Dotknąć Nieba Poruszająca opowieść o podróży do Nieba i z powrotem

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

21 GRUDNIA
2008 ROKU
Czas kolacji

Wygrzewam się w popołudniowym słońcu i podziwiam piękne kwiaty oraz inne rośliny, które mimo późnej pory roku ciągle jeszcze kwitną w naszym ogrodzie otoczonym ceglanym murem. Charakterystyczne dla domów w Nowym Orleanie terakotowe donice zdobią również front naszego domu. Jestem wdzięczna Bogu za ciepły grudzień w Luizjanie i fakt, że kwiaty, które sadziłam jesienią, w tym zwisające białe petunie, w jakiś sposób przetrwały zupełnie nietypowy opad śniegu, który dwa tygodnie temu przykrył je na grubość dziesięciu centymetrów. Rozglądam się po patio z podziwem i dziękuję Mu za to spokojne schronienie, z którego mogę skorzystać w tym trudnym dla mnie czasie. Wspólnie z Berniem spędziliśmy wiele długich błogich godzin w tym odciętym od świata miejscu. Bernie sam zaprojektował cały ogród i jest bardzo dumny ze swojego dzieła, a szczególną uwagę zwracają w nim: mur z pomalowanych na biało cegieł, kojąca fontanna stojącą pośrodku i piękne ogrodzenie z kutego żelaza. To miejsce zostało zbudowane specjalnie dla mnie i muszę powiedzieć, że jest ono prawdziwym kawałkiem nieba na ziemi, gdzie spędzam dużo czasu na modlitwie i nie tylko.

Nieważne, że 1 listopada 2005 roku nieubezpieczona ekipa drwali, która czyściła teren pod budowę patio, spuściła wielką sosnę na sam środek naszego domu. Pomińmy też fakt, że w tamtym wypadku mogłam zginąć, gdyby nie jakiś wewnętrzny głos, który powtarzał mi: „Opuść dom... Opuść go natychmiast!!!”. Na szczęście po trzech czy czterech takich ostrzeżeniach, postanowiłam wyjść na podjazd, aby stamtąd bezpiecznie oglądać prace mężczyzn. Chwilę później dwutonowe, dwudziestometrowe drzewo, które w założeniu miało runąć na ulicę, spadło na dach naszego domu, dokładnie w to miejsce, w którym stałam zaledwie kilka minut wcześniej.

W pierwszej reakcji zaczęłam skakać i biegać w kółko po ulicy jak wariatka, wykrzykując wszystkie znane mi przekleństwa. Do dzisiaj pamiętam przerażony wyraz twarzy mojej sąsiadki, Marci, która z boku obserwowała tamtą surrealistyczną scenę. W końcu zapanowałam nad emocjami i przypomniałam sobie, że mamy Dzień Wszystkich Świętych. Ta myśl w jakiś dziwny sposób mnie pocieszyła. „Może chodzi o to, abyśmy byli solidarni z tysiącami rodzin, które niedawno straciły swoje domy podczas huraganu Katrina?” – pomyślałam. Jednak nie pocieszyło mnie to na długo. Zaczęłam odczuwać złość na męża za jego lekkomyślność, szczególnie że obiecał zostać w domu, aby nadzorować pracę drwali, po czym zaraz po przybyciu ekipy pojechał na „pilne” spotkanie w Nowym Orleanie.

Przed tamtym wypadkiem byłam ogromnie wdzięczna Bogu za to, że dwa miesiące wcześniej podczas huraganu ocalił nasz dom od zniszczenia, chociaż woda podchodziła już pod próg naszych tylnych drzwi. Żywioł nie tylko przerwał wały przeciwpowodziowe chroniące miasto, skutkiem czego była trzymetrowa fala w samym Nowym Orleanie, ale również zniszczył domy i budynki na odcinku wielu kilometrów wzdłuż wybrzeża Zatoki Meksykańskiej. Po katastrofie miasto i wybrzeże wyglądało jak po wybuchu bomby nuklearnej. Jako że nasz dom znajduje się w odległości czterdziestu pięciu minut drogi na północ od Nowego Orleanu oraz godzinę drogi na zachód od Zatoki Meksykańskiej, to zniszczenia w naszym rejonie były spowodowane głównie walącymi się drzewami oraz nielicznymi podtopieniami przez rzekę Tchefuncte, której wody podeszły pod pole golfowe znajdujące się tuż za naszym domem. To właśnie ta fala powodziowa dotarła aż pod tylne drzwi naszego domu, ale na szczęście woda nie wpłynęła do środka.

