Dotknąć Nieba Poruszająca opowieść o podróży do Nieba i z powrotem

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dedykuję tę książkę

moim cudownym dzieciom –

Karze, Alexandrowi, Gabrielle,

Christianowi i Benjaminowi.

Jesteście moim największym darem

i dzięki Wam moje serce nauczyło się

wielu ważnych i wspaniałych rzeczy.

Nie potrafię słowami wyrazić,

jak bardzo Was kocham.

Dlatego zginam kolana moje przed Ojcem,

od którego bierze nazwę wszelki ród na niebie

i na ziemi, aby według bogactwa swej chwały

sprawił w was przez Ducha swego, by potężnie

wzmocnił się wewnętrzny człowiek.

Niech Chrystus zamieszka przez wiarę

w waszych sercach; abyście w miłości

zakorzenieni i ugruntowani, wraz ze

wszystkimi świętymi zdołali ogarnąć duchem,

czym jest Szerokość, Długość, Wysokość

i Głębokość i poznać miłość Chrystusa,

przewyższającą wszelką wiedzę, abyście zostali

napełnieni całą Pełnią Boga.

Temu zaś, który mocą działającą w nas

może uczynić nieskończenie więcej niż to,

o co my prosimy czy rozumiemy, Jemu chwała

w Kościele i w Chrystusie Jezusie po wszystkie

pokolenia wieku wieków! Amen.

Ef 3,14-21

PROLOG

Mówi się, że jakie życie, taka śmierć. To powiedzenie okazało się w 100% prawdziwe w przypadku mojego męża Berniego, który w 2008 roku na dzień przed Wigilią doznał zawału serca i ostatnie trzy miesiące swojego życia spędził na oddziale intensywnej terapii. Całe życie Berniego było pełne dramatów i pasji. I to właśnie pociągało mnie w nim na samym początku, ale też niejednokrotnie podczas naszego dwudziestoczteroletniego małżeństwa doprowadzało mnie na skraj szaleństwa. Umieranie Berniego również było pełne dramatu i pasji – do tego stopnia, że personel medyczny, który opiekował się nim na oddziale intensywnej terapii, zaczął nazywać go „Cudownym Człowiekiem”.

Przed wami opowieść o podróży Berniego do cudownej rzeczywistości odkrytej podczas ciężkiej choroby; podróży, która może zerwać zasłonę oddzielającą ziemię od nieba i pozwolić doświadczyć trochę nieba na ziemi. Oto historia „Cudownego Człowieka” – tak właśnie lekarze i pielęgniarki z czułością nazywali Berniego, ponieważ „umierał i zmartwychwstawał” tak wiele razy, że oczywiste dla wszystkich było, że doświadczał czegoś nie z tego świata.

To jest zarówno historia Berniego, jak i moja własna. To jest również historia każdego z nas, ponieważ wierzę, że przeznaczeniem każdego człowieka jest doświadczenie chwały Bożej; chwały, która przebija się do zwykłej rzeczywistości, często w sposób niezwykły i w miejscu najbardziej nietypowym – na przykład poprzez odciśnięcie widocznego śladu w naszych ciałach lub niedostrzegalne przeobrażenie naszych serc, bo tak właśnie się stało w naszym przypadku. Co więcej, my nie tylko mamy być świadkami Bożej chwały; naszym zadaniem jest tę chwałę unieść. Jest to jednak możliwe tylko wtedy, gdy jesteśmy wystarczająco mocni, aby wziąć na siebie tak wielki ciężar, ponieważ przeszywająca chwała Boża czasami może stać się ciężarem nie do wytrzymania, o czym ja i Bernie przekonaliśmy się wielokrotnie.

Z czasem zrozumiałam, że możliwość noszenia w sobie mocy Boga jest bezpośrednio uzależniona od naszej otwartości na ukryte dary, które oferuje nam życie. Dary te często przychodzą do nas w paczkach-niespodziankach. Ta otwartość zwiększa się dzięki radosnym i szczęśliwym niespodziankom od życia, ale nic tak bardzo jej nie powiększy, jak wielkie i niespodziewane nieszczęście. W rzeczywistości cierpienie działa jak mechanizm pogłębiający naszą zdolność przyjęcia Boga, a to dlatego, że bardzo mocno podważa nasze dotychczasowe wyobrażenie o Nim, zmuszając nas do zmiany naszego sposobu myślenia o Bogu, co w ostateczności sprawia, że albo otwieramy się jeszcze bardziej na Jego przenikającą miłość, albo całkowicie się na nią zamykamy. Niestety, takie zamknięcie oznacza piekło.

