ZimistrzTekst

Z serii: Świat dysku
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zimistrz
Zimistrz
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 53,80  43,04 
Zimistrz
Zimistrz
Zimistrz
Audiobook
Czyta Maciej Kowalik
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– A więc – rzekła panna Spisek – wiesz o boffo?

– Tak. – Tiffany oddychała z trudem. – Wiem.

– Dobrze. Powiedziałaś komuś?… – Panna Spisek urwała i uniosła palec do warg. A potem stuknęła kosturem o podłogę. – Mówiłom: wynocha, chłystki! Do losu syćkie! Sprawdzić mi, cy on faktycnie posed! I wosymi włosnymi łocami zobocę, cy zeście posłycholi!

Z dołu dobiegł stukot sypiących się ziemniaków – Feeglowie popędzili do zakratowanego okienka.

– Teraz sobie poszli – stwierdziła panna Spisek. – I nie wrócą. Boffo o to zadba.

Jakimś sposobem w ciągu tych kilku sekund panna Spisek stała się bardziej ludzka i o wiele mniej straszna. No… trochę mniej straszna.

– Jak to odkryłaś? Szukałaś specjalnie? Węszyłaś i szperałaś?

– Nie! Ja tak nie postępuję! Odkryłam któregoś dnia przypadkiem, kiedy pani drzemała! – zapewniła Tiffany. Roztarła dłoń.

– Bardzo boli? – Panna Spisek była ślepa, lecz – jak wszystkie doświadczone czarownice, które znają się na swoim fachu – zauważała wszystko.

– Nie, teraz już nie. Ale na początku bardzo. Ja…

– A więc nauczysz się słuchać! Myślisz, że zimistrz odszedł?

– Wydawało się, że zniknął… To znaczy zniknął jeszcze bardziej. Sądzę, że chciał tylko oddać mi wisiorek.

– Uważasz, że naprawdę o coś takiego chodziłoby duchowi Zimy, który włada śnieżycami i mrozem?

– Nie wiem, panno Spisek. On jestjedynym, którego poznałam.

– Tańczyłaś z nim.

– Nie wiedziałam, że do tego dojdzie.

– Mimo to.

Tiffany odczekała chwilę, po czym spytała:

– Mimo to co?

– Taka ogólna mimotowatość. Ten srebrny konik go do ciebie doprowadził. Ale miałaś rację, w tej chwili już go tu nie ma. Wiedziałabym.

Tiffany podeszła do drzwi, zawahała się przez moment, a potem otworzyła je i wyszła. Tu i tam leżało trochę śniegu, lecz dzień znów przypominał jeden z tych zwykłych, szarych zimowych dni.

Ja też bym wiedziała, gdyby tu był, pomyślała. Ale go nie ma.

A jej Druga Myśl spytała: Ach tak? A skąd byś wiedziała?

– Oboje dotknęliśmy konia – mruknęła pod nosem.

Rozejrzała się. Bawiąc się srebrnym łańcuszkiem w dłoni, patrzyła na nagie gałęzie i uśpione drzewa. Lasy zamierały, gotując się do zimy.

Gdzieś tam jest, ale daleko. Pewnie ma mnóstwo pracy, skoro musi zadbać o całą zimę.

– Dziękuję – powiedziała odruchowo, ponieważ mama zawsze ją uczyła, że grzeczność nic nie kosztuje.

Wróciła do chatki. Wewnątrz było bardzo ciepło, ale panna Spisek zawsze miała wielki stos drewna, zbudowany przez Tajemnicę Boffo. Miejscowi drwale dbali, by stos był wysoki. Zmarznięta czarownica może być groźna.

– Napiłabym się czarnej herbaty – powiedziała staruszka, kiedy zamyślona dzieczyna weszła do środka.

Zaczekała, aż Tiffany umyje kubek.

– Słyszałaś, jakie historie o mnie opowiadają? – zapytała łagodnie.

Owszem, krzyczały, gniewały się, powiedziały zdania, które można było lepiej wyrazić. Ale były razem i nie miały dokąd odejść. Ten ton stanowił propozycję pokoju i Tiffany poczuła wdzięczność.

– O tym, że ma pani w piwnicy demona? – odpowiedziała, wciąż myśląc o wielu zagadkach. – Że zjada pani pająki? Że przyjeżdżają tu królowie i książęta? Że każdy kwiat posadzony w pani ogrodzie kwitnie na czarno?

– Och, tak mówią? – ucieszyła się panna Spisek. – O czarnych kwiatach nie słyszałam. Jak miło. A słyszałaś, że w mrocznej porze roku chodzę nocami i tych, którzy byli dobrymi obywatelami, nagradzam mieszkiem srebra? Ale jeśli byli źli, rozpruwam im brzuchy paznokciem, o tak?

