Dotyk ognia

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Seria z Mercedes Thompson

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Podziękowania

Seria o Kate Daniels

Karta redakcyjna

Okładka


Seria z Mercedes Thompson:

1 Zew księżyca

2 Więzy krwi

3 Pocałunek żelaza

4 Znak kości

5 Zrodzony ze Srebra

6 Piętno rzeki

7 Żar mrozu

8 Zamęt nocy

9 Dotyk ognia


Wampiry, wilkołaki i pradawni nigdy nie byli na farmie.

Dla Nanette, która jeździła kombajnem i nie zrobiła nikomu krzywdy na farmie.


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Rozdział 1

Podniosłam się na łóżku, czując naglące żelazne szpony zaciskające się wokół mojego żołądka. Zesztywniała z napięcia, nasłuchiwałam tego, co mnie obudziło, ale wczesna letnia noc była wolna od niespotykanych hałasów.

Poczułam ciepłą rękę na biodrze.

– Mercy? – wyszeptał Adam zaspanym głosem. Cokolwiek mnie obudziło, zupełnie nie wzruszyło mojego męża. Gdyby coś się działo, jego głos byłby rześki, a mięśnie napięte.

– Coś usłyszałam – wyjaśniłam Adamowi, choć nie miałam pewności, czy to prawda. Miałam wrażenie, że coś usłyszałam, ale spałam, a teraz nie pamiętałam, co mnie tak poruszyło.

Adam wypuścił mnie z objęć i wygrzebał się z łóżka. Zaczął nasłuchiwać, tak jak ja. Zrozumiałam, że porozumiewa się z resztą watahy, ale nie wiedziałam, jaką dostał odpowiedź. Byłam zwykłym członkiem stada dorzecza Kolumbii, a Adam jego Alfą.

– Nikt inny w domu nie jest zaniepokojony – powiedział i odwrócił się, by na mnie spojrzeć. – Nic nie poczułem. Co słyszałaś?

Pokręciłam głową.

– Nie wiem. Coś złego. – Zacisnęłam pięść wokół kostura, który leżał obok mnie. To sprawiło, że Adam popatrzył mi w oczy. Zmarszczył brwi, przykucnął i delikatnie wyjął kostur z mojej ręki.

– Wzięłaś go wczoraj do łóżka? – zapytał.

Rozprostowałam palce i spojrzałam na kostur wilkiem. Dopóki Adam nie zwrócił na niego uwagi, nawet nie zdawałam sobie sprawy, że znowu pojawił się tam, gdzie nie powinien. To pradawny artefakt – drobny pradawny artefakt, jak mi powiedziano.

Kostur był ładny, ale nie kunsztowny, ot, zwykły drewniany kij zakończony zdobioną srebrną gałką. Drewno miało szarą barwę. Może tak je polakierowano, może wyblakło ze starości – a może i jedno, i drugie. Kiedy kostur po raz pierwszy poszedł za mną do domu jak bezpański szczeniaczek, wydawał się niegroźny. Ale pradawne przedmioty często nie są tym, na co wyglądają. I nawet drobne artefakty z czasem mogą nabrać mocy.

Kostur miał bardzo starą magię, niezwykle upartą. Nie chciał zostać u pradawnych, kiedy próbowałam go oddać. Potem użyłam go, by zabić – a raczej on użył mnie. Zabił coś. Kogoś. I wtedy się zmienił. Nie wiedziałam, co z nim zrobić, więc dałam go Kojotowi.

Całe życie się uczę. Jedna z rzeczy, których się nauczyłam, to nie dawaj magicznych przedmiotów Kojotowi. Oddał mi kostur... zupełnie odmieniony.

Kilka razy zacisnęłam i rozluźniłam pięść. Świdrujące poczucie niebezpieczeństwa ustało. Na próbę wyciągnęłam dłoń i dotknęłam kostura, ale strach nie wrócił.

– Może po prostu miałam koszmar? – powiedziałam Adamowi. Może to nie była wina kostura.

Mój mąż pokiwał głową i odłożył kij na komodę, która stała się jego gniazdkiem. Zamykanie go w szafie wydawało nam się niegrzeczne.

Adam wrócił do łóżka i mnie pocałował – szybko i władczo. Odsunął się i spojrzał mi w oczy, żeby upewnić się, że wszystko ze mną w porządku.

– Rozejrzę się dla pewności. – Odczekał, aż przytaknę, a potem zostawił mnie samą.

Czekałam na niego w ciemności. Może miałam koszmar, a może działo się coś złego. Pomyślałam o rzeczach, które mogłyby rozbudzić moje instynkty – albo o rzeczach, które mnie martwiły.

