Uprowadzone

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Dedykacja

2  1

3  2

4  3

5  4

6  5

7  6

8  7

9  8

10  9

11  10

12  11

13  12

14  13

15  14

16  15

17  16

18  17

19  18

20  19

21  20

22  21

23  22

24  23

25  24

26  25

27  26

28  27

29  28

30  29

31  30

32  31

33  32

34  33

35  34

36  35

37  36

38  37

39  38

40  39

41  40

42  41

43  PODZIĘKOWANIA

44  O AUTORCE

Tytuł oryginału: The Lost

Przekład: Karolina Podlipna

Opieka redakcyjna: Maria Zalasa

Redakcja: Marta Stęplewska

Korekta: Karolina Pawlik, Natalia Jóźwiak, Maria Zalasa

Projekt okładki: Elsie Lyons

Zdjęcia na okładce: © Roy Bishop/arcangel, ilolab/Shutterstock,

ultimathule/Shutterstock, design56/Shutterstock,

PinkBlue/Shutterstock, thanasus/Shutterstock

Adaptacja okładki na potrzeby polskiego wydania: Norbert Młyńczak

Copyright © 2019 by Natasha Preston.

Originally published in the United States of America by Sourcebooks Fire, an imprint of Sourcebooks, Inc. www.sourcebooks.com

All rights reserved.

Copyright for Polish edition and translation

© JK Wydawnictwo sp. z o.o. sp. k., 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być powielana ani rozpowszechniana za pomocą urządzeń elektronicznych, mechanicznych, kopiujących, nagrywających i innych bez uprzedniego wyrażenia zgody przez właściciela praw.

ISBN 978-83-66380-45-5 Wydanie I, Łódź 2020

JK Wydawnictwo sp. z o.o. s.k. ul. Krokusowa 3, 92-101 Łódź tel. 42 676 49 69 www.wydawnictwofeeria.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Elizabeth

Byłam wręcz porażona, kiedy powiedziałaś mi, że jechałaś piętnaście godzin z Florydy do Teksasu na spotkanie ze mną. Nigdy nie zapomnę czasu, który tam razem spędziłyśmy. I naprawdę jestem szalenie dumna z tego, co teraz osiągnęłaś!

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

Dziesięcioro uciekinierów. Tak określiła ich policja.

W tym roku w naszym miasteczku zaginęło dziesięcioro nastolatków, a był dopiero lipiec.

Wyglądałam przez okno starego baru. Odpryskująca, wyblakła farba w magnoliowym odcieniu nadawała mu nieco obskurny wygląd, ale jedzenie było tu smaczne. Było lato, jednak pogoda ewidentnie zapomniała zajrzeć do kalendarza. Ciemne szare chmury kłębiły się na niebie, zwiastując kolejne opady deszczu. Tak było przez cały dzień, jedna mżawka zaczynała siąpić tuż po drugiej. Deszcz raz po raz zamierał niemal tak szybko, jak się pojawiał. My natomiast miałyśmy przed sobą całe długie wakacje, po których czekał nas ostatni rok szkoły. Jeżeli pogoda nie zechce łaskawie stanąć po naszej stronie, nie wyglądało na to, aby szykowała się szczególnie świetna zabawa.

– Piper, patrz, jest kolejna ofiara – powiedziała Hazel, machając do mnie z drugiego końca stołu telefonem, na którym czytała właśnie artykuł z lokalnej prasy. Odgarnęła za ucho swoje długie do ramion, ciemne, kręcone włosy.

– Spójrz tylko. – Pokazała mi ekran.

„Ucieczka jedenastego nastolatka”.

Zniknęło ich już jedenaścioro.

– Kto tym razem?

– Lucie Bean, szesnastolatka. Znów nasz rocznik . Mieszka o pół godziny drogi stąd. Ostatnio widziana dwa dni temu przed Huck’s Café z przyjaciółmi. Podobno wyszła stamtąd sama, ale nigdy nie dotarła do domu.

Mauveton liczy pięć tysięcy ośmiuset trzydziestu dziewięciu mieszkańców. To gęsto zaludniona, ale mała mieścina, w której nie ma nic do roboty, a większe miasto znajduje się o ponad godzinę jazdy samochodem stąd, co sprawia, że żyjemy w jednym z najnudniejszych miejsc na ziemi.

Ale mimo to jedenaścioro uciekinierów na przestrzeni osiemnastu miesięcy wydawało się nieadekwatnie dużą liczbą. Wszyscy zniknęli kompletnie bez śladu.

