Twierdza Izrael

Tekst
Z serii: Historia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Dedykacja

Mapka. Izrael i jego sąsiedzi

PROLOG Morderstwo w Teheranie

ROZDZIAŁ 1 Ben Gurion: Narodziny militaryzmu

ROZDZIAŁ 2 Zniszczenie drugiego premiera Izraela

ROZDZIAŁ 3 Kryzys sueski: Ben Gurion rusza na wojnę

ROZDZIAŁ 4 Izrael jako „detonator”

ROZDZIAŁ 5 Wzlot generałów

ROZDZIAŁ 6 Wojna sześciodniowa: Wojskowi podnoszą bunt

ROZDZIAŁ 7 Wojna jako polityka: Naser i OWP

ROZDZIAŁ 8 Wysoka cena militaryzmu: Jom Kipur

ROZDZIAŁ 9 Rabin: od generała do premiera

ROZDZIAŁ 10 Begin: Pokój jako droga do wojny

ROZDZIAŁ 11 Izraelski Cezar: Szaron w Libanie

ROZDZIAŁ 12 W obronie elity rządzącej

ROZDZIAŁ 13 Intifada: Przebudzenie odwiecznego wroga

ROZDZIAŁ 14 Strategia pokojowa: Nowe oblicze Icchaka

ROZDZIAŁ 15 Oslo: Nieufni generałowie walczą o pokój

ROZDZIAŁ 16 Bibi przeciwko elicie wojskowej

ROZDZIAŁ 17 Barak: Arogancja władzy

ROZDZIAŁ 18 Szaron: Ostatnia kampania przeciwko Arafatowi

ROZDZIAŁ 19 Desperackie środki: Zabójstwo sparaliżowanego kaznodziei

ROZDZIAŁ 20 Olmert: Cofnąć Liban o dwadzieścia lat

ROZDZIAŁ 21 Wojna (z Syrią), wojna (z Gazą), wojna (z Iranem?)

Fotografie

Podziękowania

Przypisy

Pamięci

Michaela Timberlake’a Tylera

i Einat Tabori


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PROLOG
Morderstwo w Teheranie

Teherański ruch uliczny jest legendarny. Taksówkarze w stolicy Iranu znani są z tego, że sięgają po broń, by wymusić pierwszeństwo przejazdu. Korki i chaos są wszechobecne. Spóźniają się przez nie nawet ajatollahowie.

Tak więc ważni naukowcy z irańskiego establishmentu wojskowego, tacy jak Dariusz Rezaejnedżad, inżynier zbrojeniowy, i Mostafa Ahmadi Roszan, wicedyrektor zakładów wzbogacania uranu w Natanzu, zmuszeni byli tkwić w codziennych korkach jak każdy. To narażało ich na niebezpieczeństwo.

Trzydziestopięcioletni Rezaejnedżad mógł uchodzić za bankiera lub duchownego. Miał zaokrągloną, pulchną twarz, a pod szerokim czołem ciemne oczy, młodzieńcze i bystre, które spoglądały zza okularów w prostokątnych oprawkach nadających mu wygląd człowieka doświadczonego. Jego kompetencje naukowe obejmowały projektowanie ultraszybkich przełączników, które mogą mieć zastosowanie w precyzyjnie synchronizowanych eksplozjach wyzwalających wybuchy jądrowe.

Jego kolega, trzydziestodwuletni Roszan, był jednym z najmłodszych naukowców w irańskim programie rozwoju technologii nuklearnych na potrzeby energetyki, medycyny i – gdyby tak zadecydowali przywódcy kraju – armii, do budowy broni jądrowej.

Roszana nie było jeszcze na świecie, a Rezaejnedżad był ledwie raczkującym brzdącem, kiedy Iran ogarnęła rewolucja ajatollaha Ruhollaha Chomejniego i Ameryka stała się – dla rewolucyjnej młodzieży – Wielkim, Izrael zaś Małym Szatanem. Złocona kopuła mauzoleum Chomejniego wciąż lśni ponad chmurą pyłu i smogu okrywającą południowy Teheran, a krajowy program energetyki jądrowej ma szerokie poparcie młodych Irańczyków, którzy dorastali w cieniu sankcji Zachodu i dla których rozwój naukowy jest patriotycznym wyrazem osiągnięć narodu.

