Ich matki, nasi ojcowie

Tekst
Z serii: Historia
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa
Część I

Roz­dział I
Wyma­zani jak gumką w zeszy­cie

Na ewan­ge­lic­kich Mazu­rach lud­ność nie utoż­sa­miała się z Rze­szą, ale Pol­ska też nie była dla niej macie­rzą. Żyli w Pru­sach, zawie­szeni w innej rze­czy­wi­sto­ści. Uży­wali języka przez Pola­ków uwa­ża­nego za nie­miecki, a przez Niem­ców za gwarę z pol­skimi nale­cia­ło­ściami. Kiedy przy­szła tu pol­ska pań­stwo­wość, nie wie­dziano, jak zakwa­li­fi­ko­wać miej­sco­wych. Nasi to czy obcy? Nazwano ich wtedy „auto­chto­nami”.

Byli kło­po­tliwi, bo nie zapo­mniano, że w 1920 r. w ple­bi­scy­cie decy­du­ją­cym, czy War­mia i Mazury przy­padną Niem­com czy Pol­sce, 97 pro­cent miesz­kań­ców opo­wie­działo się za pań­stwem nie­miec­kim. Kiedy koń­czyła się II wojna świa­towa, ple­bi­scy­tów już nie orga­ni­zo­wano. War­mia i Mazury przy­pa­dły Pol­sce, bo tak pod dyk­tando Sta­lina zde­cy­do­wały mocar­stwa. Wraz z lud­no­ścią, którą od początku trak­to­wano jako nie­miecką grupę etniczną.

Mazur­ski dzia­łacz ludowy Fry­de­ryk Leyk, w 1920 r. agi­tu­jący za pol­sko­ścią tych ziem, po woj­nie roz­cza­ro­wany i prze­ra­żony pisał:

„Wraz z woj­skiem sowiec­kim dotarło na nasz teren inne nie­szczę­ście i to nad­cho­dzące z przy­gra­nicz­nych powia­tów Pol­ski Cen­tral­nej.

Polacy z powia­tów kur­piow­skich: Cho­rzele, Maków, Prza­snysz itd. sza­leli wprost na naszym tere­nie. Wypę­dzali Mazu­rów z prze­kleń­stwami, groź­bami, kijami i sie­kie­rami z ich dobrych gospo­darstw i sami się w nich osa­dzali. Zabie­rali im żyw­ność, żywy i mar­twy inwen­tarz. Bili i mal­tre­to­wali ich. Nie­jed­nego Mazura i Mazurkę zamor­do­wali lub ciężko ska­le­czyli, by przy­własz­czyć sobie ich mie­nie. Wielu Pola­ków roz­bie­rało domo­stwa; cegły, kafle, drzwi, pod­łogi i drzewo, konie, bydło, motory i maszyny rol­ni­cze, wozy i uprząż do Pol­ski. Nie­które całe wio­ski przy­gra­niczne zostały znie­sione. Ubowcy i mili­cjanci dopo­ma­gali w tej nik­czem­nej robo­cie. Wprost cała lud­ność mazur­ska odwró­ciła się od Pola­ków, uzna­jąc po takich doświad­cze­niach naród nie­miecki za jej wła­ściwy naród, który da jej spo­kój, przy­tu­łek, chleb”1.

Dr Ewald Ste­fan Pol­lok na por­talu inter­ne­to­wym Sile­sia-Schle­sien-Śląsk [obec­nie Sile­sia-Śląsk-Schle­sien – przyp. red.] cytuje list pew­nej Mazurki: „Nie chcę żyć w Pol­sce mię­dzy tymi zło­dzie­jami, bo ta kra­dzież po przy­by­ciu na te tereny była okropna. Co za ludzie. Uwa­żają te tereny za swoje, a kradną w nocy co tylko się da, napa­dają na ludzi, męż­czyźni gwałcą kobiety. Prze­cież odno­szą się tak jak zwie­rzęta i mię­dzy takimi ludźmi żyć? Było nam mówione, że to jest taki lud, ale nie chcia­ła­bym i nie wie­rzy­łam w to. Dopiero teraz, jak oni się czują panami, to wykaże się, jakimi oni są. Wolę wszystko stra­cić, ale żyć mię­dzy ludźmi. A gdyby naprawdę był koniec wojny, a jakiś Staat obej­muje Rząd, to ni­gdy nie może ist­nieć taki chaos. A tu co macie, Mili­cja, która ma trzy­mać porzą­dek, sama krad­nie itp.”2.