– Hazel, do której szkoły chodziła ta Lucie?

– Do Świętego Drake’a.

– Wow. Czy to przypadkiem nie jest… czekaj, już trzecia osoba z tej szkoły? – Przygryzając wargę, sięgnęłam po telefon Hazel, żeby przeczytać cały artykuł.

– Co masz na myśli? – zapytała, a jej oczy zwęziły się podejrzliwie.

– Myślę, że to tylko kwestia czasu, nim zniknie ktoś, z kim chodzimy na lekcje. – Z tej dziury na końcu świata zawsze uciekało mnóstwo ludzi, ale w ciągu ostatniego roku trend ten zdecydowanie się nasilił. Niewiarygodnie się nasilił.

Hazel odłożyła telefon, a ręce oparła na stole po obu stronach talerza z frytkami. Tak, zamówiła frytki na śniadanie. Ohyda.

– Naprawdę sądzisz, że oni zaginęli? To znaczy, że, no wiesz, ktoś ich porwał, a nie po prostu dali nogę?

– Jeśli ktoś zamierza się stąd wynieść, na ogół robi to po osiemnastce. A teraz rośnie liczba młodszych uciekinierów. Nie sądzisz, że coś tu nie gra?

Połknęła kolejną przeżuwaną frytkę.

– Być może. Ale gliniarze najwyraźniej nie podzielają twoich obaw.

Zbyłam jej komentarz wzruszeniem ramion.

– No cóż, pewnie wiedzą lepiej.

– Hmm, no nie wiem… A co jeżeli to ty masz rację? Co jeżeli policja nawet nie bierze pod uwagę opcji, że dzieje się coś dziwnego? – Nagle zaczęła grać rolę adwokata diabła.

Ale co niby miałybyśmy zrobić? To, że uwielbiałam oglądać filmy i programy detektywistyczne, nie oznaczało, że miałam kwalifikacje do odnajdywania zaginionych ludzi w prawdziwym świecie!

Cóż, potencjalnie zaginionych.

– Hazel, co zatem mamy twoim zdaniem zrobić?

– Eee… Możemy na przykład spróbować ich odnaleźć.

Och, no tak po prostu. Jasne.

– A w jaki sposób?

– Zachowując się jak normalne nastolatki. – Unosząc brwi, rzuciła mi triumfujące spojrzenie. – Będziemy chodzić na imprezy i włóczyć się z ludźmi… no tam, gdzie włóczą się normalni ludzie w naszym wieku.

 

– Czekaj, chyba za tobą nie nadążam.

Przewróciła swoimi ciemnobrązowymi oczami.

– Żeby odnaleźć nastolatków, musimy zachowywać się jak nastolatki. Takie stereotypowe, no wiesz. Nie sądzę, żebyśmy się do takich zaliczały.

Hazel miała rację. Żadnej z nas nikt nie nazwałby ekstrawertyczką. Większość czasu spędzałyśmy albo w moim pokoju, albo w jej, oglądając komedie romantyczne, przerażające filmy grozy i thrillery.

– Tak, zdecydowanie się do takich nie zaliczamy – potwierdziłam.

– Musimy to zmienić.

– Dlaczego? To znaczy, dlaczego chcesz spróbować rozwikłać tę zagadkę, Haze?

Przechyliła lekko głowę.

– A co innego mamy do roboty przez całe wakacje? – odpowiedziała.

Cóż. Nic. Może i nic nie znajdziemy, a może akurat uda nam się odkryć, co się stało z tymi nastolatkami.

Ale tak czy inaczej wyglądało na to, że możemy zafundować sobie całkiem ciekawe wakacje, a nie spędzić je, przesiadując przez cały czas w domu.

Zapowiedź choćby tej namiastki życia towarzyskiego była zbyt nęcąca, aby ją zignorować. Może nawet fajnie będzie gdzieś wyjść. Może przez to ciągłe siedzenie w domu tylko we dwie coś nas omijało.

– No dobra, wchodzę w to.

– Jupi! – krzyknęła Hazel entuzjastycznie. – Och, myślisz, że uda nam się zdemaskować kryjówkę jakiegoś patologicznego seryjnego mordercy?

– Nie, myślę, że niczego się nie dowiemy, ale przynajmniej te wakacje zakończymy ze świadomością, że wchłonęłyśmy trochę witaminy D i nie spędziłyśmy ich jak dwa totalne przegrywy. Więc to plus, prawda?

Ramiona Hazel opadły lekko.

