Kropla Nadziei

Tekst
Z serii: Kropla Życia #2
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kropla Nadziei
Kropla nadziei
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 39,99  31,99 
Kropla nadziei
Kropla nadziei
Audiobook
Czyta Emilia Strzelecka
24,99  17,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział VII

Następnego dnia pracuję na wieczorną zmianę i choć mam ochotę pospać dłużej, nie jest mi to dane, bo Sabina zaczyna hałasować niemalże skoro świt. Sądząc po dobiegających z kuchnio-salonu dźwiękach, można by sądzić, że zabrała się co najmniej za przestawianie mebli. Oczywiście, kiedy w końcu, na dobre wybudzona, zwlekam się z łóżka i kieruję do łazienki, ta okazuje się zajęta. O niebiosa, to będzie kilka bardzo długich dni. A może ja z kolei powinnam przenieść się na ten czas do Artura?

Przez chwilę rozważam ten kuszący pomysł. Ale nie, nie ma co; zważywszy na moje zlecenie od hrabiny, lepiej, żebym była dyspozycyjna pod własnym adresem. A poza tym, strach zostawiać tu Sabinę samopas. Bo to wiadomo, co jej strzeli do głowy i co zastanę po powrocie?

Przecieram zapuchnięte oczy i zaglądam do lodówki, a potem, pełna najgorszych przeczuć, do chlebaka. I tu, i tam pusto, puściuteńko jak na marsjańskiej pustyni. Moja skubana kuzynka wrąbała wszystko do ostatniego okruszka, nie pogardziła nawet podeschniętą kromką chleba sprzed trzech dni.

Przemywam twarz pod kranem w kuchni i przynoszę z torebki zapasową szczoteczkę do zębów, którą razem z chusteczkami do demakijażu noszę ze sobą na wypadek spontanicznego noclegu u Artura lub Tami. Szkoda, że bez pasty, ale chwilowo będzie musiało wystarczyć. Im szybciej załatwię wyprawę do sklepu, tym lepiej, bo kiszki grają mi marsza z uporem godnym lepszej sprawy. Trudno o milszy początek dnia, nieprawdaż?

Tyle dobrego, że gdy wracam do domu, Sabiny już w nim nie ma (o jej obecności przypominają jedynie porozrzucane niedbale ubrania i unosząca się w łazience drażniąca woń jej perfum), tak więc doczekuję popołudnia we względnym spokoju.

Po przybyciu do Luny z ulgą odnotowuję, że i tu nie dzieje się nic niepokojącego. Dziś spodziewamy się większego ruchu, więc razem ze mną na zmianie będą Karel i Cecylia. I oboje są już na miejscu. Co więcej, na zapleczu czeka na mnie niespodzianka w postaci pomywacza, młodego piegowatego chłopaka o nieco rozbieganym spojrzeniu i z potarganymi, rudawymi lokami.

– Siema, Mir jestem – mówi, wyciągając rękę na powitanie i szeroko się przy tym uśmiechając.

No proszę, nie wszystkie pomysły Niny uważam za trafione, ale ten akurat oceniam jak najbardziej na plus. Już od dawna nie mieliśmy pomywacza – dotychczasowi uciekali zazwyczaj po tygodniu-dwóch użerania się z Joachimem, w związku z czym Igor zrezygnował z kolejnych naborów, nie bez satysfakcji zostawiając brudne naczynia właśnie na głowie kucharza. Ten, pomimo pomocy w postaci starej, topornej i dzięki temu nieźle radzącej sobie w magicznym otoczeniu zmywarki, nie zawsze wyrabiał się na czas, co skutkowało permanentnym brakiem właściwej zastawy. Żeby nie być gołosłownym: w zeszłym tygodniu na przykład Cecylia z rozpędu zaserwowała jakiejś wilkołaczce przekąskę na popielniczce. I to nie naszej, sądząc po logo na dnie, któryś z naszych klientów musiał ją gwizdnąć z hotelu. Cóż, w przyrodzie nic nie ginie, jak to mówią.

