham pokręcił głową.

— Kolejka będzie długa, sir.

Britton wiedział, że Cheatham nie żartuje. Fizjomancja była rzadkim talentem. Britton potrząsnął głową, poczuł, że adrenalina ustępuje miejsca wyczerpaniu. Dziewczyna nie żyła, a świat trwał dalej. Ciężkie położenie Dawesa zwiększało tylko poczucie klęski.

— Wiem, że tam na górze zrobił pan wszystko, co możliwe — dodał Cheatham. — Służyłem pod wieloma oficerami w swojej karierze i nawet najlepszym zdarzało się stracić ludzi. Dawes zgłosił się do szturmu z powietrza, tak samo jak wszyscy pozostali. Znał ryzyko, które się z tym wiąże.

Britton milczał. Wiedział, że chorąży ma rację, ale na razie trudno było mu to wszystko przetrawić.

— Ta dziewczyna, Dan — powiedział w końcu. — Nie wierzę, że tak się to potoczyło.

Cheatham skinął głową.

— Wiem, że to niełatwe, sir. Nie twierdzę, że jest inaczej. Ale zakazańcy to zakazańcy, a reguły wejścia do walki są jasne. Wie pan dobrze, że trzymam pana stronę, doceniam to, co zrobił pan na tym dachu i co robi teraz, ale ona była martwa już w momencie, kiedy ściągnęła w dół naszą kiowę. Jednak to wszystko wcale nie oznacza, że on nie jest dupkiem. — Cheatham wskazał kciukiem Arlekina, który stał przy kiowie i beształ swojego szturmowca, którego magia nie okazała się dotąd na tyle silna, by mógł jej skutecznie używać. Zgodnie z prawem mężczyzna nadal służył w Korpusie, ale nigdy nie zostanie magiem i utknie w kadrze zbrojmistrzów, administratorów i pomocników KON.

— Biedaczysko — mruknął Britton. — Szkoda, że musi się męczyć z takim draniem, jak Arlekin. Facet wykonuje robotę piechociarza, nie mając odpowiedniej odznaki.

— Albo braterstwa piechociarzy — powiedział Cheatham.

— Taak — Britton pokiwał głową. — Masz rację, Dan.

— Oczywiście, że mam, sir, dlatego mnie panu przydzielono. Ktoś w zespole musi wiedzieć, co się, do cholery, dzieje.

 

Britton klepnął go w ramię, doceniając fakt, że Cheatham próbuje go bezskutecznie rozweselić.

— Dobra, chodźmy zademonstrować odrobinę tego braterstwa. Zostanę przy łóżku Dawesa.

Cheatham skinął głową.

— To oznacza, że wszyscy zostajemy.

Inne książki tego autora