– Pipes, czy twoja szklanka jest dzisiaj do połowy pusta?

– Nie. Wierzę, że kryje się za tym coś więcej niż ucieczka kilkorga nastolatków z miasta, jednak nie wydaje mi się, abyśmy miały się znaleźć w epicentrum jakiegoś kryminalnego dramatu. Nie mamy pojęcia, co robimy, a skoro policja nie może niczego znaleźć, nie ma najmniejszego powodu sądzić, że nam się uda.

– Pipes, musisz się w to w pełni zaangażować. Wchodzimy w to tylko i wyłącznie z pozytywnym nastawieniem.

– Niech będzie. Wszystko mi jedno. Polowanie na mordercę czas zacząć! – powiedziałam, żeby ją udobruchać.

– Jupi! – Wzięła do ust kolejną frytkę. Ja zamówiłam dwa ciastka i kawę, Hazel frytki i filiżankę herbaty.

– To gdzie zaczynamy?

– Może nad jeziorem? – podsunęłam.

Jej oczy rozszerzyły się, jakby nagle zdała sobie sprawę, co całe to „życie towarzyskie” za sobą pociągnie.

– Wolno nam tam pójść?

– To nie jest teren prywatny. Dlaczego miałybyśmy nie iść?

– Nigdy tam nie byłyśmy. Nikt nas nigdy nie zapraszał.

– Hazel, jezioro jest dla wszystkich. Nie potrzebujesz specjalnego zaproszenia.

Rozumiałam jednak, co miała na myśli. W szkolnych salach często pobrzmiewały echa rozmów związanych z wyjazdami nad jezioro. Rozmów prowadzonych przez tych, którzy spędzali tam większość weekendów. A w lecie również większość wieczorów w tygodniu.

Lecz nikt nigdy nie wyszedł z propozycją, abyśmy ja i Hazel również się tam wybrały. Same sobie też nigdy tego nie zaproponowałyśmy. Tak, zdecydowanie powinnyśmy trochę pożyć.

– Okej – powiedziałam, wyjmując z kieszeni gumkę. Związałam długie, ciemne włosy na czubku głowy. – Do dzieła! Spotkajmy się nad jeziorem dziś wieczorem. I proszę, zachowuj się normalnie.

Skrzywiła się.

– Nie wiem, co masz na myśli.

– I tego właśnie się obawiam. Wiesz, że nie jesteś w stanie powstrzymać się od mówienia ludziom dokładnie tego, co myślisz, a nie wszyscy to lubią. Nie zawsze będę obok ciebie, żeby stanąć za tobą murem.

– Ale dzisiaj wieczorem będziesz!

– Zachowuj się jak najlepiej. – Ostrzegawczo uniosłam brew.

Ostatnią rzeczą, której potrzebowałyśmy podczas naszego pierwszego towarzyskiego wypadu, był ostracyzm. W sumie i tak nie miałam pojęcia, jakiego przyjęcia mogłyśmy się tam spodziewać.

Dzwoneczek u drzwi zadźwięczał irytująco, oznajmiając coś, co można było określić tylko jako wejście smoka.

Hazel i ja jednocześnie spojrzałyśmy w tamtą stronę. Do kawiarni weszło dwóch przystojnych studentów w ciuchach, które prawdopodobnie kosztowały więcej niż auto moich rodziców.

Nazywali się chyba Caleb i Owen. Kojarzyłam gości, ponieważ ich dziani starzy należeli do organizacji hojnie dotującej lokalne akcje charytatywne.

Mieszkali parę mil za miasteczkiem, w okolicy, w której osiedlali się inni zamożni ludzie. Tutaj przyjeżdżali tylko wtedy, kiedy mieli do załatwienia coś w związku z którąś z licznych akcji dobroczynnych.

Ale bar i dobroczynność? Nie żeby temu lokalowi nie przydał się zastrzyk gotówki, ale jednak organizacja charytatywna to to raczej nie jest.

Hazel wyciągnęła szyję, żeby lepiej im się przyjrzeć. W rzeczy samej, to samo zrobili wszyscy obecni w barze. Obejrzałam się przez ramię, gdy nowo przybyli ruszyli w stronę lady. Nie byłam w stanie zrozumieć, co mówią, choć w pomieszczeniu panowała taka cisza, że można by było usłyszeć piśnięcie myszy.

Po jakiejś minucie wzięli dwie kawy na wynos. Gdy odwrócili się do wyjścia, szybko obróciłam z powrotem głowę, mocno zaciskając wargi.