Tiffany odskoczyła, kiedy pomarszczona dłoń odwróciła ją szarpnięciem, a pożółkły paznokieć przejechał koło brzucha. Stara kobieta wyglądała przerażająco.

– Nie! O tym nie słyszałam! – szepnęła, przyciskając się do zlewu.

– Co? A to przecież piękna historia z rzeczywistymi historycznymi korzeniami. – Groźny grymas panny Spisek zmienił się w uśmiech. – A o tym, że mam krowi ogon?

– Krowi ogon? Nie!

– Naprawdę? To irytujące. – Czarownica opuściła palec. – Obawiam się, że sztuka opowieści w tych stronach schodzi na psy. Naprawdę muszę coś z tym zrobić.

– To też jakiś rodzaj boffo, prawda?

Tiffany nie była tego całkiem pewna. Panna Spisek z tym paznokciem naprawdę wyglądała strasznie. Nic dziwnego, że dziewczęta tak szybko odchodziły.

– Aha, więc jednak masz mózg… Oczywiście, to boffo. Dobra nazwa. Boffo. Sztuka oczekiwania. Pokaż ludziom to, co chcą zobaczyć, pokaż, co ich zdaniem powinno istnieć. W końcu muszę dbać o swoją reputację.

Boffo, myślała Tiffany. Boffo, boffo, boffo.

Podeszła do czaszek, uniosła jedną i przeczytała etykietę pod spodem, tak samo jak miesiąc temu:


– Całkiem jak żywe, prawda? – Panna Spisek pokuśtykała z powrotem na fotel. – O ile można tak powiedzieć o czaszkach, oczywiście. W sklepie mieli też cudowną maszynę do robienia pajęczyn. Wlewa się do środka taką lepką maź, rozumiesz, a przy odrobinie praktyki da się uzyskać całkiem dobre pajęczyny. Nie znoszę różnych kosmatych pająków, ale pajęczyny są niezbędne. Zauważyłaś martwe muchy?

– Tak. – Tiffany uniosła wzrok. – To rodzynki. Myślałam, że ma pani tu wegetariańskie pająki.

– Brawo. Przynajmniej oczy masz dobre. Kapelusz też u nich kupiłam. Nazywał się, o ile pamiętam, „Zła Czarownica numer trzy, niezbędny na każdym balu maskowym”. Wciąż mam tu gdzieś ich katalog, gdybyś była zainteresowana.

– Czy wszystkie czarownice kupują w Boffo?

– Tylko ja, przynajmniej w tej okolicy. Aha, jeszcze chyba stara pani Bezdech z Dwóch Wodospadów kupowała od nich brodawki.

– Ale… dlaczego? – zdziwiła się Tiffany.

– Bo nie chciały jej rosnąc. W żaden sposób, ani jedna. Biedna kobieta próbowała już wszystkiego. Twarz jak pupa niemowlaka… przez całe życie.

– Nie… Chodzi mi o to, dlaczego chce pani uchodzić za taką…

– Tiffany zawahała się. – Taką okropną?

– Mam swoje powody – odparła panna Spisek, – Ale przecież nie robi pani tego wszystkiego, o czym opowiadają, prawda? Królowie i książęta nie przychodzą tu po radę.

– Nie, ale mogliby – zapewniła panna Spisek. – Na przykład gdyby zabłądzili. Przecież ja znam wszystkie te historie. Sama większość wymyśliłam.

– Wymyśla pani historie o sobie?

– No tak. Naturalnie. Czemu nie? Czegoś tak istotnego nie wolno zostawiać amatorom.

– Ale ludzie mówią, że potrafi pani zajrzeć komuś w duszę!

Czarownica zachichotała.

– Tak. Tego nie wymyśliłam. Lecz powiem ci szczerze, przy niektórych moich parafianach potrzebowałabym szkła powiększającego! Widzę, co oni widzą, słyszę ich uszami. Znałam ich ojców, dziadów i pradziadów. Znam wszystkie plotki, tajemnice, pogłoski i prawdy. Dla nich jestem Sprawiedliwością… i jestem sprawiedliwa. Popatrz na mnie. Zobacz mnie.

Tiffany spojrzała… Spojrzała poza czarny płaszcz, czaszki i gumowe pajęczyny, poza czarne kwiaty, opaskę na oczach i straszne historie… I zobaczyła drobną, ślepą i głuchą staruszkę.

Boffo to zmieniało – nie tylko te głupie rekwizyty na przyjęcia, ale bofficzne wymyślanie plotek i opowieści. Panna Spisek miała moc, ponieważ ludzie wierzyli, że ją ma. To coś w rodzaju standardowego kapelusza czarownicy. Ale panna Spisek doprowadziła boffo o wiele, wiele dalej.

