Dom marionetek

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Ucieczka

Oczy

Chłopiec

Magdalena

Pokój

Chłopiec

Amelka

Katarzyna

Drzewo

Chłopiec

Demony przeszłości

Chłopiec

Miska z wodą

Ogród

Deser

Chłopiec

Leokadia

Kolacja

Chłopiec

Hiacynty

Tylko we dwie

Kurczak z ryżem

Szklarnia

Chłopiec

Miasteczko

Wanna

Karaluchy pod poduchy

Chłopiec

Wypadek

Chłopiec

Raz, dwa, trzy, szukasz ty

Układ

Zdrada

Astry

Chłopiec

Walc

Matylda W.

Słony kompot

Chłopiec

Początki

Demencja

Ładna buzia i duże cycki

Chłopiec

Duszona ryba

Trzy sznurki

Chłopiec

Wycieczka

Wątpliwości

Chłopiec

Sukienka

Kuchenna ścierka w kratkę

Pudełko

Chłopiec

Słowo na s

Wielkie oczy

Galaretka truskawkowa

Chłopiec

Roszpunki

Normalność

Matka

Chłopiec

Atropina

Naleweczka

Ten chłopiec był smutny

Chłopiec

Inna prawda

Kąpiel

To tylko stres

Chłopiec

Bajki

I co dalej?

Chłopiec

List

Chłopiec

Epilog

Przypisy

Opieka redakcyjna: DOROTA WIERZBICKA

Redakcja: AGNIESZKA OLCZYK

Korekta: EWA KOCHANOWICZ, EWA POLAŃSKA, BARBARA TURNAU

Zdjęcie na okładce: © Shutterstock/OlhaBEK

Projekt okładki i stron tytułowych: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN, www.panczakiewicz.pl

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

© Copyright by Natasza Socha

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2021

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07288-2

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Kto szuka zemsty,

powinien wykopać dwa groby.

PRZYSŁOWIE CHIŃSKIE

UCIECZKA


Joanna stanęła naprzeciwko ogromnego domu i wzięła głęboki oddech. Pomyślała, że życie tak naprawdę składa się z setek tysięcy podejmowanych decyzji, które ostatecznie układają się w finalną opowieść. Trudno jednak przewidzieć, czy powstanie z nich romans, kryminał, czy może raczej melancholijna baśń bez happy endu. Wszystko zależy od tych właśnie momentów, w których mówimy sobie: „zaczynam od nowa”.

Najnowszą decyzją Joanny była ucieczka, nawet jeśli nie chciała tego tak nazwać. Po nieudanym związku zapragnęła schować się przed światem, przed ludźmi i ich pytaniami, przed ciekawskimi spojrzeniami i poradami, co powinna była zrobić. To dziwne, ale niemal wszystkim wydaje się, że mają patent na czyjeś udane życie, na psychologiczne wskazówki i układanie innym codzienności. Szkoda tylko, że ich własne losy wydają się równie poplątane i trudne do rozwiązania. Joanna nie chciała jednak wdawać się w żadne dyskusje, nie chciała więcej rozmawiać z rodzicami, przyjaciółką i znajomymi. Jej jedynym pragnieniem było otworzenie nowego zeszytu, w którym ani jedna kartka nie byłaby jeszcze zapisana.

Myśl o ucieczce nie jest zła. Nie jest tchórzostwem. Jest całkowicie naturalna i ma swoje głębsze uzasadnienie, choć pewnie wielu ludziom trudno jest to zrozumieć. Ostre cięcie, by poszukać siebie w innych miejscach na świecie. Wskoczyć na inną półkę, powąchać inne rośliny, zjeść coś zupełnie innego niż dotychczas. I zobaczyć niebo z innej perspektywy. Kiedy w dzieciństwie Joanna przegrywała w Czarnego Piotrusia, rzucała karty na podłogę i mówiła: „To się nie liczy, zaczynamy od nowa”. Rodzice tłumaczyli jej, że tak nie można, że trzeba również nauczyć się przegrywać, ale Joanna nie chciała ich słuchać. „Zaczynamy od nowa”, powtarzała z uporem i wyginała usta w podkówkę. To działało, no ale wtedy miała sześć lat.