Coś mogło grozić Tadowi i Zee. To by wyjaśniało pojawienie się kostura w moim łóżku. Może się o nich martwił – w końcu byli pradawnymi. Przynajmniej Zee.

Gdy jeden z Szarych Panów, którzy rządzili pradawnymi, ogłosił niepodległość od ludzkiego rządu, nieludzie odeszli do rezerwatów. Zee, mój stary przyjaciel i mentor w sprawach mechanikowania, został zmuszony do zamieszkania w rezerwacie Walla Walla, oddalonym o godzinę drogi od Tri-Cities.

Pradawni zabarykadowali się w murach, które zbudował dla nich rząd. Przez jakiś miesiąc pozwalali ludziom domyślać się, że rezerwatów strzegą nie tylko mury. A potem rezerwat Walla Walla praktycznie zniknął, spowity iluzją i magią. Prowadząca do niego droga splątała się i urwała. Według plotek, kiedy piloci próbowali znaleźć Walla Walla z powietrza, zapominali, dokąd lecą. Na zdjęciach z satelity widniały szare plamy, o wiele większe niż teren rezerwatu.

A potem wypuścili na zewnątrz swoje potwory. Pradawni, do tej pory trzymani w ryzach przez zasady, wyszli na wolność. Zginęli ludzie. Rząd próbował zatuszować sytuację, żeby nie rozsiewać paniki, ale media powoli zauważały, co się dzieje.

Znów zacisnęłam dłonie na szarym drewnie kija, który leżał na moich kolanach, choć Adam dopiero co odłożył go na komodę. Kostur poruszał się, jak chciał, choć nigdy nie udało mi się go na tym przyłapać.

Na początku zbytnio nie martwiłam się o Zee – potrafił o siebie zadbać. Tad i ja raz na jakiś czas mogliśmy się z nim skontaktować.

Tad był synem Zee. Jako półpradawny, produkt raczej nieudanego eksperymentu Szarych Panów, mającego na celu sprawdzenie, czy dziecko człowieka i nieczłowieka może być pradawnym, Tad nie został zmuszony (ani poproszony), by wycofać się do rezerwatu. Szarzy Panowie nie zwracali uwagi na mieszańców, przynajmniej dopóki Tad nie pokazał, że posiada silną i rzadką magię. Wtedy go zechcieli.

Od tego czasu minęło siedem tygodni. Bez Tada nie mogłam uruchomić lustra, przez które porozumiewałam się z Zee. Siedem tygodni bez słowa.

– Czy chodzi o Tada? – spytałam kostur, lecz ten leżał bezwładnie w moich rękach. Kiedy usłyszałam, jak Adam wchodzi po schodach, podniosłam się i odłożyłam kij na komodę.


Następnego ranka siedziałam przy stole w kuchni, kartkowałam kolejny katalog z narzędziami i maczkiem zapisywałam ceny i numery stron w moim notesie.

Nie zapomniałam o wczorajszej nocy, ale nie mogłam siedzieć bezczynnie i czekać, aż wydarzy się coś strasznego. Nie miałam jak skontaktować się z Zee bądź z Tadem. Nie miałam też jak stwierdzić, czy zachowanie kostura oznaczało, że coś się dzieje, czy to mój koszmar przywołał artefakt.

Z doświadczenia wiedziałam, że jeżeli coś strasznego ma się wydarzyć, wydarzy się bez względu na to, co zrobię – więc czekanie wydawało się bez sensu. Dlatego pracowałam.

Wiatr poruszył kartki katalogu. Było wczesne lato, wciąż na tyle chłodne, by móc siedzieć przy otwartych oknach. Za kilka tygodni żar miał uderzyć z całą siłą, ale na razie mogliśmy ponarzekać tylko na sporadyczne wichury. Rozprostowałam stronę i porównałam specyfikacje najtańszych podnośników z drugimi najtańszymi.

 

Udało nam się wygrzebać trochę narzędzi z mojego warsztatu, kiedy bóg wulkanu obrócił go w kupkę gruzu, chociaż żar zniekształcił sporo rzeczy, a budynek zawalił się i zniszczył resztę. Miną miesiące, zanim będę mogła otworzyć warsztat, ale na niektóre sprzęty i tak trzeba było poczekać.

W tym czasie odsyłałam większość klientów do dilera Volkswagena. Kilku najstarszych – oraz najbardziej spłukanych – przyjmowałam w stodole, obok której kiedyś mieszkałam. Nie dysponowałam najlepszymi narzędziami, ale mogłam naprawiać najprostsze usterki.

