3 książki za 35 oszczędź od 50%

Złoczyńca, Więźniarka, Królewna

Tekst
Z serii: O Koronie I Chwale #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ ÓSMY

W Delos były zakątki, w które Berin zwykle się nie zapuszczał. Były to miejsca, w których unosił się odór potu i desperacji. Ich mieszkańcy zdolni byli posunąć się do wszystkiego, byle tylko przetrwać. Berin próbował zniechęcić nieprzyjaznymi spojrzeniami czających się w zakamarkach ludzi, by trzymali się od niego z daleka.

Gdyby tylko wiedzieli, że ma przy sobie złoto, Berin był pewien, że poderżnęliby mu gardło, a zawartość skrytego pod jego tuniką mieszka podzielili i wydali w pobliskich karczmach i domach gier, nim dzień dobiegnie końca. To właśnie tych miejsc teraz szukał – gdzież indziej miałby znaleźć żołnierzy po skończonej służbie? Jako miecznik Berin znał zwyczaje wojów i wiedział, w jakich miejscach bawią.

Złoto dostał od kupca, do którego zabrał dwa sztylety. Wykuł je, by móc pokazać tym, którzy mogli go nająć. Był to piękny oręż, taki, który z dumą nosiłby u pasa niejeden możnowładca, zdobiony złotym filigranem i wyrytymi na rękojeściach scenami łowów. Były to ostatnie cenne przedmioty, jakie mu pozostały. Czekał z tuzinem innych ludzi przed kontuarem kupca i otrzymał za nie połowę tego, co były warte.

Dla Berina nie miało to znaczenia. Liczyło się jedynie odnalezienie jego dzieci, a do tego potrzebne mu było złoto. Złoto, którym mógł płacić napitek dla właściwych osób, które mógł wetknąć we właściwe dłonie.

Powoli chodził od jednej karczmy Delos do drugiej. Nie mógł ot tak zadawać pytań, na które szukał odpowiedzi. Musiał mieć się na baczności. Niejaką pomocą było to, że miał w grodzie kilku przyjaciół, miał ich także w imperialnej armii. Przez minione lata wykuty przez niego oręż ocalił życie niejednemu.

Mężczyznę, którego szukał, znalazł podpitego w środku dnia w jednej z karczm. Cuchnął tak straszliwie, że ławy w pobliżu niego były puste. Berin zgadywał, iż jedynie imperialny uniform powstrzymywał karczmarza przed wyrzuceniem go na zbity pysk na ulicę. Cóż – to i fakt, iż Jacare był tak tłusty, że wynosić go musiałaby połowa mężczyzn w karczmie.

Berin zobaczył, że gruby mężczyzna podnosi oczy, widząc, iż ktoś się do niego zbliża.

- Berin? Mój stary druhu! Podejdź i wypij no ze mną! Choć ty będziesz musiał

zapłacić. Jestem teraz…

- Tłusty? Pijany? – zgadywał Berin. Wiedział, że mężczyzny nie urażą jego

przytyki. Zdawał się z rozmysłem służyć za przykład najgorszego żołnierza w szeregach imperialnej armii. Zdawało się, że przewrotnie jest z tego nawet dumny.

- … w nieco kłopotliwej sytuacji finansowej – dokończył Jacare.

- Być może mógłbym przyjść ci z pomocą – powiedział Berin. Poprosił o napitek,

lecz nie tknął swojego. Musiał rozumować jasno, jeśli ma odnaleźć Ceres i Sartesa. Odczekał zatem, aż Jacare opróżni swój kufel, siorbiąc przy tym niczym osioł u koryta z wodą.

- Cóż więc sprawiło, że ktoś taki jak ty poszukuje mego skromnego towarzystwa?

– zapytał Jacare po chwili.

- Szukam wieści – odparł Berin. – Takich, jakie ktoś na twym miejscu mógł

zasłyszeć.

- Ach, wieści. Przy ich omawianiu chce się pić. I kosztują drogo.

- Szukam mojej córki i syna – wyjaśnił Berin. W kim innym być może

wzbudziłby tymi słowami nieco współczucia, lecz wiedział, że na mężczyźnie pokroju Jacare’a nie wywrze takiego wpływu.