Cholera. Miałam nadzieję, że nie zauważyli, jak się gapię.

Twarz mi płonęła, a Hazel, spoglądając na mnie, wytrzeszczyła oczy. Czy próbowała w ten sposób dać mi do zrozumienia, że zostałam przyłapana na gorącym uczynku? Czy też zachwycała się ich niemalże posągowym pięknem oraz idealnie dopasowanymi, modnymi, eleganckimi fryzurami?

Czego oni w ogóle używają, że ich włosy są aż tak błyszczące?

Przeszli obok nas i kątem oka dostrzegłam, jak jeden z nich obrócił głowę, by na mnie spojrzeć. Co miałam robić?

Wiedziałam, czego zdecydowanie robić nie powinnam, ale… mimo to również spojrzałam. Krystalicznie przejrzyste niebieskie oczy wpatrywały się we mnie bez cienia zażenowania. Byłam więcej niż pewna, że moje zdradzały coś zgoła innego. Ten, który na mnie patrzył, to chyba Caleb. Obaj mieli krótkie blond włosy, modnie zaczesane na bok. Obaj nosili świeżo wyprasowane granatowe spodnie i koszule na guziki, z rękawami podwiniętymi do łokci. Ubranko bogacza, ech.

Caleb skinął głową w moim kierunku, a jego blond kosmyki tylko nieznacznie drgnęły. I w następnej chwili już go nie było.

Dzwoneczek ponownie zadźwięczał, gdy drzwi otworzyły się i zamknęły za chłopakami.

Głośno wypuściłam powietrze. Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że wstrzymywałam oddech, dopiero teraz w głowie zaczęło mi się kręcić z braku tlenu.

– Widziałaś to? Spojrzał na ciebie! – Hazel aż kipiała podekscytowaniem. – No tak totalnie na ciebie patrzył! I wiesz, że cię uwielbiam, słonko, ale twoje włosy w tej chwili są w tragicznym stanie.

– Dzięki – mruknęłam, nie kryjąc sarkazmu. Odsunęłam od siebie resztę ciastka. Po tym, co się stało, jakoś przeszła mi chęć na jedzenie. Caleb nie mógł przecież na serio na mnie patrzeć, prawda? Nie żeby to miało jakiekolwiek znaczenie. Byłam dla niego zbyt młoda. – Chodźmy po nasze rowery. Muszę wracać do domu i pomyśleć o makijażu na wieczór.

Hazel wstała.

– Nie zapomnij zrobić też czegoś z włosami.

2

Przypięłam rower do stojaka przed biblioteką.

Dochodziła dwudziesta, lecz słońce nie skryło się jeszcze w morzu szarych chmur. Szkoda tylko, że mżawka wciąż nie ustępowała. Zaczęłam schodzić w dół ścieżką ciągnącą się stąd aż do jeziora. Na głowę naciągnęłam kaptur.

Wyprostowałam włosy, które teraz sięgały mi do pasa. Trwało to całe wieki, ale efekt zdecydowanie był tego wart. Makijaż odpuściłam, bo prawdopodobnie wyglądałabym jak klaun. Użyłam tylko tuszu do rzęs i błyszczyka, a to i tak znacznie więcej niż zazwyczaj.

Dotarłam teraz do ścieżki prowadzącej do polnej dróżki wiodącej nad jezioro. I wtedy z drugiego jej końca ruszył biegiem jakiś chłopak. Niesamowicie przystojny chłopak. Nie patrzył pod nogi, ponieważ oczy utkwił… we mnie. Chwila. To Caleb. Znowu?

Stanął przede mną i uśmiechnął się. Wow, miał naprawdę fajny, perłowobiały uśmiech.

– Cześć! – rzucił.

– Hej – odpowiedziałam, starając się nie marszczyć brwi. – Wszystko w porządku?

Skąd on się tu wziął?

– Tak. Przepraszam, widziałem cię stamtąd. – Podrapał się po karku, jak gdyby rozmowa ze mną sprawiała, że stawał się nerwowy. – No i dzisiaj rano. Idziesz nad jezioro?

Pamięta mnie z kawiarni!

– Taki był plan. Mogę ci w czymś pomóc? – zapytałam, próbując nadać głosowi chłodne brzmienie, jakby na niczym mi nie zależało. W środku natomiast mój żołądek fikał koziołki.

– Hmm, tak jakby – odpowiedział z lekkim uśmiechem. – Mogłabyś ze mną pogadać. – Trochę dziwna prośba od, było nie było, nieznajomego.