Rankiem 23 lipca 2011 roku Rezaejnedżad z żoną i czteroletnią córką wyjeżdżał właśnie spod swego domu przy ulicy Bani Haszem we wschodnim Teheranie. Według jednego z raportów odwoził córkę do przedszkola. Nagle nie wiadomo skąd pojawiło się dwóch motocyklistów. Jeden z nich błyskawicznie wyciągnął pistolet i otworzył ogień. Rezaejnedżad, uwięziony w małym sedanie, otrzymał śmiertelny postrzał w gardło na oczach przerażonej córki. Inna kula poważnie zraniła jego żonę. Chwilę potem było już po wszystkim. Motocykliści odjechali pędem. Rezaejnedżad osunął się martwy na fotel pasażera1.

Skutkiem tego zabójstwa pospiesznie wprowadzono nowe procedury bezpieczeństwa. Gdy sześć miesięcy później, 11 stycznia 2012 roku, Mostafa Ahmadi Roszan w porannym szczycie włączał się do ruchu, miał już przydzielonego ochroniarza. Jednak kiedy jego peugeot 405 kluczył spadzistymi uliczkami północnego Teheranu, pojawili się kolejni motocykliści. Jeden z nich minął samochód na tyle blisko, by móc przyczepić do karoserii minę magnetyczną. Motocykle oddaliły się pędem i nim Roszan zdał sobie sprawę z niebezpieczeństwa, mina eksplodowała, zabijając i jego, i ochroniarza.

W obu wypadkach rzucały się w oczy charakterystyczne cechy izraelskich zamachów: podjazd motocyklem, dwuosobowy zespół uderzeniowy znikający w ruchu ulicznym, wybór broni. W 1995 roku premier Icchak Rabin zatwierdził niemal identyczną akcję na Malcie, w której zgładzono przywódcę Islamskiego Dżihadu.

Morderstwa Roszana i Rezaejnedżada sprawiały wrażenie najnowszych z serii nakazanych przez państwo zamachów, które przeprowadziły izraelskie służby wywiadowcze. Pewien były szef Mosadu mówił mi o tych zabójstwach tonem, który dawał do zrozumienia, że choć oficjalnie nie wolno mu przyznać, że stał za nimi Izrael, cały zachodni świat wie, że była to reakcja Izraela na nuklearne zagrożenie ze strony Iranu.

W dniu zamachu na Rezaejnedżada Tel Awiw utrącił pytania na temat udziału w nim państwa żydowskiego. „Izrael odmawia odpowiedzi”, oznajmił minister obrony Ehud Barak, uśmiechając się do dziennikarzy.

Barak, były premier i wielokrotnie odznaczony generał w stanie spoczynku, oświadczeniem tym wysłał izraelskim środkom masowego przekazu dobitny komunikat: rząd oczekuje, że media przekażą niejednoznaczne oficjalne stanowisko w kwestii zamachu w Teheranie, a niejednoznaczność tę w razie potrzeby wyegzekwuje cenzura wojskowa, potężna organizacja w obrębie sił zbrojnych podlegająca bezpośrednio Barakowi.

Co najmniej czterech innych irańskich naukowców zostało zabitych lub rannych w podobnych atakach. W listopadzie 2011 roku eksplodował magazyn pocisków i baza rakietowa czterdzieści kilometrów od Teheranu, wprawiając w drżenie szyby w oknach. Irańskie źródła oficjalne nazwały to wypadkiem, ale oświadczyły też, że w wybuchu poniósł śmierć najwyższej rangi irański specjalista od broni rakietowej, generał Hasan Tehrani Moghaddam, co natychmiast wzbudziło domysły, że to również było efektem tajnej akcji.

Szef sztabu Sił Obronnych Izraela, generał broni Benny Ganc, powiedział izraelskim parlamentarzystom na zamkniętym posiedzeniu, że w Iranie będzie nadal dochodziło do „nienaturalnych” wydarzeń. Stwierdził, że rok 2012 będzie „krytycznym rokiem”, o ile Iran nie zaprzestanie „nuklearyzacji”1.

Zachodnie stolice ogarnęła panika wojenna.

Kraje europejskie, żądające od Iranu dowodu, iż nie prowadzi potajemnego programu budowy broni jądrowej, zaostrzyły sankcje na eksport irańskiej ropy naftowej w nadziei, że zmuszą tym rząd w Teheranie, aby wrócił do stołu rokowań, i nie dopuszczą, aby izraelskie siły zbrojne zniweczyły trwające właśnie międzynarodowe zabiegi dyplomatyczne, rozpętując niszczycielską wojnę na Bliskim Wschodzie.