Dzień trwa, jesz­cze się zdu­mie­wam

Erwin Kruk, two­rzący po pol­sku mazur­ski pisarz, tak w 2009 r. w roz­mo­wie ze mną wspo­mi­nał rok 1945:

„W stycz­niu 1945 r., kiedy front był już bli­sko, wła­dze nie­miec­kie zarzą­dziły przy­mu­sową ewa­ku­ację. Ja mia­łem cztery lata, Ryszard trzy, a Wer­ner, naj­star­szy brat – sie­dem. Wszy­scy miesz­kańcy Dobrzy­nia ruszyli w drogę. Dotar­li­śmy do Rych­nowa, a tam już byli Rosja­nie. Umie­ścili naszą rodzinę w obo­zie infil­tra­cyj­nym we Frąk­no­wie, to trzy kilo­me­try od Dobrzy­nia. Miesz­ka­li­śmy w sto­do­łach i szo­pach. Rosja­nie zabrali wszyst­kich męż­czyzn od 15 do 55 roku życia. Wywieźli ich w nie­zna­nym kie­runku, w tym naszego ojca. Wtedy widzia­łem go ostatni raz w życiu, umarł gdzieś w Rosji; po latach dowie­dzia­łem się, że już w kwiet­niu 1945 r. Z mamą wró­ci­li­śmy do domu. W lipcu 1945 r. mama, Meta Kruk z domu Stach, umarła na tyfus. Zabrała nas do sie­bie jej sio­stra, Ida Tybus­sek. Zamiesz­ka­li­śmy z nią w Elgnówku pod Olsz­tyn­kiem. Tam w 1953 r. uto­nął w jezio­rze mój brat Wer­ner. W tym cza­sie nasz dom w Dobrzy­niu przy­dzie­lono innej rodzi­nie, zmie­niono mapę geo­de­zyjną, zało­żono nowe księgi”.

Dom rodzinny Erwina, Ryszarda i Wer­nera Kru­ków, podob­nie jak ponad 17 hek­ta­rów ziemi rol­nej nale­żą­cej do ich rodzi­ców, prze­jęło pań­stwo pol­skie. Po wielu latach pisarz roz­po­czął sta­ra­nia o odzy­ska­nie majątku.

Tak samo uczy­niła Agnes Trawny, Mazurka spod Szczytna. Po rodzi­cach przy­padł jej dom i 60 hek­ta­rów. W 1977 r. wyje­chała do Nie­miec. Tam dostała odszko­do­wa­nie za mają­tek pozo­sta­wiony w Pol­sce, ale je zwró­ciła. W tym cza­sie jej mazur­ską wła­sność naczel­nik gminy Jedwabno prze­jął na rzecz Skarbu Pań­stwa; dom przy­dzie­lono innej rodzi­nie. W 2005 r. Sąd Naj­wyż­szy uznał, że decy­zja urzęd­nika była bez­prawna. 19 listo­pada 2009 r. Sąd Rejo­nowy w Szczyt­nie zarzą­dził eks­mi­sję dwóch rodzin zaj­mu­ją­cych dom Agnes Trawny. Co ważne, orzekł, że wnio­ski o przy­dział lokali zastęp­czych eks­mi­to­wani mają kie­ro­wać do Skarbu Pań­stwa, a nie do wła­ści­cielki pose­sji. Wybu­chła awan­tura. Znani poli­tycy gar­dło­wali, że to woła­jąca o pomstę do nieba nie­spra­wie­dli­wość – Niemka pozba­wia Pola­ków dachu nad głową.

Erwin Kruk tak te słowa komen­to­wał: „To oczy­wi­ste kłam­stwa. Agnes Trawny to Mazurka, miała prawo do swo­jej wła­sno­ści. W pań­stwie prawa nie ma zna­cze­nia, czy ktoś jest Niem­cem, Mazu­rem czy Pola­kiem. Liczy się wyłącz­nie jego prawo do wła­sno­ści, fakt, czy jest cze­goś wła­ści­cie­lem i czy należy mu się zwrot majątku”.