– Pogadać z tobą? – zapytałam.

– Czemu nie? – odpowiedział, wzruszając lekko ramionami.

Och, pachniał też przyjemnie, jakby dopiero wyszedł spod prysznica. Chciałam podejść o krok bliżej.

– Nie znam cię.

– Wiem. Teraz rozumiesz mój problem?

Potrząsnęłam głową.

– Nieszczególnie.

Śmiejąc się, zbliżył się o krok.

– Jestem Caleb – przedstawił się.

Wiem, jak ma na imię, lecz przecież tak naprawdę go nie znam.

– Piper – odpowiedziałam.

– Ładne imię.

– Dzięki. – Dlaczego on w ogóle ze mną rozmawia?

– Studiujesz tutaj czy…?

Pokręciłam głową, czując się jak dziecko.

– Chodzę do liceum.

– Ach tak, przeszło mi to przez myśl.

– Czyli wyglądam na licealistkę – wymamrotałam. Może powinnam była zaryzykować z nieco mocniejszym makijażem. Ech, nie, wyglądałabym jak klaun.

– Nie. Wręcz przeciwnie. To tylko moje parszywe szczęście, że nie masz jeszcze osiemnastu lat, więc nie mogę zaprosić cię na randkę.

Unosząc brew, poczułam, jak początkowy szok związany z tym, że do mnie podszedł, powoli zanika, a budzi się mieszkająca we mnie uszczypliwa laska.

– Dlaczego sądzisz, że chciałabym się z tobą umówić, nawet jeśli byłabym już pełnoletnia?

Jego niebieskie oczy zamigotały rozbawieniem.

– Myślę, że byłbym w stanie cię przekonać.

Dobrze myślisz.

– Cóż, Caleb, obawiam się, że nigdy się tego nie dowiemy. Jeszcze trochę mi do osiemnastki brakuje.

Przy czym „trochę” oznaczało półtora roku, ale mniejsza z tym. Chłopak przygryzł dolną wargę i przez sekundę mi się przyglądał. Wyglądało to trochę tak, jakby procesor mu się przegrzewał. Boże, co ja bym dała, żeby móc zajrzeć teraz do jego głowy!

Czekałam, czy będzie mi dane dowiedzieć się, o czym tak intensywnie myśli.

– Ja mam dwadzieścia jeden lat.

Pięć lat to nie taka znów ogromna różnica. Dobra, kogo ja tu próbuję nabrać i czemu w ogóle o tym myślę?

Odpychając idiotyczne myśli przemykające mi w tym momencie przez głowę, cofnęłam się o krok, jakby ten odrobinę większy dystans miał w jakiś sposób sprawić, że zacznę myśleć bardziej trzeźwo.

– Powinnam poszukać przyjaciółki. Czeka na mnie nad jeziorem.

Spojrzał na ścieżkę, przeczesując otoczenie wzrokiem w poszukiwaniu czegoś lub kogoś, po czym znów skupił uwagę na mnie.

– Idziesz sama?

– Tak. Zostawiłam rower obok biblioteki.

Caleb znów spojrzał na ścieżkę prowadzącą nad jezioro.

– Pozwól, że cię odprowadzę.

– Dzięki, ale byłam tu już mnóstwo razy.

Cóż, może niezupełnie mnóstwo, zważywszy na fakt, że Hazel i ja nigdy wcześniej się w tym miejscu nie umawiałyśmy, ale nie chciałam przy nim sprawiać wrażenia totalnego przegrywa. Z jakiegoś niemądrego powodu – i to pierwszy raz, kiedy coś takiego mi się przytrafiło – zależało mi na tym, co ktoś o mnie pomyśli. Co pomyśli o mnie chłopak.

Och, jak wszystko może zmienić się w mgnieniu oka.

– Jesteś pewna? – Zmarszczka widoczna na jego czole jeszcze się pogłębiła. – Wolałbym, żebyś nie chodziła tędy sama.

– Tak, jestem całkiem pewna. Dzięki. – Odwróciłam się, by odejść, lecz Caleb chwycił mnie za nadgarstek.

– Zaczekaj chwilkę. Masz konto na Facebooku?

– A są jeszcze ludzie, którzy nie mają? – odpowiedziałam, a Caleb zachichotał.

 

– Znajdę cię. Piper…?

– Willis.

Skinął szybko głową i puściwszy mnie, oddalił się powoli.