W Izraelu operacje skrytobójcze zatwierdza premier, najwyższy autorytet prawny, gdy chodzi o zgładzenie człowieka z wykorzystaniem jednostek specjalnych wojska lub służb wywiadowczych. W tym wypadku decyzja o zabójstwie Rezaejnedżada, a później Roszana, należałaby do Benjamina Netanjahu, który objął urząd premiera w lutym 2009 roku z nader czarną wizją zagrożenia ze strony Iranu.

 

Wkrótce po wygranych wyborach Netanjahu oświadczył pewnemu amerykańskiemu dziennikarzowi: „Nie byłoby dobrze, gdyby mesjanistyczny, apokaliptyczny kult miał do dyspozycji bomby atomowe”, a zatem najwyższy czas zrobić coś z Iranem. Niezależnie od tego, w wywiadzie przeprowadzonym na potrzeby tej książki, Barak powiedział mi, że postrzega irańskie zagrożenie w kontekście globalnym: „Nie wyobrażam sobie stabilnej sytuacji na świecie, jeśli Iran stanie się mocarstwem nuklearnym”.

Netanjahu wkrótce powiadomił nową administrację prezydenta Baracka Obamy – a wręcz cały świat – że jest gotów na wszystko, by nie dopuścić, żeby Iran wszedł w posiadanie broni jądrowej, co w domyśle miało oznaczać, że dokona interwencji zbrojnej, aby zniszczyć lub uszkodzić irański kompleks nuklearny, jeśli sankcje i inne środki nacisku nie odniosą pożądanego skutku.

„Od zarania ery atomowej nie mieliśmy do czynienia z fanatycznym reżimem, który mógłby wynieść swój zapał religijny ponad interes własny”, ostrzegał Netanjahu. „Ludzie twierdzą, że oni [Irańczycy] będą zachowywać się jak każde inne mocarstwo nuklearne. Czy można podjąć to ryzyko?”, pytał2.

Rok po objęciu urzędu przez Netanjahu nie ulegało wątpliwości, że państwo żydowskie nasila potajemne działania wojenne – kampanię sabotażu, zastraszania i zabójstw – przeciwko Iranowi. Minie nieco czasu, nim wyjdą na jaw wszystkie szczegóły, ale ogólne zarysy kampanii były jasne: Izrael likwidował najlepszych irańskich naukowców – takich jak Rezaejnedżad, Roszan i inni – a także brał na cel wojskowe i przemysłowe obiekty związane z programem nuklearnym2.

Netanjahu i Barak wywodzili się z przeciwnych krańców spektrum politycznego, jednak stali się bliskimi sprzymierzeńcami i zagorzałymi orędownikami nieustannej presji militarnej na Iran – a nawet wojny, gdyby okazało się to konieczne – żeby powstrzymać Teheran przed wejściem do grona państw dysponujących bronią jądrową. Ich sojusz był wyrazem wspólnej wiary, że działania zbrojne są skuteczniejsze niż dyplomacja czy negocjacje, których obaj nie cenili zbyt wysoko.

Niewielu ludzi na Zachodzie wiedziało, że Netanjahu służył pod rozkazami Baraka w armii w czasie, kiedy tożsamość tego ostatniego stanowiła tajemnicę państwową. Jako dowódca elitarnego oddziału Sajeret Matkal, czyli Jednostki Rozpoznawczej Sztabu Generalnego, wykonywał niektóre z najbardziej niebezpiecznych zadań szpiegowskich, ratowniczych i skrytobójczych. Benjamin Netanjahu wstąpił do „jednostki” w cieniu swego starszego brata, Jonatana, który w 1976 roku dowodził akcją w Entebbe w Ugandzie, mającą na celu uwolnienie pasażerów porwanego samolotu. Jonatan Netanjahu zginął w tej, skądinąd udanej, operacji ratunkowej, która wzbudziła podziw całego świata. Barak wygłosił mowę na jego pogrzebie, a kariera polityczna młodszego brata poczęła się w blasku heroizmu Jonatana i pod kierunkiem ich ojca, Bencijona Netanjahu, wybitnego przywódcy prawego skrzydła ruchu syjonistycznego.

Dla Netanjahu i Baraka, a także znacznej części izraelskiego establishmentu wojskowego, niewypowiedziana wojna z Iranem stanowiła główny element strategii narodowej. Wmówili oni sobie, że jeśli istnieje najmniejsze ryzyko zdobycia przez Iran broni nuklearnej, to ajatollahowie na pewno użyją jej przeciwko Izraelowi, by przynieść mu zagładę na miarę Holokaustu – być może nie natychmiast, ale nieuchronnie, i nawet jeśli powstrzymuje ich na razie groźba potężnego izraelskiego kontruderzenia, które uśmierciłoby miliony Irańczyków, samo istnienie tej bomby pozwoliłoby Iranowi skuteczniej zastraszać sąsiadów i skłoniłoby inne bliskowschodnie mocarstwa – Egipt, Turcję, Arabię Saudyjską – do zaopatrzenia się w broń jądrową.