– Czarownica nie potrzebuje żadnych zabawek, panno Spisek – przypomniała Tiffany.

– Nie wymądrzaj się, moje dziecko. Czy ta dziewucha Weatherwax nie wytłumaczyła ci, o co chodzi? O tak, żeby być czarownicą, nie potrzebujesz różdżki ani urządzenia, nie potrzebujesz nawet spiczastego kapelusza. Ale pomaga, kiedy czarownica przygotuje małe przedstawienie. Ludzie tego oczekują. Wtedy w ciebie wierzą. Nie stałam się tym, kim dziś jestem, nosząc włóczkowy beret z pomponem i kraciasty fartuch! Wyglądam odpowiednio do roli! Ja…

Z zewnątrz, z okolic mleczarni, dobiegł głośny trzask.

– Nasi niebiescy przyjaciele? – Panna Spisek uniosła brwi.

– Nie, mają absolutny zakaz wchodzenia do dowolnej mleczarni, w której pracuję – uspokoiła ją Tiffany. Ruszyła do drzwi. – Oj, mam nadzieję, że to nie Horacy…

– Uprzedzałam, że będą z nim same kłopoty! – zawołała za nią panna Spisek.

To był Horacy. Znowu przecisnął się między prętami klatki. Kiedy chciał, potrafił stać się całkiem miękki.

Na podłodze leżała rozbita maselniczka, ale chociaż wcześniej była pełna masła, teraz nie pozostało ani odrobiny. Tylko tłusta plama.

A z ciemności pod zlewem dobiegał rodzaj przyspieszonego burczenia, coś jakby „mniamniamniam”…

– Aha, polujesz teraz na masło, Horacy? – rzekła Tiffany, sięgając po miotłę. – To właściwie kanibalizm, wiesz?

Musiała jednak przyznać, że to lepsze niż myszy. Odnajdywanie na podłodze niewielkich kupek mysich kości było trochę niepokojące. Nawet panna Spisek nie potrafiła zrozumieć, jak to się dzieje. Mysz, przez którą akurat patrzyła, próbowała dostać się do serów, a potem zapadła ciemność.

Gdyż Horacy był serem.

Tiffany wiedziała, że błękitne lancrańskie zawsze były dość żywotne i czasem trzeba było je przybijać do półki, ale… Przecież miała sporo doświadczenia w produkcji serów, nawet jeśli sama głosiła taką opinię, i musiała przyznać, że Horacy jest wybitny. Te słynne niebieskie smugi, które nadawały gatunkowi cudowną barwę, wyglądały u niego przepięknie – nie była jednak pewna, czy powinny się jarzyć w ciemności.

Dźgnęła ciemność czubkiem kija od miotły. Rozległ się trzask, a kiedy cofnęła kij, brakowało mniej więcej dwóch cali od końca. Potem usłyszała jakby „ptfuu!” i brakujący kawałek odbił się od przeciwległej ściany mleczarni.

– W takim razie nie dostaniesz już mleka – oświadczyła.

Wyprostowała się, myśląc: Wrócił, żeby oddać mi konia. Zimistrz to zrobił.

 

Hm…

Właściwie… Robi wrażenie, jeśli się zastanowić.

Przecież musi organizować lawiny i wichury, wymyślać nowe kształty płatków śniegu i w ogóle, a jednak poświęcił trochę czasu, żeby tu wrócić i oddać mi wisiorek. Hm…

I tak po prostu stał tam.

A potem po prostu zniknął… To znaczy zniknął bardziej.

Hm…

Zostawiła Horacego mamroczącego coś pod zlewem i zaparzyła herbatę dla panny Spisek, która znów usiadła przy krośnie. Potem cicho wróciła do swojego pokoju.

Dziennik Tiffany miał trzy cale grubości. Annagramma, inna miejscowa uczennica czarownicy i jedna z jej przyjaciółek (mniej więcej), uważała, że Tiffany powinna go nazwać Księgą Mroku i spisywać na welinie którymś ze specjalnych magicznym atramentów sprzedawanych w Składzie Zakzaka Wręcemocnego, Towary Magiczne po Przystępnych Cenach – a przynajmniej cenach przystępnych dla Zakzaka.

Tiffany nie mogła sobie na nie pozwolić. Czarownictwo można tylko wymieniać – nie wolno go sprzedawać. Panna Spisek nie miała nic przeciwko temu, by Tiffany sprzedawała sery – ale i tak papier był tutaj drogi, a wędrowni handlarze nigdy nie mieli go na sprzedaż zbyt wiele. Zwykle jednak mogli dostarczyć uncję czy dwie zielonego witriolu żelaza, który dawał przyzwoity atrament, kiedy zmieszała go ze startymi galasami albo zielonymi łupinami orzechów.