Ale moja historia opowiada o otwarciu: otwarciu się na inne postrzeganie Boga i naszego powołania; otwarciu się na skomplikowaną podróż do zbawienia – podróż, która nigdy nie była łatwa; otwarciu się na wspaniałą lekcję miłości, która na końcu drogi okazuje się być jej najważniejszym celem.

Z początku chciałam trochę ocenzurować tę historię i opowiedzieć tylko to, co w niej było dobre, piękne i uświęcone. Wierzcie mi, nie zabrakłoby mi materiałów. Ale ocenzurowana historia nie byłaby prawdziwa i autentyczna ani dla mnie, ani dla Berniego. A co najważniejsze, nie byłaby prawdziwa dla Boga. Bóg tkwi w detalach, a detale naszego życia tworzą niezły rozgardiasz. Mam nadzieję, że nie jesteś zszokowany tym faktem. Chrystus na pewno nie był. Jego Ukrzyżowanie jest i będzie największym skandalem w historii ludzkości.

To jest prawdziwa, pełna miłości historia o niezwykłej podróży, która rozdarła serce mnie i mojej rodzinie, aby zbadać granice miłości ludzkiej i nieskończonej miłości Bożej. Podróż ta trwała osiemdziesiąt siedem długich dni, podczas których patrzyliśmy na umieranie Berniego. Modlę się o to, aby ta historia była dla ciebie błogosławieństwem i pomogła ci odnaleźć cud twojej własnej relacji z Bogiem. Przed tobą bardzo ludzka, a równocześnie prawdziwie Boska i realna opowieść o życiu.

W celu zachowania prywatności, zmieniłam imiona i nazwiska osób pracujących w szpitalach oraz niektórych księży opiekujących się Berniem. Poza tym moja relacja jest bardzo dokładna i autentyczna. Wszystkie „Nowe wiadomości o Berniem” zostały dosłownie przepisane z e-maili, jakie wysyłałam do przyjaciół podczas jego hospitalizacji.

Judy Landrieu Klein 19 marca 2013 roku, w uroczystość św. Józefa

CISZA PRZED BURZĄ

21 GRUDNIA
2008 ROKU
Godzina 17:00

Do Świąt Bożego Narodzenia pozostały jeszcze cztery dni. Odpoczywam na patio – wewnętrznym dziedzińcu naszego domu, znajdującego się na końcu ślepej uliczki w sielankowej okolicy w Luizjanie. Tutaj spędziliśmy z Berniem całe nasze małżeńskie życie, podczas którego wychowaliśmy pięcioro dzieci. Nasz dom znajduje się w odległości trzydziestu pięciu kilometrów od Nowego Orleanu, miasta, w którym się urodziłam i wychowałam. Pochodzę z wielkiego klanu Landrieu. Jest to jedno z najbardziej liczących się nazwisk wśród polityków Luizjany. Mój wuj „Moon”, jedyny brat ojca Josepha, pełnił funkcję burmistrza Nowego Orleanu w latach 1970-1978, a następnie pracował jako sekretarz ds. urbanizacji Stanów Zjednoczonych w czasie rządów Cartera. Ojciec i wuj byli tak zwanymi papużkami nierozłączkami i nawet żenili się w tym samym roku 1952, i to w zaledwie dwutygodniowym odstępie. Obaj poślubili swoje szkolne miłości i w przeciągu jedenastu kolejnych lat spłodzili w sumie dziewiętnaścioro dzieci. Moi rodzice, pieszczotliwie nazywani „J. Landrieus”, pod względem liczby dzieci byli liderami – w sumie mieli siedmiu chłopców i trzy dziewczynki. „M. Landrieus”, mając pięć dziewczynek i czterech chłopców, zajął zaszczytne drugie miejsce. Trójka z jego dzieci obecnie zajmuje się polityką. Pełnią oni odpowiednio funkcje: sekretarza Nowego Orleanu, senatora Stanów Zjednoczonych i sędziego sądu apelacyjnego.