W jednym z wywiadów Barak zapytał znacząco: „Jeśli nuklearny Iran upatrzy sobie i zajmie jakieś państwo nad Zatoką, to kto je wyzwoli? Stąd wniosek, że musimy zająć się tym problemem już teraz”3.

Barak powiedział mi, że ostrzegał senatora Obamę, kiedy był on jeszcze kandydatem na prezydenta, iż cywilizowany świat toczy „wielką historyczną walkę” przeciwko trojakim wyzwaniom: islamskiemu terroryzmowi, rozprzestrzenianiu broni nuklearnej i „państwom bandyckim”. Co do zagrożenia ze strony Iranu, powiedział: „Oświadczyłem Obamie zupełnie uczciwie, że nie wykluczamy żadnej możliwości, i należy rozumieć to dosłownie”.

Zdumiewające w tym wszystkim było to, że Iran być może wcale nie prowadził tajnych prac nad bronią jądrową. Amerykańskie i inne zachodnie służby wywiadowcze przekonane były, że najwyżsi przywódcy Iranu, w tym ajatollah Ali Chamenei, postanowili w 2003 roku, po amerykańskiej inwazji na Irak, wstrzymać prace nad projektowaniem i wytwarzaniem broni nuklearnej i zamiast tego skupić się na budowie reaktorów do produkcji energii elektrycznej oraz pierwiastków radioaktywnych dla celów medycznych i naukowych3.

Dla Netanjahu i Baraka ta zmiana, nawet jeśli była prawdziwa, stanowiła w najlepszym razie manewr taktyczny. Iran wzbogacał uran w ilościach, które dałyby mu dość materiału rozszczepialnego, aby mógł zeń uzyskać jeszcze czyściejszy uran 235, potrzebny do produkcji rdzeni bomb atomowych. Samo to, że Iran nie przechodził na kolejne etapy wzbogacania, nie oznaczało, że nigdy tego nie zrobi.

Jednak izraelski establishment wojskowy wydawał się ślepy na to, że jeśli Iran istotnie wstrzymał lub całkowicie zarzucił prace nad bombą atomową, ukryta wojna Izraela z Iranem była nadzwyczaj prowokacyjna i mogła przynieść skutki odwrotne do zamierzonych. Mogła nawet doprowadzić do tego, czemu miała zapobiec – do ponownego podjęcia przez Iran starań o broń nuklearną dla powstrzymania izraelskiej agresji.

Nastała nowa era niewypowiedzianej wojny, a Izrael dał się poznać jako jej najbieglejszy adept. Były szef izraelskiego wywiadu Awi Dichter chełpił się przed dziennikarzem: „Państwo Izrael zmieniło akcje likwidacyjne w formę sztuki. Zagraniczne delegacje, nie tylko z Ameryki, przybywają tu co tydzień, by uczyć się od nas”. Nazwał je „najbardziej podniecającym trendem” współczesnej wojny i zapewnił, że „ich skuteczność jest oszałamiająca, [a] precyzja godna podziwu”4.

Zbierając materiały do tej książki, rozmawiałem z dziesiątkami izraelskich generałów, szefów wywiadu, wysokich oficerów i czołowych polityków, z których wielu wyznawało wybitnie militarystyczne poglądy. Wedle ich teorii ludzkich zachowań najbardziej pesymistyczny scenariusz nie był jednym z kilku możliwych – był jedyną realną możliwością.

Zaskoczony stwierdziłem, że wielu oficerów w stanie spoczynku opowiada się za bardziej dyplomatycznym podejściem i żywi głębokie obawy, iż establishment wojskowy staje się zbyt bezkompromisowy, zbyt religijny i zbyt pogardliwie odnosi się do wszelkich konkurencyjnych instytucji, zwłaszcza optujących za dyplomacją i negocjacjami, które mogłyby podważyć słuszność światopoglądu lub narodowych priorytetów wojskowych.