A teraz stała przed wielkim domem i patrzyła na niego trochę z niepokojem, a trochę z ciekawością. Był duży, trzypiętrowy, z ogromnymi białymi, łukowymi oknami i metalowymi parapetami, na których ktoś poustawiał mosiężne doniczki. Zbudowany z szarego kamienia, sprawiał wrażenie bezpiecznego i jednocześnie pięknie komponował się na tle zielonego ogrodu. Takie domy Joanna często widywała w katalogach i po cichu marzyła, że kiedyś w podobnym zamieszka. Mógłby być nawet trochę mniejszy.

Nie liczyło się już to, co było, bo właśnie „zaczynała od nowa”, tak jak w dzieciństwie. Skoro działało wtedy, miała cichą nadzieję, że również tym razem jakoś się uda. Weszła po trzech szerokich stopniach i nacisnęła dzwonek. Wybrzmiał dźwiękiem gongu, wibrująco, metalicznie, przez moment odniosła nawet wrażenie, że jej ciało odruchowo drgnęło, jakby chciało się dopasować do tej dziwnej melodii. A potem weszła do środka i w ten właśnie sposób otworzyła pierwszą stronę niezapisanego, zupełnie nowego zeszytu. Z mocnym postanowieniem, że tym razem nie da sobie wyjąć z rąk długopisu.

 

OCZY


Podobno o kolorze oczu decydują trzy główne elementy w obrębie tęczówki – zawartość pigmentów nabłonka, zawartość melaniny zrębu i zagęszczenie komórek zrębu tęczówki. Brzmi to mało fascynująco i jeszcze mniej romantycznie, ale efekty tej definicji bywają czasem oszałamiające. Mężczyzna, który właśnie przed nią stał, stanowił tego doskonały przykład. Jego oczy były bursztynowe. Tak, to chyba najtrafniejsze określenie. Zielonkawozłote, rdzawe, miedziane z ciemniejszymi punkcikami, które mieniły się w zależności od tego, jak padało na nie słońce. Joanna zagapiła się w te oczy i zamiast powiedzieć „dzień dobry”, nie wydobyła z siebie żadnego dźwięku.

– Dzień dobry. – W tej sytuacji mężczyzna o bursztynowych oczach odezwał się pierwszy.

– No tak, jasne, przepraszam – zreflektowała się Joanna i wyciągnęła rękę. – Dzień dobry. Byliśmy umówieni na dzisiaj. Jestem tą dziewczyną, z którą pan korespondował, wie pan, w sprawie pracy – dodała jeszcze, choć pewnie niepotrzebnie.

Była trochę zmęczona podróżą, wyjechała z domu o piątej rano, a miała do pokonania około sześciuset kilometrów. Kupiła na stacji dwie duże kawy, bułkę z serem i szynką oraz napój energetyczny o smaku kiwi. Nawet nie najgorszy, choć przeraźliwie słodki. Najważniejsze jednak, że spełnił swoje zadanie i Joanna dopiero teraz, po całym dniu jazdy, poczuła się zmęczona. Ale może to była kwestia adrenaliny? Niepokoju, czy to, co robi, jest słuszne, co ją czeka tak daleko od domu i czy na pewno podjęła dobrą decyzję.

– Przekonamy się o tym już niebawem – mruknęła do siebie, gdy po ośmiu godzinach jazdy wysiadła przed domem, w którym – jeśli wszystko pójdzie po jej myśli – miałaby zamieszkać.

