Wyprawa Gniewomira

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział drugi

Nastała wreszcie upragniona wiosna. Słońce grzało coraz mocniej. Wszędzie zalegało rozmokłe błoto, powstałe z roztopionego lodu i śniegu. Tu i tam pojawiały się pierwsze kępy soczystej trawy. Ptaki powitały koniec mrozów głośnym śpiewem. Ich radosne trele wprawiały każdego w pogodny nastrój. Niemal wszyscy radowali się z pierwszych, wiosennych dni.

Kiedy gościńce stały się przejezdne, wyruszyliśmy w drogę. Było nas pięćdziesięciu zbrojnych wojów. Podążaliśmy wytyczonym traktem, wiodącym z Gniezna do Kołobrzegu. Szliśmy piechotą, gdyż mieliśmy tylko cztery konie, które objuczyliśmy zapasami jadła.

Nie cieszyłem się zbytnio tą wędrówką, gdyż troskałem się o Welewitkę, która pozostała w grodzie. Niewiasta zaszła w ciążę po raz wtóry, wiec uznaliśmy, że powinna pozostać w Gnieźnie pod troskliwą opieką Jaśka Tura i księdza Teobalda. Wszyscy troje mieli dołączyć do nas dopiero po szczęśliwym rozwiązaniu. Mojej kobiecie nie spodobał się ten pomysł. Dlatego przez kilka dni była oporna. Ostatecznie jednak dała się przekonać. Sama przecież wiedziała, że jest to najbezpieczniejsze wyjście. Przeżyliśmy więc kolejną rozłąkę. Ona pozostała w stolicy, a ja wyruszyłem w drogę do nowego domu.

W Kołobrzegu sprzedaliśmy nasz stary drakkar, który nie nadawał się już do żeglugi. Kadłub statku był zbutwiały i zaczął już gnić, co sprawiło, że przeciekał w kilku miejscach. Poprzedni herszt Zbysław nie dbał o okręt. Dlatego ten szybko zniszczał. Teraz mógł posłużyć już tylko za podpałkę. Jedynie płótno z zapasowego żagla, można było jeszcze wykorzystać.

Z Kołobrzegu wyruszyliśmy do ziem, które nadał mi książę Bolesław. Powiódł nas tam człek, o imieniu Dobrosław. Był to wysoki i barczysty woj, należący do grodowej załogi Gniezna. Pochodził jednak z Pomorza i znał położenie moich włości. Ponadto ślubował mi wierność i dołączył do mej załogi jako jeden z drużynników. Wiedziałem jednak, że skrycie będzie on donosił władcy o moich poczynaniach. Pojmowałem, że syn Mieszka nie darzył mnie jeszcze pełnym zaufaniem i dlatego przysłał mi jednego ze swoich ludzi, gdyż wolał mieć wszystko na oku.

Moje ziemie okazały się dość rozległe. Obejmowały one gęste bory pełne dzikiego zwierza, liczne łąki porośnięte różnobarwnym kwieciem i ziołami, rozległe pola uprawne oraz sześć wsi, w tym dwie rybackie, położone niemal nad brzegiem morza. Terytorium to otaczały majątki kołobrzeskich i gdańskich dostojników. Jako właściciel ziemski byłem tam kimś zupełnie nowym, dlatego miejscowi mogli uznać mnie za niepożądanego intruza. Musiałem więc działać szybko i zdecydowanie.

Gdy tylko przybyłem na miejsce nakazałem, aby w regularnych odstępach ustawiono słupy graniczne, oddzielające moje ziemie od innych posiadłości. Następnie zacząłem odwiedzać podległych mi wieśniaków. Przekonałem się, że wsie otoczone są drewnianą palisadą. Żyjący w nich chłopi gotowi byli bronić swych domów nawet za cenę własnej krwi. Ich determinacja bardzo mnie zadowoliła.

Cieszyłem się, że przypadli mi ludzie, którzy wiedzą, co to walka z wrogiem. Szybko wybrałem spośród nich sześćdziesięciu silnych mężczyzn i przyjąłem ich do drużyny. Odtąd mieli uczyć się wojaczki i pomagać przy budowie dworu. Na początku nie byli z tego radzi, lecz kiedy obiecałem im, że na czas żniw zostaną zwolnieni, uspokoili się. Jednego z chłopów, który nieustannie nawoływał do buntu osobiście powiesiłem na gałęzi jarzębiny.