– Wioletta – odpowiadam automatycznie, potrząsając jego dłonią.

– Wiem, słyszałem już o tobie. – Uśmiecha się jeszcze szerzej.

No proszę, moja sława mnie wyprzedza. Wzruszam ramionami, nawet mile połechtana. W sumie wydaje się całkiem sympatyczny. Kto wie, może utrzyma się trochę dłużej?

– Witaj w Lunie. Jak sądzę, nie powinno ci zabraknąć roboty.

– Sądzę podobnie. Joachim kazał mi doczyścić kotły – te, które nie wchodzą do maszyny. Niewąska robota.

– Fakt, w takim razie nie będę odrywać cię od pracy. To pewnie zajęcie na cały wieczór.

– Żeby tylko – sprostowuje, ale wciąż nie opuszcza go dobry humor.

I nie powiem, tego drugiego nigdy za dużo, jeśli ma się tyle czasu przebywać w jednym pomieszczeniu z naszym kucharzem.

Zawiązuję wokół talii fartuszek i spinam włosy w kitkę, a potem, jako że Cecylia i Karel uwijają się już przy stolikach, staję za barem i korzystając z chwili wolnego zabieram się za remanent butelek z alkoholami – miałam go w planach już od dłuższego czasu.

– Dwa razy sok z kory brzozy, poproszę.

Obracam się, trzymając opróżniony doszczętnie gąsiorek po miodzie i napotykam wzrokiem na uśmiechniętego przyjaźnie Karela.

– Robi się. – Salutuję mu dla żartu.

Odpowiada mi skinieniem głowy i znika na zapleczu, by przekazać Joachimowi resztę zamówienia. Chwilę później oba soki i dwie bardzo liściaste sałatki lądują na stoliku plotkujących z chytrymi minami driad.

– Koktajl numer cztery, poproszę! – niedługo potem rzuca w biegu Cecylia.

A niech to, to ten najbardziej pracochłonny! Z niechęcią zerkam na gładzącego wypielęgnowaną brodę krasnoluda i zabieram się do roboty. Po kilku minutach dołącza do mnie Karel, którzy potrzebuje deseru dla kolejnego klienta.

– Szybko się dziś zaczęło – zagajam, robiąc mu miejsce na blacie (ale ani na chwilę nie przerywając odmierzania składników, a jest ich od groma i trochę).

– Przynajmniej czas szybko zleci – odpowiada półelf, precyzyjnie odkrawając kawałek sernika z wiórkami czekoladowymi.

Fakt, to największy plus takich szalonych zmian. Nie do pogardzenia jest również towarzysząca im zwykle całkiem przyzwoita kwota napiwków.

– Racja – odpowiadam i nagle nabieram ochoty, żeby skorzystać z okazji i trochę go przepytać. – A jak ci się tu właściwie pracuje? Rodzina już ci nie dokucza?

Profesjonalista, szlaczek z syropu jest równiuteńki; półelfowi ani na chwilę nie drgnęła ręka, choć pewnie musiałam go zaskoczyć.

– Trochę się przyzwyczaili. Podejrzewam, że są ciekawi, co z tego wyniknie.

Wzrusza ramionami i dekoruje ciasto miechunką peruwiańską1, ozdobnie zakręcając jej sztywne, jakby podsuszone, ale wciąż podatne na wyginanie listki.

– To chyba… dobrze? – Zerkam na niego z zaciekawieniem, bo nie przejrzałam jeszcze do końca elfich zwyczajów i mam ogromną ochotę nadrobić tę zaległość.

– Powiedziałbym, że jak na rasę, która ledwo toleruje obcych, wręcz całkiem nieźle.