Na górze zabrzmiała muzyka ze słuchawek Jesse. Moja pasierbica musiała zostawić otwarte drzwi, inaczej bym nie usłyszała. Słuchawki były starym kompromisem z czasów przed Mercy. Zanim wyszłam za Adama, Jesse powiedziała mi, że jej zdaniem ojciec nie miałby nic przeciwko, gdyby puszczała na cały regulator Big Band albo Elvisa. Lubił muzykę. Ale nie taką, jak ona.

Powiedziała mi też, że gdyby nie poinformowała go, iż matka pozwala jej puszczać, co tylko zechce (co było prawdą – nie można okłamać wilkołaka), pewnie nie zgodziłby się nawet na słuchawki. Wilkołaki słyszą muzykę lecącą ze słuchawek, choć nie jest nawet w połowie tak denerwująca, jak ta lecąca z głośników.

Muzyka Jesse mi się podobała – nuciłam, gdy dzieliłam narzędzia z katalogów na niechciane, chciane, ale niepotrzebne i potrzebne. Potem miałam porównać ostateczną listę z moim budżetem. Spodziewałam się, że będę zmuszona wybierać między potrzebnymi a niezbędnymi.

Nad muzyką Jesse słyszałam męskie głosy omawiające budżet stada i plany na następne pół roku. Widocznie ten dzień upływał pod znakiem rachunkowości. Nasza wataha miała pieniądze na inwestycje i pomoc dla wilków w potrzebie. Mówiłam „nasza”, bo choć nie byłam wilkołakiem, to należałam do stada – co było niespotykane, ale nie aż tak przedziwne.

Nie wszystkie watahy mogły pochwalić się takimi zasobami finansowymi jak my. W stadzie wilkołaków pieniądze zawsze się przydawały. Wilkołaki musiały pracować, by kontrolować swoje wilki, a nadmierny stres im w tym przeszkadzał. Brak pieniędzy wiązał się ze stresem.

Niełatwo utrzymać równowagę między pomaganiem potrzebującym a zachęcaniem do lenistwa. Adam, jego drugi Darryl i Zack, nasz samotny, uległy wilk, który miał największe szanse usłyszeć, jeśli ktoś z watahy wpadnie w kłopoty – w każdym tego słowa znaczeniu – siedzieli na górze, w pokoju konferencyjnym. Biuro Adama nie pomieściłoby dwóch dominujących wilków.

Nie słyszałam Lucii, jedynego człowieka w pomieszczeniu. Była z nimi, ponieważ przejęła większą część księgowości po księgowym z firmy Adama. Nie odzywała się, bo jeszcze nie czuła się w towarzystwie wilkołaków na tyle komfortowo, by się z nimi kłócić. Na szczęście Zack całkiem sprawnie wyłapywał to, czego nie mówiła, i przekazywał pozostałym, więc wszystko dobrze się układało.

Mąż Lucii, Joel (wymawiane z hiszpańska „Ho-el”), westchnął ciężko i przeturlał się na plecy, tak że wszystkie jego cztery łapy znalazły się w powietrzu, a bok oparł się o dół szafek kuchennych metr ode mnie. Joel był drugim niewilkołakiem, który należał do naszej watahy.

Miał czarną sierść, ale w słońcu dało się zauważyć jego pręgi. To z mojej winy dołączył do stada – choć to wydarzenie uratowało mi życie i jemu prawdopodobnie też. Nie zmieniał się w wilkołaka ani w kojota jak ja. Czasami wracał do ludzkiej postaci, a czasem przybierał formę tibicena, wielkiego, strasznego potwora, który pachniał siarką i miał świecące w ciemności ślepia. Jednak najczęściej wyglądał jak duży presa canario, pies przerażający tylko odrobinę mniej niż wilkołak, szczególnie dla tych, którzy nigdy nie spotkali wilkołaka. Liczyliśmy na to, że któregoś dnia nauczy się kontrolować przemianę i pozostanie w ludzkiej formie dłużej niż w psiej. Ale głównie cieszyliśmy się, że nie został uwięziony w ciele tibicena na zawsze.

Leżąca obok niego i niemal tak samo wielka Cookie, mieszaniec owczarka niemieckiego, rzuciła mi czujne spojrzenie. Miała się o wiele lepiej, niż kiedy poznałam ją jako ofiarę przemocy uratowaną przez Joela i jego żonę. Mimo to nadal unikała obcych i reagowała niepokojem na każdy gwałtowny ruch.

