Zamęt nocy

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karat tytułowa

Seria z Mercedes Thompson

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Podziękowania

Karta tytułowa

Okładka


Seria z Mercedes Thompson:

1 Zew księżyca

2 Więzy krwi

3 Pocałunek żelaza

4 Znak kości

5 Zrodzony ze Srebra

6 Piętno rzeki

7 Żar mrozu

8 Zamęt nocy

9 Dotyk ognia


Dla naszych dobrych przyjaciół – wiecie, że o Was mowa. Nie wiem, jakim cudem otacza nas tylu wspaniałych ludzi, z którymi można, jak to mawiał mój ojciec, konie kraść. Tę książkę chciałabym dedykować dwóm osobom, które w tym roku stawały dla nas na głowie, gdy próbowaliśmy pogodzić idiotyczne harmonogramy podróży z opieką nad końmi, czekającymi tylko, aż wyjadę, żeby zacząć płatać figle.

Doktor Dick Root, lekarz weterynarii, trzymał moją córkę za rękę, gdy źrebiła się Tilly, a Mike i ja byliśmy w trasie promocyjnej. Niewiele osób na tym świecie ze spokojem przyjęłoby dwanaście telefonów o czwartej nad ranem. Dziękuję, Dick. Życzę tobie i Ally (niech będzie, Alivii) wielu wspaniałych podróży.

Deken Schoenberg też przybywa mi na ratunek, czy to gdy trzeba przystrzyc konie w piekielnym upale, czy to żeby pomóc mi, kiedy wezmę sobie za dużo na głowę albo kiedy (historia prawdziwa) utknę za granicą, a głupiutki roczniak akurat postanowi zrobić sobie kuku. Magic przeprasza, że cię kopnął, szczególnie kiedy przejechałeś prawie sto kilometrów, żeby się nim zająć. Obiecał, że w przyszłości będzie lepiej traktował naszych przyjaciół.

Następnym razem nie powiem koniom, że wyjeżdżam.


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Rozdział 1

Telefon zadzwonił, gdy zmywałam z rękami po łokcie zanurzonymi w spienionej wodzie.

– Odbiorę – powiedziała moja pasierbica, Jesse, pospiesznie wrzucając do zlewu dwie szklanki i widelec.

Wataha wilkołaków, która jada razem, trzyma się razem, pomyślałam, zeskrobując uparte jajko z talerza. Na niedzielne śniadanie nie przychodzili wszyscy członkowie stada – niektórzy mieli rodziny, jak zwykli ludzie, albo pracowali w weekendy. Śniadania nie były obowiązkowe – to zepsułoby całą ich ideę. Darryl, drugi Adama, który zazwyczaj przygotowywał posiłki, był piekielnie dobrym kucharzem, a jego jedzenie smakowało wszystkim obecnym.

Zmywarka pracowała, wypchana po brzegi i jeszcze bardziej. Poczekałabym z resztą naczyń, aż skończy, i nastawiła jeszcze jedną, ale Auriele, towarzyszka Darryla, nawet nie chciała o tym słyszeć.

Nie kłóciłam się z nią, bo byłam jednym z trzech członków watahy przewyższających ją rangą, więc musiałaby mi ustąpić. To oszustwo, a ja nigdy nie oszukuję.

Chyba że moich wrogów, wyszeptał bezdźwięczny głos w mojej głowie. Mógł należeć do mnie, ale brzmiał jak głos Kojota.

Drugi powód mojej ustępliwości był bardziej samolubny. Auriele i ja dobrze się dogadywałyśmy, co czyniło ją jedyną spośród trzech członkiń stada, która w tej chwili mnie lubiła.

Auriele nie za bardzo cieszyła się z tego, że jestem towarzyszką jej Alfy – byłam kojotem wśród wilków. Uważała, że to nie wpływa dobrze na morale watahy. Sądziła również, zgodnie z prawdą, że sprowadzam na stado kłopoty. Lubiła mnie wbrew sobie. Jestem przyzwyczajona do towarzystwa mężczyzn, ale miło czasem porozmawiać z inną kobietą oprócz Jesse, mojej nastoletniej pasierbicy.

Więc aby uszczęśliwić Auriele, myłam naczynia, które spokojnie mogła umyć zmywarka, i nie zważałam, że gorąca mydlana woda parzyła rany typowe dla mojego fachu – obdarte kłykcie będące wiernymi towarzyszami mechanika. Auriele wycierała naczynia, a Jesse zaoferowała, że posprząta resztę kuchni. Trzy kobiety wspólnie wykonujące prace domowe – moja matka byłaby zachwycona. Ta myśl utwierdziła mnie w przekonaniu, że za tydzień to mężczyźni muszą posprzątać. Dobrze im zrobi, jeśli poszerzą zakres swoich umiejętności.