Na jego skupionej twarzy pojawia się coś na kształt uśmiechu. O rany, na co dzień zapominam, jaki z niego przystojny facet! Przyglądam mu się odrobinę za długo, co na tyle wybija mnie z rytmu, że potem za nic nie mogę sobie przypomnieć, czy dodałam już chili, czy jeszcze nie. Po dwusekundowym namyśle dochodzę do wniosku, że lepiej, żeby jednak było go odrobinę za dużo niż wcale i dosypuję solidną szczyptę do reszty składników. A potem odchrząkuję.

– À propos ras… Czy poszczególne klany elfów utrzymują ze sobą kontakt?

Uśmiech znika. Nie odrywając od Karela wzroku choćby na sekundę, na ślepo sięgam do czegoś, co z dużym prawdopodobieństwem jest słoikiem z jagodami goji, wrzucam garść do kielicha blendera (model sprzed jakichś trzydziestu lat, tak solidny, że przetrwałby chyba nawet katastrofę nuklearną) i na chwilę go włączam. Na kilkanaście sekund przestrzeń wokół nas wypełnia warczenie silnika, któremu towarzyszy odgłos miażdżonych przez wirnik kawałków owoców i warzyw, stopniowo zmieniający się w chlupotanie. Usatysfakcjonowana rezultatem, pstrykam wyłącznikiem i zapada cisza.

– Raczej nie – odpowiada Karel, lekko potrząsając głową (widać jemu też jeszcze trochę dzwoni w uszach). – Żyjemy długo, co daje nam dużo czasu, by narobić sobie wrogów – dodaje, najprawdopodobniej półżartem.

– A czy są nimi dla was czarnowłose elfy? – wtrącam szybko, widząc, że już skończył dekorowanie i zapewne zaraz wróci na salę.

Delikatnie przygryza wargę, a potem znienacka podnosi oczy i trudno nie dostrzec, że nie tyle tli się w nich, co wręcz płonie ciekawość. Półelf już-już otwiera usta, a ja wstrzymuję oddech, ale wtedy, och właśnie wtedy jego uwagę odwraca wołanie Niny.

Gwałtownie nabieram powietrza, a potem powoli je wypuszczam i nadąsana opieram podbródek na dłoni. Nie mogła zawołać go te pięć minut później? Albo choć minutę? Dlaczego moje życie toczy się pod górkę?

Tymczasem studentka serwuje przygotowany przeze mnie napój. Krasnolud bierze pierwszy łyk, po czym krztusi się i nawet stąd widzę, że stawia załzawione oczy w słup. Hm, niedobrze. Przez chwilę przyglądam mu się z troską, a przez głowę przemyka mi nawet myśl, żeby mu to może zaoferować na koszt firmy (bo w sumie jakby trochę nawaliłam), ale wtedy unosi szklankę, przez chwilę wpatruje w nią z uznaniem i wychyla duszkiem jej zawartość. Znaczy koktajl można mu z czystym sumieniem dopisać do rachunku.

Potrząsam głową i wracam do remanentu. Koniak – pół butelki, czyli nieźle. Poślednia, ale tania whisky – trzeba by domówić, bo nie kojarzę, byśmy mieli więcej w piwnicy. O… A to co? Podnoszę prostokątną, karbowaną jak kryształ butlę i oglądam ją pod światło. Żadnej etykietki, a jej ciemnoczerwona zawartość na pierwszy rzut oka nie wygląda znajomo. Ani nie pachnie, o czym przekonuję się, pozbywszy się nakrętki. Fuj, jakby wiśnie i spirytus. Dużo spirytusu. Czyżbyśmy to komuś skonfiskowali?

– No i słowo daję, że potrafię od ręki wyczarować ci tu najprawdziwszy miecz świetlny!

Oho, kłopoty! Natychmiast unoszę wzrok i z rezygnacją obserwuję, jak próg Luny przekracza trzech młodziaków. Sądząc po ich radosnych minach, właśnie skończyli jakieś stresujące zajęcia.

– Co tam, Wiciu? Na lemoniadę przyszedłeś? – pyta jeden z tej trójki, charakteryzujący się opaloną cerą, ciemnymi, jakby lekko skośnymi oczami i modnie nastroszoną czarną czupryną ze śladami pasemek.