Znajdzie mnie na Facebooku. Jak od teraz będzie wyglądało moje życie?

Ruszyłam dalej ścieżką, by znaleźć Hazel. Deszcz wreszcie przestał padać. W okolicy zebrali się ludzie z trzech szkół średnich. Wszystkich razem była, lekko licząc, setka, więc wyglądało na to, że nie będzie mi łatwo odnaleźć przyjaciółkę. Wyszła przede mną i mieszkała bliżej, więc powinna już gdzieś się tutaj kręcić. Wieczór był naprawdę ciepły, więc nie mogłam pojąć, dlaczego ktoś wpadł na pomysł rozniecenia cholernego ogniska. Chociaż to, że udało im się utrzymać ogień przy mżawce, robiło pewne wrażenie. Hazel nie znosiła gorąca, więc było mało prawdopodobne, bym znalazła ją w pobliżu ogniska. Ja z kolei miałam wprost przeciwnie – wolałam raczej, żeby było mi za gorąco, niż żebym miała zmarznąć. Jakimś cudem dostrzegłam ją jednak niemal natychmiast. Gadała z trzema dziewczynami.

Nie rozpoznawałam ich. Ramiona miała skrzyżowane a jedną brew uniesioną. Wyglądała, jakby się z nimi sprzeczała.

Szykuje się niezłe przedstawienie…

Podeszłam do niej szybko. Gdy tylko się zbliżyłam, zdałam sobie sprawę o co chodziło – o Lucie. Zaginiona dziewczyna numer jedenaście.

– Jak możecie nic nie wiedzieć? Była waszą przyjaciółką! – powiedziała Hazel. Trzy dziewczyny popatrzyły na siebie.

– Co się dzieje? – zapytałam Hazel, zatrzymując się obok niej i uśmiechając do dziewczyn, które wyglądały na nieco przerażone moją przyjaciółką o, mówiąc oględnie, raczej nikłych umiejętnościach towarzyskich.

Hazel obróciła głowę w moim kierunku.

– Przyjaciółki Lucie nie wiedzą, dlaczego zniknęła ani dokąd mogła się udać.

– Wszyscy chcą dać drapaka z tego okropnego miasta – odparowała dziewczyna stojąca w środku, obdarzając nas wyjątkowo nieprzyjaznym spojrzeniem.

Hazel może i była trochę nieokrzesana, ale to w końcu moja przyjaciółka.

– To mimo wszystko dość dziwne. No wiecie, w końcu się przyjaźniłyście, a kompletnie nie miałyście pojęcia, że ma zamiar wyjechać? – powiedziałam.

Przeniosły uwagę na mnie, a dziewczyna pośrodku, najwyraźniej samozwańcza rzeczniczka grupy, prychnęła.

– Odwalcie się, to nie wasza sprawa. Nie znacie Lucie, więc zostawcie swoje opinie dla siebie.

– Nie osądzam was, ale kto ucieka, nie powiedziawszy ani jednej osobie, dokąd zamierza się udać? Albo nie zostawiwszy przynajmniej jakiejś wskazówki?

– Cóż, najwidoczniej są ludzie, którzy nie chcą, aby ich odnaleziono. Tak jak Lucie.

Podniosłam dłonie.

– Okej, w porządku. Po prostu byłyśmy ciekawe.

– No to nie bądźcie. To nie ma z wami nic wspólnego – przerwała mi liderka grupy. Jako pierwsza ruszyła z miejsca, a pozostałe dwie dziewczyny poszły potulnie za nią, niczym marionetki.

Odwróciłam się do Hazel.

– O co poszło?

Wzruszyła ramionami, podnosząc na mnie wzrok.

– Podsłuchałam, jak rozmawiały o Lucie. Wspomniały, że nie odpisywała na ich SMS-y.

– A ty nie mogłaś się powstrzymać, co?

Zadarła nos.

– To chyba jakaś choroba.

Śmiejąc się, szturchnęłam ją, wskazując na miejsce nieopodal, gdzie było nieco chłodniej.

– Chodź, postarajmy się przynajmniej sprawiać wrażenie, że tu pasujemy.

– Nie sądzisz, że to dziwne? Najlepsze przyjaciółki Lucie kompletnie nic nie wiedziały o tym, żeby planowała opuścić miasto. No wiesz, tak konkretnie. Dokąd Lucie mogłaby się udać? Co chciała robić? Przecież przyjaciele wiedzieliby takie rzeczy, nie? – zapytała Hazel. Ruszyłyśmy po puszki… czegoś.