Mężczyzna zaprowadził ją do niewielkiego pokoju, a raczej biblioteki, w której oprócz setek książek ustawionych według kolorów okładek (swoją drogą po raz pierwszy spotkała się z taką segregacją), stały jeszcze stół oraz dwa fotele, obite ciemnozielonym aksamitem, z fantazyjnie wygiętymi nogami. Nie pasowały do wystroju, bo reszta była raczej nowoczesna. Szklany stół na metalowym stelażu, proste ciemne półki, drewniana podłoga z rozłożonym na niej sizalowym dywanem i czarny obraz z czerwoną plamą pośrodku. No i do tego te staroświeckie fotele, zupełnie jakby pojawiły się tu jak goście, opowiadający o dawnych czasach.

Mężczyzna usiadł na jednym z nich, drugi wskazując ręką Joannie. Badania mówią, że kolor oczu jest silnie połączony z osobowością człowieka, bowiem oko jest neurologicznie związane z mózgiem. Joanna nie wiedziała jednak, co cechuje ludzi o bursztynowym spojrzeniu, bo chyba po raz pierwszy spotkała się z taką barwą.

„Uspokój się. Przyszłaś tu do pracy, a siedzisz w jego oczach” – upomniała siebie samą, a potem podziękowała za kawę, którą mężczyzna właśnie nalewał do filiżanki. Nie pamiętała, czy o nią poprosiła, ale nie miało to większego znaczenia. Chętnie napije się kawy. Przynajmniej wiadomo wtedy, co zrobić z rękoma i człowiek nie trzyma ich głupio na kolanach.

– Mam na imię Leon, ale to już pani wie z mejli. Proponuję jednak na początek zwracać się do siebie per pan, pani, unikniemy wtedy tych dziwnych zawahań, kiedy nie wiadomo, na ile wolno nam się spoufalić.

Joanna skinęła głową. Coś w tym było. Kiedy zwracasz się do pracodawcy po imieniu, czujesz się niejako bliżej z nim związana i czasem odpuszczasz, nawet jeśli robisz to nieświadomie. „Pan”, „pani” stawiają cię do pionu.

– Ale to tylko na początek – uśmiechnął się. – Po jakimś czasie z pewnością będziemy mogli zwracać się do siebie mniej oficjalnie. Swoją drogą ciekawi mnie, czy lubi pani, kiedy mówi się do niej Joanna czy Asia?

– Wolę Joanna – przyznała. – Czuję się wtedy jakoś doroślej – uśmiechnęła się niepewnie.

Leon skinął ze zrozumieniem głową i wskazał ręką cukier.

– Słodzi pani?

– Łyżeczkę.

Wsypał łyżeczkę do filiżanki i nawet zamieszał.

Było w nim coś sympatycznego, choć jeszcze przed chwilą miała wrażenie, że jest zdystansowany. Ale najwyraźniej musiało jej się tylko tak wydawać. Albo sama była zbyt spięta i przez to bardziej ostrożna w ocenie. Tak naprawdę jednak marzyła o tym, żeby wszystko przebiegło po jej myśli, żeby mogła się tu zaszyć i odciąć od ostatnich tygodni, które nie kojarzyły jej się najlepiej.

– Rozumiem, że miałabym pomagać w opiece nad pana córeczką? – spytała po chwili.

Swoją drogą kawa była naprawdę pyszna. Zero kwaskowatego posmaku, delikatna nuta goryczy, ale przełamana czymś karmelowym i słodkawym. A wszystko to podane w kremowej filiżance ze złotym uszkiem. Joanna lubiła zwracać uwagę na drobiazgi, a ten w szczególności przypadł jej do gustu.

– Mniej więcej – skinął głową Leon. – Amelia to właściwie córka mojej żony z jej poprzedniego związku, ale wychowujemy ją razem. Ma pięć lat.

– Pana żona pracuje, tak?

– Nie, jest w domu.

Joanna trochę się zdziwiła. Skoro matka dziecka nie pracowała, to czy faktycznie potrzebowała dodatkowo opiekunki?

– Czy to stanowi jakiś problem? – Spojrzał na nią z niepokojem.

Pokręciła przecząco głową.

– Absolutnie nie. Po prostu myślałam, że mam zajmować się małą podczas państwa nieobecności – uśmiechnęła się trochę niepewnie.

