SowieciTekst

Z serii: Historia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tego autora polecamy również

PAKT PIŁSUDSKI-LENIN

PAKT RIBBENTROP-BECK

OBŁĘD '44

OPCJA NIEMIECKA

ŻYDZI

Moja narodowość? Antykomunista.

Józef Mackiewicz

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Wstęp

Wyobraź sobie, Czytelniku, taką scenę. Długa kolumna Żydów maszeruje równym krokiem do komór gazowych KL Auschwitz. Na twarzach promienne uśmiechy, w rękach czerwone sztandary ze swastykami. A nad tłumem unoszą się radosne okrzyki:

– Niech żyje Hitler! Dziękujemy ci, kochany Führerze, że prowadzisz nas ku świetlanej przyszłości!

Niemożliwe? Oczywiście, że nie. Żydzi w momencie swej straszliwej śmierci – jak wszyscy normalni ludzie – przeklinali swoich oprawców. Żadnemu z nich nawet nie przyszło do głowy wznosić okrzyków na cześć katów z SS.

Tymczasem w Związku Sowieckim takie zachowania były na porządku dziennym. Ofiary Sowietów lizały buty swoich oprawców i umierały z imieniem Stalina na ustach. Dlatego właśnie – śmiem twierdzić – komunizm był znacznie gorszym, bardziej diabolicznym systemem niż stworzony przez Hitlera narodowy socjalizm.

Teza ta przez wielu zachodnich (i nie tylko!) intelektualistów uważana jest za najstraszniejszą z herezji. Za myślozbrodnię. Już samo porównanie, nie mówiąc o zrównaniu obu totalitaryzmów, przyprawia ich o palpitację serca. A co dopiero stwierdzenie, że Lenin był większym bandytą niż Hitler!

Przecież każdy wie – dowodzą ci panowie – że było na odwrót. To straszliwi „faszyści” byli znacznie gorsi niż romantyczni bojownicy o „lepsze jutro” spod znaku czerwonej gwiazdy. Problem polega na tym, że zwolennicy tej tezy nie mają na jej obronę żadnych poważnych argumentów.

Komunizm bije narodowy socjalizm na głowę. I to na wszystkich możliwych polach. Przede wszystkim to bolszewicy pierwsi stworzyli system totalitarny, który Hitler tylko marnie skopiował.

Sowieckie obozy koncentracyjne powstały w 1918 roku, a niemieckie kacety w 1933. Czerezwyczajka została powołana do życia w roku 1917, a Gestapo szesnaście lat później. Gdy reżim narodowosocjalistyczny zamordował pierwszego „wroga rasowego”, bolszewicy zdążyli już wysłać na tamten świat miliony „wrogów klasowych”. Niewinnych mężczyzn, kobiety i dzieci.

To nie jest zresztą tylko kwestia pierwszeństwa. Rzecz ma się podobnie z liczbą ofiar obu systemów. Komuniści na całym świecie zamordowali dobre dziesięć razy więcej ludzi niż Hitler, Himmler, Heydrich i reszta brunatnego towarzystwa.

Chwileczkę, powiedzą lewicowi intelektualiści, ale przecież narodowi socjaliści mordowali ludzi z powodu ich narodowości. A komuniści z powodu ich pochodzenia społecznego. Zbrodnie bolszewików były zatem mniej okropne.

Argument ten jest tak niedorzeczny, że aż trudno uwierzyć, iż ktoś mógłby go wysunąć na poważnie. Oddajmy zresztą głos Józefowi Mackiewiczowi:

Ostatnio zagłębiłem się w badanie rozmaitych foliałów, ksiąg dawnych i przykazań, celem odszukania takiego prawa boskiego lub ludzkiego, w którym by powiedziane było, że prześladowanie za rasę czy narodowość jest przestępstwem większym niż prześladowanie za pochodzenie klasowe czy stanowe, za wiarę w Boga czy światopogląd. Mimo dużego wysiłku z mojej strony takiego prawa nie odnalazłem.