– Na drugiej lekcji mam takiego dzieciaka. – Auriele zignorowała dzwoniący telefon i ze stęknięciem dźwignęła górę talerzy, by włożyć je do szafki. To nie waga naczyń stanowiła problem, Auriele była przecież wilkołakiem. Mogła podnieść ważące dwieście kilogramów kowadło i postawić je na szafce. Problemem były jej niski wzrost i fakt, że musiała stanąć na palcach, by to zrobić. Jesse uchyliła się z wdziękiem, by przejść obok niej do telefonu. – Wszyscy nauczyciele kochają Clarka – mówiła dalej Auriele. – Wszystkie dziewczyny i prawie wszystkie chłopaki. A każde słowo, które pada z jego ust, to kłamstwo. „Enrique ode mnie spisywał”, powiedział, kiedy spytałam, dlaczego obaj mają takie same błędy. Patrzę na Enrique i widzę zrezygnowanie na jego twarzy. Domyślam się, że Clark nie pierwszy raz wyciął mu taki numer.

– Rezydencja Hauptmanów – odebrała radośnie Jesse. – W czym mogę pomóc?

– Jest Adam?

– Więc mówię mu… – Auriele natychmiast przerwała. Jej wrażliwe uszy rozpoznały w słuchawce znajomy głos.

– Potrzebuję Adama. – Głos byłej żony mojego męża był ciężki od łez. W tonie Christy Hauptman brzmiały popłoch i desperacja.

– Mamo? – Jesse zadrżała. – Mamo, co się stało?

– Daj mi Adama.

– Mamo? – Jesse spojrzała na mnie spanikowanym wzrokiem.

– Adam – zawołałam. – Dzwoni Christy.

Był w salonie. Rozmawiał z Darrylem i kilkoma innymi członkami watahy, którzy zostali po śniadaniu, więc nie musiałam wykrzykiwać. To nie był pierwszy telefon Christy w potrzebie.

Radzenie sobie z nią zazwyczaj przyprawiało mnie o ból brzucha. Nie dlatego, że mogłaby zaszkodzić Adamowi lub mnie. Ale Jesse, która kochała matkę, a w tej chwili walczyła ze sobą, żeby nadal ją lubić, cierpiała z każdym telefonem tej kobiety. Nie mogłam nic na to poradzić.

– Już idzie, mamo – powiedziała Jesse.

– Proszę – jęknęła Christy. – Powiedz, żeby się pospieszył.

Desperacja, łzy histerii – to żadna nowość. Ale w jej głosie brzmiał też strach. A tego jeszcze nigdy nie słyszałam.

Adam wszedł do kuchni. Po ponurym wyrazie twarzy wiedziałam, że usłyszał przynajmniej połowę z tego, co mówiła Christy. Wziął słuchawkę, ale drugą ręką objął córkę. Jego pokrzepiający uścisk sprawił, że Jesse zaszkliły się oczy. Spojrzała na mnie z paniką, a potem popędziła na górę, prawdopodobnie do swojego pokoju, gdzie mogła się pozbierać.

– Czego potrzebujesz? – spytał Adam.

– Mogę wrócić do domu?

Auriele spojrzała na mnie, lecz ja zdążyłam już przybrać obojętny wyraz twarzy. Nie chciałam, żeby zobaczyła moją reakcję.

– To nie jest twój dom – odparł Adam. – Już nie.

– Adam – powiedziała Christy. – Och, Adam – zachlipała cicho i rozpaczliwie. – Mam kłopoty. Muszę wrócić do domu. Byłam taka głupia. On nie chce zostawić mnie w spokoju. Pobił mnie, zabił mojego przyjaciela, a teraz chodzi za mną wszędzie. Mogę wrócić do domu? Proszę.

Tego się nie spodziewałam. Auriele przestała udawać, że nie słucha każdego słowa, i zwróciła twarz ku telefonowi.

– Zadzwoń na policję – odpowiedział Adam. – To ich praca.

– Zabije mnie – wyszeptała. – Adam, on mnie zabije. Nie wiem, gdzie mam się ukryć. Proszę.

Wilkołaki umieją rozpoznać, gdy ktoś kłamie. Kilka innych nadnaturalnych istot również posiada tę zdolność – na przykład ja. Przez telefon jest o wiele trudniej, bo większość zdradzających kłamstwo znaków wiąże się z szybszym biciem serca i z zapachem, a żadnego z nich nie da się wyczuć, będąc na linii. Ale w głosie Christy słyszałam prawdę.