Dziennik był gruby jak cegła z powodu dodatkowych kartek, które Tiffany w niego wkleiła. Uznała, że jeśli będzie pisać drobno, wystarczy jej jeszcze na jakieś dwa lata.

Na okładce ze skóry wypaliła gorącym szpikulcem słowa: „Nac Mac Feegle, nie ruszać!!”. Ostrzeżenie nigdy nie skutkowało. Oni traktowali to jako rodzaj zaproszenia. Ostatnio niektóre części dziennika pisała szyfrem. Czytanie nie przychodziło łatwo Feeglom z Kredowego Wzgórza, więc z całą pewnością nigdy nie zrozumieją szyfru.

Na wszelki wypadek rozejrzała się uważnie i otworzyła wielką kłódkę mocującą łańcuch wokół okładek. Otworzyła dziennik na dzisiejszej dacie, zanurzyła pióro w kałamarzu i zapisała:


Tak, śnieżny płatek będzie dobrym symbolem dla zimistrza.

Zwyczajnie tam stał, myślała.

A potem uciekł, bo krzyknęłam.

Co najwyraźniej jest dobre.

Hm…

Ale… żałuję, że krzyknęłam.

Otworzyła dłoń. Odbicie konia wciąż tam było, białe jak kreda. Ale nie czuła już żadnego bólu.

Zadrżała lekko i wzięła się w garść. I co z tego? No, spotkała ducha Zimy. Przecież była czarownicą. Tak się niekiedy zdarza. Uprzejmie zwrócił to, co do niej należało, a potem sobie poszedł. Nie ma się co rozczulać. Miała ważne sprawy.

Zapisała: „Lst od R…”.

Bardzo ostrożnie otworzyła list od Rolanda, co było łatwe, bo śluz ślimaka nie jest dobrym klejem. Przy odrobinie szczęścia będzie mogła ponownie wykorzystać kopertę.

Pochyliła się nad kartką, żeby nikt nie mógł jej czytać przez ramię. I wreszcie powiedziała:

– Panno Spisek, zechce pani wyjść z mojej twarzy? Proszę. Chciałabym użyć swoich oczu na osobności.

Przez chwilę trwała cisza, potem z dołu dobiegło jakieś mruczenie, a jeszcze później mrowienie za oczami ustało.

Zawsze było… przyjemnie dostawać list od Rolanda. Owszem, często pisał o owcach i innych sprawach Kredy, czasami znajdowała też zasuszony kwiatek, dzwonek albo pierwiosnek. Babci Obolałej by się to nie spodobało. Często powtarzała, że gdyby wzgórza chciały, by ludzie zrywali kwiatki, to rosłoby ich więcej.

Te listy zawsze budziły tęsknotę za domem.

Panna Spisek zapytała kiedyś:

– Ten młody człowiek, który do ciebie pisuje… To twój fatygant?

Tiffany zmieniła temat, dopóki nie znalazła wolnej chwili, by sprawdzić w słowniku „fatyganta”, a potem jeszcze dłuższej, by przestać się rumienić.

Roland był… No więc z Rolandem chodziło o to, że… Najważniejsze w nim… Właściwie to on… był.

Owszem, kiedy pierwszy raz go spotkała, wydawał się głupi, ale czego w końcu można się było spodziewać? Przede wszystkim od roku był więźniem królowej elfów, tłusty jak masło i na wpół szalony od cukru i rozpaczy. Poza tym wychowywały go dwie wyniosłe ciotki, a jego ojca – barona – bardziej interesowały konie i psy.

Zmienił się przez te lata: stał się bardziej myślący, a mniej hałaśliwy, poważniejszy i nie tak głupi. Musiał też nosić okulary – pierwsze w całej Kredzie.

I miał bibliotekę! Ponad sto książek! Właściwie to należała do zamku, ale chyba nikogo innego nie ciekawiła.

Niektóre księgi były stare, wielkie, z drewnianymi okładkami i wielkimi czarnymi literami, z kolorowymi obrazkami niezwykłych zwierząt i dalekich miejsc. Była tam „Księga niezwykłych dni” Waspmire’a, „Dlaczego rzeczy nie są inne” Crumberry’ego i prawie komplet – bez tylko jednego tomu – „Złowieszczej Encyklopedii”. Roland był zdumiony, że Tiffany potrafi czytać zagraniczne słowa, a ona uważała, by mu nie zdradzić, że robi to z pomocą tego, co pozostało z doktora Bustle’a.