Tak samo jest z innymi „argumentami”. Choćby z powtarzaną często przez żydowskich historyków tezą o rzekomej „wyjątkowości” Holokaustu. Na czym ta „wyjątkowość” miałaby polegać, trudno zrozumieć. Chyba tylko na tym, że w czasie Holokaustu mordowano Żydów, a w czasie innych ludobójstw mordowano gojów.

Jest to oczywiście stanowisko niedopuszczalne. Śmierć żydowskiego dziecka w komorze gazowej w Auschwitz była taką samą tragedią jak śmierć ukraińskiego dziecka zmarłego z wycieńczenia w czasie Wielkiego Głodu. Albo polskiego dziecka, które zamarzło na śmierć w wagonie bydlęcym w drodze na Syberię.

Różnica między narodowym socjalizmem a komunizmem nie leży jednak w liczbie ofiar czy metodach zagłady. Takie martyrologiczne licytacje w gruncie rzeczy nie mają większego sensu i często przybierają niesmaczny obrót.

Komunizm był systemem groźniejszym od narodowego socjalizmu, dlatego że był wielekroć bardziej totalitarny.

Jeszcze jako nastolatek czytałem książkę o spisku admirała Wilhelma Canarisa przeciwko Hitlerowi. Znalazła się tam scena, w której młody oficer wchodzi do gabinetu zastępcy szefa Abwehry, generała Hansa Ostera. Stając przed swoim nowym przełożonym, trzaska obcasami i wyciąga rękę w hitlerowskim pozdrowieniu.

Oster zaczyna się śmiać i udziela mu reprymendy:

– Jeżeli chce pan pracować w Abwehrze – mówi – proszę nigdy więcej nie robić tego okropnego gestu. To jest wojsko, a nie partia. Tu się salutuje.

Czy wyobrażają sobie państwo podobną scenę w Związku Sowieckim? Oczywiście byłaby ona nie do pomyślenia. A nawet gdyby do niej doszło, obaj oficerowie natychmiast popędziliby do NKWD, aby nawzajem się zadenuncjować i pokajać się przed oficerem śledczym.

III Rzesza była koszmarną dyktaturą, która przyniosła światu ogrom cierpienia. Nie mam najmniejszego zamiaru pomniejszać jej zbrodni.

W kraju tym nie zachęcano jednak dzieci, żeby donosiły na własnych rodziców.

Nie urządzano procesów pokazowych, w których oskarżeni miotali pod własnym adresem najgorsze kalumnie i domagali się wymierzenia im kary śmierci.

Aparat terroru III Rzeszy nie sprawował permanentnej kontroli nie tylko nad czynami, ale również nad myślami swoich obywateli.

Narodowi socjaliści mogli ludzi mordować – i robili to całymi milionami – ale nie zamieniali ludzi w szmaty. Nie paraliżowali ludzkiej woli, jak bolszewicy.

Narodowi socjaliści przypominali hordę barbarzyńców na oślep tłukących wszystkich wokół maczugami. Ideologia stworzona przez Hitlera była gwałtowną, ale krótkotrwałą chorobą. Bolszewizm był zaś jej przeciwieństwem: był złośliwym nowotworem, który toczył ludzkość przez całe dziesięciolecia, powodując atrofię wolnej woli. Przypominał gigantyczną ośmiornicę, która lepkimi, obślizgłymi mackami oplątywała kolejne ofiary.

„Niemcy zagrażają naszej niepodległości” – powiedział w 1939 roku Edward Śmigły-Rydz. – „Sowieci zagrażają naszym duszom”.

II wojna światowa pokazała, że marszałek miał stuprocentową rację. Jak bowiem napisał Józef Mackiewicz: niemieccy okupanci robili z Polaków bohaterów, bolszewiccy zaś zrobili z Polaków gówno.

Dlaczego więc na świecie zwyciężył pogląd, że komunizm był „mniejszym złem” niż narodowy socjalizm? Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że rząd dusz w cywilizacji zachodniej od wielu lat sprawuje lewica. To ona rozdaje karty na salonach, to ona kreuje intelektualne mody i – za pomocą kultury masowej – kształtuje opinie świata.