 

Adam spojrzał na mnie.

– Niech przyjedzie – powiedziałam. Bo co innego mogłam powiedzieć? Gdyby coś stało się Christy, a my mogliśmy temu zapobiec… Chybabym sobie nie wybaczyła. Adam na pewno nie.

Auriele wciąż mnie obserwowała. Zmarszczyła czoło, aż wreszcie odwróciła się i zaczęła znowu wycierać naczynia.

– Adam, proszę – błagała Christy.

Adam zmrużył oczy, popatrzył na mnie i milczał.

– Adam? – W drzwiach stanęła Mary Jo. Mary Jo jest strażakiem, jest twarda i inteligentna. – Jesteśmy jej to winni za te lata, kiedy była twoja. Niech przyjdzie, a stado ją ochroni.

Spojrzał na Mary Jo, a ona spuściła wzrok.

– To mi nie przeszkadza – powiedziałam do Adama, starając się, żeby nie zabrzmiało to jak kłamstwo. – Naprawdę.

Kiedy się stresuję, piekę. Gdybym podczas pobytu Christy tutaj musiała upiec tyle ciasteczek czekoladowych, żeby wykarmić całe Richland, przystałabym na to, bo Adam musiał wiedzieć, że się zgadzam.

Gdyby czegoś spróbowała, pożałowałaby. Adam był mój. Porzuciła jego i Jesse – a ja ich zgarnęłam. Znalezione nie kradzione.

Może wcale nie chciała ich z powrotem? Może po prostu chciała czuć się bezpieczna? Nie byłam o tym przekonana, ale zazdrość to nielogiczna emocja, a ja nie miałam podstaw, by być zazdrosną o Christy.

– Dobrze – zgodził się Adam. – W porządku. Możesz przyjechać. – A potem spokojnym głosem dodał: – Potrzebujesz pieniędzy na bilety?

Wróciłam do naczyń i starałam się nie słyszeć reszty ich rozmowy. Nie słyszeć troski w głosie Adama, łagodności – i satysfakcji, którą czerpał z tego, że mógł się zająć byłą żoną. Dobry Alfa opiekuje się tymi, którzy go otaczają – właśnie to w dużej mierze czyni go Alfą.

Może lepiej wychodziłoby mi ignorowanie ich, gdyby wszystkie obecne w domu wilkołaki nie zaczęły schodzić się do kuchni. Słuchały, jak Adam ustala ostatnie szczegóły, dzięki którym Christy tutaj trafi, i rzucały mi przelotne, ukradkowe spojrzenia, myśląc, że nie zauważę.

Auriele wyjęła mi z ręki ostatni kubek. Zakręciłam kran i strząsnęłam wodę z rąk, a potem wytarłam dłonie o dżinsy. Dłonie nie są najbardziej atrakcyjną częścią mojego ciała. Przez gorącą wodę skóra pomarszczyła się jak rodzynka, a kłykcie były czerwone i spuchnięte. Nawet po umyciu naczyń plamy czarnego smaru wciąż odciskały się na skórze i pod paznokciami. Christy zawsze miała piękne dłonie, a na jej paznokciach gościł francuski manicure.

Adam rozłączył się i zadzwonił do agenta biura podróży, który koordynował jego całkiem częste wyjazdy w interesach – w interesach zarówno służbowych, jak i wilkołaczych.

– Może zamieszkać ze mną i Honey – zaproponowała mi Mary Jo neutralnym tonem.

Mary Jo i Honey to dwie pozostałe kobiety z watahy. Mary Jo zamieszkała z Honey, kiedy towarzysz tej drugiej zginął kilka miesięcy temu. Żadna z nich zbytnio mnie nie lubiła.

Zanim Mary Jo okazała swoją gościnność, gdzieś w głowie tłukła mi się myśl, żeby oddać Christy pod opiekę innemu członkowi watahy, ale nie zdążyłam tego przemyśleć. Wiedziałam jednak, że wysłanie Christy do Mary Jo i Honey byłoby błędem.

Adam i ja ciężko pracowaliśmy, żeby wzmocnić spójność stada, co oznaczało, że z całych sił starałam się nie izolować Mary Jo i Honey jeszcze bardziej. Całkiem nieźle wychodziło mi utrzymywanie naszych relacji na neutralnej stopie. Gdyby Christy się do nich wprowadziła, wykorzystałaby ich niechęć w stosunku do mnie i z siłą huraganu wywołała rozłam, który spadłby na watahę niczym ulewny deszcz dramatu.