Chodzi o to… no więc kogo jeszcze mieli oprócz siebie? Roland nie mógł, po prostu nie mógł się zaprzyjaźnić z żadnym z wiejskich dzieciaków, był przecież synem barona i w ogóle. Ale Tiffany miała teraz spiczasty kapelusz, a to też się liczyło. Mieszkańcy Kredy nie bardzo lubili czarownice, ale przecież była wnuczką babci Obolałej, prawda? Kto mógł wiedzieć, czego się nauczyła od staruszki w tej pasterskiej chacie? No i podobno pokazała tym czarownicom z gór, na czym naprawdę polega czarownictwo. A pamiętacie, jak było z owcami w zeszłym roku? Prawie że ożywiła martwe zwierzęta, tylko na nie patrząc! I jest Obolała, ma te wzgórza w kościach. Jest w porządku. Jest nasza, rozumiecie.

Wszystko to świetnie, tylko nie miała już dawnych przyjaciół. Dzieciaki z sąsiedztwa, kiedyś przyjazne, teraz traktowały ją… no, z respektem – z powodu kapelusza. Oddzielał je mur, jakby ona dorosła, a one nie. O czym mieli ze sobą rozmawiać? Bywała w miejscach, jakich nie potrafili sobie nawet wyobrazić. Większość nie widziała nawet Dwukoszula, choć leżał nie dalej niż o pół dnia drogi. I wcale ich to nie martwiło. Miały wykonywać tę samą pracę, co ich ojcowie albo jak ich matki wychowywać dzieci. I bardzo dobrze, szybko zapewniała w myślach Tiffany. Ale nie decydowali o niczym. To wszystko po prostu im się przydarzało, a oni tego nie zauważali.

W górach było tak samo. Jedyne osoby w jej wieku, z którymi naprawdę potrafiła rozmawiać, to inne szkolące się czarownice, jak Annagramma i reszta dziewcząt. Nie dało się nawiązać normalnej rozmowy z ludźmi we wsi, zwłaszcza z chłopcami. Spuszczali głowy, mamrotali niewyraźnie i przestępowali z nogi na nogę, całkiem jak tamci z jej osady, kiedy musieli rozmawiać z baronem.

Prawdę mówiąc, Roland też się tak zachowywał i jeszcze czerwieniał, kiedy tylko na niego spojrzała. Gdy odwiedzała go w zamku albo gdy spacerowali po wzgórzach, atmosfera pełna była skomplikowanego milczenia… Całkiem jak z zimistrzem.

Starannie przeczytała list, usiłując nie zwracać uwagi na brudne odciski palców Feeglów. Roland okazał się domyślny i dołączył kilka czystych kartek papieru…

Na dole, w komórce przy kuchni, ser Horacy wynurzył się zza cebrzyka na pomyje. Po chwili dotarł do kuchennych drzwi. Jeśli ser wyglądał czasem na zamyślony, to tak właśnie wyglądał teraz Horacy.

* * *

W malutkiej wiosce Dwukoszul woźnica dyliżansu pocztowego miał właśnie pewien kłopot. Sporo poczty z całej okolicy Dwukoszula trafiało do tutejszego sklepu z pamiątkami, który działał też jako urząd pocztowy.

Zwykle woźnica zabierał po prostu worek z pocztą, ale dzisiaj pojawiła się trudność. Nerwowo przewracał kartki Regulaminu Poczty.

Panna Tyk tupała nogą. A to zaczynało mu działać na nerwy.

– Ahaha!… – zawołał wreszcie z tryumfem. – Stoi tutaj, że żadnych zwierząt, ptaków, smoków ani ryb!

– A wydaje ci się, że którym z nich jestem? – zapytała panna Tyk lodowato.

– No bo, tego, znaczy, człowiek to tak jakby rodzaj zwierzęcia, prawda? Znaczy, proszę spojrzeć na małpy…

– Nie mam najmniejszej ochoty patrzeć na małpy – odparła panna Tyk. – Widziałam, jak się zachowują.

Woźnica wyraźnie się zorientował, że lepiej nie podążać tą drogą, i wrócił do wściekłego kartkowania regulaminu. Po chwili się rozpromienił.

– Ach, ach, ach! Ile pani waży?

– Dwie uncje – oznajmiła panna Tyk. – Przypadkiem tyle wynosi maksymalna waga listu, jaki można wysłać do Lancre i Bliskich Okolic za dziesięć pensów. – Wskazała dwa znaczki przyklejone do klapy jej płaszcza. – Kupiłam już znaczki.

– W życiu nie waży pani dwóch uncji! – oburzył się woźnica. – Raczej sto dwadzieścia funtów, co najmniej!

Panna Tyk westchnęła. Chciała tego uniknąć, ale Dwukoszul nie był jednak Psikrętem. Leżał przy trakcie, patrzył, jak świat przesuwa się obok. Sięgnęła więc ręką i wcisnęła guzik uruchamiającyjej kapelusz.

– Wolałbyś, bym zapomniała, że właśnie to powiedziałeś?