Spora część zachodniej lewicy była zaś uwikłana w bolszewizm. Jej prominentni przedstawiciele z zachwytem przyjęli ponury ludobójczy eksperyment, który Lenin przeprowadził na żywym organizmie Rosji. Ludzie ci przez wiele lat udzielali Sowietom bezwarunkowego poparcia.

Władza rewolucyjna musi się pozbyć pewnej grupy ludzi, którzy jej zagrażają – mówił o bolszewickich zbrodniach guru francuskiej lewicy Jean-Paul Sartre. – Ja nie widzę innego środka niż ich zgładzenie, bo z więzienia zawsze można wyjść. Rewolucjoniści z 1793 roku zapewne zabili ich niewystarczająco wielu.

Chyba trudno się dziwić, że spadkobiercy takich „autorytetów moralnych” nie chcą przyjąć do wiadomości oczywistych faktów.

Drugim powodem triumfu tezy o moralnej przewadze komunizmu nad narodowym socjalizmem była anglosaska propaganda z okresu II wojny światowej. Gdy Amerykanie i Brytyjczycy sprzymierzyli się przeciwko Hitlerowi z najgorszym światowym ludobójcą, musieli wybielić Stalina przed swoją opinią publiczną. Zrobić z niego demokratę i miłośnika praw człowieka. Pokazać, że jest jednak lepszy niż Hitler. Choć wojna skończyła się w 1945 roku, ówczesna propaganda stała się prawdą objawioną dla kolejnych pokoleń.

Ktoś kiedyś mi zarzucił, że bardziej nie znoszę komunizmu, niż kocham Polskę. Coś w tym jest. W przeciwieństwie do wielu moich rodaków uważam się bowiem przede wszystkim za człowieka, a dopiero potem za Polaka.

Żaden system w dziejach świata nie upokorzył zaś człowieka w tak straszliwy sposób, jak zrobił to system sowiecki. Nikt nigdy nie szargał tak ludzkiej godności, nikt nigdy nie wywołał tyle nędzy i ludzkiego cierpienia. Rządy komunistów przyniosły bezmiar krzywdy i poniżenia.

System bolszewicki wytworzył taki koszmar, jakiego nie znały dzieje ludzkości – pisał Józef Mackiewicz. – Próżno by go było porównywać do systemu hitlerowskiego… System, w którym skazańcy dziękują oprawcom za los, który ich spotyka, i zwracają się publicznie z przemówieniami wychwalającymi ten los – stworzył dopiero bolszewizm. Najbardziej straszny z ludzkich systemów na globie.

Jestem przekonany, że przyszłe pokolenia za największą hańbę XX wieku uznają to, że ludzkość pozwoliła, aby Związek Sowiecki mógł trwać tak długo. I tak długo ciemiężyć miliony naszych braci.

Sowieci to drugi – po Żydach – tom cyklu książek zawierających wybór moich artykułów prasowych i wywiadów. Tym razem w książce znalazło się nieco więcej materiałów wcześniej nie publikowanych. Zebrane w Sowietach teksty dotyczą bolszewizmu. Jego zbrodni, klęsk i sukcesów oraz demoralizującego wpływu, jaki ta ideologia miała na człowieka. Myślę, że wiele przedstawionych w książce faktów i postawionych w niej tez stanowić będzie dla Czytelnika spore zaskoczenie.

 

Spora część książki poświęcona jest relacjom polsko-sowieckim. Nieznanym epizodom z wywiadowczej wojny, jaka toczyła się między II RP a ZSRS, a także bolszewickiemu ludobójstwu, którego ofiarą padli Polacy. Największym nieszczęściem naszego narodu było bowiem to, że rewolucja bolszewicka – ta największa klęska, jaka przydarzyła się ludzkości – wybuchła tuż za naszą miedzą.

Piotr Zychowicz

Część I
ROZMOWY O SOWIETACH


Moskwa

1

Jak Ochrana obaliła carat

Rozmowa z SIMONEM SEBAGIEM MONTEFIORE, brytyjskim historykiem i pisarzem

Czy carat upadł, bo był za bardzo opresyjny, czy może odwrotnie – bo był zbyt liberalny?