Gdy zdałam sobie sprawę z destrukcyjnej mocy Christy, zrozumiałam, że nie stanowiła ona problemu tylko i wyłącznie dla moich relacji z resztą watahy, ale również dla Adama. Pomysł, aby jego eksżona zamieszkała z Honey i Mary Jo, był głupi, ponieważ zmusiłoby to Mary Jo do trzymania strony Christy podczas jakichkolwiek jej spięć z Adamem lub resztą watahy. Tak stałoby się w przypadku każdego innego członka stada, u którego zatrzymałaby się matka Jesse.

Musiała więc zamieszkać tutaj, ze mną i Adamem.

– Christy powinna zostać tutaj, gdzie będzie czuła się bezpieczna – stwierdziła Auriele, zanim zdążyłam odpowiedzieć Mary Jo.

– Mhm – wymamrotałam, bo w dalszym ciągu uginałam się pod brzemieniem beznadziejnej sytuacji, w jakiej się znajdę, gdy Christy będzie nie tylko tutaj, w Tri-Cities, ale i tutaj, w moim domu.

– Nie chcesz jej tu? – spytała Auriele, a ja po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że Auriele tak jak Mary Jo lubiła Christy bardziej niż mnie. – Jest przerażona i sama. Nie bądź małostkowa, Mercy.

– A ty chciałabyś, żeby była żona Darryla mieszkała u ciebie w domu? – zapytała ze złością Jesse. Nawet nie zauważyłam, że wróciła na dół. Uniosła podbródek, stając po mojej stronie. Nie chciałam tego. Christy była jej matką, Jesse nie powinna wybierać między nami.

– Gdyby potrzebowała pomocy, tobym chciała – warknęła Auriele. Łatwo jej mówić. Z tego, co wiedziałam, Darryl nie miał żadnej byłej żony. – Mercy, jeśli nie chcesz Christy tutaj, jest mile widziana w moim domu.

Pozostali poszli w ślady Auriele, rzucając mi złowrogie spojrzenia. Christy była lubiana przez większość członków watahy. Była uroczą, bezradną gospodynią domową, co wystarczało bandzie wilkołaków z nadmiarem testosteronu.

– Christy zamieszka u nas – oznajmiłam.

Ale ponieważ Mary Jo i Auriele zawzięcie kłóciły się o to, gdzie Christy będzie szczęśliwsza, a mężczyźni zwracali uwagę na wilkołaczyce, nikt mnie nie usłyszał.

– Powiedziałam – stanęłam między nimi i skorzystałam z mocy Adama, by nadać wagi moim słowom – że Christy zamieszka tutaj ze mną i Adamem.

Obie spuściły wzrok i wycofały się, ale wrogość na twarzy Auriele zdradziła mi, że tylko autorytet Alfy w moim głosie zmusił ją do zakończenia kłótni. Mary Jo wyglądała na usatysfakcjonowaną. Byłam prawie pewna, że uznała pobyt Christy w naszym domu za szansę dla niej na odzyskanie statusu żony Adama.

Adam wciąż rozmawiał przez telefon. To, że skorzystałam z jego mocy, sprawiło, że rozejrzał się, by zobaczyć, co dzieje się w kuchni, ale nie przestał wydawać zwięzłych instrukcji.

– To zły pomysł. Będzie jej dobrze u Honey i Mary Jo. – Głos Jesse pobrzmiewał niemal paniką.

– Christy zamieszka tutaj – powtórzyłam, lecz tym razem nie pożyczyłam magii Adama, żeby postawić na swoim.

– Mercy, kocham moją mamę – usta Jesse wykrzywiły się w nieszczęśliwym grymasie – ale jest samolubna i ma pretensje, że zajęłaś jej miejsce. Sprawi nam kłopoty.

– Jesse Hauptman! – warknęła Auriele. – Mówisz o swojej matce. Okaż trochę szacunku.

– Auriele! – ryknęłam. Ten poranek potrzebował walki o dominację między nami tak samo jak bomby nuklearnej. Jednak nie mogłam pozwolić, żeby rozkazywała Jesse. – Nie wtrącaj się.

Obnażając zęby we wrogim uśmiechu, Auriele zwróciła na mnie rozwścieczone spojrzenie, a głęboko w jej kawowych oczach błysnęła żółć.

– Zostaw Jesse w spokoju – powiedziałam. – To wykracza poza twoje kompetencje. Jesse nie należy do stada.

Usta Auriele zbielały, ale wycofała się. Miałam rację, a ona o tym wiedziała.

– Twoja mama będzie bezpieczniejsza tutaj – zwróciłam się do Jesse, nie spuszczając wzroku z wilkołaczycy. – Auriele ma rację, mówiąc, że tutaj lepiej ochronimy Christy.

Jesse spojrzała na mnie z rozpaczą.