Wkrótce wypatrzyłem rozległe wzgórze leżące kilkaset kroków od morza. Natychmiast wziąłem się do pracy wraz z moimi ludźmi. Wycięliśmy kilka drzew porastających pagórek i przygotowaliśmy teren pod budowę domu. Szybko wznieśliśmy solidne domostwo z drzewa dębowego. Chałupa miała dwie obszerne izby, strych oraz spiżarnię. Dach uszczelniliśmy słomą i dziegciem oraz wzmocniliśmy go drewnianymi gontami. Wybudowaliśmy również stodołę, chlew, spichlerz, kuźnię, kurnik i wychodek oraz kilka dodatkowych, mniejszych chat. Wznieśliśmy też pomieszczenie przeznaczone na Dom Boży.

Kiedy domostwa już stały przyszła kolej na umocnienia. Otoczyliśmy nasz niewielki gród wałem ziemnym, który wzmocniliśmy przytaszczonymi z plaży kamieniami. Na szczycie wału ustawiliśmy palisadę tworzącą solidny częstokół. Jedyną luką była dwuskrzydłowa brama, wyposażona w metalowe sztaby. Dostępu do niej strzegła solidna czatownia, mogąca pomieścić pięciu łuczników. Nad bramą umieściłem wypchany niedźwiedzi łeb. Był on widocznym znakiem, który miał odstraszać wrogów.

Poważną niedogodnością był jednak brak studni. Wielokrotnie próbowaliśmy ją wykopać, lecz bez powodzenia. Po wodę musieliśmy więc chodzić do pobliskiego strumienia lub do znajdującej się dość daleko rzeki. Dlatego nakazałem budowę beczek, do których łapaliśmy deszczówkę. Dzięki temu mieliśmy stały dostęp do wody pitnej.

Wiadomym było, że nie dla wszystkich znajdzie się miejsce w niewielkiej osadzie, którą nazwałem Gniewogard. Dlatego moi ludzie wznieśli dodatkowe chałupy w jej pobliżu. W ten sposób powstawało niewielkie podgrodzie.

Szybko sprowadziliśmy zwierzęta: świnie, kury, owce, krowy oraz psy. Udało mi się również ściągnąć do Gniewogardu kowala. Był to Jaksa, najmłodszy syn gdańskiego płatnerza. Młodzik nie miał szans na przejęcie schedy po ojcu, dlatego z radością zgodził się na pracę w mojej osadzie. Kiedy przybył, od razu wziął się do roboty. Prócz własnego kowadła, przywiódł ze sobą młodą żonę Jagnę oraz trzech krzepkich parobków, którzy wypalali dla niego węgiel drzewny w mielerzach. Rudę żelaza kupowaliśmy od handlarzy.

Sporo czasu poświęcałem na szkolenie nowych drużynników. Pomagali mi w tym najbardziej doświadczeni wojowie, głównie Ingwar i Angward oraz Kolgrim. Uczyliśmy wieśniaków władania mieczem, włócznią i toporem oraz najskuteczniejszych sposobów obrony za pomocą tarczy. Z początku szło im opornie. W trakcie intensywnej walki nie potrafili długo utrzymać topora ani nawet miecza. Nie mówiąc już o celnym rzucaniu włócznią. Szybko jednak czynili postępy. Mieli bowiem krzepę, nabytą dzięki ciężkiej pracy na roli. Wiedziałem, że w ciągu dwóch lat, zrobię z nich liczącą się siłę bojową.

Wczesną jesienią przybył ksiądz Teobald z dobrą nowiną. Oznajmił, że Welewitka urodziła zdrowego i silnego synka. Mimo iż poród był ciężki, wszystko skończyło się dobrze. Uradowany wieścią, wyściskałem przyjaciela. Niemal natychmiast dosiadłem konia i pognałem do Gniezna.

Kiedy tam dotarłem, przekonałem się, że żona i syn są w dobrym zdrowiu. Dowiedziałem się też, że mój potomek został już ochrzczony i ma na imię Wojmir. Nie od razu się z tym pogodziłem, bo zamierzałem nazwać syna, Egil, po moim ojcu. W końcu jednak uznałem, że Wojmir, syn Gniewomira, brzmi dobrze. Było to odpowiednie imię dla przyszłego wojownika.