Podobnie jak amerykański establishment obrony w czasach zimnej wojny miał skłonność do wyolbrzymiania zagrożenia ze strony Związku Radzieckiego, a prezydent Eisenhower zmagał się z wpływami, jak to nazywał, kompleksu militarno-przemysłowego, Izrael często sprawia wrażenie zdominowanego przez elitę wojskową i rozbudowaną biurokrację obronną, które są skrajnie nieufne wobec pokoju lub możliwości nawiązania kontaktów czy porozumienia ze światem arabskim i muzułmańskim. Ów stan rzeczy jest jednym z największych wyzwań dla zachodniej polityki na Bliskim Wschodzie.

W Izraelu establishment wojskowy jest instytucją darzoną największym zaufaniem spośród wszystkich w kraju. Cywilni przywódcy polityczni uzależnieni są od systemu wojskowego pod wszelkimi względami, od wsparcia personalnego począwszy, na zaleceniach politycznych skończywszy. Armia i służby wywiadowcze pochłaniają pokaźną część budżetu państwa, określają zagrożenia zewnętrzne i wewnętrzne, ustalają kierunki polityki, analizują własną działalność, zarządzają znaczną częścią gospodarki, kontrolują rozległe połacie ziemi i przestrzeni powietrznej oraz wywierają, poprzez cenzurę, olbrzymi wpływ na łączność i media informacyjne.

Izraelczycy traktują dowódców swoich sił zbrojnych, jakby byli politykami, niekiedy rywalizującymi z cywilnymi przywódcami rządu. Wielu uważa szefa sztabu Sił Obronnych Izraela za postać dorównującą pod względem władzy i wpływów samemu premierowi.

„Musi pan zrozumieć, że kręgi wojskowe w Izraelu są przede wszystkim związkiem zawodowym, są zainteresowane własnym przetrwaniem”, wyjaśnił mi Szlomo Gazit, emerytowany generał dywizji izraelskiej armii. Gazit był protegowanym Mosze Dajana, najsłynniejszego z izraelskich dowódców, a po wojnie Jom Kipur awansował na stanowisko dyrektora Amanu, czyli wywiadu wojskowego. Wychował się w systemie wojskowym skrajnie sceptycznym wobec możliwości negocjacji z Arabami. W roku 1977 zadawał wręcz pytanie, czy spektakularna podróż egipskiego prezydenta Anwara Sadata do Jerozolimy z propozycją pokojową nie jest w istocie sztuczką mającą zwieść Izrael przed kolejnym niespodziewanym atakiem.

Na późniejszym etapie życia jednak Gazit stał się niezmordowanym orędownikiem porozumienia, negocjacji i kompromisu z Arabami. W Izraelu „ilekroć porusza się jakiś problem, oczekuje się, że wojskowi go rozwiążą, oni zaś, będąc związkiem zawodowym, zawsze mówią, że rozwiązanie jest w zakresie naszych [kompetencji]”.

Brakuje, jak dodał, jakiejkolwiek silnej instytucji mogącej pełnić funkcję przeciwwagi.

„Mamy wybitnie słaby system polityczny, który nie jest w stanie przeciwstawić się wpływom wojskowych ani przedstawić alternatyw wobec ich rozwiązań”, wyjaśnił5.

Michael Herzog, generał brygady pochodzący z jednej z założycielskich rodzin kraju, który był szefem sztabu przy dwóch ministrach obrony, dodał: „Nie mamy tu amerykańskiej kultury. Wciąż tworzymy organy cywilne, na razie jednak całą kulturę procesów decyzyjnych kształtują kręgi wojskowe”6.

Poznałem Izrael jako korespondent „Washington Post” oraz „New York Timesa”. Gromadząc materiały do książki o amerykańskich prezydentach i ich relacjach z Bliskim Wschodem, spotykałem zaś licznych przedstawicieli izraelskich elit wojskowych i zafascynował mnie twardy realizm, z jakim patrzyli na świat, oraz otwartość, z jaką przyznawali, że armia zdominowała życie w Izraelu – kraju, w którym od sztabu generalnego oczekuje się, że wskaże drogę słabemu lub podzielonemu przywództwu politycznemu.

Jako Amerykanin nie mogłem nie dostrzec niesamowitej ambicji izraelskiego korpusu oficerskiego, aby nadawać ton, a nie podporządkowywać się bliskowschodniej polityce Stanów Zjednoczonych. Moja fascynacja tą klasą wojskową i jej wpływem na system polityczny Izraela stała się inspiracją dla tej książki – politycznej biografii elity rządzącej Izraela oraz zmilitaryzowanego społeczeństwa, które zapewnia jej byt.