Ja jestem szóstym z kolei dzieckiem i małą dziewczynką „J. Landrieus”, która złamała serce matki, bo „opuściła” dom rodzinny zaraz po ślubie z Berniem. Według mamy wyjechaliśmy do „obcej ziemi” (w rzeczywistości oddalonej o zaledwie czterdzieści pięć minut drogi na północ od miasta). Zamieszkaliśmy na strzeżonym osiedlu, gdzie wspólnie z Berniem spędziliśmy ostatnie dwadzieścia cztery lata życia. Wśród mieszkańców Nowego Orleanu bardzo źle widziane jest opuszczenie rodzinnego domu. Mimo to ja i Bernie postanowiliśmy uciec na bezpieczne peryferie, kiedy to w połowie lat osiemdziesiątych na skutek zaniedbań władzy w mieście diametralnie wzrosła przestępczość, również ta związana z narkotykami. W nowym miejscu zamieszkaliśmy w dużym nowoczesnym domu przy polu golfowym, w strzeżonej dzielnicy o francuskiej nazwie „Beau Chene”, co znaczy „piękny dąb”.

Od tamtego czasu mieszkaliśmy kolejno w czterech różnych miejscach w Beau Chene, a nasz obecny dom kupiliśmy czternaście lat temu. Osobiście sprzeciwiałam się temu zakupowi, twierdząc, że jest to „najbrzydszy dom, jaki widziałam”, stanowczo odmawiając zamieszkania w czwartym z kolei lokum urządzonym w nowoczesnym stylu kalifornijskim. Zawsze marzyła mi się posiadłość w stylu akadyjskim, która odzwierciedlałaby kulturę Luizjany. Bernie jednak lubi architekturę nowoczesną i w tej kwestii musiał postawić na swoim. Ostatecznie więc zakupiliśmy nowoczesny kalifornijski dom z wysokimi sufitami i dużymi szklanymi oknami. Budynek wymagał gruntownej renowacji, ale Bernie już na początku obiecał mi, że sam zajmie się całym remontem. Nie myślałam wtedy, że czeka mnie sześć remontów w ciągu czternastu lat – z czego cztery ostatnie miały miejsce w czasie trzydziestu sześciu miesięcy. I tak przez ostatnie lata nasze życie to były ciągłe rozbiórki i naprawy. Ostatnie przeróbki były wynikiem zapadnięcia się tylnej części domu, co spowodowała susza, zawalenia się sufitu w kuchni, uderzenia sosny w środek domu niedługo po huraganie Katrina oraz pożaru, który wybuchł z powodu starej instalacji elektrycznej. Czasami żartujemy, że nasz dom zapewne został zbudowany na miejscu pochówku Indian, przez co został „przeklęty”, a dowodem na to są ciągle powtarzające się awarie i zniszczenia.

Luizjana ma bogatą historię związaną z rdzenną ludnością amerykańską: te rejony zamieszkiwały indiańskie plemiona Quachita i Choctaw (Czoktawowie), od których pochodzą nazwy niektórych ulic na osiedlu. Nasz poprzedni dom znajdował się przy Placu Choctaw, a jeszcze wcześniejszy mieścił się przy Kiskatom Lane – nazwa ta w języku indiańskim oznacza drzewa orzesznika, które rosły w tym miejscu przed wybudowaniem pola golfowego. Żarty żartami, ale ja czasami w głębi duszy zastanawiałam się, czy nasza rodzina nie została przeklęta, chociaż nigdy tych obaw nie wypowiedziałam głośno.

 

Dom stał się ciekawą metaforą naszego życia, bo im bardziej próbowaliśmy go przebudować, tym więcej nieszczęść wydawało się na nas spadać. Za każdym razem, gdy mówiliśmy „najgorsze już za nami”, spotykało nas coś jeszcze gorszego. Dziewięć lat temu mój brat Scott w wieku trzydziestu pięciu lat popełnił samobójstwo. Cztery lata temu trzydziestosześcioletni syn Berniego, Marshall, zmarł nagle na niewydolność wątroby. Dziewięć miesięcy temu w wyniku morderstwa, a następnie samobójstwa straciliśmy mojego drugiego brata, Stephena, oraz jego pięćdziesięciodwuletnią letnią żonę, Brendę. Ta ostatnia trauma naprawdę powaliła nas na kolana. Dodatkowo, mniej więcej we wrześniu tego roku, nasz osiemnastoletni syn, Christian, wpadł w poważną narkomanię.