Odgłosy nieznanego auta przed domem odwróciły moją uwagę od rozważania wyższości podnośnika czterokolumnowego nad dwukolumnowym. Joel wstał i zaczął nasłuchiwać. Głosy mężczyzn na górze ucichły. Nie było wątpliwości, że samochód przyjechał do nas, bo dom znajdował się na samym końcu ślepej uliczki.

To nie listonosz ani kurierka – znałam ich samochody, tak samo jak samochody watahy.

– Sprawdzę, kto to – powiedziałam do Joela świadoma, że Adam usłyszy moje słowa, i ruszyłam do przedpokoju z Cookie depczącą mi po piętach. W połowie drogi usłyszałam pukanie.

Otworzyłam drzwi i ujrzałam Izzy, przyjaciółkę Jesse, oraz jej matkę z dużą zielononiebieską płócienną torbą w ręku. Dziewczyna zazwyczaj przyjeżdżała sama. Zastanawiałam się, czy zepsuł jej się samochód – i czy zaproponować, że nauczę ją, jak go naprawić.

– Dzień dobry, pani H. – przywitała się Izzy, nie patrząc mi w oczy. – Jestem umówiona z Jesse.

Gdy tylko się odezwała, Adam i jego budżetowa brygada, jak nazywał ich Darryl, wrócili do pracy. Wszyscy znali Izzy. Dziewczyna prześliznęła się obok mnie i uciekła – inaczej nie dało się tego opisać – po schodach na górę. Cookie pomknęła za nią. Suka uwielbiała Izzy.

– Mercy – odezwała się matka Izzy. Za Chiny nie mogłam przypomnieć sobie jej imienia. Kiedy ja wysilałam umysł, ona mówiła dalej: – Masz chwilę? Chciałabym z tobą porozmawiać.

Zabrzmiała złowieszczo, ale Izzy dopiero co czmychnęła na piętro, co wykluczało rozmowę pod tytułem: „Przykro mi, ale nie czuję się bezpiecznie, kiedy moja córka przychodzi do was, a w domu są wilkołaki”. Te i tak zazwyczaj odbywały się przez telefon.

– Jasne – odparłam i zaprosiłam kobietę do środka.

– Będziemy potrzebować stołu – wyjaśniła.

Wskazałam kuchnię, gdzie Joel, wielki i przerażający, zajął całą podłogę. Jedyna droga do stołu prowadziła nad nim. Otworzyłam usta, żeby zwrócić mu uwagę, ale matka Izzy przestąpiła nad Joelem, jak gdyby niczym nie różnił się od labradora lub golden retrievera.

Joel spojrzał na mnie, lekko urażony tą zniewagą. Wzruszyłam ramionami, rzuciłam mu przepraszający uśmiech, a potem zrobiłam to samo, co matka Izzy, która teraz siadała przy stole. Zajęłam krzesło obok niej.

Odsunęła moje katalogi na bok, żeby zrobić miejsce, a potem wyciągnęła lśniący zielononiebieski notes na spirali wielkości zwykłego zeszytu, ze złotym napisem „Intrasity Living” na okładce.

Położyła go na blacie delikatnie, jak gdyby był skarbem, i z powagą w głosie powiedziała:

– Życie jest krótkie, a my nie stajemy się młodsze. Co byś dała, żeby wyglądać dziesięć lat młodziej i jednocześnie dodać sobie energii? Tak właśnie działają nasze witaminy.

Na rany Avona, Batmanie, pomyślałam, a niepokój ustąpił lekko zirytowanemu rozbawieniu. Padłam ofiarą marketingu bezpośredniego.

Dźwięki na górze znowu ucichły, dosłownie na moment, a potem Darryl coś wymamrotał, specjalnie odrobinę za cicho, żebym nie mogła wyłapać co. Adam się zaśmiał, a potem wrócili do rozmowy o stopach procentowych. Zostawili mnie samą na pastwę losu. Zdrajcy.

– Nie biorę witamin – odparłam.

– Nie próbowałaś naszych – ciągnęła beztrosko. – Badania udowodniły...

– Przez nie wypadają mi włosy – skłamałam, ale ona mnie nie słuchała.

Kiedy kobieta radośnie świergotała o witaminach, z sypialni Jesse doszedł mnie głos Izzy:

– Mercy mnie znienawidzi. Mama zamęczyła już wszystkie swoje przyjaciółki, koleżanki i znajome z siłowni, a teraz atakuje rodziców moich przyjaciół.

– Nie przejmuj się Mercy – uspokoiła ją Jesse. – Poradzi sobie.

Dziewczyny zamknęły się w pokoju. Wiedziałam, że z piętra ludzie nie mogli usłyszeć tego, co działo się w kuchni, chyba że ktoś zacząłby krzyczeć albo strzelać. Nie byłam jednak jeszcze na tyle zdesperowana.