To była kombinacja tych dwóch czynników. Aparat represji Imperium Rosyjskiego okazał się niekompetentny. Wydawało się, że działania jego tajnej policji stoją na wysokim poziomie. Wydawało się, że Ochrana jest najlepszą tajną służbą na całym świecie. I na początku rzeczywiście tak było. Te wszystkie skomplikowane mistyfikacje, wysublimowane gry, prowokacje, korzystanie z podwójnych agentów. To Rosjanie pierwsi zrozumieli, czym jest antyterroryzm…

…ale…

Ale po pewnym czasie stracili kontrolę nad niebezpieczną grą, którą rozpoczęli. Sami zaczęli się gubić w stworzonej przez siebie sieci. Co jest rzeczywistością, a co fikcją? Czy nasi podwójni agenci naprawdę pracują dla nas, czy też może dla drugiej strony? Czy likwidujemy niebezpieczeństwa zagrażające systemowi, czy może odwrotnie – sami zaczynamy je kreować? Przypominało to trochę sprawę Osamy bin Ladena. Przecież ten człowiek był kiedyś agentem CIA, to Amerykanie go stworzyli.

Jego ówczesnym odpowiednikiem był chyba Jewno Azef?

Tak. Szef Organizacji Bojowej eserów. To on planował zamachy terrorystyczne na najwybitniejszych przedstawicieli caratu. Między innymi zamordował wielkiego księcia Sergiusza czy ministra spraw wewnętrznych Wiaczesława Plehwego. A jednocześnie był agentem Ochrany. Powstaje więc pytanie, kto kogo wykorzystywał: Ochrana Azefa czy Azef Ochranę? Czy jego działalność przynosiła więcej strat czy zysków? Celem rosyjskiej tajnej policji była głęboka infiltracja ruchu rewolucyjnego, utrzymywanie go pod stałą kontrolą przy pomocy agentów na wysokich stanowiskach. Kontrola ta – jak wspomniałem – została jednak w wielu wypadkach utracona.

Choćby nad Dmitrijem Bogrowem.

To był terrorysta, który w 1911 roku zastrzelił premiera Piotra Stołypina. A zarazem pan Bogrow był agentem Ochrany. Ta historia, podobnie jak sprawa Azefa, ukazuje, jak ryzykowne były działania tajnych służb. Do prowadzenia takich podwójnych agentów potrzeba było naprawdę wyjątkowo inteligentnych, ostrożnych oficerów. A oni czasem zawodzili. Ale nie możemy być tacy jednostronni! Z drugiej strony należy pamiętać, że do 1914 roku Ochrana dokumentnie rozbiła działające w Rosji kręgi przywódcze bolszewików, mienszewików i innych organizacji wywrotowych. Dlatego właśnie w roku 1917 – gdy wybuchła rewolucja – w partiach tych brakowało doświadczonych działaczy. Należało ich ściągać z Zachodu i zesłania. Sam Lenin z towarzyszami przyjechali przecież w „zaplombowanym wagonie” z Niemiec.

Jednak wedle jednej z teorii Ochrana w dużej mierze przyczyniła się do obalenia caratu.

To pewna przesada. Warto natomiast podkreślić – tu wracam do pańskiego pierwszego pytania – że Ochrana była świetna w działalności wywiadowczej, w prowokacjach i skomplikowanych grach. Ale nikogo nie zabijała. Nie była to formacja, która fizycznie likwidowałaby wrogów monarchii.

No właśnie. Może więc gdyby Ochrana tak się nie cackała z bolszewikami, lecz powiesiła Lenina, Stalina i Trockiego, rewolucja by nie wybuchła.

To bardzo prawdopodobne. Sami bolszewicy świetnie zdawali sobie z tego sprawę. Gdy pracowałem nad moją książką o Stalinie, czytałem jego listy. W jednym z nich napisał: „Nie możemy powtórzyć błędu caratu. Nie możemy być takimi mięczakami”. I bolszewicy rzeczywiście swoich przeciwników politycznych bezwzględnie eksterminowali.