On też chciał mieć prawo do spadku po rodzi­cach. Mówił: „Nas jako dzieci po pro­stu wyrzu­cono z domu, potem ukryto nie­miec­kie księgi grun­towe, zało­żono nowe i ślady zatarto. Naj­gor­sze, że dzi­siej­sze prawo tak skon­stru­owano, że wła­ści­wie nie mamy szansy, aby prze­bić biu­ro­kra­tyczny mur. Para­doks polega na tym, że sąd przy­znał nam prawo do spadku, nawet wydał posta­no­wie­nie o naby­ciu spadku po rodzi­cach. Tyle tylko, że masa spad­kowa nie jest ure­gu­lo­wana praw­nie. Sąd nie okre­ślił gra­nic tego gospo­dar­stwa, adresu domu naszych rodzi­ców, nume­rów dzia­łek, bo w nowych, zało­żo­nych po woj­nie księ­gach wszystko pozmie­niano. Wyma­zano nas jak gumką w zeszy­cie”.

Czę­sto jeź­dził do rodzin­nego Dobrzy­nia. Zacho­dził na cmen­tarz, na któ­rym rosły chasz­cze i zawsze było pusto. Miał wydep­tane ścieżki do swo­ich gro­bów. Potem zro­biono akcję, podob­nie jak na innych sta­rych cmen­tarzach w powie­cie, dzieci z nidzic­kiej szkoły pod kie­run­kiem nauczy­cieli oczy­ściły ten cmen­tarz, upo­rząd­ko­wały go. Na jedy­nym obmu­ro­wa­nym gro­bie wycięto pięć­dzie­się­cio­let­nią sosnę, został po niej pień. Kruk mówił potem: „To wzgó­rze wygląda jak owca po strzy­że­niu. Że mło­dzież szkolna i nauczy­ciele upo­rząd­ko­wali wzgó­rze – nie mam nic prze­ciwko temu. Jestem wdzięczny. Tylko moja pamięć została naru­szona. Dzi­siaj cmen­tarzyk jest piękny, ale prze­stał być moim pry­wat­nym miej­scem. To już prze­strzeń publiczna, tro­chę pomnik prze­szło­ści, a Erwin Kruk to coś w rodzaju eks­po­natu muze­al­nego. Sta­ram się tam ludziom nie rzu­cać w oczy, żeby nie pomy­śleli, że ten Kruk coś knuje”.

Za knu­cie nie­któ­rzy mogli uznać sta­ra­nia Erwina Kruka o odzy­ska­nie spadku po rodzi­cach. Żeby prze­pro­wa­dzić przed sądem sprawę spad­kową, musiał wraz z bra­tem udo­wod­nić, że mieli rodzi­ców, że oni umarli, kiedy i gdzie. Sło­wem, musieli ich po latach odna­leźć i ponow­nie pocho­wać. A wie­dzieli o nich nie­wiele.

Zapy­tany, dla­czego tak późno pod­jął z bra­tem próbę odzy­ska­nia ojco­wi­zny, opo­wie­dział swoją histo­rię:

„W cza­sach PRL nie było nawet cie­nia szansy, bo żeby móc sta­rać się o spa­dek w postaci gospo­dar­stwa rol­nego, musiał­bym być rol­ni­kiem albo absol­wen­tem szkoły przy­spo­so­bie­nia rol­ni­czego. W 1989 r. zosta­łem sena­to­rem z listy Komi­tetu Oby­wa­tel­skiego. Roz­ma­wiano o repry­wa­ty­za­cji, która powinna objąć także Mazu­rów, ale tłu­ma­czono, że Pol­ska jest za biedna, aby coś odda­wać. Rozu­mia­łem dobrze, co to zna­czy być bied­nym. Od 1980 r., kiedy zre­zy­gno­wa­łem z pracy w «Gaze­cie Olsz­tyń­skiej», nie mia­łem sta­łej pracy. Na początku sena­tor­skiej kaden­cji bra­łem tylko dietę, bo głu­pio bym się czuł, dekla­ru­jąc, że jestem zawo­do­wym sena­to­rem. Mar­sza­łek Alek­san­der Mała­chow­ski dzi­wił się: «To pan nic nie bie­rze?». Kan­dy­do­wa­łem, bo to była wtedy powin­ność oby­wa­tel­ska, ale poli­ty­kiem nie byłem. Powie­dzia­łem, że tylko przez jedną kaden­cję mogę być na Wiej­skiej, a ja, jak to mówią, nie robię z gęby cho­lewy. W kolej­nych wybo­rach odmó­wi­łem startu i nagle zna­la­złem się poza nawia­sem, poza tą bie­ga­niną poli­tyczną. Wkrótce oka­zało się, że tak za bar­dzo nie mam z czego żyć.