- Syna? Nesosa, tak?

Berin pochylił się przez stół i zacisnął dłoń wokół nadgarstka Jacare’a, który właśnie

Podnosił kufel do ust. Nie pozostało mu już zbyt wiele krzepy, której nabył wykuwając młotami broń w kuźni, był jednak wystarczająco silny, by mężczyzna się wzdrygnął. I dobrze, pomyślał Berin.

- Sartesa – odrzekł. – Mój starszy syn nie żyje. Sartesa zabrano do armii. Wiem, że dociera do ciebie wiele pogłosek. Chcę wiedzieć, gdzie jest on i gdzie jest moja córka, Ceres.

Jacare wyprostował się, a Berin pozwolił mu na to. I tak nie był pewien, czy zdoła długo jeszcze utrzymać mężczyznę w miejscu.

- Może i coś o nich słyszałem – przyznał żołnierz. – ale takie sprawy mają to do siebie, że są trudne. Mam wiele wydatków.

Berin wyciągnął niewielki mieszek ze złotem. Wysypał je na stół, wystarczająco daleko, by Jacare nie mógł po nie sięgnąć.

- Czy to pokryje twoje “wydatki”? – zapytał Berin, spoglądając na kufel mężczyzny. Spostrzegł, że przelicza złoto, najpewniej ważąc w myśli, czy zdoła przekonać Berina, by zapłacił więcej.

- Z twą córką sprawa jest prosta – powiedział Jacare. – Jest w zamku, pośród możnowładców. Ogłoszono, że ma poślubić księcia Thanosa.

Berin odetchnął z ulgą, usłyszawszy te słowa, choć nie był pewien, co o tym sądzić. Thanos był jednym z nielicznych członków królewskiego rodu, którzy zachowywali się wobec niego przyzwoicie, ale zaślubiny?

- Z twym synem sprawa ma się inaczej. Niech no pomyślę. Doszły mnie słuchy, że kilku żołnierzy z Dwudziestego trzeciego zbierało rekrutów w twojej okolicy, lecz nie mam pewności, iż jest z nimi. Jeśli tak, obozują nieco na południe stąd i usiłują wyszkolić rekrutów do walki z rebeliantami.

Na tę myśl w Berinie zagotowało się ze złości. Był w stanie odgadnąć, jak w armii potraktują Sartesa i co zawiera się w tym “szkoleniu”. Musiał uwolnić syna. Lecz Ceres była bliżej i musiał choćby zobaczyć się z córką, nim wyruszy na poszukiwania Sartesa. Podniósł się z miejsca.

- Nie pijesz już? – zapytał Jacare.

Berin nic nie odrzekł. Zamierzał udać się do zamku.

***

Berinowi łatwiej niż komu innemu było dostać się za mury zamku. Przeszło już nieco czasu, lecz nadal był tym, który stawiał się tam, by omawiać wymagania mistrzów boju co do ich oręża albo by przynieść poszczególne sztuki broni dla możnowładców. Musiał jedynie udawać, iż powrócił do pracy, przechodząc pewnym krokiem obok strażników przy zewnętrznej bramie i wchodząc na teren, gdzie sposobili się do boju wojownicy.

Teraz musiał dotrzeć tam, gdzie znajduje się jego córka – gdziekolwiek to było. Ogrodzone miejsce, w którym ćwiczyli się wojownicy a resztę zamku oddzielała zaryglowana brama. Berin musiał poczekać, aż ktoś otworzy ją z przeciwnej strony. Przepchnął się obok sługi, który to uczynił, próbując sprawiać wrażenie, iż przez jakieś naglące sprawy musi znaleźć się w innej części zamku.

Tak zresztą było, jednak większość ze strażników nie zrozumiałaby tego.

- Hej, ty! A niby dokąd się wybierasz?