– Wiem, że są inne witaminy – kontynuowała matka Izzy – ale z dwunastu wiodących marek tylko nasza posiada certyfikaty dwóch niezależnych laboratoriów o braku toksyn i alergenów.

Gdyby nie była matką najlepszej przyjaciółki Jesse, pozbyłabym się jej łagodnie, ale stanowczo. Albo przynajmniej stanowczo. Lecz Jesse nie miała zbyt wielu przyjaciół. Jej powiązania z wilkołakami odstraszały wielu rówieśników, a z tymi, których nie odstraszały, moja pasierbica niekoniecznie chciała się przyjaźnić.

Siedziałam więc, słuchałam i potakiwałam w odpowiednich momentach. W końcu przeszłyśmy od witamin do kosmetyków. Wbrew plotkom czasami się malowałam. Głównie kiedy wiedziałam, że znajdę się w towarzystwie byłej żony Adama.

– Mamy też produkt, który świetnie przykrywa blizny – oznajmiła, ostentacyjnie patrząc na białą krechę biegnącą wzdłuż mojego policzka.

O mało nie odparowałam: „Jaką bliznę? Kto ma bliznę?”, ale się powstrzymałam. I tak pewnie nie zrozumiałaby aluzji do „Młodego Frankensteina”.

– Zazwyczaj się nie maluję – powiedziałam zamiast tego. Miałam niemalże nieodpartą ochotę dodać: „Mój mąż nie chce, żebym przyciągała uwagę innych mężczyzn” albo „Mój mąż uważa, że makijaż to dzieło szatana”, ale stwierdziłam, że kobieta, której imienia nie pamiętam, prawdopodobnie nie zna mnie na tyle dobrze, żeby zrozumieć, że żartuję.

– Ależ kochana! – zaprotestowała. – Przy twojej karnacji z odpowiednim makijażem wyglądałabyś oszałamiająco. – Tym złośliwym komplementem znowu się nakręciła.

Matka Izzy używała słów „naturalny” i „ziołowy”, by opisać coś dobrego. „Toksyny” oznaczały coś złego. Co prawda nie wymieniła żadnych z nazwy, ale mój dom, moje jedzenie, i, jak się okazało, moje kosmetyki, były pełne toksyn.

To nie takie czarno-białe, pomyślałam, kiedy ona dalej nawijała. Istnieje dużo naturalnych, ziołowych rzeczy, które potrafią zabić. Uran, na przykład, występuje w przyrodzie. Korzeń wężowy jest tak trujący, że ludzie umierają po wypiciu mleka krowy, która wcześniej się nim pożywiła. I co? Dyplom z historii się przydał, chociażby po to, żebym mogła rozerwać się, kiedy ktoś wciska mi marketingowy kit.

Matka Izzy wierzyła we wszystko, co mówiła, więc się z nią nie kłóciłam. Po co miałam rujnować jej światopogląd i tłumaczyć, że sód i chlorek może i są toksyczne, ale przydają się, gdy połączy się je w sól? Wtedy pewnie wytknęłaby mi, że sól jest szkodliwa.

Przewróciła stronę, a ja w myślach wymieniałam kolejne przydatne toksyny, kiedy nagle moją uwagę zwróciło zdjęcie – liść mięty leżący na nieprawdopodobnie czarnym, lśniącym kamieniu w przejrzystym strumyku pośród artystycznie rozchlapanych kropli wody. Sprawił, że poczułam się spragniona – i przypomniał mi o alkoholu. Chociaż nie piłam z powodu pewnego incydentu, teraz naprawdę przydałoby mi się coś mocniejszego.

Jakby się zastanowić, alkohol też był toksyną – a przydawał się do przeróżnych rzeczy.

– Och, to moja ulubiona sekcja – westchnęła, gładząc spektakularne zdjęcie. – Olejki eteryczne. – Powiedziała to tonem, jakim smok wypowiedziałby „hiszpański dublon”.

Sięgnęła do torby i wyjęła zielononiebieskie pudełko wielkości bochenka chleba. Wytłoczone metaliczne litery układały się w pięknie wykaligrafowany napis „Życiodajne Esencje Intrasity”.

Otworzyła pudełko i wypuściła duchy tysiąca zapachów. Kichnęłam. Joel też.

– Na zdrowie.

– Rzeczywiście, oby na zdrowie. Dziękuję. – Uśmiechnęłam się.

