Patrz, jak spadam

Tekst
Z serii: Palma #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Okładka

2  Strona tytułowa

3  Spis treści

4  I

5  II

6  III

7  IV

8  Strona redakcyjna

Beauty is the mystery of life.

Agnes Mar­tin

*

Tele­fon wibruje dokład­nie w chwili, kiedy wycho­dzi z miesz­ka­nia, idzie po ostrza do maszynki do gole­nia. Zamyka za sobą drzwi, staje na szczy­cie scho­dów i czyta, sły­sząc lek­kie kroki odda­la­ją­cej się Rebecki.

What­sApp.

Emme, aktywna.

żad­nego bal­ko­oningu ta to obie­cuję

Na sel­fie uśmie­cha się do apa­ratu. Pozuje na tle rzadko roz­miesz­czo­nych meta­lo­wych słup­ków balu­strady bal­konu w hote­lo­wym pokoju. Ma na sobie biały pod­ko­szu­lek, na ramio­nach i klatce pier­sio­wej widać opa­rze­nia od słońca, a wokół oczu jasne kręgi od czar­nych ray banów. Zie­lone oczy Emme są błysz­czące i zaczer­wie­nione.

Na stole w tle stoi butelka coli light i szklanki z kost­kami lodu, które roz­pa­dły się od gorąca. Wódkę, czy też co tam jesz­cze się znaj­do­wało, wynie­siono, ale w popiel­niczce w dol­nym rogu zdję­cia da się wypa­trzyć nie­do­pałki.

Z boku widać Morze Śród­ziemne, cienką, ciemną linię odci­na­jącą się od wie­czor­nego nieba, które już stra­ciło swój błę­kit, zro­biło się skrzą­co­ró­żowe i mato­wo­po­ma­rań­czowe.

Powięk­sza zdję­cie.

Basen daleko w dole pod bal­ko­nem. Białe kafelki spra­wiają, że woda wydaje się lodo­wata. Samotne żółte koło do pły­wa­nia zako­twi­czyło na środku basenu, a na beto­no­wym brzegu śpi młody męż­czy­zna. Tatu­aże tri­bale wyglą­dają, jakby przy­lgnęły mu do umię­śnio­nych ramion jak coś z fil­mów z Obcym. Obok niego dog z Majorki chłep­cze z cze­goś, co praw­do­po­dob­nie jest wymio­ci­nami.

Bar­dzo dobrze skom­po­no­wane zdję­cie.

Odpi­suje w odpo­wie­dzi:

Ha, ha. Ani mi się waż. Baw się dobrze.

Ona odpi­suje:

U watch me dad. me do da jump

Zdję­cie, które przy­cho­dzi póź­niej, to nie­koń­cząca się feeria roz­my­tych w ruchu barw, jakby osoba trzy­ma­jąca tele­fon wiro­wała w powie­trzu.

Emme, widziano o 20.37.

I

Maga­luf, 5 sierp­nia 2018

Była sobie kie­dyś plaża i jest tam też i dziś.

Tim Blanck prze­mie­rza śród­ziem­no­mor­ską noc.

Brzeg wody sza­rzeje i marsz­czy się od fal. Świa­tła waha­dło­wej karu­zeli z Tivoli Nightc­lub się­gają aż tutaj, na kilka sekund oświe­tlają parę kopu­lu­jącą na pia­sku, ich ciała w zie­lo­no­nie­bie­skiej poświa­cie. Potem znów zni­kają, w mrok, w swoje mię­śnie, geni­ta­lia i prze­grzane, naćpane mózgi, w chwile, które należą tylko do nich, a oświe­tle­nie waha­dło­wych ramion kie­ruje się w stronę gór, które przez krótki moment widać w oddali.

W poko­jach za hote­lo­wymi bal­ko­nami palą się świa­tła, ręcz­niki wiszą na suszar­kach jak flagi sym­bo­li­zu­jące nie­pod­le­głość.

Tim snuje się przez The Strip.

Tu, kawa­łek od plaży, wędrują gru­pami. Są jed­no­cze­śnie dziećmi i doro­słymi, bikini z gwiazd­kami na sut­kach, pod­ko­szulki z dekol­tami głę­bo­kimi jak wąwozy w pusz­czy, sukienki, sur­fer­skie szorty do kolan, białe dżinsy i koszule, w klu­bach ręce unie­sione wysoko do sufitu, muzyka wyzna­cza im rytm, oni sami two­rzą ruch, i wła­śnie tu, wła­śnie teraz, będą się upi­jać i odu­rzać, śmiać, krzy­czeć i tań­czyć, zasy­piać na przy­stan­kach auto­bu­so­wych i w bocz­nych ulicz­kach, wszystko naraz.