Berin zatrzymał się, słysząc szorstki głos mówiącego. Nim się obrócił, wiedział już, że ujrzy strażnika, a nie wiedział, jak wyjaśnić swoją obecność w zamku tak, by mężczyzna mu uwierzył. W najlepszym razie mógł mieć nadzieję, że wyrzucą go z zamku, nim zdoła zbliżyć się do córki. W najgorszym zaś czeka go wtrącenie do lochu albo wyprowadzenie na egzekucję w miejsce, w którym nikt tego nawet nie spostrzeże.

Odwrócił się i ujrzał dwóch strażników, po których widać było, że służyli w imperialnej armii nie od dziś. Ich włosy poprzetykane były siwizną równie gęsto, jak Berina, a twarze mieli zniszczone, jak gdyby wiele lat spędzili, tocząc bój w słońcu. Jeden z nich przewyższał Berina o dobrą głowę, lecz pochylał się lekko nad włócznią, na której się wspierał. Drugi miał brodę, którą nacierał olejem i woskiem tak długo, iż zdawała się niemal tak ostra, jak broń, którą trzymał w dłoni. Na ich widok Berina ogarnęła ulga, gdyż rozpoznał ich obu.

- Varo, Caxus? – odezwał się. – To ja, Berin.

Napięcie zawisło na chwilę w powietrzu i Berin miał nadzieję, że tych dwóch go pamięta. Wtem strażnicy roześmiali się.

- W rzeczy samej, to ty – powiedział Varo, prostując się na chwilę. – Nie widzieliśmy cię tu od… ile to już czasu upłynęło, Caxusie?

Drugi mężczyzna przesuwał dłonią po brodzie, zastanawiając się nad odpowiedzią.

- Przeszło wiele miesięcy, odkąd był tu ostatni raz. Nie mówiliśmy odkąd dostarczył mi karwasze minionego lata.

- Musiałem wyjechać – wyjaśnił Berin. Nie rzekł dokąd. Kowali może i nie opłacano zbyt sowicie, ale Berin wątpił, by strażnicy dobrze zareagowali na wieść o tym, iż szukał najmu gdzie indziej. Żołnierzom zwykle nie w smak było, gdy wróg otrzymywał dobry oręż. – Nastały ciężkie czasy.

- Czasy są ciężkie wszędzie – zgodził się z nim Caxus. Berin spostrzegł, że zmarszczył nieco brew. – Nie wyjaśnia to jednak, co robisz w głównej części zamku.

- Nie powinieneś tu wchodzić, kowalu, i wiesz o tym – przytaknął Varo.

- Cóż się stało? – zapytał Caxus. – Nieoczekiwana naprawa ulubionego miecza któregoś z młodzianów w dworze? Sądzę, że doszłyby nas słuchy o tym, że Lucious strzaskał miecz. Najpewniej wychłostałby któregoś sługę do żywego mięsa.

Berin wiedział, że nie uda mu się przekonać ich takim kłamstwem. Miast tego postanowił więc spróbować jednego, co mogło podziałać: szczerości.

- Przybyłem zobaczyć się z córką.

Usłyszał, że Varo wciąga powietrze ze świstem.

- Ach, to nie będzie takie proste.

Caxus skinął głową:

- Widziałem, jak walczyła na Stade. Nie poddaje się łatwo. Ukatrupiła kolczastego niedźwiedzia i mistrza boju. Ale nie była to łatwa walka.

Berinowi ścisnęło się serce, gdy usłyszał słowa strażnika. Kazali Ceres walczyć na placu? Choć wiedział, iż ziszczeniem jej snów było toczenie boju na Stade, nie sądził, by o to im chodziło. Nie, chodziło o coś innego.

- Muszę się z nią zobaczyć – nalegał Berin.

Varo przechylił głowę na bok.

- Jak rzekłem, to nie takie proste. Nikt nie może jej odwiedzać. To rozkaz królowej.

- Ale ja jestem jej ojcem – odparł Berin.

Caxus rozłożył ręce.

- Niewiele możemy na to poradzić.

 

Berin zastanowił się szybko, co robić.

- Niewiele? Czy to odrzekłem, gdy chciałeś, bym nareperował drzewce włóczni, którą raz złamałeś, nim ujrzy to twój kapitan?