„To cud, że twój dom nie został zalany – powiedziała moja przyjaciółka Cecil, która wraz z mężem zrezygnowała z ewakuacji i postanowiła «przetrwać» katastrofę w domu. – Byliśmy przy waszym domu i mówię ci, że jeśli woda podniosłaby się zaledwie o pół centymetra, to zostałby on zalany”.

„To prawdziwy cud” – powiedziałam, słuchając relacji Cecil, naocznego świadka. Podczas ewakuacji prosiłam Naszą Panią Natychmiastowej Pomocy o opiekę nad naszym domem i najwidoczniej moja modlitwa została wysłuchana”. Potwierdzał to fakt, że – jak zauważyliśmy po powrocie do domu – wszystkie drzewa, które się zawaliły, upadły obok naszego domu, omijając go o zaledwie kilka centymetrów. Dzięki Naszej Pani żadne z nich nie zniszczyło domu.

Nasza Pani Natychmiastowej Pomocy jest patronką Nowego Orleanu, ponieważ w przeszłości niejednokrotnie ocaliła miasto od pożaru, wojny i huraganów. Chociaż w Luizjanie rozpowszechniony jest konserwatywny protestantyzm, to mieszkańcy Nowego Orleanu są głęboko wierzącymi katolikami i w czasie zagrożenia huraganami w każdym katolickim kościele nowoorleańskiej archidiecezji pod koniec Mszy odmawia się modlitwę z prośbą o wstawiennictwo Naszej Pani Natychmiastowej Pomocy. Wiele razy widzieliśmy huragany zmierzające w stronę Nowego Orleanu, które w ostatniej minucie zmieniały swój kierunek. Taka sama sytuacja miała miejsce podczas ataku Katriny. Często przypominam ludziom, że Nasza Pani ocaliła Nowy Orlean przed tym huraganem, który do samego miasta nie dotarł. Jednak nie mogła ocalić Nowego Orleanu przed korpusem inżynieryjnym, który nie zdołał zapobiec przerwaniu wałów przeciwpowodziowych otaczających miasto, w wyniku czego doszło do powodzi. Nie mogła też ocalić naszego domu przed Berniem, który wbrew moim głośnym protestom zatrudnił nieubezpieczoną i nieposiadającą odpowiedniego doświadczenia ekipę ludzi składającą się z „przyjaciół przyjaciela” do ścięcia potężnej sosny, która rosła zaledwie pół metra od naszego domu – a było to zadanie, które wymagało nie tylko dużego doświadczenia i precyzji, ale również UBEZPIECZENIA na wypadek, gdyby ścięcie drzewa się nie powiodło.

Po odstawieniu szopki na ulicy, opanowałam nerwy i podeszłam do człowieka siedzącego na ziemi ze wzrokiem wpatrzonym przed siebie, który chwilę wcześniej ścinał drzewo.

„Co do diabła się stało?” – zapytałam go, wciąż nie wierząc w to, co widziałam. Zawstydzony mężczyzna odpowiedział ze swoim południowym akcentem tylko tyle: „Przez godzinę zastanawiałem się, czy powinienem zabierać się za ścinanie tego drzewa. Chciałem zrobić dobre wrażenie na panu Berniem. Niestety wrażenie jest zupełnie odwrotne od zamierzonego!”.

„O, tak, idioto! Bardzo imponujące!” – pomyślałam, stojąc i patrząc na nasz pozbawiony dachu dom, pośrodku którego leżało dwutonowe drzewo.

„Jak my będziemy mieszkać w domu bez dachu? – zapytałam. – Słodki Jezu, oby tylko nie padało”.