– Nie wiem, co bym zrobiła bez moich olejków eterycznych. Kiedyś miewałam straszne migreny. Teraz po prostu wcieram odrobinę naszego „Błogosławieństwa Gai” w skronie i nadgarstki i po bólu. – Wyciągnęła elegancką przezroczystą buteleczkę, w której przelewał się bursztynowy płyn, otworzyła ją i podetknęła mi pod nos.

Nie było tak źle. Przyznam, że oczy mi się zaszkliły od olejku miętowego. Joel znowu kichnął i rzucił matce Izzy pogardliwe spojrzenie. Z góry doszły mnie odgłosy wymiotów i głośny kaszel. Bena nie było, a podejrzewałam, że to nie w stylu Zacka. Myślałam, że Adam i Darryl potrafią zachowywać się dojrzalej. Gdybym miała jakiekolwiek wątpliwości, czy się ze mnie nabijają, rozwiałby je fakt, że zachowywali się na tyle cicho, żeby matka Izzy ich nie usłyszała.

Joel popatrzył na mnie i z rozbawieniem wywiesił język. Rozciągnął się, wstał i truchtem pobiegł na górę, niewątpliwie po to, by dołączyć do zabawy wilkołaków. Dezerter. Zostałam sama z wrogiem.

 

– „Błogosławieństwo Gai” zawiera olejek miętowy – wyjaśniła matka Izzy zupełnie niepotrzebnie, bo właśnie przez ten składnik oczy zaszły mi łzami – lawendowy, rozmarynowy i eukaliptusowy. Wszystkie naturalne, zmieszane w jeden. – Zamknęła flakon. – Mamy lekarstwa na przeróżne choroby. Mój mąż na studiach był sportowcem i przez dwadzieścia lat zmagał się z grzybicą genitaliów.

Zamrugałam.

Próbowałam zachować kamienną twarz pomimo śmiechów z góry, gdy matka Izzy kontynuowała, nieświadoma istnienia zjawiska „przesytu informacji”.

– Próbowaliśmy wszystkiego. – Poszperała w torbie i wyciągnęła kilka buteleczek, zanim znalazła to, czego szukała. – Proszę, jest. Wystarczy smarować codziennie wieczorem i po trzech dniach grzybica genitaliów znika. Pomaga też na wszelką grzybicę, łuszczycę i trądzik.

Spojrzałam na flakon, jak gdyby miał mi pomóc pozbyć się niestosownych obrazów z głowy. Nie poznałam ojca Izzy, ale teraz miałam nadzieję, że to się nigdy nie wydarzy.

Napis na buteleczce głosił „Uzdrawiający dotyk”. Zastanawiałam się, czy ojciec Izzy wiedział, że jego grzybica genitaliów to temat poruszany przez żonę podczas demonstracji marketingowych w domach nieznajomych. Może się tym nie przejmował.

Otworzyła „Uzdrawiający dotyk”. Nie był taki zły jak pierwszy specyfik.

– Witamina E – powiedziała. – Drzewo herbaciane.

– Lawenda – odparłam, a jej uśmiech uderzył mnie z mocą tysiąca watów.

Na pewno zarabiała fortunę na sprzedaży. Była urocza, radosna i niezwykle szczera.

Wyciągnęła kolejny flakon.

– Większość naszych olejków ma tylko jeden składnik: lawendę, jaśmin, cytrynę, pomarańczę. Ale moim zdaniem olejki łączone są o wiele bardziej użyteczne. Oczywiście można je łączyć samemu, ale nasze mieszanki są starannie wyważone dla jak najlepszego efektu. Używam tego codziennie z samego rana. Sprawia, że człowiek czuje się lepiej: zapach uwalnia endorfiny i odpędza smutki.

– „Dobre wibracje” – skomentowałam neutralnie. Nie cofnęłam się w czasie do lat sześćdziesiątych ani nic, po prostu przeczytałam napis na etykiecie.

Pokiwała głową.

– Nie afiszujemy się z tym, ale moja szefowa uważa, że ten olejek robi coś więcej niż tylko poprawia humor. Wierzy, że dzięki niemu życie jest łatwiejsze. Dzieją się dobre rzeczy. – Znów się uśmiechnęła, choć nie pamiętałam, żeby przestawała. – Użyła go w dniu, w którym wygrała tysiąc dolarów na loterii.

Odłożyła buteleczkę i z powagą pochyliła się w moją stronę.

– Słyszałam, choć to niepotwierdzone, że kobieta, która założyła Intrasity – powiedziała „In-TRAY-city”, akcentując „TRAY” – Tracy LaBella, to czarownica. Biała czarownica, rzecz jasna, która używa swoich mocy, by czynić dobro. Dla nas. – Zachichotała, co powinno zabrzmieć dziwnie, zważywszy jej wiek, ale zamiast tego wydało się urocze.