– Nie chce być z moim tatą, ale to nie znaczy, że chce, aby ktokolwiek inny z nim był. Spróbuje was rozdzielić. Będzie jak tortura wodna. Kap, kap, kap. Powinnaś usłyszeć, co o tobie mówi.

Nie, nie powinnam. Jesse też nie powinna, choć na to już nic nie poradzę.

– Wszystko będzie dobrze – odpowiedziałam. – Wszyscy jesteśmy dorośli. Wytrzymamy przez jakiś czas. – Ile zajmie wilkołakowi wytropienie prześladowcy i nastraszenie go? Prześladowcę, z definicji, powinno dać się łatwo znaleźć, prawda?

– Samarytanka Mercy – wymamrotała Mary Jo. – Czyż nie powinniśmy być wdzięczni za jej dobroduszność? – Spojrzała wokół i zdała sobie sprawę, że znalazła się w centrum uwagi. Zarumieniła się. – No co? To prawda.

Adam wciąż rozmawiał przez telefon, jednak zwrócił wzrok ku Mary Jo i uciszył ją – i wszystkich pozostałych – jednym spojrzeniem. Skończył załatwiać interesy z agentem biura podróży i rozłączył się.

– Wystarczy – powiedział spokojnie, a Mary Jo się wzdrygnęła. Adam mówi cicho, gdy jest zły. – To nie podlega dyskusji. Czas, by wszyscy stąd poszli. Christy nie jest członkiem stada, nigdy nie była. Nigdy nie była moją towarzyszką, tylko żoną. A to oznacza, że nie jest ani sprawą watahy, ani waszą.

– Christy to moja przyjaciółka – odparła zawzięcie Auriele. – Potrzebuje pomocy. I dlatego to jest moja sprawa.

– Tak? – zapytał Adam, ewidentnie tracąc cierpliwość. – Skoro to twoja sprawa, dlaczego Christy zadzwoniła do mnie, a nie do ciebie?

Otworzyła usta, ale Darryl położył Auriele rękę na ramieniu i wyprowadził ją z pokoju.

– Lepiej będzie odpuścić – powiedział, gdy wychodzili.

Wilki, łącznie z Mary Jo, wymknęły się z kuchni, nie czekając, aż Adam coś doda. Adam, Jesse i ja czekaliśmy, aż dźwięki odjeżdżających samochodów umilkną i pozostawią nas w ciszy. Cała jedność, jaką wypracowaliśmy podczas tego niedzielnego śniadania, zniknęła niczym ostatni gofr.

– Jesse – powiedziałam – twoja mama jest tu mile widziana.

– Wiesz, jaka ona jest – odparła żarliwie Jesse. – Zepsuje wszystko. Potrafi sprawić, że człowiek, że tata, robi rzeczy, których nigdy nie zamierzał robić.

– To nie jest twój problem – zapewniłam ją, a twarz Adama stężała, ponieważ zgadzał się z Jesse.

– Ze mną też to robi. – Na twarzy Jesse malowała się desperacja. – Nie chcę, żebyś cierpiała.

Adam położył mi rękę na ramieniu.

– Ty jesteś odpowiedzialna za swoje czyny – oznajmiłam jej. Mówiłam do nich obojga. – A ona za swoje. Christy nie jest wilkołakiem, nie jest Alfą. Nie może cię zmusić do niczego, o ile jej nie pozwolisz.

Spojrzałam na zegar, chociaż wiedziałam, która jest godzina.

– A teraz wybaczcie, ale muszę się przebrać i iść do kościoła, bo inaczej się spóźnię. – Zamaszystym krokiem wyszłam z kuchni, jednak zebrałam się w sobie i obróciłam w drzwiach. – Coś mi mówi, że muszę się namodlić o cierpliwość i wyrozumiałość. – Wyszczerzyłam się do nich w uśmiechu, w który sama nie wierzyłam, i wyszłam.


Kościół nie pomógł. Poranne emocje jeszcze nie opadły, kiedy moje plecy uderzyły o matę w garażu. Siła uderzenia sprawiła, że powietrze w płucach wydostało się na zewnątrz z nieeleganckim stęknięciem, a troski odpłynęły. Warknęłam na napastnika, który odwarknął na mnie z zaciekawieniem.

Z obnażonymi kłami Adam nie wyglądał ani trochę mniej przystojnie, choć kogoś innego z pewnością by przeraził. A mnie? Muszę podświadomie pragnąć śmierci, bo gniew Adama sprawia, że miękną mi kolana, i to nie z przerażenia.