Podążam za jego wzrokiem i dwa stoliki dalej dostrzegam znanego mi już z widzenia studenta w pomarańczowym szaliku, w towarzystwie pyzatej dziewczyny z bujnymi rudawymi lokami. Od razu rzuca się w oczy, że chłopak jest znacznie schludniejszy od nowo przybyłych, począwszy od starannie wypastowanych butów, poprzez porządnie odprasowaną szatę (którą z jakiegoś powodu zapomniał zdjąć, bo z reguły studenci zostawiają je na uczelni), na ułożonych w niemodny przedziałek blond włosach skończywszy.

 

Uwagę znajomych przyjmuje ze stoickim spokojem, kwitując ją jedynie pochyleniem głowy i wymamrotanym pod nosem „Hubert”. Ale chwilę później, jakby z przekory, zamawia u Karela kawę po irlandzku2.

Robi mi się go żal, więc dla kurażu dolewam mu do niej dwa razy tyle whiskey co zwykle, a potem idę na zaplecze wynieść puste butelki. Gdy tylko zamykają się za mną drzwi odgradzające mnie od sali jadalnej, słyszę dobiegający z kuchni głos Joachima.

– Szkoda czasu. Zabierz się lepiej za talerze. Ta patelnia zawsze była czarna.

– To może sprzedali brudną, bo przebiłem się już do srebrnej warstwy – odpowiada radośnie Mir.

Najciszej, jak potrafię, odkładam butelki do pojemnika na szkło i na palcach wracam za bar. Uwierzcie mi, lepiej nie kręcić się w pobliżu, gdy nasz kucharz zaczyna zgrzytać zębami. Chwilę po moim powrocie do lady dobija Cecylia.

– Wiedziałaś, że mamy takie eleganckie noże do masła? – pyta podekscytowana, od razu prezentując mi przykładowy okaz.

– Coś podobnego. Jakim cudem tyle czasu dawaliśmy sobie radę bez nich? – mruczę z przekąsem.

– Mir je znalazł. Koło tych pozłacanych pucharków do lodów – ciągnie zapamiętale moja rozmówczyni.

– Pozłacanych? – Marszczę brwi – Zaraz, zaraz, ja chyba o nich kiedyś słyszałam, ale myślałam, że to tylko taka miejska legenda…

Cecylia potakuje, a potem zerka do swojego notesika.

– Studenci chcą… O, co to? – Dopiero teraz zauważa pierścień na moim palcu i momentalnie rozbłyskują jej oczy. – Czy to jeden z tych przeklętych kamieni? Mieliśmy ostatnio o nich wykład!

– Nie chcę o tym słuchać – odpowiadam zrezygnowanym tonem.

Bo wiecie, oni jakoś nigdy nie uczą się o klejnotach, które przynoszą właścicielowi szczęście. Lub nie doprowadzają go do obłędu.

Ale ona ciągnie niezrażona:

– Był taki jeden rubin, po każdej ofierze jego odcień nabierał głębi. – Przez chwilę z uznaniem przygląda się kamieniowi na moim palcu. – A kolorowe diamenty często...

– Wspomniałaś coś o zamówieniu od studentów? – Rzucam jej spojrzenie spode łba.

– A tak. – Kiwa głową i zdmuchuje z czoła nieco już potarganą grzywkę. – Po piwie na głowie, czyli razem trzy.

– Najtańsze? – upewniam się.

– No raczej. Wypłata stypendium dopiero za tydzień.

Sprawnie napełniam kufle i w chwili, gdy je odbiera, z przesadnie zaaferowaną miną wracam do inwentaryzacji, by wyglądać na jak najbardziej zajętą i nie prowokować jej do rozwijania tematu biżuterii z upiorną przeszłością.

– Wiktor! Twoje zdrowie! – woła Hubert, unosząc kufel w stronę prymusa. – Co by cię głowa nie bolała od tego ciągłego kucia! W końcu żaden z ciebie dzięcioł!