– Moja żona ma pewne problemy… Nie chciałbym od razu używać tu słowa depresja, czy też raczej go nadużywać, ale często dopada ją coś w rodzaju melancholii. Zamyka się wtedy w sobie i ciężko do niej dotrzeć. Nie mogę pozwolić na to, by Amelka z tego powodu cierpiała. Dlatego postanowiłem zatrudnić kogoś, kto trochę ożywi jej dni. I odciągnie uwagę od smutku mamy.

Bursztynowy kolor tęczówek wytrącał Joannę z równowagi. Było w nim coś tajemniczego, coś niepokojącego, a jednocześnie ta barwa kusiła, zupełnie jakby chciała, żeby ktoś zatopił się w niej bez końca.

Z oddali dobiegł ich jakiś hałas.

– Przepraszam na moment.

Leon wstał i skierował się w stronę drzwi. Kiedy wyszedł z pokoju, dotarło do niej, że nie umiałaby go opisać. Czy był wysoki? Szczupły? Miał drobne czy raczej duże dłonie? A włosy? Raczej ciemne? Czy jasne? Proste? Kręcone? Na pewno dało się go lubić. Był taki… otwarty, mimo że mówili do siebie przez pan i pani. Zresztą sam powiedział, że to tylko chwilowa kurtuazja.

Joanna wypiła łyk kawy i wstała. Pokręciła się trochę po bibliotece, dotknęła grzbietów książek, a potem znowu usiadła, czekając na rozwój wydarzeń.

CHŁOPIEC

Podobno w wieku trzech lat dziecko nabiera zdolności motorycznych, wymagających bardzo precyzyjnej koordynacji. Potrafi więc posmarować chleb masłem, jeździć na trzykołowym rowerku, coraz lepiej wspinać się po schodach, łącznie ze stawianiem na przemian nóg, myć zęby, wkładać buty czy skakać na jednej nodze.

Ale chłopiec kompletnie sobie z tym nie radził. Rowerek miał po starszej siostrze i nie umiał na nim jeździć. Za każdym razem kierownica przekrzywiała się zupełnie bez powodu, a on spadał z siodełka. Ciągle miał pozdzierane kolana, na które mama naklejała mu plastry.

– Jesteś totalną ofermą – mówiła siostra i pukała się w czoło. – Ja w twoim wieku potrafiłam się samodzielnie ubrać, nie wspominając o innych rzeczach. Jak dalej będziesz taką niezgrabotą, to przyjdzie kominiarz i cię zabierze.

Chłopiec nie wiedział, kto to jest kominiarz, ale był przerażony. Lubił swój dom, swój pokój i zabawki, i przecież miał już rodzinę. Nie chciał iść do żadnego kominiarza, ale nie wiedział, jak temu zapobiec. Rowerek go nie słuchał, guziki w kurtce były jakieś oporne, a schody w domu naprawdę wydawały się za wysokie. Ciągle się o coś potykał, przewracał.

– Chyba najwyższy czas oddać cię w końcu kominiarzowi – śmiała się starsza siostra.

Chłopiec drętwiał wtedy ze strachu. Ach, gdyby tylko umiał czarować! Od razu zażyczyłby sobie, żeby wszystko mu się udawało. I żeby siostra zaczęła go choć trochę lubić. Szkoda, że ciągle mu dokuczała. Że się z niego wyśmiewała i przy byle okazji dawała mu do zrozumienia, że jest niewiele wart.

Fajnie byłoby mieć kogoś bliskiego, kto stawiłby czoło niejednemu kominiarzowi.

MAGDALENA


Jesteś bardzo ładna. I bardzo ładnie pachniesz. – Magdalena była żoną Leona i właśnie dotykała włosów Joanny. – Są miedziane – bardziej stwierdziła, niż zapytała. – Miękkie w dotyku. Farbujesz je?

Joanna przełknęła ślinę.