Teraz jest grudzień i właśnie wróciliśmy do domu z Tennessee, gdzie braliśmy udział w Rodzinnym Tygodniu w ramach programu odwykowego, któremu Christian został poddany. Cały ten tydzień spędziłam, modląc się o to, aby nasza dziewiętnastoletnia córka, która spodziewa się dziecka, nie zaczęła rodzić podczas naszej nieobecności, ponieważ mam jej asystować przy porodzie. Czuję się naprawdę wyczerpana tym, że ciągle balansuję na krawędzi urwiska, starając się nie spaść w przepaść. Żartuję sobie, że gdyby nie było to moje własne życie, nie uwierzyłabym, że to wszystko się dzieje. Nie uwierzyłabym, że tak wiele człowiek może znieść. Kiedy jest naprawdę ciężko, to modlę się: „Boże, proszę, aby to już był koniec”. Matka Teresa powiedziała, że pokora przychodzi poprzez upokorzenie. Ja już teraz jestem pełna pokory. Jestem katolicką teolożką, która chce głosić Dobrą Nowinę o Jezusie Chrystusie, a jednocześnie nie mogę przestać płakać nad własnymi niekończącymi się nieszczęściami. Przez długie lata prowadziłam kursy przedmałżeńskie, choć moje własne małżeństwo jest na krawędzi wytrzymałości. Nauczam innych o mocy modlitwy, a jednocześnie czuję, że moje życie rozpada się i nie jestem w stanie tego procesu powstrzymać nawet najdłuższą modlitwą. Poza tym, od marca 2012 roku, czyli od dnia, w którym mój brat Stephen zastrzelił swoją żonę i siebie, przechodzę pełnoobjawowy kryzys wiary. Nie potrafię zrozumieć niekończącego się cyklu tragedii i problemów w naszym życiu. Ludzie zaczynają mnie porównywać do Hioba, a ja zaczynam wierzyć w to podobieństwo. Nieustannie pytam Boga: „Co takiego złego robię na tym świecie?”.

Natomiast mój mąż Bernie – który pod względem sarkastycznego poczucia humoru i agresywnej, mocnej osobowości jest skrzyżowaniem Jacka Nicholsona i Roberta De Niro, będąc równocześnie sobowtórem (wygląd mądrego człowieka) George’a z Kronik Seinfelda (podobieństwo to wzmacnia wydęty brzuszek i zakola otoczone czarnymi włosami) – stoi niczym bokser z pięściami wymierzonymi w Boga. W typowy dla siebie lekceważący sposób, który ja uważam za histerycznie śmieszny, mówi: „No chodź, uderz mnie jeszcze raz!”.

Bernie jest jedną z najbardziej porywczych, twórczych, inteligentnych i wszechstronnych osób, jakie kiedykolwiek poznałam. Ale jest również jedną z najbardziej aroganckich, upartych i wybuchowych osób, jakie kiedykolwiek spotkałam. Zawsze zdobywa to, czego chce. W swoim życiu wykonywał wiele różnych zawodów. Był m.in.: żołnierzem marynarki wojennej, programistą komputerowym, audytorem wewnętrznym, dyrektorem ds. reklamy i public relations, doradcą finansowym, specjalistą ds. handlowych i zarządzania w sytuacjach kryzysowych – wszystkich tych funkcji Bernie podejmował się z równym zapałem. W razie potrzeby potrafi być również specjalistą od spraw prawnych. Tę samodzielnie zdobytą wiedzę i umiejętności wykorzystuje najczęściej w przypadku, gdy jeden z jego klientów musi złożyć wniosek o ogłoszenie upadłości w celu restrukturyzacji kredytu lub gdy musi pojawić się na przesłuchaniu w sądzie upadłościowym. Wtedy Bernie sam wychodzi z propozycją pomocy i próbuje bronić klienta przed jego wierzycielami. Bernie samodzielnie przygotowuje dokumenty prawnicze i kontrakty dla ofert biznesowych, dlatego ludzie ciągle pytają go o to, czy kończył studia prawnicze. „Nie – odpowiada Bernie – nigdy nie mógłbym być prawnikiem, bo ten zawód wiąże się z wciskaniem innym kitu”. Z czasem jednak odkrył przydatność programów prawniczych, które można kupić i zainstalować na komputerze. Nasze dzieci długo miały trudności ze zrozumieniem, czym tak naprawdę zajmuje się ich tata. W końcu Bernie uznał, że szeroki termin „konsultant ds. zarządzania” stanowi idealny parasol terminologiczny dla jego licznych i różnych zajęć zawodowych i może się nim posługiwać zawsze bez względu na to, czym się zajmuje w danym momencie.