– Dlaczego? – zdziwił się woźnica.

Panna Tyk milczała przez chwilę, patrząc na niego ze zdziwieniem. Potem uniosła wzrok.

– Proszę o wybaczenie – powiedziała. – Stale mi się to zdarza. To przez te kąpiele, niestety. Sprężyny rdzewieją.

Stuknęła dłonią w bok kapelusza. Ukryta spiczasta część wyskoczyła, rozrzucając papierowe kwiaty.

Woźnica przyglądał się uważnie.

– Och… – mruknął.

Ze spiczastego kapelusza wynika pewien fakt: osoba pod nim jest stanowczo czarownicą albo magiem. Jasne, ktoś niebędący nimi mógłby pewnie zdobyć taki kapelusz i spokojnie go nosić, i nic by się nie stało, dopóki by nie spotkał prawdziwego nosiciela spiczastego kapelusza. Magowie i czarownice nie lubią oszustów. I nie lubią, kiedy każe się im czekać.

– No więc ile teraz ważę, jeśli wolno spytać?

– Dwie uncje – zapewnił woźnica pospiesznie.

Panna Tyk się uśmiechnęła.

– Otóż to, ani skrupułu więcej. Skrupuł to oczywiście waga dwudziestu granów albo jedna dwudziesta czwarta uncji. Jestem więc w istocie… bez skrupułów.

Czekała, by się przekonać, czy ten wyjątkowo nauczycielski żart wywoła uśmiech, ale nie przejęła się, gdy nie wywołał. Lubiła być mądrzejsza od innych.

Wsiadła do powozu.

A kiedy dyliżans wspinał się ku górom, zaczął padać śnieg. Panna Tyk, która wiedziała, że nie ma dwóch identycznych płatków śniegu, nie zwracała na to uwagi. Gdyby zwróciła, poczułaby się trochę mniej mądra.

* * *

Tiffany spała. Ogień żarzył się w kominku. Na dole krosno panny Spisek tkało drogę przez noc…

Małe niebieskie postacie przeszły cicho po podłodze, uformowały feeglową piramidę i dotarły na blat stoliczka, którego Tiffany używała zamiast biurka.

Tiffany odwróciła się na drugi bok i wydała z siebie ciche „snfgl!”. Feeglowie zamarli na moment, a po chwili drzwi sypialni zamknęły się za nimi delikatnie.

Niebieska smuga uniosła za sobą obłok kurzu na wąskich schodach, na podłodze pokoju z krosnem, w drodze do komórki i przez dziwaczny, serokształtny otwór w drzwiach. Potem kurz zmienił się w wir unoszonych pędem liści wiodący prosto w las, gdzie płonęło niewielkie ognisko. Oświetlało twarze hordy Feeglów, choć możliwe, że wcale tego nie chciało.

Smuga zatrzymała się i zmieniła w sześciu Feeglów, z których dwóch niosło dziennik Tiffany.

Ostrożnie ułożyli go na ziemi.

– Dobze, zesmy uciekli z tego domu – stwierdził Duży Jan. – Widzieli ześćie te wielkoszychowe coski? To wiedźma, co się z niom ni chcemy spiroć!

– Aha, widzem, ze znów se znalazła takom kłódecke – zauważył Tępak Wullie, obchodząc dziennik dookoła.

– Ron, coły cos se myśle, ze to niedobze tak se cytoć to syćko – rzekł Billy Brodacz, gdy Rob wsunął rękę do dziurki od klucza. – To som osobiste sprawy.

– To naso wiedźma. Co osobiste dlo niej, to osobiste i dlo nos – odparł spokojnie Rob, obmacując wnętrze kłódki. – No i ona przeco chce, coby ktosik to psecytoł, no bo sama to zapisoła. Po co by pisoła, jakby nie chcioła, coby było psecytone? Tylko by ołówek marnowoła.

– Moze chciała se sama pocytoć… – mruknął z powątpiewaniem Billy.

– Niby jak? Cemu by mioła chcieć? Pseco ona już wi, co tom jest. A Jeannie chciołoby widzieć, co ona myśli o tym chłopocku barona.

Szczęknął zamek i kłódka się otworzyła. Zebrane Feeglostwo obserwowało dziennik uważnie.

Rob przewrócił szeleszczące kartki.

– Aha… Tutoj napisoła: „Pięknie, znowu przybyli Feeglowie” – oznajmił.

Spotkało się to z ogólną aprobatą.

– Ha… Co z niej za dziewcyno, coby cosik takiego napisoć – rzekł Billy Brodacz. – Dajze, ja spójze.

I przeczytał: „No pięknie, znowu przybyli Feeglowie”.

– Aha… – mruknął.