Są tu razem. Widzą się nawza­jem i są widoczni, rodzą się i odra­dzają.

Ktoś cię widział, Emme. Ktoś musiał cię widzieć.

Na początku, przez pierw­szy rok, Tim zawsze miał ze sobą jej zdję­cie, poka­zy­wał je na prawo i lewo, roz­da­wał ulotki, wkrótce wszę­dzie go już roz­po­zna­wali i odpę­dzali. Teraz ludzie się wymie­nili. Ci, któ­rzy go znają, igno­rują go, a nowi w ogóle nie zauwa­żają jego obec­no­ści albo się złosz­czą, każą mu spa­dać.

City Lights, Taboo, Pure Lounge, Sorry Mom Tat­too, Cha­plin, Bad Girlz, The Secret, Red Lion, Cry­stal, Coco Bongo, Benny Hill i THE STRIP.

Kro­cza kobiet wiru­jące na podiach, prze­ro­śnięci ochro­nia­rze w czar­nych pod­ko­szul­kach, nagie plecy z nabrzmia­łymi, potwor­nymi prysz­czami po ste­ry­dach, kan­cia­rze sprze­da­jący pod­róbki role­xów, pod­róbki wszyst­kiego, i nige­ryj­skie pro­sty­tutki cze­ka­jące w zauł­kach, w gru­pie, z nożami w dło­niach, gotowe obra­bo­wać pija­nych i porzu­co­nych, prze­żu­tych i wyplu­tych przez noc.

Poli­cja się temu przy­gląda. Wycze­kuje. Nad wszyst­kim czuwa moni­to­ring, ale zda­rza się, że nagra­nia zni­kają, a kamery oka­zują się zepsute.

Tim lustruje mało­laty. Tak jakby ona mogła tu być.

Chcą kąpać się nocą w morzu, czują się bez­piecz­nie w świe­tle neo­nów. Płyną w złą stronę, połyka ich to samo morze, które pochło­nęło rzym­ską flotę wra­ca­jącą z Kar­ta­giny pod­czas pierw­szej wojny punic­kiej.

Pić, palić, wcią­gać, dawać w żyłę.

Kupić trawę od jakie­goś Hin­dusa. Tego Hin­dusa?

Jutro to dziś. Które wła­ści­wie było wczo­raj. Ara­bo­wie sprze­dają kebaby, Chiń­czycy – tanie ręcz­niki pla­żowe, Laty­nosi sprzą­tają, a Rumuni i Buł­ga­rzy robią na budo­wie. Smród moczu i zaschnię­tego alko­holu, świe­żego zim­nego piwa, słod­kich drin­ków i cydru mąci powie­trze, bie­rze na lep komary i muchy, wygłod­niałe, spra­gnione krwi spły­wa­ją­cej chod­ni­kami po bój­kach na noże i buzu­ją­cej w żyłach nasto­lat­ków.

Kto cię widział, Emme?

Roz­po­zna­je­cie tę dziew­czynę? Widzie­li­ście ją? Weź­cie tę ulotkę, pokaż­cie ją zna­jo­mym.

Wha­te­ver, man.

Tim myślał czę­sto, że Maga­luf w sierp­niowe noce jest świad­kiem i upadku, i stwo­rze­nia, ale bra­kuje siód­mego dnia na odpo­czy­nek.

Przy plaży, która wciąż tam jest, pomię­dzy morzem a górami, zbu­do­wano domy, które miały pomie­ścić szczę­ście i marze­nia, miały zamie­nić marze­nia w pie­nią­dze i dla­tego wszystko jest tu dozwo­lone, jeżeli nie szko­dzi to biz­ne­sowi, a nawet i wtedy tak wła­ści­wie nikt nie potrafi zapro­te­sto­wać, bo obiet­nica zapu­ściła korze­nie zarówno wśród biz­nes­me­nów, jak i wśród tury­stów. Tra­fi­łeś do kra­iny bez­pra­wia. Możesz być kimś innym niż jesteś.