W naszym rejonie nie spadła ani kropla deszczu już od dwóch miesięcy, czyli dokładnie od uderzenia Katriny, które nastąpiło 29 sierpnia. To też był cud, dzięki któremu wiele domów pozbawionych dachu uniknęło jeszcze większych strat, jakie mogłyby spowodować opady deszczu. Od razu zaczęłam się modlić, aby ta susza trwała dalej. Kiedy tak stałam i martwiłam się o deszcz, nagle podjechał ciężarówką obcy mężczyzna. Powiedział, że pracuje niedaleko i gdy usłyszał hałas podobny do huku spadającej bomby, postanowił przyjechać i sprawdzić, co się stało. Bez słowa zaczął wyciągać jakieś narzędzia ze swojej ciężarówki, a następnie instalować plastikowy „niebieski dach” na naszym domu – od uderzenia Katriny w Luizjanie niebieska, winylowa plandeka była używana do budowania tymczasowych dachów. Kiedy skończył, uścisnął mi rękę, wsiadł do swojej ciężarówki i odjechał również bez słowa. Do dzisiaj nie wiem, kim był tamten mężczyzna, ale w nocy mieliśmy rekordowo obfite opady. Gdyby nie pomoc nieznajomego anioła i jego niebieski dach, to całe wnętrze naszego domu i jego wyposażenie zostałoby zniszczone, wraz z dużą kolekcją dzieł sztuki, którą Bernie gromadził przez ponad trzydzieści lat. Bóg działa na wiele tajemniczych sposobów.

Chwilę później przyjechał Bernie, aby ocenić szkody, a jego pierwsze słowa brzmiały: „Daj mi czek, muszę zapłacić robotnikowi”.

„Co???” – zapytałam nie dowierzając własnym uszom.

„Podaj mi czek – powtórzył – muszę zapłacić temu mężczyźnie”.

„Nie będziemy płacić temu mężczyźnie – odkrzyknęłam ze złością – on zniszczył nasz dom!!!”

„Judy, podaj mi czek, natychmiast! – powiedział Bernie stanowczo. – Ten biedny mężczyzna zapłacił dużo pieniędzy za wynajem sprzętu i chcę pokryć te koszty”.

To był cały Bernie. Nigdy nie wiedziałam, co zrobi i czego się po nim spodziewać. Życie z nim przypominało szaloną przejażdżkę kolejką w wesołym miasteczku. Drzewo leżące pośrodku dachu było tylko jednym z wielu incydentów w naszym małżeństwie, po których gotowałam się ze złości przez kolejne tygodnie a nawet miesiące. Kiedy w końcu wracałam do siebie, zazwyczaj czekała na mnie kolejna kryzysowa sytuacja. Odbudowa domu zajęła nam cały rok i kosztowała aż 200 tysięcy dolarów, ale dzisiaj mogę powiedzieć, że jestem zadowolona z naszego pięknego, pokrytego stiukami domu z uroczym patio. Staram się nie pamiętać o tym całym szaleństwie, które wymusiło przebudowę, ponieważ wtedy narasta moja złość. Bernie natomiast mówi: „I co z tego, że wydarzył się mały wypadek. W jego efekcie mamy teraz piękny dom”.

I tak, i nie. Chociaż dom ostatecznie zyskał coś z luizjańskiej architektury, o której marzyłam od początku, to wolałabym, aby cała ta frontowa modernizacja odbyła się bez tej wielkiej traumy. Przez wiele tygodni po tamtym wypadku nachodziły mnie koszmary, w których próbowałam uciec przed walącymi się drzewami. Do dzisiaj wzdrygam się na samą myśl o tym, co mogło się stać, gdybym wtedy nie posłuchała głosu każącego mi opuścić dom. Prawdopodobnie zostałabym zgnieciona na miazgę. Staram się jednak nie myśleć o tym za dużo. I tak właśnie wyglądało życie z Berniem: wzloty i upadki, krzyż i zmartwychwstanie – wszystko w jednym.

Patrzę na petunie, pelargonie i hibiskusy pięknie prezentujące się w ceramicznych donicach i myślę o wszystkich zadaniach, które muszę wykonać przed Bożym Narodzeniem. Trzeba zmontować rower crossowy dla naszego najmłodszego syna – dziewięcioletniego Benjamina. Muszę na ostatnią chwilę kupić kilka rzeczy dla naszych trzech córek – Kary (22 lata), Alexy (21 lat) i Gaby (19 lat) – oraz dla Jamesa Gabriela, dziecka Gaby, które ma się urodzić za tydzień. Jutro muszę jeszcze zatrzymać się w Baby ´N Me, aby odebrać niebieskie litery, z których ułożymy imię Jamesa w jego dziecięcym pokoiku. Zdążyłam już wysłać gitarę Christianowi, który ma 18 lat i będzie spędzał święta w ośrodku odwykowym w Tennessee. Ogarnia mnie fala niepokoju, ponieważ właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że lista rzeczy do zrobienia przed świętami jest naprawdę długa jak na cztery krótkie dni.