Stres i chaos ostatnich kilku lat odcisnęły piętno na nas obojgu, a dodatkowe napięcie związane z tegorocznym kryzysem ekonomicznym, który kosztował Berniego stratę dużego kontraktu rządowego, nie pomogło nam w trudnej sytuacji. Cztery lata temu Berniemu udało się pozyskać państwowy kontrakt na rozwój instytutu The Maritime Institute for Emergency Monitoring and Response (Instytut Morski Monitoringu i Reagowania w Sytuacjach Kryzysowych), którego celem było przeszkolenie ludzi w zakresie reagowania na katastrofy morskie w Zatoce Meksykańskiej i u ujścia rzeki Missisipi. Pomysł ten Bernie przedstawił i rozwinął rok przed uderzeniem huraganu Katrina, po tym jak dość proroczo wywnioskował, że Luizjana jest zupełnie nieprzygotowana na radzenie sobie z dużymi katastrofami. Pracowaliśmy nad tym projektem od kilku lat, ale ubiegłego czerwca jeden podpis gubernatora sprzeciwiającego się realizacji projektu wystarczył, aby zniweczyć całą naszą pracę i wstrzymać finansowanie projektu, od którego w dużej mierze zależały również nasze przyszłoroczne dochody rodzinne. Nieprzewidziane komplikacje mocno uderzyły w morale Berniego i wyprowadziły go z równowagi. W efekcie tych wydarzeń Bernie w wieku sześćdziesięciu trzech lat podjął próbę odbudowania swojego biznesu. W końcu pojawiło się światełko w tunelu i w tym tygodniu Bernie podpisał kilka nowych kontraktów, w tym jeden z Louisiana Organ Foundation na program zwiększenia świadomości społeczeństwa w sprawie oddawania organów do przeszczepów. Cieszę się ogromnie, że przetrwaliśmy ten ostatni kryzys i że mój mąż po raz kolejny wybrnął z trudnej sytuacji.

Bernie żartuje, że w biznesie może przyjąć każdą pożądaną rolę: „Chcesz, abym był Żydem z Nowego Jorku, jestem Żydem z Nowego Jorku” – mówi i uśmiecha się szeroko, podnosząc skierowane do góry dłonie i naśladując akcent Marlona Brando z Ojca Chrzestnego. „Chcesz, abym był katolikiem z Kolumbii, jestem katolikiem z Kolumbii... Podoba ci się? Mi też się podoba” – żartuje, a ja się z niego śmieję. Bernie jest w połowie niemieckim, w połowie hiszpańskim imigrantem z Bogoty (Kolumbia), którego prababka ze strony ojca była Żydówką o imieniu Emily Stein – z tego faktu Bernie jest szczególnie dumny

Rodzina jego ojca, Henry’ego, przyjechała do Bogoty z Niemiec tuż przed tym, jak Hitler doszedł do władzy. Następnie cały klan – w tym młoda żona Henry’ego, Leticia, która pochodziła z Kolumbii, oraz trójka ich małych dzieci – przeprowadziła się do Nowego Orleanu. Bernie miał wtedy cztery lata. Nie znał ani słowa w języku angielskim, ale nauczył się wykorzystać swoją naturalną charyzmę i poczucie humoru, aby przetrwać wśród zakonnic w Holy Rosary School (Szkoła Różańca Świętego) w Nowym Orleanie, gdzie wraz z rodzeństwem uczęszczał do szkoły średniej. Edukację tę Bernie w dużej mierze zawdzięcza biskupowi Ottowi, który po tym, jak poznał matkę Berniego na jednej z Mszy i dowiedział się, że jej dzieci zostały zapisane do publicznej szkoły, postarał się dla nich o stypendium. Bernie wyniósł stamtąd urzekającą cechę, która uwidacznia się w jego chłopięcym uśmiechu oraz satyrycznym i ironicznym poczuciu humoru. Oboje nauczyliśmy się jednej rzeczy: poczucie humoru jest lekarstwem, które pozwala ci zachować zdrowe zmysły, kiedy twoje życie przepełnione jest dramatami i tragediami. Nasze dzieci nie zawsze rozumieją humor Berniego, ale ja jestem jego najlepszą publicznością. Kiedyś pojechaliśmy z Karą – najstarszą córką spośród pięciorga naszych dzieci (Kara śpiewa piosenki chrześcijańskie i wygłasza przemówienia do młodzieży na temat czystości) – do Nowego Jorku z okazji jej szesnastych urodzin. Przez całe pięć dni histerycznie śmiałam się z Berniego, a ona spoglądała na mnie ze zdziwieniem, nie do końca rozumiejąc, co mnie tak bawi. „Nie rozumiem, co cię tak bawi” – mówiła, wywracając oczami, kiedy ja jeszcze głośniej śmiałam się z jego żartów.