– Co ty wyprawiasz? Zabijasz komara? – Był zbyt wściekły, żeby zauważyć moją reakcję na jego gniew. – Jestem wilkołakiem. Próbuję cię zabić, a ty klepiesz mnie po tyłku?

Choć leżałam na ziemi, pozostał w neutralnej pozycji sanchin dachi, która umożliwiała mu szybki obrót w celu zaatakowania lub zablokowania przeciwnika. Ta postawa nie służyła nawet Adamowi, ale cienka koszulka mokra od potu poprawiała jakość obrazka.

– To fajny tyłek – powiedziałam.

Przewrócił oczami, opuścił gardę i podszedł krok bliżej.

– A skoro mowa o klepaniu – mówiłam dalej, rozluźniając ramiona – ewidentnie próbowałam odwrócić twoją uwagę.

Zmarszczył czoło.

– Od czego? Twojego supertajnego ataku, przez który wylądowałaś na macie?

Przekręciłam się, zaparłam stopę o jego kostkę, całą siłę skupiając w goleni, którą uderzyłam w tył jego kolana. Adam zaczął tracić równowagę, a wtedy łokciem zadałam cios w mięsień dwugłowy uda, wywołując spazm bólu. Adam runął na ziemię, a ja zamachnęłam się kluczem samochodowym, który chwyciłam w rękę podczas upadku, i dotknęłam nim Adama w tył głowy.

 

– Dokładnie – powiedziałam zadowolona, że mową ciała udało mi się zmylić Adama i wziąć go z zaskoczenia. Był bardziej doświadczony w walce, a także większy i silniejszy. Bardzo rzadko dawałam mu radę, kiedy ze sobą walczyliśmy.

Adam obrócił się i pomasował udo, żeby złagodzić wywołany przeze mnie skurcz. Spojrzał na klucz i zmrużył oczy, a potem uśmiechnął się i położył na macie treningowej, która pokrywała połowę podłogi w garażu.

– Zawsze lubiłem wredne i podstępne kobiety.

Zmarszczyłam nos.

– O podstępnych wiedziałam, ale o wrednych? Dobrze. W takim razie żadnych więcej czekoladowych ciasteczek. Będę nimi karmiła resztę watahy.

Usiadł bez użycia rąk nie dlatego, że chciał się popisać – po prostu był silny. I nie na tyle próżny, by zdawać sobie sprawę, jak mięśnie na jego brzuchu rysują się pod cienką koszulką. Nie zamierzałam mu o tym mówić.

Nie żebym musiała. Uniósł kąciki ust, jego czekoladowe oczy pociemniały, a nozdrza zaczęły drgać, gdy poczuł, jak pragnienie zmienia mój zapach. Zdarł z siebie koszulkę i otarł twarz, po czym rzucił T-shirt w kąt.

– Tylko trochę wredne – zwierzył się niskim, chrapliwym głosem, od którego moje serce zaczęło bić szybciej. – Odmowa dostępu do ciasteczek to zołzowatość na skalę światową.

Trenowaliśmy codziennie, odkąd walczyłam z paskudnym wampirem o nazwisku Frost. Adam stwierdził, że skoro ciągle pakuję się w kłopoty, jedyne, co może zrobić, to upewnić się, że sama będę potrafiła się z nich wykaraskać. Wciąż ćwiczyłam karate z moim senseiem trzy razy w tygodniu. Czułam różnicę wynikającą z dodatkowych treningów. Sparingi z Adamem oznaczały, że mogłam skupić się na walce, nie martwiąc się przy tym, że zrobię komuś krzywdę, bo wilkołaki są bardzo wytrzymałe. Oznaczały też, że mogłam przestać udawać kogoś, kim nie jestem, i ukrywać nadludzką szybkość. A dziś oznaczały również, że mogłam na chwilę zapomnieć o porannym telefonie.

Pochyliłam się i oparłam czoło na lśniącym od potu ramieniu Adama. Ładnie pachniał – mięta, piżmo i czysty pot były typową dla Adama mieszanką zapachów.

– Gdybym była taka wredna, powiedziałabym Christy, żeby znalazła sobie innego bohatera, który ją uratuje.

Objął mnie ramieniem.

– Nie kocham jej. Nigdy nie kochałem jej tak, jak kocham ciebie. Potrzebowała kogoś, kto by się nią zajął, a ja lubię zajmować się ludźmi. Tylko to nas łączyło.

Myślał, że mówi prawdę, ale ja wiedziałam lepiej. Widziałam ich razem, kiedy byli parą. Widziałam, jak odchodząc, zraniła mężczyznę, który troszczył się o tych, którzy do niego należeli, i nie puszczał ich tak łatwo. Ale nie zamierzałam się kłócić.