- Zgodziliśmy się, że nie będziemy o tym wspominać – odrzekł strażnik z niepokojem.

- A cóż ty rzekniesz, Varo? – mówił dalej Berin, kując żelazo póki gorące, nim drugi mężczyzna postanowi go wyrzucić. – Czy odparłem, że to “nie takie proste”, gdy chciałeś miecza, który dobrze leżałby w twej dłoni miast tego, który wydała ci armia?

- Cóż...

Berin nie ustępował. Ważne było, by rozwiać ich wątpliwości. Nie, ważne było, by zobaczył się z córką.

- Jak wiele razy mój oręż ocalił wam życie? – zapytał. – Varo, opowiedziałeś mi o herszcie bandy, którego ścigał twój oddział. Czyim mieczem go ukatrupiłeś?

- Twoim – przyznał Varo.

- A ty, Caxusie, gdy pragnąłeś przyozdobić swe nagolenniki filigranem, by wywrzeć wrażenie na dziewce, z którą się ożeniłeś, do kogo się udałeś?

- Do ciebie – przyznał Caxus. Berin widział, że mężczyzna się zastanawia.

- A było to jeszcze nim zacząłem podążać za wami podczas kampanii – powiedział. – A co z...

Caxus uniósł dłoń.

- Dobrze już, dobrze. Dowiodłeś swego. Komnata twej córki znajduje się na górze. Wskażemy ci drogę. Ale jeśli ktoś będzie pytał, prowadzimy cię do wyjścia z zamku.

Berin wątpił, by ktokolwiek miał o to zapytać, lecz w tej chwili nie miało to znaczenia. Liczyło się tylko jedno. Zobaczy się ze swoją córką. Ruszył za strażnikami przez zamkowe korytarze i po jakimś czasie dotarł wreszcie do drzwi zamkniętych na rygiel i na klucz od zewnątrz. Klucz znajdował się w zamku, więc Berin przekręcił go.

Mężczyźnie nieomal pękło serce, gdy po raz pierwszy od miesięcy ujrzał córkę. Leżała w łożu, pojękując i przebudzając się. Patrzyła na niego nieprzytomnymi oczyma.

- Ojcze?

- Ceres! – Berin podbiegł do niej i objął ją, przyciągając mocno do siebie. – Już dobrze. Jestem przy tobie.

Pragnął trzymać ją w ramionach i nigdy nie wypuścić, lecz usłyszał, że Ceres syknęła z bólu, gdy ją objął. Odsunął się spiesznie.

- Co się stało? – zapytał.

- Wszystko dobrze – odpowiedziała Ceres. – Nic mi nie jest.

- To nieprawda – rzekł Berin. Jego córka zawsze była silna, zatem skoro ją bolało,

musiało być bardzo źle. Berin nie chciał, by jego córka tak cierpiała. – Niech no spojrzę.

Ceres pozwoliła mu na to i mężczyzna wzdrygnął się na ten widok. Ciasno zszyte rany biegły równymi pręgami przez plecy jego córki.

- Jak się tu dostałeś? – zapytała Ceres, gdy ojciec oglądał jej rany. – Jak udało ci się mnie odnaleźć?

- Nadal mam w zamku kilku przyjaciół – odparł mężczyzna. – A nie zamierzałem poddawać się, nie odnalazłszy cię.

Ceres odwróciła się ku niemu i Berin dojrzał w jej oczach miłość.

- Rada jestem, że przyszedłeś.

- Ja także – powiedział Berin. – Nie powinienem był zostawiać cię z matką.

Ceres wyciągnęła rękę, by ująć jego dłoń i aż do tej chwili Berin nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo brak mu było córki.

- Teraz jesteś przy mnie.

- Owszem – rzekł. Przeniósł wzrok na powrót na jej plecy. – Nie oczyścili ran tak jak trzeba. Poczekaj, znajdę coś, co ci pomoże.

Trudno było mu opuścić ją nawet na tak krótki czas. Varo i Caxus wciąż czekali przed drzwiami i Berin nie musiał ich długo przekonywać, by przynieśli nieco jadła i wody. Być może dostrzegli wyraz jego twarzy, gdy chodziło o dobro Ceres.