W końcu Kara odkryła, na czym polega ironia jej taty. Któregoś dnia po kilku godzinach zwiedzania wróciliśmy wyczerpani do hotelu. Postanowiliśmy przegryź coś, zanim usiądziemy do kolacji. Ja i Kara zażyczyłyśmy sobie starbucki i owoce.

„Wy, dziewczyny, nic nie wiecie o odżywczym pożywieniu, jakie trzeba dostarczać organizmowi podczas wycieczki! – Bernie uśmiechnął się w swoim protekcjonalnym stylu. – Spójrzcie! Delikatesy! – powiedział z ekscytacją, kiedy zauważył Nathan’s New York Deli w pobliżu naszego hotelu. – Pokażę wam, dziewczyny, jakie energetyzujące jedzenie można dostać w Nowym Jorku” – powiedział dumnie, wchodząc do sklepu. Po chwili wyszedł z pełną torbą, w której znajdowały się szwajcarski ser, twarde salami, żytni chleb i koszerne korniszony. Wróciliśmy do hotelu, gdzie mój mąż dosłownie pochłonął całą torbę jedzenia. Po kilku minutach obżarstwa zwalił się na łóżko i zasnął, a my zaczęłyśmy się śmiać z tego jego „energetyzującego jedzenia”. Do dzisiaj śmiejemy się z tamtej sytuacji.

Chociaż jestem największą fanką Berniego, potrafię też być jego największym krytykiem. Jego silna wola, impulsywność i nieustępliwość w podejmowaniu decyzji często sprawiają, że czuję się przez niego„nadzorowana”. Do tego dochodzi jego gorący latynoski temperament, przez który wielokrotnie sprawił wiele bólu rodzinie i przyjaciołom. Bernie potrafi bez wahania nakrzyczeć na innych, w tym także na swoich klientów, a po pięciu minutach o wszystkim zapomnieć i zaprosić urażoną stronę na obiad! Ja i dzieci bardzo dobrze znamy specyficzny temperament Berniego, ale i tak patrzymy z niedowierzaniem, kiedy przez telefon krzyczy na swojego klienta. Nie możemy uwierzyć, że ktoś płaci duże pieniądze za takie językowe „biczowanie”, ale prawdą jest, że klienci i tak do niego wracają. Dzieje się tak, ponieważ wiedzą, że Bernie nigdy się nie poddaje i mogą liczyć na jego inteligencję oraz zawziętość.

„Byłem żołnierzem marynarki wojennej! – z dumą podkreśla mój mąż. – Tam nauczyli mnie, jak zabić wroga lub zniszczyć jego wolę życia!” – mówi jak żołnierz i salutuje. Bernie żywi ogromną miłość i szacunek dla korpusu amerykańskiej piechoty morskiej, ponieważ tam podczas służby stał się prawdziwym mężczyzną i odkrył swoje osobiste oraz zawodowe talenty. Mimo że ojciec po pijaku powtarzał mu, że nigdy niczego nie osiągnie i prawdopodobnie skończy w więzieniu, Bernie w wieku dziewiętnastu lat zapisał się do marynarki i wyjechał na wojnę w Wietnamie. Po trudnym pierwszym roku studiów na LSU (Stanowy Uniwersytet Luizjany) w Baton Rouge, kiedy omal nie wyrzucono go z uczelni, Bernie pewnego dnia spontanicznie poszedł do biura rekrutacyjnego w korpusie amerykańskiej piechoty morskiej i po prostu się tam zapisał. Kilka tygodni później był już w oddziale bazy morskiej Camp Pendleton w San Diego w Kalifornii, gdzie bardzo szybko odkrył, że w wojsku albo się walczy, albo ginie.