Historia polityczna Izraela to dzieje współpracy, rywalizacji i zdrad w obrębie małej grupki mężczyzn i bardzo nielicznych kobiet ubiegających się o mandat do zagwarantowania państwu żydowskiemu wiecznego trwania. David Ben Gurion z kręgiem swych najbliższych współpracowników rozpoczął pierwsze zaciekłe debaty na temat pokoju z Arabami w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku; mając już państwo, spierali się o sens posiadania broni jądrowej oraz o to, jak zdobyć więcej ziemi i przenieść ewentualną wojnę na terytorium wroga. Spory te trwają do dziś, gdy synowie i następcy tych pierwszych współpracowników Ben Guriona, generałowie, których awansował, wspierał i na których wpływał, odziedziczyli Izrael jako bliskowschodnie supermocarstwo, ale supermocarstwo wciąż odizolowane i nieustannie szykujące się do wojny.

W kategoriach względnych czas dzielący obecne pokolenie izraelskich przywódców od Davida Ben Guriona nie jest zbyt długi. Pierwszy premier Izraela rządził niemal nieprzerwanie od roku 1948 do 1963, po czym przez następne lata, niemal do śmierci w roku 1973, podkopywał autorytet swych następców. Poza nim tylko jedenastu Izraelczyków pełniło funkcję premiera, a ponieważ nie da się wskazać jednej postaci, której kariera obejmowałaby całe dzieje Izraela, opowieść ta musi być, z konieczności, biografią pewnej klasy. Tym, co definiuje jej członków, jest rywalizacja o kontrolę nad programem bezpieczeństwa narodowego. Ten bowiem, kto da się poznać jako najznakomitszy strateg w kwestii bezpieczeństwa i przetrwania narodu, zyskuje największe zaufanie i lojalność Izraelczyków. Najbardziej pożądanym przez izraelskich polityków epitetem jest „Pan Bezpieczeństwo” – Mar Bitachon.

 

Moja opowieść opiera się na szerokim wachlarzu źródeł: odtajnionych dokumentach, prywatnych archiwach, wywiadach z członkami izraelskiej klasy rządzącej przeprowadzonych podczas moich wizyt w tym kraju w ostatnich sześciu latach, pamiętnikach oraz wtórnych materiałach z hebrajsko- i anglojęzycznej prasy.

Ogólny wniosek, do jakiego, jak sądzę, dojść musi każdy trzeźwy badacz, i który dogłębnie wyjaśniam tą opowieścią o niezwykłych ludziach, brzmi, że Izraelczycy, po sześćdziesięciu latach od utworzenia ich państwa, wciąż są narodem owładniętym pierwotnym wojowniczym impulsem, którego siła pozwala dojść do władzy kolejnym pokoleniom przywódców nie potrafiących posługiwać się dyplomacją jako środkiem alternatywnym wobec działań zbrojnych, zawsze gotowych do gwałtownej zmiany kursu wobec regionalnych rywali i dających posłuch planistom kreślącym pesymistyczne scenariusze, w których często rozdmuchują oni złożone lub niejasne wydarzenia do rozmiaru zagrożenia bytu państwa. Robią to, świadomie lub instynktownie, aby utrwalić system rządów, w którym polityka państwa jest zdominowana przez wojsko.

Jedyną drogą do zrozumienia początków tego wojowniczego impulsu jest przeniknięcie przez warstwy tajemnicy i mitów otaczających pierwsze dziesięciolecia izraelskiej państwowości, kiedy to następstwa II wojny światowej i Holokaustu, pospieszne wycofanie się Brytyjczyków z Palestyny oraz atak państw arabskich, którym powitały one ogłoszenie przez Izrael niepodległości w 1948 roku, głęboko przeistoczyły ruch syjonistyczny. Otwarcie archiwów jego przywództwa pozwala zrozumieć osobistą przemianę samego Ben Guriona, który w ciągu kilku lat wyzbył się wszelkiego romantyzmu, jaki żywił niegdyś co do możliwości porozumienia z Arabami, i opowiedział się za brutalnym militaryzmem pokolenia rodowitych Izraelczyków – sabrów – dążących do budowy potężnego, silnie zmilitaryzowanego państwa, które byłoby zdolne obronić się i rozszerzyć swe granice w drugiej i trzeciej rundzie wojny z Arabami, spełniając tym samym marzenie wielu syjonistów: państwo mogące pomieścić pięć do dziesięciu milionów Izraelczyków, z obfitymi zasobami wody, gruntami ornymi i nadającymi się do obrony granicami. Ben Gurion przez pół wieku był dominującą postacią ruchu syjonistycznego, przeprowadził Agencję Żydowską przez mroczne lata ludobójstwa w Europie i konflikty związane z wycofaniem się Brytyjczyków z Ziemi Świętej oraz niezgodą Arabów na podział Palestyny na dwa państwa – arabskie i żydowskie – jak przewidywał plan Organizacji Narodów Zjednoczonych. Dla Ben Guriona, ojca założyciela i pierwszego premiera Izraela, twarde stanowisko wobec Arabów okazało się nie tylko chwytliwą ideologią, ale także skuteczną polityką.