Kiedy Leon wyszedł, była pewna, że pojawi się za moment, by omówić dalsze szczegóły. Ale on zniknął, kawa ostygła, więc Joanna dopiła resztę i nadal siedziała w fotelu, nie do końca wiedząc, co ze sobą zrobić. Po półgodzinie zamiast mężczyzny do pokoju weszła kobieta, na oko czterdziestoletnia, mocno umalowana. Miała ciemne włosy upięte niedbale w kok i ciemne oczy. Trochę jak gęsta czekolada. Za to cerę miała jasną. I powieki ozdobione złotym brokatem. Ten makijaż nie pasował być może do pory dnia, z drugiej strony, przecież była u siebie. Mogła malować się, tak jak chciała. I kiedy chciała.

– Jestem Magdalena. – Kobieta wyciągnęła rękę i chwyciła dłoń Joanny. A potem ją powąchała i jakby ucieszona dodała: – Nie pachniesz hiacyntem. To dobrze, to bardzo dobrze.

Joanna, kompletnie zaskoczona, nie wiedziała, co odpowiedzieć. Niby dlaczego miałaby pachnąć hiacyntem?

– Bo ja nie lubię tego zapachu – odpowiedziała natychmiast Magdalena, zupełnie jakby czytała jej w myślach. – Nie znoszę wręcz. Dusi mnie i zatyka. Czuję się wtedy, jakby ktoś odbierał mi oddech, jakby siadał mi na piersi i dociskał z całej siły.

– Obiecuję, że nigdy nie będę pachnieć hiacyntem. – Joanna uniosła dwa palce. – Ja sama jestem dość mocno wyczulona na różne aromaty, więc rozumiem, że to może przeszkadzać.

– Mów do mnie Magdaleno. Ale nie Madziu albo Magdo. Po prostu Magdaleno.

– Oczywiście – zgodziła się dziewczyna. – Ja jestem Joanna. Też nie Asia ani Joasia.

– Ile masz lat?

– Niedługo skończę dwadzieścia osiem.

– Jesteś młoda. Młodość coraz częściej mnie irytuje, ale między nami będzie zupełnie inaczej. Wierzę, że się zaprzyjaźnimy. I tak sobie myślę, że Amelka też cię polubi. A czy ty umiesz może tańczyć?

Joanna przytaknęła.

– Nie zawodowo, ale trzy lata chodziłam na kurs tańca współczesnego.

– To fantastycznie! Zawsze chciałam się tego nauczyć.

Joanna chciała zapytać, dlaczego w takim razie nie bierze udziału w żadnych zajęciach, w końcu nauka tańca polega głównie na spotkaniach grupowych, na ćwiczeniach z profesjonalnym instruktorem, ale coś jej mówiło, że na razie lepiej milczeć. Człowiek powinien przede wszystkim obserwować. W ten sposób najlepiej zbiera się informacje o drugiej osobie. A kiedy już niczego więcej nie da się zobaczyć, należy zadawać pytania. Przy czym słowa trzeba umieć wyważyć. Czasami powie się za dużo i można wszystko zniszczyć.

Magdalena sprawiała wrażenie kobiety pełnej pasji. Mówiła, gestykulując, a kiedy milkła, jej ręce nadal unosiły się w powietrzu, zupełnie jakby ciało jeszcze nie skończyło narracji. Ubrana była w ciemnoniebieską sukienkę, która fantazyjnie owijała jej się wokół nóg. To chyba był szyfon. A może jedwab? Na pewno coś niezwykle zwiewnego, co bardzo spodobało się Joannie. Ona sama najczęściej chodziła w dżinsach i jednokolorowych podkoszulkach, jakby bojąc się spróbować czegoś innego. Chyba nie odważyłaby się kupić takiej sukienki. A może powinna? Skoro uciekła z miasta oddalonego od tego miejsca o jakieś sześćset kilometrów, to chyba mogła również kupić sobie coś zupełnie nowego?

– O czym myślisz? – spytała ją Magdalena.