Kimś szczę­śli­wym.

Kimś w eufo­rii.

Kimś, kto ma to, czego inni pożą­dają naj­bar­dziej. Super­moce mło­do­ści.

Kra­ina, któ­rej nie ma na mapie. To, co będzie, zamiast tego, co było.

Ktoś chciał ci to ode­brać, Emme.

– Sma­kują jak sło­dy­cze! Jak mię­towe cukrowe laski! Jak żelki w kształ­cie rybek, smocz­ków. Macie coś o smaku kwa­śnych żelek?

One more, girls, try the green gummy bears this time. I make that shot myself. It’s my favo­urite.

Dwa shoty w cenie jed­nego.

Kurde, ale kopie. Kurde, zaczy­nam się robić pijana, shit, ale się ubz­dryn­go­li­łam, plaża, chce mi się tań­czyć, łiiii!

Give me a drag of that.

Tim je widzi. Pró­bują nauczyć się radzić sobie z samymi sobą i z innymi, są jak odbez­pie­czona broń, palec z całej siły naci­ska­jący na spust. Uno­szą się na sza­ro­czar­nych falach asfaltu, poświata neonu mierzwi brzeg, a świa­tła karu­zeli znów padają na ciała kochan­ków. Ziarna pia­sku trą o ich kro­cza, jutro będą mieć zadra­pa­nia tam, gdzie pie­cze naj­bar­dziej, bli­zny wojenne, któ­rymi będzie można się pochwa­lić pod­czas walk of shame i zakra­pia­nego śnia­da­nia, zanim znów przyj­dzie pora na opa­la­nie, spie­czoną skórę i piątą, szó­stą, siódmą powtórkę.

Póź­niej samo­lot zabie­rze ich z powro­tem.

Ale wrócą tu za rok.

Wła­śnie tak ludzie pod­cho­dzą do życia, myśli Tim, wra­ca­jąc ciemną boczną uliczką do samo­chodu. Naj­pierw prze­my­kamy się ostroż­nie, a potem pędzimy ku miło­ści, którą mamy nadzieję zna­leźć zaklętą w cza­sie. Ku miło­ści, o któ­rej tęsk­nie uda­jemy, że ist­nieje.

Sły­szymy ludzi poru­sza­ją­cych się po dru­giej stro­nie zamknię­tych drzwi. Sły­szymy tych, któ­rych kochamy. Zmie­rzają w naszą stronę, a my nie chcemy prze­stać marzyć. O miło­ści, o wol­no­ści i o zmar­twych­wsta­niu.

Maga­luf.

Tu wszystko się zaczyna.

Tu tyle się dzieje, tu wszystko może się zda­rzyć.

Maga­luf.

Wszystko nie mogło się tu skoń­czyć.

Będziesz mogła spoj­rzeć wstecz na swoje życie, Emme.

Tim widzi, jak czer­wony neon baru Benny Hill roz­świe­tla nocne niebo i zamie­nia się w nie­wy­raźny kształt, docho­dzi do wnio­sku, że chyba ni­gdy nie widział niczego pięk­niej­szego. Że tam, gdzie więk­szość dostrzega brzy­dotę, jest piękno.

 

Któ­rym wszy­scy kie­dyś byli­śmy.

Neon na tle nieba.

Nie doro­sła i nie dziecko. Świat gotowy na to, by powstać.

No to zaczy­namy.

Mam to gdzieś.

U watch me dad

Wha­te­ver.

me do da jump

Lukre­cjowe shoty?

Nie lubię lukre­cji. Prze­cież dobrze wie­cie.

Wiem, Emme. Wiem.

Czy kto­kol­wiek lubi lukre­cję? Tak naprawdę? Kwa­śne żelki, pie­przone kwa­śne żelki, ple­ase.

Tato.

*

Tim poje­chał w góry. Zapar­ko­wał na pogrą­żo­nym w noc­nej ciem­no­ści punk­cie wido­ko­wym i spo­gląda w dół na świa­tła Maga­luf. Stąd wydaje się, że neon Benny’ego Hilla lśni ciem­niej­szą czer­wie­nią, a świa­tła z Tivoli Nightc­lub wciąż są roze­dr­gane.