Podał jej misę z jadłem i łapczywość, z jaką Ceres rzuciła się na nie wystarczyła, by dowiedział się, jak ją tu traktowano. Podniósł misę z wodą i zaczął oczyszczać rany, które odniosła w walce.

Ceres skinęła głową.

- Jest już znacznie lepiej, niż było.

- Nie chcę zatem myśleć o tym, jak źle musiało być – rzekł Berin.

Nie potrafił zapanować nad obezwładniającym go poczuciem winy. Gdyby ich nie opuścił, jego dzieci nie spotkałby taki los.

- Wybacz mi, powinienem być przy was.

- To mogłoby nic nie zmienić – powiedziała Ceres i Berin poznał, że córka próbuje dodać mu otuchy. – Rebelia i tak by wybuchła. Ja być może i tak walczyłabym na Stade.

- Być może – Berin nie chciał dawać temu wiary. Wiedział, że Ceres zawsze pociągało niebezpieczeństwo walk na Stade, lecz to nie oznaczało, że brałaby w nich udział. Być może byłaby bezpieczna. – Mógłbym ochronić twych braci i ciebie.

Ceres znów ujęła jego dłoń.

- Sądzę, iż przed pewnymi rzeczami nawet ty nie jesteś w stanie nas uchronić.

Berin uśmiechnął się.

- Czy pamiętasz czasy, gdyś była młodsza? Uważałaś mnie za najsilniejszego mężczyznę na świecie, który ochroni cię przed wszystkim.

Ceres odwzajemniła uśmiech.

- Teraz sama muszę siebie chronić i jestem wystarczająco silna, by to uczynić.

W głębi duszy Berin był rad, że to prawda, lecz wciąż chciał chronić swą córkę.

- W każdym razie to już przeszłość. Wydostanę cię stąd.

Berin powrócił myślami do strażników. Jak wielki był ich dług wdzięczności? Jak długo jeszcze będą mu pomagać, nim uznają, iż łatwiej wtrącić go do lochu?

- Znajdę na to sposób – przyrzekł Berin.

Ceres potrząsnęła gwałtownie głową.

- Nie. Nie ucieknę stąd.

- Wiem, że obawiasz się pojmania – powiedział Berin, kładąc swoją dłoń na jej. – ale sądzę, że mam w zamku wystarczająco wielu przyjaciół, by wydostać stąd nas oboje. Moglibyśmy przyłączyć się do rebelii.

- Nie w tym rzecz – odparła Ceres. – To moja ścieżka. Jestem tu, by walczyć. To jest mi pisane.

Berin wpatrywał się w nią zdumiony.

- Ty chcesz tu pozostać? – trudno było mu dać temu wiarę, szczególnie że włożył tak duży wysiłek w to, by ją odnaleźć. Oczywiste było dla niego, iż jeśli tylko zdoła dostać się do środka, odzyska swą rodzinę. – Sądziłem, że będziesz chciała stąd uciec. Że razem odnajdziemy Sartesa i wszystko będzie w porządku.

- I tak będzie – obiecała Ceres. – Powinieneś wyruszyć na poszukiwanie Sartesa. Sprawić, by był bezpieczny.

Podniosła się i przywdziała strój ćwiczebny. Przez chwilę Berin pomyślał, że pójdzie jednak z nim, lecz jej zachowanie na to nie wskazywało.

- Cóż ty robisz? – zapytał. – Jeśli nie idziesz ze mną, powinnaś wypocząć.

- Nie mogę – odparła Ceres. Zwróciła się znów ku niemu, na jej twarzy malowała się determinacja. – Zamierzam się ćwiczyć. Chcą mnie ukatrupić, lecz nie pozwolę im na to. Nie zamierzam się poddać ani pozwolić im zaznać satysfakcji na wieść o mojej ucieczce.

Berin przełknął ślinę, widząc siłę swej córki. Mimo tego nie chciał jej tak po prostu opuścić.

- Mógłbym pójść z tobą. Pomóc ci.