Joanna trochę się zmieszała.

– Nie wiem sama. O twojej sukience chyba – dodała nieśmiało.

Magdalena nagle przestała się uśmiechać.

– A co, jeśli jutro jej nie będzie?

– Dlaczego? – nie zrozumiała Joanna.

Magdalena nie odpowiedziała, tylko zakręciła się wkoło i chwyciła dziewczynę za ręce.

– Nieważne, to tylko ubranie. Opowiesz mi coś o jazzie? Bo ja wiem tylko, że jazz jest wolnością, więc przynajmniej w tym kontekście ją odczuję. Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy. Bycie wolnym w każdym momencie swojego życia. Bez żadnych kłódek, bez konieczności powrotów do klatki, bez zamykania drzwi.

Joanna znowu nie wiedziała, co powiedzieć. Magdalena była dość ekspresyjna nie tylko w ruchach, ale również tym, co i jak mówiła. Poznały się zaledwie kilka minut temu, a kobieta rozmawiała z nią tak, jakby znały się od dłuższego czasu. Dlaczego wspomniała tak nagle o wolności? O klatce i zamykaniu drzwi? Dziewczyna nigdy wcześniej nie spotkała kogoś takiego, w jej otoczeniu wszyscy byli na swój sposób „normalni”, spokojni. Nudni? Uśmiechnęła się trochę niepewnie i zaczęła snuć opowieść jak z podręcznika o tańcu, ale Magdalena i tak słuchała jej z wypiekami na twarzy.

 

– Nie bardzo wiem, co chciałabyś usłyszeć… – Odchrząknęła. – Ale może zaciekawi cię fakt, że początki tańca jazzowego sięgają pierwszych lat przybycia afrykańskich niewolników do Ameryki Środkowej i Północnej. Ich tańce i muzyka były znacznie bardziej swobodne, eksperymentalne i improwizacyjne niż te tradycyjne, przywiezione do Ameryki Północnej przez europejskich imigrantów… – zawiesiła na moment głos.

– Otóż to – zachwyciła się Magdalena. – Swoboda i improwizacja. Czyli wolność, tak jak wspominałam.

– I tak, i nie. Bo jednak obowiązują pewne zasady, pewne określone ruchy i zatrzymania, ale…

– Ale i tak nikt ci nie wiąże rąk – przerwała jej Magdalena.

Joanna zamilkła na moment. Znowu to dziwne wtrącenie.

– Przepraszam, mów dalej – zreflektowała się żona Leona i posłała w jej kierunku tak szeroki uśmiech, że Joanna odniosła wrażenie, iż za chwilę twarz Magdaleny wręcz pęknie.

– O tych plemiennych tańcach mówiło się, że są jak rozmowa. Pewnie dlatego, że tancerze reagują na siebie wyjątkowo ekspresyjnie, tworząc płynność, która potrafi całkowicie oczarować. Przynajmniej ja to tak odbieram.

– Ale ja tańczę zazwyczaj sama. Kiedy nikt nie widzi. A czasem z Amelką.

– O, właśnie. – Joanna uznała, że to najlepszy moment, żeby przerwać wywód o tańcu i zadać w końcu nurtujące ją pytania. – A kiedy poznam twoją córeczkę?

Magdalena zmarszczyła brwi.

– Dzisiaj. Tak, na pewno dzisiaj. Chociaż… lepiej jutro rano, okej? A wiesz, że bardzo lubię odtwarzać w głowie najróżniejsze emocje, a potem je odgrywać? Wyobrażam też sobie kolory uczuć. Złość jest oczywiście czerwona, wściekłość burgundowa. Cios jest biały, czysty i idealnie precyzyjny. Gniew fioletowy, strach brunatny. Czasem wydaje mi się, że wszystko ma swój kolor. Nawet zdrada i śmierć. Albo bezczynność. No dobrze, dość jak na pierwszy raz. Teraz muszę się czegoś napić. A ty idź do siebie, bo ja chyba na dzisiaj mam wystarczająco wrażeń.