 

Jeszcze nikt z nas nie przypuszcza, że przez najbliższe czterdzieści osiem godzin nasze życie zawiruje z siłą, jakiej nikt nawet nie jest w stanie sobie wyobrazić. I jeszcze nikt z nas nie wie, jak wiele będziemy musieli przetrzymać, zanim wszystko „osiągnie piękny koniec”.

SUKCESY

Bernie i ja poznaliśmy się przez wspólnych przyjaciół, z którymi pracowaliśmy podczas wystawy Louisiana World Exposition organizowanej w ramach tzw. „Wystaw światowych”, które odbywały się w Nowym Orleanie w 1984 roku. Bernie właśnie rozwodził się ze swoją pierwszą żoną, Marshą. Ich związek małżeński trwał szesnaście lat i mieli dwójkę wspólnych dzieci. Bernie postanowił porzucić dobrze płatną pracę jako dyrektor ds. wewnętrznego audytu w dużej firmie naftowej w Dallas i zostać przedsiębiorcą, a na organizowanej wystawie planował zaprezentować swoją ofertę. Pokazy Berniego bardzo szybko zyskały duży rozgłos, w wyniku czego lokalny biznesmen, który później został jego pierwszym klientem, zasugerował mu otworzenie agencji ds. public relations. Bernie długo się nie zastanawiał. Założył nową firmę, mimo że na branży public relations w ogóle się nie znał. Wtedy oprócz doświadczenia żołnierskiego miał tylko doświadczenie jako programista komputerowy (pracę tę wykonywał przez piętnaście lat dla miasta Los Angeles), i jako dyrektor w firmie naftowej w Dallas, gdzie pracował przez trzy lata. Brak doświadczenia nie powstrzymał go przed „zanurkowaniem” na oślep w public relations i reklamę, a później nie przeszkodził mu w zdobyciu licznych nagród, które w ciągu kolejnych lat otrzymał za planowanie i realizowanie niesamowicie kreatywnych kampanii. Ostatecznie do jego klientów należały takie instytucje, jak: New Orleans City Ballet, New Orleans Symphony Orchestra, New Orleans Opera Association oraz New Orleans Museum of Art. Bernie ukończył studia licencjackie na Uniwersytecie Pepperdine w Kalifornii na wydziale Historii Sztuki i absolutnie kochał sztukę, tak więc dobór klientów jak najbardziej odpowiadał jego kwalifikacjom

Ja ukończyłam studia licencjackie na kierunku Public relations i reklama na Uniwersytecie Loyola w Nowym Orleanie w 1982 roku i od razu rozpoczęłam pracę w kampanii reelekcyjnej gubernatora Edwina Edwardsa, po której odniósł historyczne, bo trzecie z rzędu, zwycięstwo jako gubernator Luizjany. Naklejki na samochody z napisem „Głosuj na Crooka” (crook – ang. oszust), powinny dać mi do myślenia i zniechęcić do tamtego towarzystwa, ale ja nigdy nie byłam dobra w ocenie ludzkich charakterów i zawsze przyciągałam ludzi, którzy żyli na tak zwanej krawędzi. I takim sposobem nagle wkroczyłam na scenę polityczną, myśląc, że to teren mi znajomy z uwagi na to, iż całe dotychczasowe życie obracałam się wśród polityków. Przez sześć miesięcy pracowałam nad otwarciem głównej siedziby Edwardsa i nią zarządzałam w Nowym Orleanie, a następnie przeniosłam się do głównego biura kampanii w stolicy stanu Baton Rouge, gdzie spędziłam kolejny rok. Wtedy nawet kilka razy w tygodniu przemieszczałam się po całym stanie prywatnym samolotem i helikopterem Edwardsa, wraz z jego bratem, Marionem, walcząc o poparcie w różnych miastach całej Luizjany.