W centrum militarnej kultury Izraela stali sabrowie, klasa rodowitych Izraelczyków, którzy od maleńkości uczyli się stosowania przemocy wobec miejscowych Arabów, z którymi toczyli boje o prawa do ziemi i wypasu. Młodzi Izraelczycy, którzy osiągnęli pełnoletność podczas II wojny światowej, później tak dobrze spisali się w wojnie o niepodległość z lat 1948–1949, że potęga militarna stała się głównym przedmiotem zainteresowania całego pokolenia. We wrogim i niestabilnym regionie sabrowie postrzegali siebie jako twardych i samowystarczalnych bojowników, dla których dyskusje są mniej ważne niż czyny, a porozumienie z Arabami nie tak istotne jak zdobywanie celów i tworzenie faktów dokonanych. Ich archetypem był Mosze Dajan, jednooki generał, który stał się ulubionym oficerem Ben Guriona. Dajan, człowiek na wskroś świecki, zaczął walczyć z Arabami na pięści i noże jako nastolatek, a w późniejszym wieku, choć nie był religijny, czytał namiętnie Stary Testament, traktując go jako podręcznik wojny.

Sabra jest wytrzymałą odmianą opuncji, który porasta wybrzeża Morza Śródziemnego. Nazywanie się sabrami stało się popularne po II wojnie światowej, kiedy Żydzi urodzeni w przedpaństwowej Palestynie odczuli potrzebę odróżnienia się od masy ocalałych z Holokaustu i innych imigrantów napływających z Europy, Afryki Północnej, Iraku, Iranu, Jemenu i Maroka, w większości obcych dla syjonistycznych pionierów, którzy od dziesiątków lat uprawiali ziemię i walczyli w obronie swych terytoriów w stanowiących zwarte społeczności komunach i osiedlach miejskich. Sabrowie byli nowymi Żydami, już nie karykaturami bierności, podporządkowania i słabości, ale narodem zdecydowanym wziąć swój los we własne ręce.

Jako charakterystyka, „sabra” jest równie dobrym jak każde inne określeniem kultury przywódczej, która instynktownie sięgała po rozwiązania wojskowe i ściśle dopasowywała się do nastrojów społeczeństwa, domagającego się nieodstępowania za żadną cenę ani piędzi ziemi i wymierzania kary za każdy akt przemocy przeciwko Żydom.

Dzisiaj, z pomocą Stanów Zjednoczonych i Europy, Izrael zajmuje pozycję regionalnego supermocarstwa, wciąż jednak jest wyczulony na pierwotną konfigurację zagrożeń, jak gdyby jego słabe punkty nie uległy zmianie. Realizuje narodową strategię uderzeń wyprzedzających i tajnej działalności wywrotowej, żeby osłabić potencjalnych wrogów, i robi to w cyklu, który jest nie tylko szkodliwy dla integracji i pokoju, ale także nasila animozje oraz podsyca islamską paranoję i ekstremizm.

W okresie, kiedy światem arabskim trzęsą w posadach nowe rewolucyjne prądy, które obaliły reżimy w Tunezji, Egipcie, Libii i Jemenie oraz podkopały pozycję pozostałych przywódców państw, w których ulice rozbrzmiewają wołaniami o „wolność” i „sprawiedliwość”, Izrael jest bardziej osamotniony niż kiedykolwiek, niezdolny do odegrania konstruktywnej roli ani jako partner państw arabskich, ani jako sojusznik Zachodu. Tkwi zamknięty w stalowej klatce jako regionalny hegemon wojskowy, uzbrojony po zęby i kierowany przez klasę polityczną, która jest rozdarta podziałami i znużona swą własną niemocą.