Magdalena wybiegła z pokoju, zostawiając w nim całkowicie zaskoczoną Joannę.

Dziewczyna usiadła w fotelu i roześmiała się, kręcąc głową. Ekscentryczna, wyjątkowo nieprzewidywalna kobieta. Zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. Zaszumiała tą swoją sukienką z szyfonu czy też jedwabiu, wprowadziła chaos i przyjemny zapach perfum z cytrusową nutą, by po chwili ulotnić się jak kamfora. Na dodatek Joanna nadal nie wiedziała, kiedy dokładnie pozna Amelkę.

Dziwne.

Ale przynajmniej nie będzie się tu nudzić.

POKÓJ


Nowe życie. Chyba tak mogłaby to nazwać.

Najbardziej zdumiona była jej przyjaciółka Iwona, która nie mogła uwierzyć, że Joanna tak po prostu chce zniknąć.

– Nie jesteś pierwsza, która rozstała się z facetem. I zapewniam cię, że również nie ostatnia. Ale czy to jest powód, żeby wszystko przekreślać i chować się nie wiadomo gdzie?

Joanna nie wiedziała, jak to wytłumaczyć.

– To nie tak, że odcinam się od tego, co było. Po prostu chcę zobaczyć, czy pasuję również do innych miejsc. Innych ludzi, sytuacji, zapachów. I wiem, że kiedy zmienię otoczenie, będzie mi łatwiej zapomnieć.

Iwona nie wyglądała na przekonaną.

– Uciekasz – powiedziała tylko.

Z jednej strony Joanna wiedziała, że przyjaciółka ma rację. Z drugiej – coś ją ciągnęło w nieznane, a ona czuła, że to najlepszy moment na taką decyzję.

– Zadzwoń natychmiast, jak dojedziesz, słyszysz? A jak będzie źle, to po prostu cię stamtąd zgarnę.

Joanna przytuliła ją mocno i obiecała, że będzie się regularnie meldować.

A teraz stała w progu swojego nowego pokoju i wysyłała wiadomość Iwonie.

„Jest idealnie. Tak właśnie to sobie wyobrażałam, więc nie musisz się o mnie martwić”.

Musiała uczciwie przyznać, że pokój, który dostała, był naprawdę ładny. Pośrodku stało białe, duże i bardzo wygodne łóżko. Podłoga była drewniana, pomalowana na kolor antracytowy. W prawym rogu stała szafa, a obok niej regał z książkami. Na podłodze leżał pistacjowy dywanik, a obok łóżka stała nocna szafka z lampą w kształcie tulipana. Pod oknem znajdowała się zielona komoda z wymalowanymi na niej geometrycznymi jaskółkami. Joanna wrzuciła do szuflad bieliznę i koszulki do spania, a w szafie powiesiła spodnie, dwie bluzki i ciemną spódnicę. Pewnie i tak jej nigdy nie założy. Swetry i T-shirty starannie ułożyła na półkach, a trzy pary butów ustawiła obok komody. Rozejrzała się wkoło. Wszystko tu było przyjemne dla oka, stosunkowo nowe i najwyraźniej z wyższej półki cenowej. I chociaż każdy mebel był inny, w jakiś sposób idealnie do siebie pasowały. Z jednej strony nowoczesne, z drugiej – dotknięte echem przeszłości. Błyszcząca komoda miała więc ceramiczne uchwyty, a w ciemnej szafie, w jednym ze skrzydeł drzwi, ktoś wkomponował kawałek starej deski. Joanna nigdy wcześniej nie widziała tak oryginalnych mebli, sama miała zawsze urządzony pokój klasyką z Ikei, może niezbyt efektowną, ale przynajmniej w dobrej cenie.