Moje doświadczenie związane z odnoszącą sukcesy kampanią Edwardsa miało swoje plusy, ale ja naiwnie oczekiwałam, że ta kampania będzie mieć bardziej rodzinny charakter, jak te, które pamiętałam z okresu dzieciństwa. Kampanie wyborcze nie były mi obce, bo moja ciotka Verna Landrieu i mama Phyllis angażowały dziewiętnaścioro swoich dzieci do pracy jako wolontariusze w głównych biurach kampanii. Praca ta polegała na odbieraniu telefonów, naklejaniu znaczków na koperty i innych drobnych pracach. Tym, co różniło kampanię Edwardsa od kampanii, jakie pamiętam z dzieciństwa, był fakt, że pracowali przy niej wyłącznie ludzie dorośli i chociaż sama nie byłam świętoszkiem, to jednak czułam się zgorszona panującą tam atmosferą seksualnej swobody i moralności. Na przykład jeszcze w trakcie kampanii Edwards, mimo że ciągle był w związku małżeńskim ze swoją pierwszą żoną Elaine, publicznie żartował z dziennikarzami: „Żeby przegrać te wybory, musielibyście mnie przyłapać w łóżku z martwą dziewczyną lub żywym chłopcem”. To zdanie bardzo dobrze obrazuje atmosferę tamtego środowiska.

Po zakończeniu kampanii pod koniec 1983 roku byłam bardzo przygnębiona rozpustą, której byłam świadkiem, oraz relacjami, jakie w tamtym czasie nawiązałam. Jedna z nich wstrząsnęła mną szczególnie, a była to znajomość z pewną kobietą o imieniu Lola – kochanką wpływowego biznesmena, który został aresztowany za morderstwo swojej żony tydzień po zakończeniu wyborów. Chociaż mężczyzna twierdził, że jego żona popełniła samobójstwo i ostatecznie uniewinniono go od zarzutu zabójstwa, to wcześniej został zatrzymany przez policję, a z aresztu wyszedł po wpłaceniu kaucji, co miało miejsce dzień przed tym, jak zaprosił Lolę i mnie na obiad do swojej willi. Wzbraniałam się przed przyjęciem tego zaproszenia, ale ostatecznie uległam namowom Loli, która powiedziała, że jej przyjacielowi przydałoby się towarzystwo po aresztowaniu i wysokiej kaucji, jaką musiał wpłacić dzień wcześniej.

Pod jego dom przybyłyśmy około siódmej wieczorem. Biznesmen natychmiast zaproponował mi wycieczkę po swojej posiadłości. Zaprowadził mnie też do sypialni swojej żony, gdzie na łóżku ciągle leżała zakrwawiona pościel, a policyjna taśma ogradzała miejsce przestępstwa. Następnie pokazał mi pokój, gdzie policja znalazła broń, którą rzekomo zastrzeliła się jego żona. Zanim doszliśmy do składziku wina znajdującego się na poddaszu, moje kolana dosłownie trzęsły się ze strachu; byłam przekonana, że ponieważ wiem już tak dużo, to zamierza mnie zabić. Na szczęście zwiedzanie zakończyło się w jadalni, gdzie czekała na nas Lola. Szybko zjadłam kolację, po czym elegancko się pożegnałam i próbując ukryć przerażenie, opuściłam jego posiadłość.

Wstrząśnięta tym wszystkim postanowiłam porzucić świat polityki i wyjechać jak najdalej od Baton Rouge. Wróciłam do Nowego Orleanu, gdzie próbowałam znaleźć nową pracę. Ostatecznie przyjęłam propozycję gubernatora, który osobiście zaproponował mi stanowisko w swojej administracji. Wkrótce zaangażowałam się w pracę przy „Wystawach światowych”, a rok później zaczęłam pracować w firmie Klein and Associates Public Relations.

Dość paradoksalne jest to, że swoje nawrócenie na chrześcijaństwo zawdzięczam właśnie Edwinowi Edwardsowi, bo to właśnie praca przy jego kampanii skłoniła mnie do przemyśleń religijnych. Co prawda zostałam wychowana na katoliczkę, ale straciłam wiarę w Boga podczas studiów na katolickim uniwersytecie. Na studiach miałam wiele zajęć z teologii i filozofii, na których zapoznałam się z dekonstruktywną i relatywistyczną wersją „prawdy”. W efekcie ukończyłam college jako agnostyk skłaniający się ku ateizmowi. Moja praca przy kampanii Edwardsa i zdarzenia jej towarzyszące sprawiły, że zaczęłam szczerze żałować, iż straciłam wiarę w Boga. W tym właśnie czasie zaczęłam żarliwie prosić Go, aby w jakiś sposób udowodnił mi, że istnieje. Pewnego dnia kuzynka mojej kuzynki zaprosiła mnie na nabożeństwo w kościele protestanckim w kampusie Uniwersytetu Tulane. Niechętnie, ale przyjęłam tę propozycję. Pod koniec kazania pastor zapytał nas, czy chcemy poznać prawdziwego Boga i Jego plan na nasze życie. Zaprosił nas do wspólnego odmówienia „Modlitwy za grzeszników”, która pomaga zrozumieć grzeszną naturę człowieka i jego potrzebę wiary w Zbawiciela. Tamtego dnia w poczuciu tęsknoty i rozpaczy postanowiłam oddać moje serce i życie Jezusowi Chrystusowi. Miałam nikłą nadzieję, że Jezus w końcu mi się ukaże.