Billy Brodacz przybył z Jeannie z klanu nad Długim Jeziorem. Klan lepiej sobie radził z czytaniem i pisaniem, a że Billy był gonaglem, musiał być wprawny w jednym i drugim.

 

Za to Feeglowie z Kredowego Wzgórza lepiej się czuli przy piciu, biciu i złodziejstwie, a Rob Rozbój był wprawny we wszystkich trzech. Nauczył się jednak czytać i pisać, ponieważ Jeannie go poprosiła. Wykonywał te czynności z większym optymizmem niż precyzją, z czego Billy zdawał sobie sprawę. Kiedy Rob natrafiał na długie zdanie, odcyfrowywał kilka słów, a potem zgadywał resztę.

– Stuka cytonia polega na rozumieniu, co łone słówecka chcom powiedzieć, prowda? – upewnił się Rob.

– Moze być – przyznał Duży Jan. – Ale je tom jakiesi słówecko, co nom powie, ze wielka ciut wiedźma robi słodkie łocy do tego boroka w kamiennym zomku?

– Mos bardzo romantycno naturo – odparł Rob. – Ale łodpowim tak: nie wim. Pise ona cęści tych listów takim ciut syfrem. To strosne, robić cosik takiego cytelnikowi. Cienzko jest cytoć juz normolne słówecka, nawet jak ktosik ich nie popsestawio.

– Cienzko bedzie naso praca, jak ta wielko ciut wiedźma zacnie sukać chłopoka. Zamiast sie ucyć wiedźmienia – zmartwił się Duży Jan.

– Ano. Ale chłopocek nie bedzie sie chcioł zenie – zauważy! Trochę Szalony Angus.

– Kiedyś moze zechce – ostrzegł Billy, dla którego obserwowanie ludzi było ciekawym hobby. – Winksość wielkoszychowych chłopów się zeni.

– Noprowde? – zdumiał się któryś z Feeglów.

– Ano tak.

– I chcom sie zenie?

– Duzo ich chce, ano.

– I potem ni ma już picio, bicio i złodziejstwa?

– Zarozki! Mnie dalej wolno cosem pić, bić i krość! – obruszył się Rob Rozbój.

– Ano, Rob, ale trudno nie zauwozyć, co musis tez sie Tłumocyć – wtrącił Tępak Wullie.

Tłum Feeglów zgodnie pokiwał głowami. Dla nich Tłumaczenie należało do sztuk tajemnych.

– I wis, jak wracomy z picia, bicia i złodziejstwa, Jeannie robi tez Zaciskanie Warg – ciągnął Tępak Wullie.

Wszyscy Feeglowie jęknęli chórem:

– Oooch… Scez nos psed Zaciskaniem Warg!

– I jest jesce Splatanie Rąk – dodał Wullie, choć sam był już przerażony.

– Oooooch, bida, bida, bida, Splatanie Rąk! – krzyknęli Feeglowie, szarpiąc się za włosy.

– Ze nie wspomne o Tupaniu Nogom… – Wullie urwał, bo nie chciał słuchać o Tupaniu Nogą.

– Aargh! Oooooch! Ino nie Tupanie Nogom!

Niektórzy Feeglowie zaczęli tłuc głowami o drzewa.

– Ano, ano, ano… ALE – rzekł zdesperowany Rob – cego nijak nie wicie, to ze jest to cenściom tajułek menzostwa.

Feeglowie spoglądali po sobie. Zapadła cisza, zakłócona jedynie trzaskiem przewróconego drzewka.

– Nigdy ześmy o cymś tokim nie słyseli, Rob – przyznał Duży Jan.

– No i nic mie to nie dziwi! Kto by wom powiedzioł? Nie mocie zony! Nie łopiecie poetyckiej simmitrii tego syćkiego. Podejdźcie tu blizej, to wom powim…

Rob rozejrzał się, by sprawdzić, czy nie słucha ktoś poza pięcioma setkami Feeglów. I mówił dalej:

– Widzicie… Najpierwse jest picie, bicie i złodziejstwo, to jasne. A kiedy sie wraco do kopca, jest cos na Tupanie Nogom…

– Oooooooo!

– …i Splatanie Rąk…

– Aaaargh!

– I łocywiście Zaciskanie Warg i skońccie chłystki z tym jęceniem, bo zacne walić wasymi głowami o siebie! Jasne?

Wszyscy Feeglowie zamilkli… oprócz jednego.

– Oj, bida, bida, bida! Ooooch! Aaarrgh! Zaciskanie…

Urwał i rozejrzał się zakłopotany.

– Tępaku Wullie – odezwał się Rob z lodowatą cierpliwością.

– Tak, Rob?

– Wis, mówiłem ci, że cosem powinien ześ słuchoć, cio mówie?

– Tak, Rob?

– No to teroz był taki cos.