Wystarczy porównać zesłanie z czasów caratu z sowieckim łagrem w Workucie.

Carskie zesłanie w porównaniu z tym koszmarem to były wczasy! Na zesłanie można było ze sobą wziąć służącego. Dostawało się od państwa pieniądze na utrzymanie. Zesłańcy dobrze jedli, pili, prowadzili ożywione życie towarzyskie i szeroką korespondencję. Właściwie nie byli pilnowani.

Józef Piłsudski na zesłaniu miał broń i polował na kaczki…

(śmiech) Tak, to typowe. Czołowi działacze bolszewiccy często opisywali swoje zesłanie. Wiemy sporo o warunkach, w jakich na zesłaniu żył Stalin. Wyglądało to podobnie jak w wypadku Piłsudskiego. Carat to był dziewiętnastowieczny reżim starej daty, który więźniów politycznych traktował przyzwoicie. Stalin na zesłaniu był na przykład bardzo aktywny seksualnie.

W życiorysach starych bolszewików często można było znaleźć frazy w stylu: „był na zesłaniu siedem razy”…

To w warunkach sowieckich nie do pomyślenia! W łagrze było się tylko raz. I na ogół się z niego nie wracało.

Dlatego właśnie nie podoba mi się tytuł pańskiej – skądinąd znakomitej – książki Stalin. Dwór czerwonego cara.

Dlaczego?

A napisałby pan książkę pod tytułem Hitler. Dwór brunatnego kajzera?

(śmiech) Rzeczywiście czegoś takiego bym nie napisał. To by było niepoważne.

Obawiam się, że zrównywanie liberalnego caratu z ludobójczą, totalitarną Bolszewią jest jak zrównywanie myszy z krokodylem.

Zgoda, skala terroru, ucisku jednostki w obu tych krajach była zupełnie nieporównywalna. Ale z drugiej strony bolszewicy kontynuowali styl przywództwa carów. Oczywiście Stalin był kimś zupełnie innym niż Mikołaj II. Tak jak Putin jest obecnie kimś zupełnie innym niż Stalin. Pewne podobieństwa jednak są. Silny ośrodek władzy i jednostka na czele państwa – często otoczona parareligijnym kultem. A wokół niej niewielka, zamknięta klika niezwykle wpływowych współpracowników.

W Polsce popularny jest pogląd, że bolszewizm był wytworem azjatyckiej duszy rosyjskiej. Że Rosjanie uwielbiają, jak się nimi rządzi za pomocą knuta. Ja jestem przeciwnikiem takiej tezy. Komunizm narodził się przecież na Zachodzie…

Ale długie rządy Mongołów pozostawiły swoje ślady. To oni zaszczepili Rosjanom karność i podległość wobec rządzących, a rosyjskiemu systemowi władzy opresyjność. Jeszcze w otoczeniu pierwszych Romanowów byli mongolscy książęta, którzy się zrusyfikowali. I nie mówię tu o Iwanie Groźnym, lecz o Mikołaju I. Oni kształtowali ten reżim, który w efekcie był mniej europejski niż reżimy w zachodniej części kontynentu. A za to bardziej azjatycki. Zgadzam się jednak, że zwykli Rosjanie wcale nie są zachwyceni z rządów knuta i pewnie by chcieli, żeby w ich ojczyźnie coś się zmieniło.

Napisał pan właśnie książkę o Romanowach. Porozmawiajmy więc o ostatnim z nich. Mikołaj II był jednym z najsłabszych przedstawicieli dynastii. Czy gdyby na jego miejscu był ktoś inny, Rosję można byłoby uratować?