Chciałem od razu zabrać rodzinę do Gniewogardu, lecz książęcy medyk poradził, aby nie narażać noworodka na daleką podróż. Postanowiłem więc zaczekać do wiosny. Mogłem sobie na to pozwolić, gdyż mój nowy dom był dobrze zabezpieczony i strzeżony przez doborowych wojowników.

Wraz z moją rodziną spędziłem kolejną zimę u oberżysty Jakuba. Ten gościł nas chętnie, gdyż płaciliśmy szczodrze brzęczącą monetą. Hucznie obchodziliśmy dzień Narodzenia Pańskiego. Gdy na zewnątrz szalała śnieżyca, my siedzieliśmy w gospodzie przy płonącym ogniu i śmialiśmy się.

W styczniu, 1002 roku, gruchnęła wieść o śmierci cesarza Ottona III. Był on człekiem słabowitym, lecz nikt nie spodziewał się, że odejdzie tak szybko. Nowym królem Niemiec został Henryk II, który nie był przychylny księciu Bolesławowi. Mieszkowy syn, wietrząc rychłe pogorszenie się stosunków z państwem niemieckim, zaczął gromadzić armię i sposobił się do wojny, która miała niedługo nadejść. Krążyły plotki głoszące, że Bolesław zamierza przejąć Milsko i Łużyce oraz planuje walkę o tron czeski, do którego ma pewne prawa jako syn księżniczki Dobrawy.

Nie musiałem przygotowywać swojej drużyny, gdyż książę nie zamierzał brać mnie na wojnę. Pragnął tylko, abym jak najrychlej zbudował nowy okręt i rozpoczął patrolowanie wybrzeża. Dlatego wczesną wiosną, zgodnie z wolą władcy, wyruszyłem na Pomorze w towarzystwie rodziny i Jaśka.

Droga do Gniewogardu przebiegła bez przeszkód. W bramie osady powitał nas roześmiany Ingwar. Zmęczeni trudami podróży, udaliśmy się wprost do domu. Gdy tam zmierzałem spostrzegłem, że nad drzwiami budynku przeznaczonego na kaplicę, wisi srebrny krucyfiks, przedstawiający ukrzyżowanego Chrystusa. Oznaczało to, że ksiądz Teobald poświęcił już wnętrze świątyni i rozpoczął odprawianie modłów oraz mszy. W izbie przywitał nas buzujący w kominku ogień. Rozsiedliśmy się wygodnie na ławach i czekaliśmy, aż kobiety przyniosą nam strawę.

Ze zdumieniem stwierdziłem, że podczas mej nieobecności do osady przybyło sporo niewiast i kilkoro dzieci. Były to głównie młode dziewczęta z pobliskich wiosek, które związały się z moimi wojownikami, licząc na poprawę własnego losu. Niektórzy z moich ludzi sprowadzili własne rodziny. O dziwo, znalazła się pod moim dachem również Jarzębina, jedna z córek karczmarza Jakuba, która jakimś cudem uwiodła samego Angwarda Pogromcę Potworów.

W kilka dni po przybyciu do Gniewogardu zarządziłem rozpoczęcie budowy nowego drakkara. Wzięliśmy się do pracy, która trwała aż do późnej jesieni. Najpierw ścięliśmy sporo grubych dębów, olch, buków oraz sosen. Następnie zaczęliśmy obrabiać powalone drzewa. Szczęśliwym trafem, mieliśmy kilku uzdolnionych cieśli i dzięki temu efekty były widoczne. Po wielu miesiącach mozolnego trudu powstał kil, kadłub oraz maszt. Nowy drakkar był większy od poprzedniego. Miał dwadzieścia par wioseł i był długi na sześćdziesiąt kroków. W najszerszym miejscu liczył dziesięć kroków. Liny podtrzymujące maszt i żagiel, też były już gotowe. Do ich splecenia użyliśmy konopnych włókien i zwierzęcych ścięgien oraz foczych skór. Jedynie wspomnianego wcześniej żagla nie udało się utkać w porę. Nasze niewiasty spieszyły się, lecz mimo dołożenia wszelkich starań, nie zdążyły na czas. Musieliśmy więc zaczekać do wiosny.