Wicio spuszcza głowę. Z niesmakiem patrzę na chichoczące trio. Trzech na jednego – też mi chojraki.

Koniec końców, pomimo kolejnych pauz na zamówienia, porządki idą mi dość sprawnie, co nieco poprawia mi humor. Z triumfem odstawiam na półkę ostatnią butelkę (z sokiem o smaku malinowym, choć z malinami łączy go jednie obrazek na etykiecie), prostuję zesztywniałe plecy i w końcu dokładnie omiatam wzrokiem salę (liczenie butelek pochłonęło mnie na tyle, że przez dłuższy czas nie śledziłam na bieżąco, co się dzieje).

No, na razie nic niepokojącego. Wiktor kończy drugą kawę z prądem (tym razem dałam mu trzy porcje whiskey, a co, niech też ma coś z życia), natomiast studencka trójka wciąga frytki z jednego wspólnego talerza, raz na jakiś czas zerkając na dawno już opróżnione kufle. Miny mają dość markotne, zapewne dlatego, że na następną kolejkę nie bardzo mogą sobie pozwolić.

– No to, wracając do miecza świetlnego. – Hubert odchrząkuje, a reszta towarzystwa nieco się ożywia. – Podstawa to nienagrzewająca się rękojeść, z wyżłobieniem na ostrze. I do tego kombinacja zaklęć: zimny ogień plus zwiększenie gęstości. Pestka.

– Przecież zwiększenie gęstości oblałeś na kolokwium – przypomina mu blondyn z wyżelowaną fryzurą a’la podskubany kurczak i smętnie zagląda do kufla, ale ten wciąż pozostaje pusty.

– To było dawno i nieprawda. – Hubert lekceważąco macha ręką.

– Zeszły piątek to wcale nie tak dawno, to po pierwsze, a po drugie sam przy tym byłem – nie ustępuje blondyn; widać brak piwa nastawia go pesymistycznie. – A poza tym nie rozumiem, dlaczego rękojeść ma być nienagrzewająca się, skoro ogień jest zimny.

– Czepiasz się szczegółów.

– Ale ja właściwie też chętnie bym się tego dowiedział – wtrąca olbrzym z kitką na czubku głowy i chwyta dwie frytki naraz, przez co ściąga na siebie potępieńcze spojrzenia reszty.

– Bo raz wychodzi zimny, a raz nie – niechętnie przyznaje lider tej konwersacji.

Jak rozumiem, tego zaklęcia również nie zaliczył na piątkę. Tym razem to Wiciu i jego towarzyszka chichoczą, ale choć starają się robić to dyskretnie, nie umyka to uwadze bruneta.

– Te, kujon, a mam ci przypomnieć, jak po biegach na orientację nie mogli cię znaleźć przez dwa dni?! – pyta jadowitym tonem, nie mniej jadowicie wpatrując się w swoją ofiarę.

Wiktor czerwienieje po czubki uszu, a jego towarzyszka z zakłopotaniem spuszcza wzrok, jakby speszona, że znów znaleźli się w centrum uwagi.

Jednak Hubert jeszcze nie skończył.

– Wkuć na pamięć może pierwszy lepszy tłumok! A poradzić sobie w terenie – oto prawdziwe wyzwanie!

Rozochocony i żądny poparcia zerka na swoich towarzyszy, ale ci wyraźnie są myślami wciąż przy kwestii miecza.

– A będzie robił „bzzz”? – dopytuje olbrzym. – Bo bez tego to lipa.

Nalewam dla Karela zamówiony przez niego chwilę wcześniej kieliszek białego wina i stukam go w ramię, bo też się zasłuchał i najwidoczniej zapomniał, po co tu stoi. Odpowiada mi na wpół przytomnym spojrzeniem, co niezbicie wskazuje, że temat naprawdę go wciągnął.

– Nie no, serio? – szepczę. – Elf i Gwiezdne wojny?