Mimo to komentarz matki Izzy mnie zaniepokoił i kazał podnieść flakon „Dobrych wibracji”. Otworzyłam go i ostrożnie powąchałam: róża, lawenda, cytryna i mięta. Nie wyczułam żadnej magii, a zazwyczaj całkiem nieźle sobie z tym radzę.

Nie znałam żadnych czarownic o nazwisku LaBella, ale zdziwiłabym się, gdyby naprawdę nazywała się Tracy Piękna.

– A ta perełka – matka Izzy pokazała mi kolejną buteleczkę – to mój faworyt. Gwarantuje poprawę twojego życia miłosnego albo zwrot pieniędzy. Czy twój mąż czasem ma problemy, żeby nadążyć? – Podniosła palec, po czym bezwładnie go opuściła i uniosła brew.

Cisza na górze nagle stała się ogłuszająca.

– Yyy, nie – odpowiedziałam. Próbowałam się powstrzymać, naprawdę. Gdyby Darryl nie rzucił: „Tak trzymaj, stary. Przez chwilę się o ciebie martwiłem”, pewnie bym dała radę. Ale rzucił. A Adam się zaśmiał, co przesądziło sprawę.

Westchnęłam i zaczęłam przedstawienie.

– Nie w tym sensie. Mój mąż jest wilkołakiem. Więc naprawdę nie ma problemów, jeśli wiesz, co mam na myśli.

Zamrugała żarliwie.

– Nie. Co masz na myśli?

– Cóż. – Odwróciłam wzrok, niby zawstydzona, i wymamrotałam: – Wiesz, co mówią o wilkołakach.

Nachyliła się niżej.

– Nie – wyszeptała. – Powiedz mi.

Usłyszałam, jak drzwi do pokoju konferencyjnego się otwierają, więc wiedziałam, że wilkołaki usłyszą każde słowo.

Wypuściłam powietrze i zwróciłam się do kobiety:

– Wiesz, co wieczór jest dla mnie okej. Z rana też daję radę. Trzy, cztery razy jednej nocy? Cóż... – Zaśmiałam się chrapliwie. – Widziałaś mojego męża, prawda? – Adam był boski. – Ale bywają takie noce... Mam trzydziestkę na karku. Czasami jestem zmęczona. Ledwo zasnę, a on znowu mnie kłuje. – Potraktowałam ją nieśmiałym, pełnym nadziei uśmiechem. – Masz coś, co mi pomoże?

Nie wiem, czego się spodziewałam, ale na pewno nie tego, co się wydarzyło.

Pokiwała głową zdecydowanie i wyciągnęła z torby duży flakon z napisem „Spokojny odpoczynek”.

– Ojciec mojej szefowej, świeć Panie nad jego duszą, w zeszłym roku odkrył małą niebieską pigułkę. Po czterdziestu latach małżeństwa jej matka prawie się z nim rozwiodła, ale na szczęście spróbowała tego.

„Świeć Panie nad jego duszą” znaczyło „martwy”, prawda? Z rezerwą wzięłam od matki Izzy buteleczkę. Tak jak w przypadku pozostałych, nie poczułam nic magicznego. Otworzyłam i powąchałam. Znowu lawenda, ale zmieszana z kilkoma składnikami. Pomarańcza, pomyślałam, i coś jeszcze.

– Co w nim jest? – zapytałam.

– Dziurawiec zwyczajny, lawenda, pomarańcza – odpowiedziała energicznie. – To nie do końca kastracja chemiczna, ale pomoże ci przywrócić równowagę w życiu – oznajmiła, a potem znowu odpłynęła, jak gdyby „kastracja chemiczna” była czymś zupełnie zwyczajnym, czymś, co żony robiły swoim mężom.

A wydawała się taka miła i normalna.

Znowu powąchałam olejek. Znałam dziurawiec głównie z książki o pradawnych, którą kiedyś pożyczyłam. Ziela używano, by chronić siebie i swój dom przed niektórymi magicznymi istotami. Umieszczało się je przy oknach, drzwiach i kominach. Jeśli chroniło przed nieludźmi, może powinnam sprawdzić, czy da się je zdobyć, i zrobić zapasy? Może mogliśmy zacząć je uprawiać. Dzięki Lucii nasze kwiaty wyglądały lepiej niż kiedykolwiek – nawet sama sugerowała, żeby założyć ziołowy ogród. Dziurawiec zwyczajny idealnie się nadawał.