 

Kiedy nie pracowaliśmy przy statku, to ćwiczyliśmy się w walce i polowaliśmy. Nieustannie staczaliśmy ćwiczebne pojedynki w celu poprawienia szybkości i siły oraz techniki walki. Młodzi chłopi szybko stawali się częścią drużyny. Miałem już ponad stu dobrze wyszkolonych ludzi. Gdy nadeszły żniwa, wszyscy pomagaliśmy. Ja sam dwukrotnie chwyciłem za sierp i ścinałem zboże. Czyniłem tak, gdyż chciałem zjednać sobie serca wieśniaków. Pragnąłem, aby nie buntowali się przeciw mojemu zwierzchnictwu.

Wieczorami siadywaliśmy z Welewitką na łożu i obserwowaliśmy nasze dzieci. Dwuletnia Marzanna swobodnie hasała po izbie, zachęcając do zabawy naszego psa. Roczny Wojmir stawiał pierwsze, niepewne kroki. Chciał nadążyć za siostrą i przez to sam szybko uczył się chodzić. Przyjemnie było patrzeć, jak dzieci z każdym dniem nabierają sił. Sprawiały one, że nasz świat stawał się piękniejszy.

Nadeszła wiosna, roku pańskiego 1003. Niewiasty wreszcie ukończyły szycie żagla. Był to piękny jasnobłękitny kawał płótna. Welewitka wyhaftowała na nim czarnego wilka Fenrira trzymającego słońce w rozwartej paszczy.

Było to nawiązanie do Ragnaröku, który − według prastarych wierzeń, nastąpi gdy wilk Fenrir połknie słońce i pożre Odyna, władcę bogów.

Cieszyliśmy się bardzo, kiedy żagiel, przymocowany rejami do masztu, załopotał wreszcie na wietrze. Teobald dokonał poświęcenia statku, skrapiając jego kadłub święconą wodą. Angward chciał powtórzyć cały obrzęd zajęczą krwią, lecz ksiądz stanowczo się temu sprzeciwił. Stwierdził, iż nie należy mieszać religijnych obrzędów z pogańskimi gusłami.

Kiedy ten drobny spór został zakończony, jako pierwszy wkroczyłem na pokład okrętu. Podszedłem wolno do masztu, czując pod stopami znajome skrzypienie desek. Wydobyłem z niewielkiej pochwy nóż ubabrany we krwi patroszonego wcześniej dzika. Przytknąłem płaz broni do masztu i wykrzyczałem na całe gardło.

− Będziesz się zwał Ragnarök!

Nie mogłem wymyśleć odpowiedniejszej nazwy dla mojej nowej łodzi. Miała być ona zapowiedzią zguby dla naszych wrogów. Moi Normanowie przyjęli ją okrzykami radości. Bałtowie i Słowianie pomrukiwali z cicha. Tylko Teobald znów się sprzeciwił, lecz tym razem musiał dać za wygraną.

Tamtego dnia odbyliśmy dziewiczy rejs. Jak dobrze było znów poczuć na twarzy morską bryzę. Nasz nowy statek był wspaniały. Jego dziób z gracją rozbijał spienione fale. Wiosło sterowe było idealnie wyważone. Maszt prawie wcale nie skrzypiał. Żagiel poddawał się wiatrowi z prawdziwym wdziękiem.

Niemal codziennie patrolowaliśmy wybrzeże, wypatrując morskich rozbójników, których można by było złupić.

Latem wzięliśmy udział w wyprawie na ziemie Prusów. Nasza łódź prowadziła kilka jednostek z Gdańska i Kołobrzegu. Prusowie nie byli jednak głupcami i spodziewali się napaści. Kiedy dotarliśmy do ich ziem, czekały tam na nas opuszczone, nadbrzeżne wioski, które szybko puściliśmy z dymem. Tylko w jednej osadzie znaleźliśmy chłopca ukrywającego się w oborze z dwiema krowami. Zwierzęta poszły pod nóż, a chłopcem zaopiekował się Jaśko Tur.

Stopniowo napływały też wieści dotyczące poczynań księcia Bolesława. Wojska naszego władcy zagarnęły Łużyce i Milsko oraz wkroczyły do Czech. Powiadano, że książę kazał oślepić swego imiennika, Bolesława Rudego i sam umościł się wygodnie na praskim tronie. Prowadził też nieustanne pertraktacje z nowym królem niemieckim Henrykiem II, który żądał od niego hołdu ze zdobytych ziem. Jak widać, sytuacja na południu pozostawała napięta.

Jesienią przypłynął do Gniewogardu pewien szwedzki handlarz, który nazywał się Odinar Otarsson. Oszacowałem jego wiek na pięćdziesiąt wiosen. Był to człek niewysoki, lecz krępy. Jego siwa broda i bystro patrzące szare oczy znamionowały przebiegłość oraz doświadczenie w rzemiośle kupieckim.