Tak, ale musiałaby to być naprawdę silna osobowość. Pewnie Piotr I czy Katarzyna Wielka poradziliby sobie z Leninem (śmiech). Wielki car przede wszystkim nie wpakowałby Rosji w wojnę z Niemcami. Byłoby to bez wątpienia niezwykle trudne zadanie. Carska Rosja była bowiem wojskową autokracją. Cała ideologia dynastii Romanowów opierała się na armii i na autorytecie władcy. Jestem carem – mówił władca – i pod moim berłem Rosja jest mocarstwem. Wielkim imperium, które cały czas rośnie. Poza tym Romanowowie uważali się nie tylko za władców Rosji, ale również za wielkich protektorów wszystkich Słowian.

Czyli Rosja była skazana na konfrontację z Niemcami i Austro-Węgrami?

Niewątpliwie trudno było jej uniknąć. Dziś dla nas jest oczywiste, że Imperium Rosyjskiemu nie opłacało się wypowiadać wojny Niemcom. Żadnym poważnym rosyjskim interesom w Europie, nie mówiąc już o integralności terytorialnej, nic nie zagrażało. Sprawa Serbii była zupełnie marginalna. Wówczas nie uważano jednak, że to takie oczywiste. Petersburskie stronnictwo prące do wojny było bardzo silne i Mikołaj II nie znalazł w sobie siły, by się mu przeciwstawić.

Ale byli przecież rozsądni ludzie, głównie na prawicy, którzy ostrzegali, że to będzie samobójstwo.

Żaden z nich nie miał wystarczająco mocnej pozycji. Sprawy toczyły się zaś swoim torem, Rosja siłą bezwładu coraz szybciej staczała się w stronę katastrofy. Można było powstrzymać wojnę, ale wymagałoby to całkowitego zwrotu w rosyjskiej polityce zagranicznej, dokonania przewrotu w systemie europejskich sojuszy. Rosja musiałaby zerwać z Wielką Brytanią i Francją. Aby zrobić coś podobnego, potrzeba było męża stanu z wielkim autorytetem.

Nikogo takiego wówczas w Rosji nie było?

Niestety nie. Poza tym Mikołaj II dobrze znał historię swojego kraju i wiedział, że wszyscy cesarze, którzy dokonywali takich zwrotów, byli obalani i mordowani. Spotkało to choćby Piotra III czy Pawła I. Mikołaj II nie chciał podzielić ich losu. W roku 1905 spotkał się potajemnie z cesarzem Wilhelmem II w Björkö. Wtedy omal nie doszło do proniemieckiej reorientacji polityki imperium, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Gdyby stało się inaczej – monarchia rosyjska mogłaby przetrwać.

To, co pan mówi, przeczy determinizmowi marksistowskiemu, według którego carat musiał upaść, aby zrobić miejsce dla kolejnego etapu dziejów: komunizmu.

Nie, to bzdury. Carat wcale nie był skazany na klęskę. Odpowiednie decyzje polityczne mogły go uratować. I odpowiedni człowiek. Mikołaj II na pewno nim nie był. Być może carat uratowałaby również pewna liberalizacja. Czyli pełna realizacja obietnic z 1905 roku. Utrzymanie Dumy z prawdziwego zdarzenia, wprowadzenie reform, respektowanie konstytucji. Tymczasem do 1914 roku Mikołaj właściwie przywrócił staromodną autokrację. Mimo że zupełnie nie nadawał się na jej lidera.

Tu pozwolę się nie zgodzić. Uważam, że Rosję zgubiła właśnie liberalizacja, a nie „reakcja”. Weźmy choćby klimat, jaki panował na rosyjskich salonach intelektualnych i w dworach szlacheckich. W dobrym tonie było być socjalistą i krytykować „ciemny, zacofany” carat. Demonstracyjnie nie podawano ręki żandarmom, choć później w Sowietach wszyscy lizali buty czekistom.

Rzeczywiście pod koniec caratu nienawidziły nawet jego elity, które – nawiasem mówiąc – gdy upadł, pierwsze poszły pod nóż rewolucjonistów. Mikołaj II bez wątpienia się miotał, nie potrafił zdobyć dla siebie i swojej idei prawdziwego poparcia. Apogeum niechęci do niego nastąpiło, już gdy trwała wojna, podczas fatalnej afery z Rasputinem.

Jaką rolę w państwie odgrywał „Griszka”?