Dosta­wa­łem wyróż­nie­nia, pla­kietki, tytuły, dyplomy. Tyle tego się nazbie­rało… Trudno jest uwie­rzyć, że wio­dłem życie sym­bo­liczne. Bałem się, że zabrak­nie mi miej­sca na oddech. Bo w niczym to mojego losu nie polep­szyło. Pisarz zamknięty w tema­tyce swo­jej ziemi i losu mazur­skiego nie jest ska­zany na suk­ces.

Powta­rza się to czę­sto jak man­trę: Mazu­rów nie ma, wyje­chali. Chyba po to, aby ci, co tu żyją, sie­dzieli cicho i nie doma­gali się swo­ich praw, bo zaraz ktoś im wytknie, że są Niem­cami i pod­no­szą głowy. Czyż mazur­ski los to nie jest ludzki los opi­sy­wany przeze mnie po pol­sku? Ale zostało nas fak­tycz­nie nie­wielu. Nie ma już wsi na Mazu­rach, gdzie byłoby wię­cej niż kilka rodzin z przed­wo­jen­nymi korze­niami, a naj­czę­ściej to poje­dyn­czy ludzie. Żyją w samot­no­ści jak cie­nie z prze­szło­ści. I zapo­mnieli nawet gwarę mazur­ską, bo niby z kim mie­liby po swo­jemu gadać?

 

Takim cie­niem z prze­szło­ści była w mojej książce Spa­dek Greta Moskwa, cicha sta­ruszka z oka­le­czoną, pozba­wioną pal­ców stopą. Samotna od 1945 r. Kim ona była: Mazurką, Rosjanką, Polką?

Palce obcięli jej radzieccy żoł­nie­rze w obo­zie we Frąk­no­wie. I tak miała szczę­ście, jej pię­cio­let­nią sio­strę zabili. Jej rodzice byli, jak ona sama mówiła, robo­cią­dzami, pra­co­wali u mazur­skich rol­ni­ków. Praw­do­po­dob­nie wywo­dzili się z pol­sko-rosyj­skich robot­ni­ków sezo­no­wych wędru­ją­cych pod koniec XIX w. za pracą. Ale ona, dopóki miała takie moż­li­wo­ści, modliła się w ewan­ge­lic­kim kościele w Nidzicy, czuła się Mazurką.

Mazu­rzy to mie­szańcy, taki dziwny naród. Powta­rzam to za uro­dzo­nym na Mazu­rach nie­miec­kim pisa­rzem Sieg­frie­dem Len­zem. Wię­cej o tym piszą histo­rycy. Otóż pojęć «Mazury» i «Mazu­rzy» zaczęto uży­wać dopiero w XIX w. To było zwień­cze­nie trwa­ją­cego od XIV w. osad­nic­twa, pro­wa­dzo­nego naj­pierw przez zakon krzy­żacki na ziemi pru­skiej. Tra­fiali tutaj ryce­rze pru­scy (wityn­go­wie), drobna szlachta z Pomo­rza i ziemi cheł­miń­skiej, rze­mieśl­nicy i kupcy z krain nie­miec­kich, Wen­do­wie z ziemi łużyc­kiej, uchodźcy z oko­lic Sal­zburga i tzw. żywioł pol­ski. O sile tego żywiołu świad­czy fakt, że język, jakim posłu­gi­wano się na Mazu­rach, był gwarą pol­ską. Lud­ność mazur­ska, ta z XIX w., nie była jed­nak ani pol­ska, ani nie­miecka. Zacho­wy­wała odręb­ność. W 1939 r. ta popu­la­cja liczyła około 300 tysięcy osób. W 1945 r. około 80 tysięcy. Ile liczy dzi­siaj – nie wia­domo. Jeżeli miarą miałby być odrębny język, to już ostatni Mohi­ka­nie.