Spuścizna syjonistycznych rewolucjonistów, którzy niegdyś oczarowali salony Europy i Ameryki, rozprawiając o żydowskiej siedzibie narodowej jako o moralnym świetle przewodnim dla pogrążonego w ciemnościach regionu, zamiast tego pozostawiła żydowskiemu światu i Zachodowi silnie zmilitaryzowany kulawy twór polityczny – państwo, które dokonało niezwykłego skoku kulturalnego i gospodarczego, ale nie zdołało zbudować wystarczająco silnych instytucji, by zrównoważyć militarnego ducha epoki dalekowzroczną, zjednującą stronników dyplomacją. To właśnie te instytucje w wyobrażeniach syjonistycznych założycieli Izraela stanowić miały narzędzie, za pomocą którego izraelscy mężowie stanu, dyplomaci i negocjatorzy doprowadzić mieli do powstania semickiej federacji Arabów, Żydów i chrześcijan w regionie, który od wieków dawał gościnę i schronienie społecznościom żydowskim i chrześcijańskim.

Jeśli państwa zachodnie mają pojąć, co przeszkadza Izraelowi zawrzeć pokój, muszą zrozumieć izraelski establishment wojskowy, który jest najbardziej wpływowym elementem klasy rządzącej tego kraju. Jeśli Izrael ma sprostać wyzwaniom stawianym przez gwałtowne i nieprzewidywalne zmiany, które ogarnęły Bliski Wschód, będzie miał na to znacznie większe szanse, jeśli jego sąsiedzi ujrzą, że ów kraj także przechodzi transformację, której celem jest odbudowa strategicznego konsensusu na rzecz pokoju i porozumienia z okresu rządów premiera Icchaka Rabina. Fundamentem owego konsensusu było stwierdzenie Rabina, że Izrael nie jest już „ludem, który mieszka na osobności”.

Rabin, sabra, po długiej karierze w siłach zbrojnych również nabrał przekonania, że jest mało prawdopodobne, by największe wyzwania stojące przed Izraelem mogła przezwyciężyć potęga militarna. Wierzył, że silna armia jest niezbędna, zarazem jednak był przeświadczony, że Izrael musi na nowo nauczyć się negocjować ze swymi wrogami, wiedząc, że ludzkie zaangażowanie jest magicznym środkiem umożliwiającym kompromis. Było to świadomie podjęte ryzyko, które odróżniło Rabina od jego poprzedników i kosztowało go życie. Powrót do tego ducha wymagać będzie od Izraela znacznie bardziej aktywnej i konstruktywnej dyplomacji niż dotychczasowa, a także zachodniej pomocy, wsparcia i stanowczego postanowienia ochrony architektury pokoju.

Na państwach arabskich ciąży odpowiedzialność za ich własne niepowodzenia w budowie demokratycznych instytucji na rzecz pokoju oraz za spuściznę nienawiści i szykan wobec Izraela, która stanowi ponure oblicze współczesnego Bliskiego Wschodu. Od samego początku arabscy przywódcy, z nielicznymi wyjątkami, okazywali głęboką wrogość Izraelowi jako żydowskiej siedzibie narodowej i syjonistycznemu przedsięwzięciu; odrzucali uchwalony przez ONZ w 1947 roku plan podziału Palestyny i przejawiali niewiele współczucia dla narodu zdziesiątkowanego ludobójstwem w Europie. W książce tej chcę jednak ukazać, rzeczowo i uczciwie, w jaki sposób wojownicze tendencje izraelskiego społeczeństwa oraz jego elit rządzących niweczyły szanse na pojednanie, sprowadzały politykę na kurs odwetu i kary oraz wywoływały celowe prowokacje, żeby zahamować międzynarodowe poszukiwania dyplomatyczne recepty na pokój. Jak udokumentował w swych skrupulatnie prowadzonych dziennikach drugi premier państwa żydowskiego, Mosze Szaret, militarne ambicje zbyt często brały górę nad będącymi niegdyś kamieniem węgielnym syjonizmu moralnymi aspiracjami stworzenia ojczyzny poświęcającej swą energię i zasoby na rzecz integracji.

Dla mieszkańców Zachodu Izrael stanowi trudny problem percepcyjny. Przez pół wieku przedstawiano nam ten kraj jako maleńkie, udręczone demokratyczne państewko w morzu arabskiej wrogości – oblężone Ateny. Izraelscy przywódcy twierdzili publicznie, że nadrzędnym celem narodowym jest dla nich dążenie do pokoju. Przywódcy żydowskiej diaspory powoływali się na „wspólne wartości” z Zachodem i nadawali całemu syjonistycznemu przedsięwzięciu wysoki ton moralny. Werbowali licznych zwolenników, zachęcając do militarnego i gospodarczego wsparcia dla Izraela w myśl argumentu, że państwo to jest ostatnim w dziejach oparciem dla narodu żydowskiego.