– Półelf – odpowiada z zupełnie nie elfickim błyskiem w oku.

Tymczasem wezwany do odpowiedzi student przewraca oczami.

– Powinien, jak podkręcimy tarcie.

Wiciu niespodziewanie prostuje plecy i jakby trochę się nadyma.

– „Bzz”? Raczej „bum”! – informuje z lisim uśmiechem i z głośnym „ph!” rozczapierza palce w imitacji wybuchu.

Hm. Chyba trochę przesadziłam z tą whiskey, bo słowo daję, że wcześniej nie wyglądał na kogoś, kto by dążył do konfrontacji. Że też nie pomyślałam, że on może mieć taką słabą głowę.

Tym razem to brunet spieka raka. A potem zrywa się z krzesła i rusza w stronę swojego rozmówcy. Wiciu zezuje na koleżankę, która patrzy teraz tylko na niego i to z nutką podziwu, po czym również się podnosi i staje naprzeciw przeciwnika, jakieś dwa kroki od niego. Przez chwilę mierzą się wzrokiem, jak kowboje przed pojedynkiem. Zaczynam się zastanawiać, czy to nie zaszło już trochę za daleko, odnoszę bowiem wrażenie, że obaj przebywają już w samczym świecie dominacji, gdzie przetrwać może tylko najsilniejszy.

– Tak? A skąd ty możesz o tym wiedzieć, kujonie? – pyta Hubert, patrząc na przeciwnika spode łba.

– Z listy skutków ubocznych łączenia zaklęć – cedzi zagadnięty, dumnie unosząc głowę i triumfalnie dodaje: – Nieuku!

Znów na podobieństwo kowbojów równocześnie sięgają do kieszeni. A jednak! Unoszę dłoń i otwieram usta, by zagrozić im konfiskatą różdżek, gdy nagle obaj zastygają w bezruchu.

Hm. Marszczę brwi i rozglądam się skonsternowana, ale towarzysze (i towarzyszka) niedoszłych pojedynkowiczów wyglądają na równie zaskoczonych jak ja. I wówczas dostrzegam pęczniejącą z dumy Cecylię. Przywołuję ją palcem.

– Niech zgadnę, to twoja sprawka? – pytam półgłosem, gdy wciąż cała promienna stawia się przy barze.

Wzrusza ramionami z miną „Cóż poradzę na to, że jestem taka genialna”.

Wzdycham ze zrezygnowaniem i przecieram ręką oczy.

– No dobrze. To jak dobrze znasz zaklęcie odwołujące?

Majta głową, już z jakby nieco mniejszą pewnością siebie.

– W zasadzie będziemy je omawiać na zajęciach w przyszły wtorek.

Przełykam ślinę i zerkam na dwie figury znieruchomiałe z zafrasowanymi minami pośrodku sali. Nie jestem ekspertem, ale jak na moje, wyglądają na solidnie unieruchomionych. Wiciu zastygł z ręką w kieszeni, a brunet zdążył już wyciągnąć różdżkę. Nawet jestem ciekawa, jakiego zaklęcia by użył, biorąc pod uwagę jego ograniczoną wiedzę akademicką.

– Mają tu tak zostać do wtorku? – pytam ze spokojem, który niepokoi nawet mnie samą.

Bo, jak powszechnie wiadomo, najciszej jest przez burzą.

– Och, nie. – Lekceważąco macha ręką. – To lekkie zaklęcie, zetrze się w przeciągu dwóch godzin.

Spoglądam na znieruchomiałe postacie i rejestruję, że niepokojąco poszarzały, a na dodatek, co jeszcze ciekawsze, wokół nich utworzył się krąg ze szronu.

Odchrząkuję.

– To na pewno miało tak wyglądać?

Cecylia ogląda się przez ramię i jakby trochę blednie.

– No… może czterech godzin… – mamrocze, starając się nie patrzeć mi w oczy.

– Masz czas do zamknięcia.