W cza­sach Pol­ski Ludo­wej powstało poję­cie «auto­chtona». Tak o nas mówiono. To słowo pocho­dzi z grec­kiego; uda­wano Greka. My nie jeste­śmy auto­chtonami, jeste­śmy ludźmi stąd. Prawo oby­wa­tel­stwa jest waż­niej­sze niż pocho­dze­nie. Jeste­śmy oby­wa­te­lami Pol­ski, ale o odręb­nej kul­tu­rze, tra­dy­cjach. Prze­wa­żają wśród Mazu­rów ewan­ge­licy, ale wiara nie jest aż tak istot­nym wyróż­ni­kiem, bo są też Mazu­rzy wyzna­jący kato­li­cyzm i pra­wo­sła­wie. Mam wra­że­nie, że po pierw­szej akcji tak zwa­nego łącze­nia rodzin kolejne fale emi­gra­cji mazur­skiej i potem war­miń­skiej miały pod­łoże głów­nie eko­no­miczne. Rugo­wano miesz­kań­ców tych ziem, bo ich domo­stwa leżały w atrak­cyj­nej kra­inie. Pod­sy­cano naro­do­wo­ściowe fobie, aby mieć pre­tekst do przej­mo­wa­nia mająt­ków. Jak innym twór­com, także mnie w latach 70. pro­po­no­wano, abym wybrał sobie coś po wyjeż­dża­ją­cych z War­mii. Odmó­wi­łem, bo jak miał­bym spoj­rzeć potem w oczy tym ludziom?

Wyjazd stąd? A niby dokąd? Jestem Mazu­rem, ale przede wszyst­kim oby­wa­te­lem Pol­ski. Ni­gdy i ni­gdzie stąd nie wyru­szę.

Mia­łem opi­nię pisa­rza nie­za­leż­nego. Wyda­wano mi książki i poezje, ale nie w Olsz­ty­nie. Tutaj patrzono na mnie podejrz­li­wie. Wyda­wa­łem w War­sza­wie, w PIW i LSW. Tam z kolei moje pisar­stwo trak­to­wano jako opo­wie­ści egzo­tyczne, a więc bez­pieczne z war­szaw­skiego punktu widze­nia. No, cen­zura tro­chę mie­szała, w powie­ści Pusta noc zazna­czono 140 inge­ren­cji, ale godzi­łem się na ustęp­stwa, bo nie chcia­łem pisać do szu­flady. Na co dzień pra­co­wa­łem jako dzien­ni­karz «Gazety Olsz­tyń­skiej», to była pod­stawa utrzy­ma­nia. I tak to trwało aż do 1980 r. W marcu odsze­dłem z redak­cji. Jesie­nią wystą­pi­łem z olsz­tyń­skiego oddziału ZLP. To był mój mały bunt. Ofi­cjal­nie już nie ist­nia­łem. Wykre­ślono mnie. Dzia­ła­łem w «Soli­dar­no­ści», byłem człon­kiem zarządu regionu.

Kie­dyś wice­prze­wod­ni­czący rady naro­do­wej w Olsz­ty­nie upił się i przy­szedł na zebra­nie oddziału ZLP, a wśród człon­ków byli ludowi pisa­rze war­miń­scy i mazur­scy, i śpie­wał: «Nie będzie Nie­miec pluł nam w twarz». Schwy­ci­łem go za klapy i wyrzu­ci­łem za drzwi. To wtedy Gerard Skok, dzia­łacz mazur­ski, spu­en­to­wał: «Ty chyba nie jesteś Mazu­rem, bo Mazu­rzy dają się lepić każ­dej wła­dzy; ty chyba Żydem jesteś». W 1968 r. w cza­sie nagonki anty­se­mic­kiej Karol Mał­łek, legen­darna już dzi­siaj postać, Mazur z krwi i kości, na piwku ostrze­gał mnie: «Pocze­kaj, i do nas się dobiorą, bo my jeste­śmy takimi Żydami tej czę­ści Pol­ski».