Ów Odinar przywiózł na swojej knarze metalowe pręty i sztaby z miękkiej oraz twardej stali. Kowal stwierdził, że to metal najwyższej jakości. Dlatego zaprosiłem handlarza do swego domu, aby dobić z nim targu. Welewitka ugościła go miską rybnego rosołu i pajdą pszennego chleba. Kupiec jadł z apetytem, spoglądając co chwila na moją żonę. Nie byłem tym zagniewany, gdyż Welewitka była naprawdę piękna. Nic więc dziwnego, że mężczyźni wodzili za nią wzrokiem. Po długiej rozmowie doszliśmy do porozumienia. Udało mi się nabyć metal za dobrą cenę. Jaksa był bardzo zadowolony, podobnie jak Odinar, który pożegnał się i odpłynął.

Wkrótce okazało się, że szwedzki handlarz pozostawił na plaży drewnianą skrzynię. Zaciekawiony podszedłem do niej i podważyłem wieko nożem. Gdy odskoczyło ze zdumieniem stwierdziłem, że skrzynia jest po brzegi wypełniona solą. Ogarnął mnie niepokój, więc ostrożnie wsadziłem dłoń do skrzyni i pogrzebałem w soli. Natrafiłem na duży, okrągły przedmiot, który okazał się zakonserwowaną, ludzką czaszką. Niemal natychmiast ją rozpoznałem, gdyż była to głowa Arnulfa Kulawego.

Od razu pojąłem, w czym rzecz. Mój przyrodni brat domyślił się wreszcie, że Ismira nie jest jego dzieckiem i przesłał mi wiadomość. Wiedziałem, że Jorund odbudował Egilsgard. Skoro Arnulf Kulawy został zabity, jego osada najprawdopodobniej spłonęła. Martwiłem się o Ingborgę oraz Ismirę. Nie wiedziałem, czy niewiasty żyją. Ogarnięty furią Jorund mógł pozbawić je życia lub uwięzić. Nie miałem sposobności, aby to sprawdzić. Musiałem mieć się na baczności, gdyż wiedziałem, że mój brat nie zrezygnuje z zemsty.

Do dwóch wiosek rybackich, znajdujących się nieopodal morskiego brzegu, wysłałem po dziesięciu strażników. Mieli oni w razie niebezpieczeństwa pomóc wieśniakom oraz zapowiedzieć przybycie wroga dźwiękiem rogu. Potroiłem również warty przy naszym drakkarze. Nakazałem też, aby zbudowano solidny hangar nadający się do obrony, w którym łódź miała być trzymana przez okres zimowy. Pomimo obaw, niebezpieczeństwo nie pojawiło się i jesień minęła w spokoju.

Zimą Marzanna przeziębiła się i ciężko zachorzała. Powaliła ją gorączka, która nie chciała spaść. Siedzieliśmy przy niej dniem i nocą. Welewitka podawała dziewczynce przeróżne mikstury z ziół. Każdego dnia Teobald odprawiał mszę świętą w jej intencji. Mimo tych starań, bardzo baliśmy się o życie dziecka. Ostatecznie jednak leki zadziałały i Marzanna ozdrowiała. Nie skrywaliśmy naszej radości i dziękowaliśmy głośno Bogu za ten cud. Szczerze przyznaję, że od tamtej pory chętniej i częściej zachodziłem do naszej kaplicy.

Wiosną, roku pańskiego 1004, nasz spokój został zakłócony. Na jedną z moich rybackich wiosek napadli morscy rozbójnicy. Na szczęście strażnicy w porę dostrzegli wrogów i pomogli wieśniakom w ucieczce. Zaalarmowali też mieszkańców Gniewogardu trzykrotnym dźwiękiem rogu. Nim jednak nadbiegliśmy z mieczami w dłoniach, intruzi podpalili już rybackie chatki i odpłynęli w dal.

Lamentom chłopów, bab i dzieci, spoglądających na swoje płonące domostwa, nie było końca. Wieśniacy uspokoili się dopiero wówczas, kiedy obiecałem im pomoc w odbudowie wsi. Niemal natychmiast zabraliśmy się do pracy. Drewna mieliśmy pod dostatkiem. Na szczęście nie musieliśmy odbudowywać ochronnej palisady otaczającej wioskę, gdyż nie ucierpiała. Wzmocniliśmy tylko bramę metalową sztabą, aby trudniej ją było wyłamać. Po zakończeniu napraw chłopi obiecali, że będą bardziej czujni i odważniejsi w obliczu wroga.