– Jasne, ale raczej nic nam nie powiedzą, skoro trudno powiedzieć, abyś się z nimi zaprzyjaźniła.

Prychnęła.

– Wszystko jedno.

– Myślisz, że ktokolwiek z tutaj obecnych wie coś o uciekinierach?

– Założę się, że tak.

Przystanęłam w miejscu.

– Ooo, może jest tu ktoś zamieszany w handel ludźmi? Albo jakieś chore, sekciarskie rytuały?

– Piper, przyhamuj trochę z tymi swoimi wyobrażeniami jak z filmów grozy.

– Nie wiesz tego – zaoponowałam.

Hazel sięgnęła do lodówki po dwie puszki coli.

– Zaczyna mnie to nudzić. To był błąd, nie ma w tym nic zabawnego. Kiedy wracamy?

– Dopiero co przyszłam!

Znów zadarła nos, a jej kręcone włosy zatańczyły na wietrze.

– To twój problem. Ja jestem tu już od dziesięciu minut. Jedyne osoby, z którymi rozmawiałam, to te cholernie wrogo nastawione dziewczyny i jakiś gość, który uznał za stosowne mnie pocałować.

– Ktoś cię pocałował?

– Próbował.

Taaak, nie ma mowy, żebyśmy zawarły tu nowe znajomości.

– To wszystko do bani – powiedziała.

– Chyba wspomniałam coś o tym, że nie damy rady rozwiązać żadnej zagadki kryminalnej, jeśli będziemy stereotypowymi nastolatkami, pamiętasz?

Jeżeli chodziło o mnie, nie wszystko było tak całkiem do bani, bo po drodze tutaj spotkałam najsłodszego faceta na świecie. Dlaczego nie powiedziałam o tym Hazel? Udławiłaby się na wieść, że gadałam z facetem, nawet jeśli miałabym go już nigdy więcej nie zobaczyć. Byłam zbyt młoda, żeby chodzić z Calebem, chociaż Hazel i tak próbowałaby mnie do tego przekonać. Od roku nie miałam chłopaka. W zasadzie poprzedniego też nawet nie powinnam tak określać, bo byliśmy razem przez pięć dni i tylko raz musnął mnie w policzek. Najwyraźniej byłam dla niego zbyt wielką nudziarą. Mogłabym mu oszczędzić tych pięciu dni, gdyby po prostu zapytał na początku, czy jestem ciekawą osobą.

– Powinnyśmy trochę pośledzić znajomych Lucie na Facebooku – zaproponowałam. I może przy okazji sprawdzić, czy Caleb już mnie tam odnalazł. O ile w ogóle zadał sobie ten trud. Nie byłby pierwszym chłopakiem, który coś powiedział, a później zmienił zdanie.

– Znacie Lucie?

Odwróciłam się w stronę, z której dobiegł mnie głos zadający to pytanie. Wpatrywał się w nas chłopak, na oko w naszym wieku. Pochmurne spojrzenie, jakim nas obdarzył, pozwalało założyć, że słyszał każde słowo, które właśnie powiedziałam.

Więc teraz nie tylko oskarżałyśmy ludzi o to, że są okropnymi przyjaciółmi, ale również głośno rozprawiałyśmy o tym, że lubimy urządzić sobie od czasu do czasu małe stalkowanko.

Rewelka.

Hazel zrobiła mały krok do tyłu.

– Nieszczególnie. Słyszałyśmy, że zniknęła, ale nie znałyśmy jej osobiście.

Gość wpatrywał się we mnie przez chwilę, która wydawała się wiecznością. Takie w każdym razie miałam wrażenie.

– Dlaczego przesłuchujecie przyjaciółki Lucie?

Wzruszyłam ramionami.

– Wpadłyśmy na nie przez przypadek.

– Przyszłyście tu poplotkować? Ona nie jest tylko kolejną uciekinierką, liczbą w raporcie. To moja… przyjaciółka.

Ależ gładko nam szło!

– Nie sądzimy, że to tylko kolejna uciekinierka. Uważamy, że to dziwne, że ludzie znikają. Wydaje się, że nikogo więcej to nie martwi.

Skrzyżował ramiona i popatrzył na mnie takim wzrokiem, jakim Hazel obdarzyła tamte dziewczyny.

No dalej. Nie czułam się onieśmielona.

Prostując plecy, zyskałam jakiś cal wzrostu, niemal dorównując mu pod tym względem.

– Uważasz, że Lucie uciekła?