Tępak Wullie zwiesił głowę.

– Pseprosom, Rob.

– Ano! O cym to jo… Aha. No to momy już wargi, ręce i noge, tak? I wtedy…

– Cos na Tłumocenie! – rzekł Tępak Wullie.

– Ano! – mruknął Rob Rozbój. – Ktosik z wos, gamonie, chce być tym, co łośmieli się Tłumocyć? – Rozejrzał się.

Feeglowie cofnęli się wszyscy.

– Kiedy kelda zacisko, sploto i tupie? – ciągnął Rob głosem Zguby. – I tak pacy tymi ślicnymi swoimi łockami, które mówiom: „To Tłumocenie lepiej coby było dobre”? No? Chciołby który?

– Nie, Rob – wymamrotali.

– Nie! Ano! – zawołał Rob tryumfalnie. – Nie chcecie! A to temu, że ni mocie zodnej wiedzy o menzostwie!

– Słysołem, jak Jaennie mówiła, co psychodzis z Tłumoceniami, jakich by nie próbowoł żaden Feegle na świecie – oświadczył z podziwem Tępak Wullie.

– Ano, to mozliwe – przyznał Rob, nadymając się z dumy. – Aprzeco Feeglowie majo piekno tradocjo wielkich Tłomoceń!

– Mówiła, co niektóre twoje Tłumocenia som takie długie i poskrencane, ze zanim dojdzies do końca, ona już nie pominto, jak sie zaceły – opowiadał Wullie.

– To psyrodzony talent i nie chce sie tu psechwaloć. – Rob skromnie machnął ręką.

– Ale nie widze, coby wielkieszychy były dobre w Tłumoceniu – zauważył Duży Jan. – Oni strosnie wolno myślom.

– Ale i tak sie zeniom – przypomniał Billy Brodacz.

– Ano. I ten nos chłopocek w wielkim zomku za bardzo się psyjoźni z wielkom ciut wiedźmom. Jego tata je juz stary i chory, i niedługo ten chłopocek będzie mioł ten swój wielki zamek z kamieni i te ciut kawałecki papieru, co tom je napisane, ze ma tez syćkie wzgóza.

– Jeannie sie boi, ze jak dostanie te ciut kawałki papieru, co to mówiom, że ma syćkie wzgóza – dodał Billy Brodacz – to może tak zgłupieć i pomyśleć, ze te wzgóza do niego nalezom. A syćkie wiemy, cym to grozi, co?

– Ano – zgodził się Duży Jan. – Oraniem.

To było straszne słowo. Stary baron chciał kiedyś zaorać kilka bardziej płaskich obszarów Kredy, bo pszenica osiągała wysokie ceny, a owce nie dawały zysku. Tyle że wtedy żyła jeszcze babcia Obolała i zmieniła za niego zdanie.

Ale niektóre pastwiska w Kredzie były już zaorane. Pszenica oznaczała pieniądze. Feeglowie uznawali za oczywiste, że Roland też sprowadzi pługi. Czy nie został wychowany przez dwie próżne, intrygujące i niemiłe ciotki?

– Ja tom mu nie ufom – oznajmił Trochę Szalony Angus. – On cyto ksiązki i takie tom. Nie dba o ziemie.

– Ano – zgodził się Tępak Wullie. – Ale jakby sie tak ozenil z wielkom ciut wiedźmom, zaraz by mu dała Zaciskanie Rąk…

– Splatanie Rąk – poprawił go Rob Rozbój.

Feeglowie rozejrzeli się lękliwie.

– Ooooch, nie Splatanie…

– Zamknijcie sie! – wrzasnął Rob. – Wstyd mi za wos! To se ciut wielka wiedźma wybiro menza, jakiego chce! Mam racje, gonaglu?

– Hmm? – Billy uniósł wzrok. Chwycił płatek śniegu.

– Mówie, ze wielka ciut wiedźma moze se wziąć menza, jakiego chce. Tak?

Billy wpatrywał się w płatek.

– Billy? – zaniepokoił się Rob.

– Co? – zapytał Billy Brodacz, jakby się ocknął. – A tak. Myślicie, ze chciałaby być zonom zimistsa?

– Zimistsa? – zdziwił się Rob. – On nie moze sie z nikim łozenić. Je jako duch… Nic w nim ni mo!

– Tańcyła z nim. Widzieliśmy. – Billy złapał kolejny płatek śniegu i obejrzał go dokładnie.

– Takie tam dziewcyńskie zabawy! No i cemu właściwie wielka ciut wiedźma ma w ogóle myśleć o zimistsu?

– Mam powód, coby wiezyć – powiedział wolno gonagiel, gdy z nieba spływały kolejne płatki – że zimists duzo myśli o wielkiej ciut wiedźmie…

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?