Tamta wiosna i lato obfitowały w niespodziewane napaści. Spłonęło kilka wiosek, położonych nieopodal Gdańska i Kołobrzegu. Przerażeni pogorzelcy pukali do bram większych grodów. Zatonęła również jedna z łodzi ścigających Wikingów.

Nasz statek niemal codziennie patrolował wybrzeże. Mimo usilnych starań nie potrafiliśmy dopaść intruzów. Najwidoczniej dowódca wrogiej łodzi był ostrożny i znał się na żeglarskim rzemiośle. Tylko raz dostrzegłem w oddali okręt z czarnym żaglem. Uznałem, że może to być jednostka, której szukamy, dlatego nakazałem, abyśmy płynęli jej śladem. Mimo iż mieliśmy pomyślny wiatr, nie zdołaliśmy dopędzić czarnego żagla. Odległość dzieląca nas była zbyt duża. Śledziliśmy nieznany statek, aż do brzegów Bornholmu. Potem jednak zdecydowałem się zawrócić, gdyż wyspa ta należała do Królestwa Danii i nie chciałem wszczynać tam awantur.

Po powrocie do Gniewogardu nakazałem Teobaldowi, aby napisał list do księcia Bolesława. Dokładnie przedstawiłem całą sytuację i poprosiłem o szybką odpowiedź. Ksiądz przelał moje słowa na pergamin zręcznymi pociągnięciami pióra umoczonego w inkauście. Często dodawał też własne uwagi, wynikające z doświadczenia w sztuce stawiania liter. Kiedy pismo było gotowe, duchowny zwinął je w rulon i starannie obwiązał rzemieniem. Osobiście przekazałem dokument Dobrosławowi, który wyruszył niezwłocznie do Gniezna.

Mimo pośpiechu wiedziałem, że odpowiedź od władcy nie nadejdzie rychło. Bolesław znajdował się bowiem w poważnych opałach. Jego armia została wyparta z Czech przez wojska niemieckie, a na praskim tronie zasiadł książę Jaromir z dynastii Przemyślidów, mający wsparcie Henryka II. Mówiło się, że obaj władcy planują wyprawę odwetową na ziemie Piastów. Mieszkowy syn musiał więc sposobić się do obrony własnego kraju.

Jesienią po raz kolejny jedna z moich wiosek została napadnięta. Tym razem jednak obrońcy byli czujniejsi i nie wpuścili wrogów za bramę. Opierali się im na tyle długo, że zdążyliśmy z odsieczą. Gdy nadbiegliśmy z Gniewogardu, wieśniacy głośno wiwatowali, a nieprzyjaciele uciekli. Daleko na plaży ujrzeliśmy kilkudziesięciu ludzi gramolących się na czterdziestowiosłowego drakkara z czarnym żaglem. Ruszyliśmy im na spotkanie, lecz nie chcieli walczyć. Zdołali odpłynąć dosłownie w ostatniej chwili.

Nim ich łódź zniknęła za linią horyzontu, przyjrzałem się uważnie sylwetce dowódcy, który stał przy wiośle sterowym. Miał on na sobie lśniącą w promieniach słońca zbroję, a jego głowę okrywał prosty hełm. Był zwrócony bokiem, więc nie widziałem jego twarzy. Cićmierz już chciał wypuścić strzałę, lecz powstrzymałem go uniesieniem dłoni. Wtedy, jakby na umówiony znak, jarl wrogiego statku spojrzał na mnie. Mimo stale zwiększającej się odległości, bez trudu rozpoznałem jego oblicze. Jak przypuszczałem, był to Jorund.

Zimę przetrwaliśmy w spokoju. Na dwa miesiące zwały zmrożonego śniegu niemal odcięły nas od świata. W pobliskich lasach było pełno zwierzyny, więc często polowaliśmy. Jednego dnia ustrzeliliśmy aż trzy jelenie i dwie łanie. W inny dzień zaatakowaliśmy śpiącego w gawrze niedźwiedzia. Nie brakowało nam więc mięsa i futer.