Podobał jej się też fakt, że posiadała własną łazienkę, do której wchodziła bezpośrednio ze swojego pokoju. Łazienka była kremowa, trochę sterylna, ale kiedy Joanna poustawiała w niej swoje rzeczy, zrobiło się znacznie przytulniej. Najbardziej zachwyciła ją wanna – wolnostojąca, z mosiądzu, a co najważniejsze – ogromna. Mogła się w niej bez problemu wyciągnąć i czytać wieczorami książki. Zawsze o takiej marzyła.

Pokój znajdował się na poddaszu tego ogromnego domu, który składał się aż z trzech pięter. Parter zajmował Leon. Miał tam sypialnię, bibliotekę, coś w rodzaju biura, pokój do ćwiczeń, łazienkę oraz osobne wyjście do ogrodu. Magdalena mieszkała na pierwszym piętrze, razem z Amelką. Trochę to było dziwne, ale Joanna postanowiła nie wnikać w cudze zwyczaje. Ludzie nie potrzebują wspólnych sypialni, żeby być razem. Czasem taka intymność dobrze robi.

Joanna nie zwiedziła jeszcze całej willi, co więcej, miała dziwne wrażenie, że jest ona dość nietypowo zaplanowana, brakowało w niej jakiejś symetrii, normalnego rozkładu pomieszczeń, zupełnie jakby ktoś bawił się projektowaniem kolejnych pięter i dowolnie rozrzucał po nich pokoje. Trochę przypominało to labirynt, a trochę chaos, ale może właśnie dlatego było w tym coś magicznego. Joanna nigdy wcześniej nie widziała domu, w którym znajdowałoby się tyle najróżniejszych schowków, szaf, za którymi ukryte były drzwi, oraz maleńkich pokoików zamykanych na klucz. Na drugim piętrze na przykład ktoś zaprojektował miniaturowe pomieszczenie, w którym w każdej ze ścian znajdowały się drzwi. Dokąd prowadziły? Tego jeszcze nie wiedziała, ale sam pomysł wydał jej się wyjątkowo dziwny. Pokoik przypominał rozgałęźnik, od którego odchodziły kolejne odnogi. Tylko po co?

Jej pokój był dość prosty, nie wprowadzał żadnej niepewności, nie był dziwaczny, nie miał drzwi wiodących do kolejnych pomieszczeń, z wyjątkiem tych do łazienki. Joanna pomyślała tylko, że wolałaby przesunąć łóżko pod ścianę; dziwnie czuła się z tym, że stoi pośrodku, jakby było najważniejszym meblem, czymś, co rządzi pozostałymi.

– Jutro spytam, czy mogę je przesunąć – powiedziała do siebie na głos.

Otworzyła szafę i odłożyła na półkę zapinany sweter. W domu było ciepło, wystarczyło zakładać cienki T-shirt. Joanna nie zabrała ze sobą zbyt wielu rzeczy, co pewnie w jakimś sensie było powiązane z chęcią ucieczki. Czasem człowiek nie tylko chce zmienić otoczenie; chce zmienić wszystko. Nie potrzebuje wspomnień, przynajmniej przez jakiś czas. Nie chce, by czerwony sweter przypominał mu ostatnią randkę, a poduszka w kwiaty kojarzyła się z dawnym życiem. Zmiany powinny być stanowcze, odważne i konkretne. Pewnie dlatego Joanna kupiła nowe T-shirty, nową kurtkę, płaszcz i dwa ciepłe swetry, jeden w kolorze zielonym, a drugi czarny. Dobrze jest zaczynać wszystko od nowa. Wspomnienia mają to do siebie, że i tak prędzej czy później wrócą, choć na razie spały twardym snem, pozwalając Joannie skupić się na nowej rzeczywistości.

Ostatecznie nie zapytała, czy może przesunąć łóżko, po prostu to zrobiła. W końcu to był jej pokój, mogła spać tam, gdzie było jej najwygodniej.

Kiedy następnego dnia wieczorem wróciła do siebie, łóżko znowu stało pośrodku.

Joanna poczuła lekkie mrowienie na plecach.

Najwyraźniej jednak popełniła błąd.

A do tego nadal nie poznała dziecka.