Tymczasem kumple bruneta, do tej pory skamieniali (na szczęście tylko w sensie metaforycznym) niespiesznie wstają z miejsc i ostrożnie, jak koty na obcym terenie, podchodzą do uwięzionych w czasie postaci. Za nimi, nieśmiało i z bardzo wystraszoną miną, podąża towarzyszka Wicia.

– Czadowo. – Wielkolud nie kryje uznania.

– No – wtóruje mu blondyn, obchodząc kolegów dookoła, by nie uronić ani szczegółu.

Cecylia kraśnieje z zadowolenia, a ja krzyżuję ramiona na klatce piersiowej i kręcę głową.

Oczywiście, termin do końca zmiany okazuje się niewystarczający, nawet pomimo ochoczej pomocy kumpli bruneta (aczkolwiek ta ogranicza się do komentarzy w stylu „Kujon by wiedział co robić, pech że padło akurat na niego” i użyczenia Cecylii podręcznika o tytule Magia użyteczna. Podstawy. Ten ostatni wygląda na zupełnie nieużywany, co nasuwa mi pewne podejrzenia odnośnie tego, kto jest jego właścicielem). W końcu, znudzeni brakiem efektów, zmywają się do domu, a towarzyszka Wicia zabiera się razem z nimi, z ulgą wspierając się na opiekuńczym ramieniu wielkoluda.

Kobiety.

Cecylia w tym czasie bynajmniej nie próżnuje – po przekartkowaniu Magii użytecznej (ciekawe, czy mają też w programie nauczania nieużyteczną) teleportuje sobie swój własny podręcznik (Kompendium magii, czyli zaklęcia w pigułce dla opornych) i mamrocząc coś pod nosem, nerwowo przerzuca jego kartki.

Zamienieni w pomniki studenci do końca dnia stanowią główną atrakcję lokalu, przy czym większość klientów bierze ich za celowy element wystroju Luny i dorzuca własne sugestie odnośnie nadania scence większego dramatyzmu (i tu pojawiają się kolejno: atakujący niedźwiedź, rozwścieczony rój os i wybuch wulkanu, który miałby stanąć na miejscu stolika nr pięć, za którym i tak nikt nie przepada). Co więcej, nie wiadomo, jak i kiedy na głowie Wicia pojawia się tyrolski kapelusz z piórkiem.

Gdy w końcu zamykają się drzwi za ostatnim klientem, pełna nie najlepszych przeczuć idę na zaplecze, gdzie Cecylia, zostawiwszy obsługę gości na barkach moich i Karela, wciąż zgłębia podane w pigułce tajniki magii. Mimochodem zauważam, że z kuchni dobiega odgłos szorowania, któremu towarzyszy nerwowe pobrzękiwanie garnkami – znak, że atmosfera między pomywaczem i kucharzem wciąż jest napięta.

– I jak ci idzie? – zagaduję. – Czy to zaklęcie rzeczywiście się „zetrze”?

– Jeju, powinno, tyle że niezbyt szybko – odpowiada, masując skronie. – Włożyłam w nie jakby odrobinę za dużo mocy…

Jej twarz przybiera stropiony wyraz. Na chwilę przymykam oczy. Coś mi mówi, że ta odrobina nie jest wcale taka drobna, ale postanawiam w to nie wnikać.

– A zaklęcie odwołujące?

– No właśnie! Doskonała uwaga… – Zakłopotanie dziewczyny sięga apogeum. – W zasadzie mogłabym spróbować od razu, ale ono miewa ciekawe skutki uboczne, jeśli rzuci się je niewłaściwie. Więc lepiej niech zostaną tu na noc, a ja się jutro rano skonsultuję w tej sprawie z profesorem… – Tu zezuje na mnie z nadzieją.

Na całą noc?! W pierwszej chwili zamierzam zaprotestować, ale z drugiej strony, co innego możemy zrobić, zwłaszcza o tej porze?