Ceres pokręciła głową.

- To samotna ścieżka, ojcze.

Uśmiechnął się do niej, czując, że do oczu napływają mu łzy i spostrzegł, że jej także. Nigdy nie był z niej bardziej dumny ani nie darzył jej większą miłością.

Oboje dali krok naprzód i długi czas się obejmowali.

- Kocham cię, Ceres – wyszeptał. – i nigdy się to nie zmieni.

- Wiem, ojcze – odrzekła. – I bez względu na to, czy jeszcze przyjdzie nam się zobaczyć, czy nie, wiedz, że i ja cię kocham.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Ceres skupiła swą uwagę, usuwając się na bok, pochylając i z trudem łapiąc oddech. Sińce wychodziły jej w miejscach, gdzie uderzyły kije. Master Isel stał naprzeciw niej na terenach ćwiczebnych, a ona patrzyła na niego. Stojąc tam zastanawiała się, czy miała słuszność, tak rychło prosząc, by znów ją ćwiczył. Mężczyzna zdawał się wątpić, czy już wydobrzała, gdyż jej rany ledwie się zagoiły. Ceres jednak upierała się przy swoim, zdecydowana powrócić do walki i doskonalić swe umiejętności, by być gotową na kolejną walkę.

I zginąć w boju na Stade.

Gdy rzekła, iż jest gotowa, Isel uwierzył jej na słowo i ćwiczył ją mocniej niż kiedykolwiek wcześniej. On także zdawał się wiedzieć, iż gra idzie o nie byle co.

- Żywo! – krzyknął.

Ceres starała się nadążać za poleceniami mastera Isela, wirując na terenach ćwiczebnych. Walczył z nią dwiema długimi pałkami, machając nimi tak, że Ceres musiała uchylać się i parować ciosy ćwiczebnym mieczem, który trzymała w dłoni.

- Obejdź od drugiej strony! – huknął, gdy Ceres dała krok w prawo. Uchyliła się w tył, gdy mężczyzna pchnął pałką. – Nie cofaj się w linii prostej. Czy chcesz, by przeciwnik cię dopadł? Nie, nie, nie w ten sposób!

Pałka przecięła ze świstem powietrze i uderzając w przedramię Ceres, wytrąciła jej miecz z ręki. Dziewczyna poczuła ukłucie bólu i zobaczyła, jak oręż wbija się ostrzem w piach.

- Wyciągnij przed siebie miecz, gdy nie atakujesz, a stracisz rękę!

Master Isel zamachnął się pałkami na głowę Ceres, by udowodnić swą rację. Ceres przeturlała się po ziemi i podniosła ze swym mieczem w dłoni.

Przyskakiwała i uchylała się, zatrzymywała uderzenia i unikała ich. Mimo tego mężczyzna zdołał zadać jej kilka ciosów. Jeden pozbawił ją tchu i musiała zebrać wszystkie siły, by nie przerwać walki. Walczyła tak długo, że przez szczypiący w oczy pot niemal nic już nie widziała.

Wreszcie Isel dał krok w tył i przyjrzał jej się bacznie, po czym dał znak, że czas wypocząć.

Ceres wsparła się na mieczu i odetchnęła.

Kątem oka spostrzegła Luciousa, który schodził na plac, by się ćwiczyć. Wkroczył na niego zamaszystym krokiem w pełnej zbroi, choć poza nim nikt nie był w nią odziany. Rozejrzał się wokoło, nakazał gestem orężnikowi, by się zbliżył, i zaczął się z nim ćwiczyć, choć widać było, że chłopak nigdy wcześniej nie walczył. Lucious zdawał się czerpać radość z uderzania mieczem ćwiczebnym bezbronnego przeciwnika.

Ceres zatrzymała się, by na nich popatrzeć, gdy nagle z zadumy wyrwał ją silny cios jednej z pałek mastera Isela.

- Miałam wypocząć! – wykrzyknęła z oburzeniem.

Mężczyzna uśmiechnął się.

- Nigdy nie dawaj wiary słowu swego przeciwnika.