Nie było wzniosłej atmosfery, dzwonów i fajerwerków, ale w jednej krótkiej chwili już nie byłam przekonana, że Bóg nie istnieje i bez cienia wątpliwości przyjęłam, że Bóg jest realny, że mnie osobiście zna i kocha oraz że zostałam wezwana do nawiązania z Nim żywej relacji. Moje doświadczenie nawrócenia było podobne do nawrócenia św. Pawła. Moje życie nagle uległo całkowitej zmianie – przestało być przytłaczającą ciemnością, a stało się ciepłą jasnością. To zdarzenie miało miejsce dwadzieścia cztery lata temu i od tamtego momentu nigdy nie podważałam istnienia Boga. Chociaż zdarzało się, że groziłam Mu pięścią, kiedy ogrom doświadczanego cierpienia zaczynał mnie przytłaczać.

Kilka tygodni po swoim nawróceniu dostałam pracę na „Wystawach światowych” odbywających się w Nowym Orleanie w 1984 roku, a konkretnie pracowałam dla Amfiteatru i byłam odpowiedzialna za organizowanie przelotów i pobytów wielu gwiazd, które przyjeżdżały na imprezę. Wśród osób, z którymi współpracowałam, były nazwiska, takie jak Bob Hope, Andy Williams i Julio Iglesias oraz znane zespoły Bee Gees i Go Go’s. Najbardziej żywe wspomnienie z tamtego okresu dotyczy legendy muzycznej Caba Calloway’a, który odmówił występu, ponieważ umieściłam go w przebieralni z zespołem mało wtedy jeszcze znanej artystki jazzowej Wynton Marsalis, natomiast samej Wynton dałam oddzielną przebieralnię. Zrobiłam tak, ponieważ nie zdawałam sobie sprawy ze sławy i rangi Caba. Niezadowolony Calloway rzucił w moją stronę wiązankę epitetów, wsiadł z powrotem do taksówki i wrócił na lotnisko, ignorując moje błagalne przeprosiny i prośby o pozostanie i zagranie koncertu. Tamtego dnia nauczyłam się, że ignorancja nie zawsze jest błogosławieństwem i byłam zażenowana całą sytuacją. Na szczęście moi szefowie nie zrobili z tego wielkiej afery.

Po zakończeniu „Wystaw światowych” moja przyjaciółka Deena, która podczas imprezy była odpowiedzialna za organizację pokazów, kazała mi jak najszybciej skontaktować się z prezesem Klein and Associates Public Relations. „Bernie Klein jest jednym z najbardziej uroczych mężczyzn, jakich znam, a do tego człowiekiem wielu sukcesów” – nakreśliła mi sylwetkę mojego przyszłego pracodawcy. Jeszcze tego samego dnia zadzwoniłam do Berniego, aby zapytać o możliwość podjęcia u niego pracy. Po godzinnej rozmowie telefonicznej, podczas której rozmawialiśmy praktycznie o wszystkim, odłożyłam słuchawkę i pomyślałam sobie: „Chcę poślubić tego mężczyznę”. Kilka dni później, dokładnie 30 października 1984 roku, odbyliśmy oficjalną rozmowę kwalifikacyjną, która tylko wzmocniła moje pierwsze wrażenie co do Berniego. Mimo że wtedy od czterech lat spotykałam się z pewnym studentem prawa, postanowiłam zerwać ten związek i zacząć nowy – z Berniem. Nasza relacja rozwijała się w błyskawicznym tempie i po sześciu miesiącach intensywnej współpracy i ekscytującego romansu, Bernie i ja wzięliśmy ślub, którego udzielił nam protestancki pastor z tego samego kościoła, w którym się nawróciłam. Miałam wtedy dwadzieścia cztery lata, Bernie miał lat czterdzieści.