Lewa powieka mu zadrgała.

– Nie, nie uważam tak. Ale najwyraźniej bardziej chciała się stąd wyrwać niż być ze mną.

Och, czyli była dla niego kimś więcej niż przyjaciółką. Czuł się zraniony. I ze wszystkich osób, które mogły podsłuchać naszą rozmowę o Lucie, musiało trafić akurat na niego. Moja przyjaciółka-zdrajczyni najwidoczniej straciła głos. Jakże wygodnie.

– Przykro mi, że Lucie zniknęła – powiedziałam. Mówiłam szczerze. Naprawdę było mi przykro.

Potrząsając głową, odwrócił się na pięcie i odszedł, jakby nie chciał tracić na nas ani chwili więcej.

– Cóż… – zaczęłam, obracając się do Hazel. – Czy jest tu jeszcze ktoś, komu masz ochotę naubliżać, czy możemy już iść?

– Zdecydowanie możemy wracać.

Jednocześnie odwróciłyśmy się i ruszyłyśmy ścieżką pod górę.

– Dzięki za wsparcie – rzuciłam sarkastycznie, wyrzucając swoją puszkę po coli do pojemnika na odpady.

Hazel się roześmiała.

– Wyglądało na to, że masz wszystko pod kontrolą. Nie odniosłam wrażenia, że potrzebujesz wsparcia.

Obejrzałam się przez ramię, by ostatni raz rzucić okiem na grupkę skupioną nad jeziorem. Po drugiej stronie widać było rzekę przecinającą miasteczko. Chłopak Lucie obserwował nas z założonymi rękami, mocno marszcząc brwi. Wszystko jedno.

– Jak myślisz, co się wydarzy, jeśli ją znajdziemy? I wszystkich innych też? – zapytała Hazel.

– Może nie chcą, aby ich odnaleziono.

– Nie wiem. Ale dla osób, które ich kochają, to musi być straszne… Niewiedza, gdzie są, czy nic im się nie stało. Poza tym, jakie jest prawdopodobieństwo, że rzeczywiście ich odnajdziemy? Bo jeżeli chodzi o mnie, to jestem przekonana, że nasze szanse są zerowe.

– Nie próbujemy rozwiązać zagadki kryminalnej, przyglądamy się tylko dziwnym ucieczkom. To i tak lepsze niż przesiedzenie całego lata w domu, nie pamiętasz?

Idąc obok Hazel, bawiłam się bransoletką przyjaźni, którą nosiłam na nadgarstku. Zrobiłyśmy takie dla siebie nawzajem, kiedy miałyśmy po dziesięć lat. Moja była czarno-fioletowa, zwykły splot z czarnymi koralikami na obu końcach. Hazel natomiast miała czarno-różową.

Żadna z nas nie lubiła już fioletu ani różu, lecz mimo to wciąż je nosiłyśmy. Gdy dotarłyśmy do końca ścieżki, obok nas zatrzymał się samochód.

Przyciemniana szyba zjechała w dół.

– O, Caleb – powiedziałam, a moje serce zrobiło fikołka. Obok siedział jego kumpel Owen. Uniósł dłoń w leniwym geście powitania.

– Wsiadaj, Piper. Podwiozę cię.

– Eee – powiedziałam, odwracając się ku Hazel… której szczęka znajdowała się niemal na ziemi.

W sumie chyba powinnam była wspomnieć jej o spotkaniu z Calebem. Po powrocie do domu usta jej się nie zamkną.

Caleb się roześmiał.

– Podwieziemy was obie.

– Mamy rowery – zaczęłam tłumaczyć, oglądając się za siebie.

– Wiem, ale zapowiada się jeszcze większa ulewa. Po rowery wrócicie jutro.

Hazel zamknęła usta. Szturchnęła mnie.

– Tak, Piper, możemy po nie wrócić jutro, żaden problem.

– No dobra – ustąpiłam. I tak nie chciałam przemoknąć na wylot. Hazel obeszła auto dookoła, ładując się do środka z drugiej strony.

Też otworzyłam drzwi i wsiadłam.

– Dzięki, Caleb.

Spojrzał na mnie w lusterku wstecznym i się uśmiechnął.

– Zawsze do usług.

Hazel trzasnęła drzwiami. Caleb opuścił wzrok i włączył się do ruchu. Obserwowałam go w lusterku. Był skoncentrowany na drodze. Jego oczy stały się puste, a uśmiech zgasł. Nacisnął guzik i wszystkie drzwi zostały zablokowane.