Ceres znów rozpoczęła taniec ze stale poruszającymi się pałkami. Walka trwała, aż wreszcie master Isel cofnął się.

- Dosyć – powiedział, kiwając głową. – Napij się i zaczniemy znów.

Ceres podeszła do grupki wojowników stojących wokół beczki z wodą i pijących z niej za pomocą czerpaka. Spodziewała się, iż będzie musiała ich obejść albo odczekać, aż skończą pić. Miast tego mistrz boju o mocno zarysowanych muskułach i ogolonej głowie podał jej czerpak.

- Dobrze walczyłaś – powiedział. – Gdy master Isel pierwszy raz ćwiczył mnie pałkami, powalił mnie z tuzin razy.

Niższy mistrz boju o rzedniejących włosach przytaknął. Gdy się odezwał, Ceres poznała, że musiał przybyć do Imperium z ziem północnych.

- W walce też dobrze sobie poradziłaś. Nie uciekłaś. Przed starciem z taką bestią wielu by się cofnęło, ale ty się nie poddałaś. To słuszny odruch.

Pozostali milczeli, ale nie musieli nic mówić. Ceres wystarczyło to, że ją tam zaakceptowali, robiąc jej miejsce, by także mogła się napić.

Rzecz oczywista, Lucious musiał wszystko zepsuć. Przepychał się ku beczułce z wodą, jak gdyby nie mógł posłać po nią tuzina sług.

- Z drogi, kmiotki – warknął w stronę mistrzów boju. Ceres zdało się, że widzi, jak jeden z nich się uśmiecha.

- Zdało mi się, że coś słyszę – powiedział mężczyzna.

Inny wzruszył ramionami.

- To pewno wiatr.

Lucious obszedł ich wokoło i Ceres spostrzegła, że poczerwieniał na twarzy. Stanął przed nią i Ceres podejrzewała, że gdyby byli sami, zdzieliłby ją w twarz. To chyba lepiej, że tak nie było, pomyślała. Wpakowałaby się znowu w tarapaty za oddanie ciosu.

- Sądzisz, żeś taka sprytna? – zapytał ją. – Uważasz się za prawdziwą wojowniczkę, gdyż przeżyłaś jedną walkę na Stade?

- To nie ja uciekłam z placu boju – odcięła się.

Te słowa sprawiły, że Lucious poczerwieniał jeszcze bardziej. Sięgnął do pasa, do którego przytroczony był miecz. Nie był to byle miecz. Gdy go dobył, Ceres spostrzegła, że to broń, którą wykuł dla niej ojciec. Zapragnęła wyciągnąć rękę i chwycić go, gdyż osobnik pokroju Luciousa nie powinien nigdy dotykać niczego, co wyszło spod ręki jej ojca.

- Rozpoznajesz go? – zapytał Lucious. I uczynił coś, co dla Ceres było nie do pomyślenia: zaczął rozbierać miecz, rozkładając go na części. Ściągnąwszy złoty drut odwinął skórzany pas z rękojeści. Wyciągnął głowicę i ściągnął jelec z trzpienia. – Obrzydł mi już nieco.

 

Ceres przełknęła gniew. Poczuła na ramieniu dłoń jednego z mistrzów boju, powstrzymującego ją lub może oferującego wsparcie – tego nie była pewna. Jak Lucious mógł uczynić coś takiego? Czy nie wiedział, jak wielkiej pracy wymagało wykonanie takiego miecza? Fragmenty metalu spadały na ziemię, a Lucious zdawał się nic sobie z tego nie robić.

- Darujcie, panie – rzekł master Isel, zbliżając się do nich. – ale ci próżniacy chyba dosyć już wypoczęli. Wracać do ćwiczeń, ale już.

Ceres chciała zlekceważyć jego polecenie. Chciała zetrzeć pięścią uśmieszek z twarzy Luciousa. Powróciła jednak na plac, jak polecił master Isel.

Lucious krzyknął za nią:

- Ćwicz się, ile tylko chcesz. Na nic się to nie zda. Nazajutrz na Stade staniesz naprzeciw mojego wojownika i żadne podskoki z pałkami ci nie pomogą!

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?