Pastor nie był zachwycony faktem, że byłam w ciąży, ale ja byłam szalenie zakochana w Berniem i wiedziałam, że niczego bardziej na świecie nie pragnę, jak zostać jego żoną. Kochałam go za silną i wyjątkową osobowość, niespotykany entuzjazm i ogromną pewność siebie. Jako środkowe dziecko, które w rodzinie zwykle pełniło rolę rozjemcy, zawsze miałam niskie poczucie własnej wartości i byłam osobą raczej mało pewną siebie, obsesyjnie wręcz martwiącą się o to, co myślą o mnie inni. Dlatego ceniłam Berniego za jego silną osobowość, otwartość w wyrażaniu swoich myśli oraz za to, że w ogóle nie przejmował się opinią innych ludzi ani tym, że może kogoś urazić. Będąc osobą wylęknioną, podziwiałam nieustraszoność, z jaką Bernie przeżywał swoje życie oraz sposób, w jaki zdobywał wszystko, czego pragnął, włączając w to mnie. Widziałam, że osiąga sukcesy z prędkością światła i chciałam, aby zabrał mnie ze sobą w swoją podróż. Ponadto byłam przekonana, że mogę być narzędziem Boga, dzięki któremu zostanie ocalona jego dusza. Zaczęłam więc zabierać go ze sobą do kościoła z nadzieją, że któregoś dnia Bernie również zawierzy swoje życie Chrystusowi.

Takie połączenie przeciwności i zależności to zapewne przepis na poważny konflikt małżeński, który zwykle następuje, kiedy mija wzajemne zauroczenie, ale nikt nie był w stanie odwieść mnie od decyzji zawarcia małżeństwa z Berniem, mimo że kilka osób z rodziny i znajomych próbowało to zrobić. Jedną z osób negatywnie nastawionych do naszego związku była młodsza siostra Berniego, Hedy. Kiedy Hedy dowiedziała się o naszych zaręczynach, zaprosiła mnie na wspólny lunch. Hedy była osobą bardzo religijną i kiedy dowiedziała się o moim nawróceniu, pomyślała, że znajdzie ze mną wspólny język i zdoła mnie odwieść od mojego zamiaru.

 

„Kochanie – zaczęła bezpośrednią rozmowę, a ja patrzyłam na jej piękną opaloną twarz o ostrych rysach, czarnych oczach i doskonale rzeźbionych kościach policzkowych – jesteś piękna, młoda, inteligentna i jesteś chrześcijanką. Powiedz mi jeszcze raz, dlaczego chcesz wyjść za mojego brata?” – powiedziała to z taką manierą, że nawet nie musiała wspominać o tym, że Bernie był dużo starszy ode mnie, właśnie zakończył swoje pierwsze nieudane małżeństwo i ma szesnastoletniego syna oraz dwunastoletnią córkę, którzy czekają na niego w Dallas. Kiedy odpowiedziałam, że jestem w Berniem szalenie zakochana, Hedy zyskała jeszcze więcej pewności: „Muszę cię ostrzec, że Bernie jest bardzo trudnym człowiekiem i jeśli go poślubisz, to całe twoje życie będzie pełne poważnych wyzwań”.

„Hedy, szczerze wierzę, że Bóg postawił na mojej drodze Berniego, abym ocaliła jego duszę” – brzmiała moja odpowiedź.

„Rozumiem – poddała się, widząc moją nieugiętość. – Jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebować mojej pomocy, dzwoń. Jestem pewna, że jako mężatka niejednokrotnie będziesz chciała ze mną porozmawiać”. Nie powiedziałam jej wtedy, że byłam już w trzecim miesiącu ciąży z naszym najstarszym dzieckiem, i sprawy zaszły już za daleko, aby można się było wycofać. Nasza córka, Kara, urodziła się sześć miesięcy później w Wigilię Bożego Narodzenia. Alexandra, Gabrielle i Christian urodzili się w ciągu pierwszych czterech lat naszego małżeństwa. To było dwadzieścia trzy lata temu – zanim zamieszkaliśmy w naszym obecnym domu i zanim życie doświadczyło nas całą serią prób i perypetii, zarówno małżeńskich, jak i rodzinnych. Wtedy ciągle jeszcze wierzyłam, że wszystko ułoży się zgodnie z moimi nadziejami, marzeniami i planami.