W końcu matka Izzy zakończyła prezentację i przeszła do nachalnej sprzedaży.

Mam silną wolę. Nie dołączyłam do Intrasity, żeby sprzedawać produkty przyjaciółkom. Mogła do woli zapewniać mnie, że „to nie piramida finansowa”, ale wiedziałam, że tak jest. Kiedy zaproponowała dziesięć procent zniżki za podanie nazwisk i numerów telefonów, przez chwilę rozważałam podanie jej namiarów na Elizawietę, ale miałam opory przed wysłaniem miłej kobiety do strasznej wiedźmy. Poza tym nie miałam pewności, czy wiedźma liczy się jako przyjaciółka.

Poinformuję Elizawietę, że Tracy LaBella podaje się za czarownicę, żeby sprzedawać kosmetyki, i pozwolę starej Rosjance samej się tym zająć, pomyślałam.

Zapłaciłam więc pełną cenę za jedną zwykłą i jedną powiększoną buteleczkę „Spokojnego odpoczynku”, bo tyle matka Izzy miała przy sobie. Kupiłam specyfik głównie dlatego, że mnie rozbawił, choć planowałam sprawdzić, jak dziurawiec zwyczajny wpłynie na pradawnych.

Kiedy Tad i Zee siedzieli zamknięci w rezerwacie, mogłam potrzebować czegoś do ochrony przed nieludźmi.

Kupiłam też mały flakon „Dobrych wibracji”. Nie chciałam, ale matka Izzy dała mi pięć procent zniżki, bo użyła go podczas prezentacji. Mogłam dać olejek Elizawiecie, żeby upewniła się, czy na pewno nie ma w sobie magii. Choć z pewnością nic by się nie stało, gdybym sama też go wypróbowała.

Kiedy kupowałam olejek pomarańczowy, musiałam przyznać, że matka Izzy mnie pokonała. Ale tak ładnie pachniał. Kobieta powiedziała mi, że esencja daje uczucie spokoju, a w dodatku można dodawać ją do ciasteczek. Czasami dodawałam do brownie ekstraktu z pomarańczy, lecz matka Izzy powiedziała, że olejek daje jeszcze lepsze efekty.

Odprowadziłam ją do wyjścia, zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami. Adam odchrząknął. Uniosłam wzrok i zobaczyłam, że stoi w połowie schodów. Opierał się o ścianę z założonymi rękoma i bardzo starał się wyglądać na naburmuszonego, jednak po oczach poznałam, że się uśmiecha.

– Więc – zaczął, kręcąc głową – masz mnie dosyć. Mogłaś coś powiedzieć. Może i jesteśmy małżeństwem, Mercy, ale „nie” znaczy „nie”.

Otworzyłam oczy szerzej.

– Nie chciałam cię zranić.

– Kłuję cię, tak? – Zamyślił się. – Tak właściwie to czuję, że teraz coś mnie kłuje.

– Teraz? – wyszeptałam przerażona. Zerknęłam w stronę pokoju Jesse. – Pomyśl o dzieciach.

Przechylił się, nasłuchując, a potem potrząsnął głową.

– Nic nie usłyszą. – Powoli ruszył w dół schodów.

– Pomyśl o Darrylu, Zacku, Lucii i Joelu – powiedziałam poważnie. – Trauma zostanie im na całe życie.

– Wiesz, co mówią o wilkołakach – odparł podniośle i zszedł ze stopni.

Rzuciłam się do ucieczki, a on siedział mi na ogonie. Niedosłownie, oczywiście. Nie mam ogona, chyba że przybieram postać kojota.

Umknęłam za stół w jadalni, a Adam położył rękę na blacie i przeskoczył tuż nad Medeą, która drzemała na zakazanym terytorium. Syknęła na niego, on jednak zignorował kotkę i dalej na mnie napierał. Zanurkowałam pod stół i czmychnęłam z drugiej strony, przebiegłam kuchnię i popędziłam na dół, śmiejąc się tak mocno, że prawie nie mogłam złapać oddechu.

Dopadł mnie w dużym pokoju rekreacyjnym, podciął i przyszpilił do podłogi. Pocałował podbródek, szyję, policzek i grzbiet nosa, zanim dotknął ust. Zupełnie zapomniałam o naszej grze i straciłam jakąkolwiek umiejętność sensownego myślenia, więc kiedy powiedział „kłuj”, dopiero po kilku sekundach zorientowałam się, o co mu chodzi.

Odsunęłam myśli od mojego pozbawionego sił, drżącego ciała i skupiłam się na tym, ile osób usłyszy, co robimy na dole.