„Pierwszego poranka o godzinie 5:00 rozbrzmiała trąbka, po czym sierżant wpadł do pokoju, krzycząc wniebogłosy, że to jest dla nas ostatni dzwonek, abyśmy podnieśli swoje tyłki z łóżek! – wspomina Bernie. – Było potwornie zimno, a do okrycia się dano nam zaledwie cienkie wełniane koce. Trząsłem się panicznie i myślałem: «Co ja do diabła tutaj robię?». Po kilku tygodniach jeden z chłopaków popełnił samobójstwo, ponieważ przerosły go rygorystyczne wymagania i warunki. Oni chcieli nas całkowicie złamać, aby potem ukształtować nas na żołnierzy!” – wyjaśnia radykalne metody stosowane w wojsku. Bernie widząc, że ma wybór między utonięciem a płynięciem dalej, zdecydował się płynąć. I udało mu się! Ukończył klasę kadetów z kilkoma wyróżnieniami i nagrodami, w tym: Honor Man Award, Leadership Award, Physical Excellence Award, Rifleman Award oraz Academic Excellence Award. Niestety nikt z jego rodziny nie mógł przybyć na uroczystość rozdania dyplomów i podziwiać jego osiągnięcia. Obca rodzina z Luizjany, której zrobiło się przykro z tego powodu, zaprosiła Berniego na wspólny obiad, aby świętować z nim ten ważny dla niego dzień. W sytuacjach kryzysowych i konfliktach Bernie do dzisiaj zachowuje się jak żołnierz i wiele razy widziałam, że wygrywał bitwy, które inni z góry uważali za przegrane. Po dwudziestu czterech latach małżeństwa wiem, że mój mąż wyjdzie z każdej opresji, bo wie, jak walczyć o przetrwanie, kiedy sytuacja tego wymaga. Jednocześnie Bernie ma w sobie coś z chłopca.

 

Jesteśmy całkowitymi przeciwnościami, jeśli chodzi o relacje z ludźmi i rozwiązywanie problemów. Kiedy mnie dopada kryzys, to jestem sparaliżowana strachem i mam tendencję do przyjmowania pozycji biernej. Często zamykam się w sobie i przestaję się odzywać. Co jakiś czas przypominam sobie, że „Bernardo”, bo tak nazywa go jego rodzina, jest kolumbijskim imigrantem, synem Niemca i Kolumbijki, podczas gdy ja jestem Amerykanką wychowaną w Nowym Orleanie. Już dawno temu doszłam do wniosku, że różnice między nami mają podłoże kulturowe a także są zależne od naszych osobowości, i to już nigdy się nie zmieni. Poza tym fakt, że Bernie jest ode mnie starszy o piętnaście i pół roku oznacza, że pochodzimy z dwóch różnych pokoleń. Bernie ciągle uznaje model rodziny, w którym mężczyzna chodzi do pracy i podejmuje ważne decyzje, a kobieta chodzi do kościoła i zajmuje się domem oraz dziećmi. Ponadto Bernie jest przekonany, że kiedy mężczyzna jest w domu, to powinien być traktowany jak król klanu – zasadę tę przejął od swoich rodziców i przypomina mi o niej dosyć regularnie. Taka rzeczywistość nauczyła mnie codziennie modlić się o pokój ducha. Pewnego wieczoru, kiedy wykończona po ciężkim dniu opieki nad czwórką dzieci zmywałam naczynia, a Bernardo rozłożył się wygodnie na sofie, zrozumiałam raz na zawsze, że mam dwa wyjścia: albo zaakceptować stan rzeczy, którego nie można zmienić, albo złościć się i denerwować do końca życia.

Nasze małżeństwo nie jest wolne od gniewu i złości, ale jest w nim też wiele miłości i śmiechu. Po prawie ćwierćwieczu wspólnego życia stwierdziłam, że małżeństwo, podobnie jak samo życie, jest workiem o różnorodnej zawartości. I mogę tutaj zacytować moją teściową Letty, która ze swoim ciężkim kolumbijskim akcentem powiedziała mi już z milion razy: „Jeśli chcesz utrzymać małżeństwo, to musisz bardzo dużo znieść!”.