Wiosną 1005 roku otrzymałem wreszcie odpowiedź od księcia Bolesława. Ksiądz Teobald niezwłocznie odczytał mi pismo. Władca nakazał, abym rychło udał się na Bornholm i powstrzymał łupieżczego jarla Jorunda. Zapewniał mnie, że nie muszę się obawiać gniewu mieszkańców wyspy oraz odwetu ze strony Duńczyków. Radził też ostrożność w obliczu nadchodzącego konfliktu z królem niemieckim, którego wojska sposobiły się do najazdu na ziemie Słowian.

Jeszcze tego samego dnia wytaszczyliśmy nasz drakkar na plażę, aby przysposobić go do rejsu. Oczyściliśmy starannie kadłub i wymieniliśmy wszystkie wiosła. Następnie umocowaliśmy maszt oraz żagiel. Ragnarök był gotów do wypłynięcia. Czekaliśmy tylko na sprzyjające warunki.

Tydzień później stałem na plaży, obserwując ludzi wskakujących na pokład łodzi. Towarzyszyły mi liczne kobiety oraz wojownicy, którzy mieli pozostać w Gniewogardzie. Nieopodal Welewitka bawiła się z dziećmi. Wcieliła się właśnie w morskiego potwora, który wyszedł na ląd i atakował wszystko, co żywe. Dookoła niej biegały dzieci, uzbrojone w miecze z wierzbowych gałązek. Stwór miał grubą skórę, więc nie łatwo było go zabić, przez co zabawa przedłużała się. W końcu jednak mali łowcy dopięli swego. Ciężko ranny potwór wydał głośny ryk i zwalił się martwy na piasek. Uradowane zwycięstwem dzieciaki uniosły wierzbowe miecze w geście tryumfu.

Podszedłem do nich od tyłu i zawołałem:

− Czas mi ruszać w drogę!

Na dźwięk mojego głosu z grupki wyrostków wybiegły dwie postacie: Marzanna i Wojmir. Z radością obserwowałem własne potomstwo. Moja córka była niezwykle piękna, zupełnie jak jej matka. Miała jasne włosy i zielone oczy. Wojmir był bardziej podobny do mnie. Miał szerokie bary i ciemnoniebieskie oczy. Jego włosy były ciemne, lecz nie tak czarne jak moje. Kiedy dzieci podbiegły, wziąłem je na ręce.

− Dziś ja zabiłem potwora – pochwalił się Wojmir.

− Zatem dowiodłeś swej odwagi, synku – odparłem.

− Czemu wypływasz, tatku? – spytała Marzanna.

− Bo muszę zmierzyć się ze złymi ludźmi – wyjaśniłem. – Nie obawiaj się jednak, moja Walkirio. Wrócę za dwa lub trzy dni.

− Chcę się bić u twego boku – oznajmił Wojmir. – Zabierz mnie ze sobą.

− Nadejdzie taki dzień, mój drogi synu, w którym będziemy razem wojowali. Na razie jednak musisz strzec siostry i matki.

 

Podeszła Welewitka i wzięła dzieci.

− Będziesz walczył z Jorundem? – spytała.

− Nie wiem – odparłem. – Znając brata, chyba nie będę miał wyboru.

− Zabijesz go?

− Wszyscy bogowie wiedzą, że nie chcę tego, lecz kto wie, co przyjdzie mi uczynić w bitwie.

− Spróbuj pojmać go żywcem.

− Myślałem już o tym. Nie będzie to łatwe, lecz spróbuję.

− Bez względu na wszystko, nie daj się zabić i wróć do nas.

− Wrócę wkrótce – obiecałem.

Wycałowałam bliskich na pożegnanie i pobiegłem na statek. Zanim przeskoczyłem przez reling, spojrzałem na Jaśka.

− Pilnuj ich dobrze podczas mej nieobecności – nakazałem mu.

− Będę ich strzegł jak oczu we własnej głowie – obiecał łowca turów. – Powodzenia w boju.

Stałem na rufie, kiedy łódź oddalała się od brzegu. Dzieci machały rączkami, a Welewitka słała mi całusy. Nie uśmiechałem się do nich jak zwykle, gdyż byłem zatroskany. Rozmyślałem o przyrodnim bracie, który najpewniej spodziewał się mojej wizyty na Bornholmie i zdążył przygotować zasadzkę lub odpłynąć. Zamartwiając się tym, nie dostrzegłem prawdziwego zagrożenia, które czyhało znacznie bliżej.