– Nie martwię się, że nas rozdzieli – powiedziałam szczerze. – Boję się, że zrani ciebie i Jesse. Albo watahę. Ale to lepsze rozwiązanie niż zostawianie jej samej na pastwę losu.

Schylił się i przycisnął policzek do czubka mojej głowy.

– Kłamałaś – stwierdził. – Nie jesteś ani trochę wredna.

– Ćśś. To tajemnica.

Położył się na macie i pociągnął mnie za sobą.

– Chyba musisz mnie przekupić, żebym nikomu nie zdradził twojego sekretu – powiedział z troską.

– Coś czuję, że przede mną dużo pieczenia ciasteczek – odparłam ze smutkiem. – Może wycofam się z moich słów i pozwolę ci zjeść jedno albo dwa.

Zastanowił się, a potem powoli pokręcił głową, obracając mnie tak, że znalazłam się nad nim.

– To by się mijało z celem, prawda? Nikt nie miałby cię za wredną, gdybyś karmiła mnie ciasteczkami.

Jesse wyszła z koleżankami, a żaden z wilkołaków nie wrócił po tym, jak Adam odesłał watahę do domów.

Usiadłam. Słyszałam coraz szybszy oddech Adama, czułam twarde mięśnie jego podbrzusza. Zeszłam trochę niżej, a on wciągnął powietrze.

– Nie wiem, czy znam jakiś inny sposób, żeby cię przekupić – powiedziałam poważnie.

Warknął na mnie, tak naprawdę. A potem rzucił:

– Widzisz? Zołzowatość na skalę światową.

Czasami kochaliśmy się z Adamem powoli, a rozkosz zbierała się we mnie do tego stopnia, że gdybym poczuła choć odrobinę więcej, wybuchłabym i stanęła w płomieniach, niezdolna do jakichkolwiek innych uczuć. Po takich doznaniach wracałam do siebie bezwładna i zagubiona, w jak najbardziej pozytywnym sensie. Miłość czyni nas bezbronnymi, świadomymi, że druga osoba złapie nas, gdy upadamy. Ale ja już czułam się bezbronna i nie mogłam sobie na to pozwolić.

Adam tym razem był delikatniejszy, bo wiedział, że czułam się krucha. Był namiętny i figlarny i odwdzięczyłam mu się tym samym. Nie tylko ja martwiłam się, jak wpłynie na nas obecność Christy, nie tylko ja potrzebowałam otuchy.

Zawyłam, kiedy zatopił zęby w moim ramieniu. Przepłynął przeze mnie wstrząs elektryczny. Nadszedł orgazm, który wycieńczył ciało, lecz uspokoił duszę. Adam poczekał, aż skończę, zanim znowu zaczął. Obserwowałam jego twarz, patrzyłam, jak się kontroluje – i położyłam temu kres. Ugryzłam go w szyję, oplotłam jego biodra nogami i piętami zaczepiłam się o lędźwie. Adam zatracił się we mnie i to wystarczyło, bym doszła po raz kolejny.

Leżeliśmy nago na macie, w powietrzu unosił się zapach seksu i potu, a Adam mocno ściskał mi rękę. W tym momencie czułam, że problem w postaci Christy zmniejsza się do kontrolowalnych rozmiarów.

Z miłością Adama mogłam przetrwać nawet najgorsze, co miało przyjść razem z Christy. Odsunęłam od siebie dokuczliwą myśl, że euforia kochania się z Adamem czasami wywoływała u mnie urojenia, jakobym była niezniszczalna.


Tej nocy, dawno po tym, jak poszliśmy spać, ktoś zapukał do drzwi wejściowych.

Ręka Adama spoczywała ciężko na moim udzie. Jakimś cudem przeturlałam się w poprzek łóżka i zwinęłam w kłębek. Medea, nasz kot, leżała nad moją głową. Oto odpowiedź na pytanie, dlaczego spałam w tak dziwnej pozycji – umiała zepchnąć mnie z poduszki, żeby zapewnić sobie wygodniejsze miejsce.

Ktoś zastukał jeszcze raz. Usłyszałam grzeczne „puk, puk”.

Jęknęłam i ściągnęłam kota z poduszki, żeby móc założyć ją sobie na głowę. Adam leżał swobodnie, gdy ja się wierciłam. Medea również. Nie zaprotestowała i nie wstała, by oddalić się swoim dostojnym kocim krokiem. Spała dalej w tym miejscu, w którym ją położyłam.

Puk, puk.

Zesztywniałam, lekko uniosłam się na łóżku i spojrzałam na Adama. Spojrzałam na kota. Potrząsnęłam Adamem – bez skutku, coś trzymało go we śnie. To coś zawładnęło również Medeą, więc założyłam, że to magia.