W jakimś sen­sie miał rację. Kiedy teraz wyszła moja książka, zaczęły się ze mną kon­tak­to­wać osoby, które podob­nie jak mnie i mojego brata pozba­wiono majątku. Też pró­bo­wały docho­dzić swo­ich praw i też odbi­jały się od muru. Ci ludzie nie wyje­chali stąd, zostali, a teraz nie mają szans na odzy­ska­nie ojco­wi­zny. Odcięto admi­ni­stra­cyj­nymi prze­pi­sami ich korze­nie. To, co ich rodzice czy dziad­ko­wie posia­dali przed wojną, było nie­miec­kie, im jako Pola­kom nic do tej wła­sno­ści. Na­dal, jak w PRL, bra­kuje deli­kat­no­ści w kwe­stiach naro­do­wo­ścio­wych. Nie dostrzega się też róż­nic mię­dzy kato­licką War­mią i ewan­ge­lic­kimi Mazu­rami. Mazur­ska gmina Olsz­ty­nek wcho­dzi obec­nie w skład war­miń­skiego powiatu olsz­tyń­skiego. Wycho­dzi tam doda­tek do «Gazety Olsz­tyń­skiej» pod tytu­łem «Nasza War­mia». Jaka to War­mia? Pod­czas wybo­rów do duchow­nych ewan­ge­lic­kich i pra­wo­sław­nych PiS wysy­łało swój pro­gram wybor­czy zaty­tu­ło­wany Kato­licka Pol­ska w chrze­ści­jań­skiej Euro­pie. Wysy­łali auto­ma­tycz­nie, nawet nie domy­śla­jąc się, że takie sfor­mu­ło­wa­nie może kogoś ura­żać.

Teraz miesz­kam w war­miń­skim Olsz­ty­nie… jestem jak na wygna­niu, ale dzięki spra­wie spadku odzy­ska­łem coś nie­sły­cha­nie waż­nego. Odbu­do­wa­li­śmy więzi z miesz­ka­ją­cym od lat w Gdyni bra­tem. Poza tym w ostat­nich latach moja rodzina stała się wresz­cie trzy­po­ko­le­niowa, bo na świat przy­szło troje wnu­cząt. Porażka? No tak, nie odzy­ska­łem domu moich rodzi­ców, ale za to dowie­dzia­łem się tak wiele o naszych przod­kach. Oka­zało się, że ist­nieją doku­menty, które wcze­śniej były mi nie­do­stępne, jak na przy­kład akt uro­dze­nia matki z 1911 r., jak akt zawar­cia związku mał­żeń­skiego moich rodzi­ców z 1937 r. Mogę śle­dzić zapisy w sta­rych księ­gach, odkry­wać świat, któ­rego już nie ma. Broni jesz­cze nie skła­dam.

Teraz jest mi lżej, zrzu­ci­łem coś z sie­bie, coś, co uwie­rało przez lata. Ale mój długi marsz trwa. To jesz­cze nie jest koniec życia. Jest taki wiersz Fry­de­ryka Hölderlina o kon­dy­cji ludz­kiej: «Jak krót­kie są nasze dni. Wsta­jemy – zdu­mie­wamy się – już wie­czór». Mój dzień jesz­cze trwa, jesz­cze się zdu­mie­wam”.

Erwin Kruk zmarł w 2017 r. w Olsz­ty­nie. Ojco­wi­zny nie odzy­skał.

Pol­ska żona, nie­miec­kie wnuki

Kiedy na Mazu­rach poja­wiła się Pol­ska, Erwin Kruk miał cztery lata. Kiedy na Gór­nym Ślą­sku w miej­sce nie­miec­kich szyl­dów i nazw poja­wiły się pol­skie, Hel­mut G. miał sześć lat i nie potra­fił jesz­cze czy­tać. Miesz­kał w gór­ni­czym fami­loku. Widział rosyj­skie mun­dury, ale z niczym mu się nie koja­rzyły. Dopiero potem zaczął się bać ludzi z pepe­szami i czer­wo­nymi gwiaz­dami na oto­kach. Krzy­czeli w tym swoim dziw­nym języku, machali bro­nią, ude­rzali kol­bami. Nie wie­dział, że zapro­wa­dzali nowy porzą­dek, w któ­rym przyj­dzie mu póź­niej żyć.

Ojciec Hel­muta cudem prze­żył wojnę. Był gór­ni­kiem. W 1940 r. powo­łali go do armii, słu­żył w Wehr­mach­cie, na kaprala awan­so­wał pod Sta­lin­gra­dem. Hel­mut zoba­czył go po raz pierw­szy w pełni świa­do­mie w 1946 r. Ojciec poja­wił się nad ranem, w woj­sko­wym płasz­czu, ale bez naszy­wek. Wychu­dzony, ciężko oddy­chał, bo zacho­ro­wał na płuca. Skąd przy­szedł, tego Hel­mut nie wie­dział. Dokąd go zabrali, też nie.