Podstawowym błędem Mikołaja było to, że w 1915 roku zdecydował się przyjąć funkcję naczelnego wodza. Wyjechał na wojnę, a w Petersburgu zostawił żonę, Aleksandrę Fiodorownę. Stała się ona kimś w rodzaju jego głównego przedstawiciela, a więc de facto pełniła funkcję monarchy. Tymczasem była to kobieta bez znajomości i rozeznania w świecie rosyjskiej polityki. Ufała tylko Rasputinowi. I zwróciła się do niego, aby przedstawiał jej odpowiednich kandydatów na ministrów. On zaś podsuwał jej najbardziej niekompetentnych i skorumpowanych ludzi, jakich tylko można było znaleźć w imperium. Załatwiał im pracę przez łapówki. To zrujnowało resztki prestiżu caratu w społeczeństwie. Najgorsze jest jednak to, że gdy Rasputin w 1916 roku został zamordowany, na dworze wiele się nie zmieniło.

Sprawa Rasputina zawsze była dla mnie zagadką. Rodzina cesarska składała się z ludzi wykształconych, o wysokiej kulturze. Jak oni mogli dopuścić do siebie takiego prymitywa jak Rasputin?

Tu w grę wchodził mistycyzm dynastii Romanowów. Zgodnie z nim lud rosyjski był święty. Sojusz między ludem a carem miał być fundamentem podtrzymującym imperium. Rasputin był zaś personifikacją tego ludu. Na tym w dużej mierze opierała się ta dziwaczna relacja między wysoko urodzonymi arystokratami a tym nieokrzesanym człowiekiem.

Czy po abdykacji Mikołaja II była jeszcze jakaś szansa na ratunek dla rodziny carskiej?

Obawiam się, że gdy dostała się w ręce bolszewików, nie było już dla niej żadnej nadziei.

 

A propozycja ucieczki złożona przez brytyjskiego króla?

Została wycofana. Co nie należy do najpiękniejszych kart w dziejach brytyjskiej monarchii. Lenin i Swierdłow – to ten tandem kierował czerwonymi – wkrótce po tym podjęli decyzję o zamordowaniu cesarza i jego bliskich.

Czym się kierowali bolszewicy?

Bali się, że biali wyzwolą Jekaterynburg, w którym przetrzymywano cara. A wtedy monarcha – lub ktoś z jego rodziny – mógłby stanąć na czele kontrrewolucji. Zjednoczyć ją, nadać jej nowy impet. W efekcie biali mogliby wygrać wojnę domową.

Rzeczywiście były sytuacje – choćby podczas ofensywy Denikina na Moskwę jesienią 1919 roku – gdy w tej wojnie wszystko mogło się zdarzyć.

Zgoda. Nic nie było z góry przesądzone. Szala zwycięstwa przechylała się to na jedną, to na drugą stronę. Być może uwolnienie Mikołaja II rzeczywiście odmieniłoby losy Rosji. Z drugiej strony pamiętajmy, że Mikołaj II był osobą skrajnie niekompetentną, chwiejną, trudną we współpracy. Niewykluczone więc, że jego obecność wprowadziłaby w szeregi kontrrewolucji jeszcze więcej chaosu. Wszystko to jednak tylko hipotezy, których nie sposób zweryfikować. Mikołaj II, jego żona, synek i cztery córki zostali bestialsko zgładzeni w nocy z 16 na 17 lipca 1918 roku. Rozstrzelano ich w piwnicy, ciała poćwiartowano i spalono. Tak oto historia wielkiej dynastii Romanowów dobiegła końca. A Rosja wkroczyła w nowy, najbardziej nieszczęśliwy okres w swoich dziejach.

SIMON SEBAG MONTEFIORE (rocznik 1965) jest brytyjskim historykiem i sowietologiem. Napisał m.in.: Stalin. Dwór czerwonego cara, Stalin. Młode lata despoty, Jerozolima. Biografia, Romanowowie (Wydawnictwo Magnum).

Źródło: „Historia Do Rzeczy”, 7/2016