Jestem odporna na pewne rodzaje magii. Może dlatego ten czar na mnie nie działał, ale to uporczywe pukanie…

Puk, puk.

Tak, właśnie to pukanie utwierdzało mnie w przekonaniu, że działanie tej magii było celowe. Ktoś chciał porozmawiać ze mną sam na sam. Albo zrobić mi coś, kiedy Adama nie było w pobliżu, żeby mnie ochronić.

Sturlałam się z łóżka i z nocnej szafki wyciągnęłam sig sauera. Wyjęłam magazynek, wymieniłam srebrne naboje na miedziane pociski grzybkujące. Żaden znany mi wilkołak nie posiadał mocy tak silnej, by sprowadzić na Alfę kalibru Adama tak głęboki sen. To oznaczało pradawnych lub czarowników. Oba gatunki mogły zginąć od zwykłego naboju. Byłam prawie pewna. Co do czarowników nie miałam wątpliwości – chyba że chodziło o Elizawietę – ale pradawni to trochę bardziej skomplikowana sprawa.

Miedziane pociski mogły narobić więcej szkód niż srebrne, to na pewno. Srebro nie nadawało się na amunicję, było za twarde. No i lepiej być uzbrojonym niż nieuzbrojonym, mierząc się z nieznanym wrogiem.

W drodze do drzwi rzuciłam okiem na Jesse. Spała na plecach, ręce założyła na głowę i leciutko pochrapywała. Była bezpieczna. Na razie.

Puk, puk.

Sig sauer dodał mi odwagi, by zejść bezszelestnie po schodach. Był ciężki. Tak jak treningi z Adamem, noszenie pistoletu weszło mi w krew. Nie byłam człowiekiem, nie do końca, ale byłam prawie tak samo bezbronna. To nie miało znaczenia, dopóki Adam nie wybrał mnie na swoją towarzyszkę. Dołączenie do stada w pewnym sensie zapewniało mi bezpieczeństwo, ale oznaczało również, że stałam się najsłabszym ogniwem. Pistolet pomagał zatrzeć różnicę między mną a wilkołakami.

Na zewnątrz panowała ciemność, a wąski pas szkła przy drzwiach i tak był matowy. Nie miałam jak sprawdzić, kto stoi za drzwiami.

Puk, puk.

– Kim jesteś? – spytałam, podnosząc głos, ale nie krzycząc.

Pukanie ustało.

– Nie zdradzamy naszych imion tak łatwo – odpowiedział przyjemny męski głos. Fakt, że mężczyzna mówił cicho, zdradził mi, że wiedział o mnie wystarczająco dużo, by zdawać sobie sprawę, że dysponuję słuchem lepszym od normalnego człowieka. Tym sposobem podpowiedział mi, czym, a może nawet kim był.

Pradawni ostrożnie dobierali imiona, zmieniali te, z których korzystali regularnie, i skrywali stare, tak by nikt nie mógł wykorzystać ich przeciwko nim. Magia pradawnych jest najsilniejsza, gdy wie, z kim ma do czynienia. Lecz zdradzenie przeciwnikowi swojego imienia może udowodnić siłę: „Widzisz, że zupełnie się tobą nie przejmuję? Nawet znając moje imię, nie jesteś w stanie mnie skrzywdzić”.

Dzięki przyjacielowi i byłemu pracodawcy, Zee – zaklinaczowi żelaza, samozwańczemu gremlinowi i mechanikowi nadzwyczajnemu w jednym – znałam wielu pradawnych z Tri-Cities, ale nie rozpoznawałam głosu, który mówił do mnie zza drzwi. Pradawni byli mistrzami iluzji, potrafili zmieniać twarze, głosy, a nawet rozmiary i kształty. Jednak wszyscy powinni być w swoich rezerwatach po tym, jak praktycznie wypowiedzieli wojnę Stanom Zjednoczonym.

– Nie otwieram drzwi ludziom, których imion nie znam – powiedziałam nieznajomemu.

– Ostatnio byłem znany jako Alistair Beauclaire – odparł.

Beauclaire. Wzięłam głęboki oddech. Wiedziałam, kim jest – jak każdy, kto obejrzał filmik, który bił rekordy popularności na YouTubie. Beauclaire zabił porywacza swojej córki, który chciał ją zamordować, tak jak wielu innych półkrwi pradawnych (i kilka wilkołaków). Beauclaire ogłosił niepodległość pradawnych od Stanów Zjednoczonych i całej ludzkiej władzy. Był Szarym Panem, jednym z potężnych pradawnych, którzy rządzili całym ludem.