To było następ­nego dnia. Po ojca przy­szło sze­ściu soł­da­tów z bro­nią gotową do strzału. Ojciec tłu­ma­czył, że on jest stąd, Ślą­zak, a nie Nie­miec, ale nie słu­chali, wie­dzieli swoje. „Ty Gier­ma­niec, u Hitlera słu­żył, ty w tiurmu paj­diosz”. Zabrali go i Hel­mut ni­gdy wię­cej ojca nie zoba­czył. Podobno umarł już pół roku póź­niej gdzieś na Sybe­rii. Gdzie, nie wia­domo. Miej­sce pochówku nie­znane.

Hel­muta i jego trzech star­szych braci wycho­wy­wała matka z ciot­kami. Ich mężów też wywie­ziono na Sybir. Oni rów­nież już nie wró­cili. Te wdowy, nie wdowy, żyły pokor­nie. Hel­mut wciąż ma przed oczami matkę cho­dzącą uli­cami ze spusz­czoną głową. Kie­dyś zapa­trzyła się na Ruskiego ze sko­śnymi oczami, a ten zaczął wrzesz­czeć, wycią­gnął rewol­wer i ude­rzył ją ręko­je­ścią w twarz. Zalała się krwią i stra­ciła trzy zęby na prze­dzie. Od tej pory nie pod­no­siła wzroku. Nie znała języka pol­skiego, nie rozu­miała, o co pytają ją w skle­pie. Ni­gdy zresztą nowego języka nie opa­no­wała. Umarła w 1955 r.

Kiedy Hel­mut poszedł do szkoły, na wywia­dówki cho­dziła naj­młod­sza z cio­tek, bo ta szybko zła­pała odro­binę pol­skiego. W kla­sie było kil­koro Ślą­za­ków, a poza tym dzieci pol­skich urzęd­ni­ków, któ­rych War­szawa przy­słała, aby umac­niali nową wła­dzę na tere­nach nie wia­domo jakich – odzy­ska­nych czy zdo­by­tych. Począt­kowo Polacy trzy­mali się razem, dzieci ślą­skie osobno. Ale z upły­wem czasu lody stop­niały, dzie­ciaki zna­la­zły nić poro­zu­mie­nia. Getto ław­kowe prze­stało ist­nieć, mali Polacy i Ślą­zacy wymie­szali się. Co cie­kawe, zmie­nił się też język, w jakim roz­ma­wiali. Ślą­zacy do swo­jej gwary przy­jęli wiele pol­skich zna­czeń, Polacy zaś nabrali ślą­skiego akcentu i wtrą­cali do pol­skiej mowy nie­miec­kie zwroty. „Mia­łem sporo szczę­ścia – mówił mi kilka lat temu Hel­mut. – Tra­fi­łem na dobrych ludzi, prze­trwa­łem”.

Oże­nił się z Polką, która na Śląsk tra­fiła z mazo­wiec­kiej wsi. Uro­dziła mu dwie córki i syna. Ciotki w latach 60. wyje­chały do RFN, bra­cia ze swo­imi rodzi­nami dołą­czyli kilka lat póź­niej, a po nich dzieci Hel­muta, które nie tyle, że poczuły zew nie­miec­kiej krwi, ile zapra­gnęły pod­nieść sobie stan­dard. Dostały nie­miec­kie oby­wa­tel­stwo, pracę i miesz­ka­nia. Żona Hel­muta zmarła na raka, cho­ciaż jej już nie­miec­kie dzieci woziły ją po naj­lep­szych kli­ni­kach za Łabą. Jedy­nie Hel­mut pozo­stał na Ślą­sku. Sam jak palec.

Od kiedy prze­szedł na eme­ry­turę, pasjo­no­wały go już tylko trzy rze­czy: piłka nożna, bo kibi­co­wał Ruchowi Cho­rzów, węd­kar­stwo i książki. Czy­tał o Niem­cach i Pola­kach, o II woj­nie, o wiel­kich bitwach, klę­skach i zwy­cię­stwach. I ni­gdy nie potra­fił umie­ścić sie­bie w histo­rycz­nym kon­tek­ście. Czy jest bar­dziej nie­miecki, czy pol­ski, czy jego naród wojnę wygrał, czy prze­grał? Zasta­na­wiał się, czy doko­nał w życiu słusz­nego wyboru, pozo­sta­jąc na Ślą­sku. Nie zdą­żył zna­leźć odpo­wie­dzi, bo umarł w 2013 r. Na pogrzeb przy­je­chały jego dzieci i wnuki, które mówiły wyłącz­nie po nie­miecku.