Przez chwilę zastanawiam się, czy by jej nie kazać zostać razem z zaczarowanymi delikwentami, ale dość szybko stwierdzam, że to nie najlepszy pomysł. Bo pomyślcie sami, co gorsze: dwójka zaklętych magów, którzy mogą (ale wcale nie muszą) się wybudzić i wtedy najprawdopodobniej i tak zemdleją z wyczerpania, czy puszczona tu samopas Cecylia, z nudów na przykład magicznie robiąca porządki? Wybór jest oczywisty.

 

– Niech zostaną. – Wzdycham. – Ale najpóźniej do jutra!

Honda odpala jakoś tak bez przekonania, co trochę mnie martwi, ale zapominam o tym natychmiast, gdy tylko przekraczam próg domu, bowiem widok, jaki zastaję, jest jak z koszmaru sennego. Wyobraźcie sobie bowiem, że na mojej własnej kanapie siedzi odziana w skandalicznie kusą satynową koszulkę nocną Sabina. Ale nie to jest najgorsze, a fakt, że na drugim końcu siedziska dostrzegam ni mniej, ni więcej tylko Artura! I na dodatek ten wcale nie wygląda na udręczonego towarzystwem mojej kuzynki. Wręcz przeciwnie – wygodnie półleży na oparciu z rękoma pod głową, a minę ma całkiem zadowoloną.

Torebka jakby trochę wyślizguje mi się z rąk i głucho uderza o podłogę.

– Cześć – witam się z obojgiem, siląc się na obojętny ton.

– Cześć. – Artur, bynajmniej nie speszony, posyła mi promienny uśmiech.

– Co ty tu robisz? – pytam tonem, który ktoś, kto mnie nie zna, mógłby uznać za przyjaźnie zaciekawiony.

– Zapomniałem, że masz dziś nocną zmianę i postanowiłem na chwilę wpaść. – Dopiero teraz wstaje i kieruje się w moją stronę. – A gdy przyszedłem, twoja kuzynka powiedziała, że lada moment wrócisz.

– Ach tak – mówię i zerkam w stronę Sabiny, na ustach której pojawia się iście lisi uśmiech.

Ciekawe, ile trwało to „lada moment”.

Artur tymczasem unosi mój podbródek i zagląda mi w oczy.

– No to jestem – kwituje z niewinnym uśmiechem.

– No to witaj – odpowiadam, zdaje się mało inteligentnie, ale co poradzę, że on tak na mnie działa.

Artur cmoka mnie w usta i na chwilę znika w łazience, a ja idę nastawić czajnik – przez to wszystko zachciało mi się pić.

Sabina odchrząkuje. Wspomniałam już, że jest umalowana, a jej stopy z idealnym pedicurem zdobią klapki z puchowymi różowymi pomponikami?

– Oglądamy Amelię, przyłączysz się? – pyta takim tonem, jakby przywoływała mnie do porządku.

– A chętnie – odpowiadam bez mrugnięcia okiem, bo przecież nie zostawię ich tu samych. – A przy okazji: w fabryce zabrakło materiału? – dodaję z troską, zerkając wymownie na jej dezabil.

– To w tym sezonie najmodniejszy fason. Wiedziałabyś, gdybyś choć trochę interesowała się modą – oświadcza z wyższością.

– Po prostu się martwię, że się przeziębisz – wyjaśniam, na co ona przewraca oczami.

Woda w końcu się zagotowuje, o czym informuje nas donośny bulgot. Wyciągam po filiżance dla siebie i Artura i pytająco zerkam na kuzynkę, ale ta bez słowa kręci głową. No to nie. Jako dobra gospodyni zamierzam jej jeszcze zaoferować zapasowy koc, ale wtedy ponownie dołącza do nas Artur.

– To dla mnie? – Z aprobatą patrzy na swoją herbatę. – Dzięki. Pójdziemy do ciebie?

– Pewnie. Dobranoc, Sabina. – Macham jej na pożegnanie.

– Dobranoc – odpowiada z kwaśnym uśmiechem i odrobinę za długo patrzy na mojego chłopaka.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?