Jego bar­dzo wytrzy­mała kari­mata została w bagaż­niku, więc usiadł na skale. Czuje twardy kamień pod kością ogo­nową, podoba mu się to uczu­cie, dys­kom­fort nie daje mu zasnąć, pozwala myślom błą­dzić.

Kie­dyś wyda­wało mu się, że chci­wość ma swoje gra­nice, nawet na Majorce, nawet w Pal­mie. Ale się mylił. Czte­rech pro­fe­so­rów ze Szpi­tala Uni­wer­sy­tec­kiego Son Espa­ses zało­żyło fun­da­cję na rzecz badań nad nowo­two­rami. Umie­ra­jący ludzie pła­cili fun­da­cji dwa­dzie­ścia pięć tysięcy euro w zamian za lecze­nie rewo­lu­cyjną, eks­pe­ry­men­talną metodą, która miała ura­to­wać im życie. Pacjenci zasta­wiali swoje domy, cho­dzili po proś­bie do przy­ja­ciół i krew­nych, by opła­cić kura­cję. Metoda była wymy­ślona, tabletki zro­bione z cukru, a fun­da­cja oka­zała się maszynką do robie­nia pie­nię­dzy dla tej czwórki.

Samo­chody, jachty, domy, dziwki.

Mar­twi pacjenci.

Kiedy dzien­nik „Dia­rio de Mal­lorca” odkrył oszu­stwo, miesz­kańcy wyspy uda­wali obu­rze­nie. Nie­któ­rzy pew­nie rze­czy­wi­ście je czuli. Nikt nie lubi, kiedy wypo­mina mu się sła­bość. A słabi jeste­śmy, kiedy zbli­żamy się do śmierci.

Za to klienci Las Cru­ces, lokal­nego baru Tima, nie byli zszo­ko­wani. Wzru­szali ramio­nami i stwier­dzali, że rak nie może uspra­wie­dli­wiać głu­poty.

Pro­fe­so­ro­wie pró­bo­wali też sprze­da­wać fał­szywe leki na alzhe­imera, miały zatrzy­my­wać postę­pu­jące zabu­rze­nia pamięci i odtwa­rzać to, co ule­gło zapo­mnie­niu, wyma­rzona kura­cja dzia­ła­jąca wstecz.

Tim przy­gląda się czer­wo­nemu neo­nowi.

lliH ynneB.

Sie­dzi na skale przez dłuż­szy czas. Świa­tła Maga­luf ni­gdy nie gasną, tylko roz­pły­wają się o świ­cie, tak samo jak Emme.

W dro­dze do Palmy Tim włą­cza radio w samo­cho­dzie. Z gło­śni­ków leci Maria zespołu Blon­die.

Głos Deb­bie Harry śpiewa o pew­nej sie­bie, nie­po­kor­nej dziew­czy­nie, deli­kat­nej jak jedwab, jak powie­trze, i tym samym przy­wo­łuje wspo­mnie­nia, jak to wszystko się zaczęło.

Emme sie­działa przy stole w kuchni, poka­zy­wała mu stronę inter­ne­tową prze­woź­nika, czy­tała na głos, jakby cyto­wała Ril­kego, z początku poważ­nie, a potem iro­nicz­nie, niczym frag­menty tego, co napi­sał o sztuce i doświad­cze­niach mło­dych ludzi, ich suro­wych war­to­ściach.

– Majorka to jedna z naszych uko­cha­nych desty­na­cji. Są tu bary tapas, gdzie panuje przy­jemna atmos­fera. Falu­jące pola maków, zie­lone gaje oliwne, morze, góry i wspa­niałe plaże. A do tego tak upra­gnione śród­ziem­no­mor­skie cie­pło od początku kwiet­nia do połowy paź­dzier­nika. – Pod­nio­sła wzrok. – Na Majorce jest wszystko – czy­tała dalej. – Od plaż przy­ja­znych rodzi­nom po uro­cze mia­steczka, są tu pełne życia kąpie­li­ska, ośrodki spa, hotele spor­towe i duże mia­sto, Palma. Hotele w naj­lep­szej loka­li­za­cji dla par, rodzin z dziećmi, zna­jo­mych i całej dal­szej rodziny.

– Wystar­czy – prze­rwał. – Wiem, do czego zmie­rzasz. Nie jestem głupi.

– Posłu­chaj tego, tato: „Wiele czyn­ni­ków składa się na wyjąt­ko­wość Majorki. Na przy­kład czter­na­sto­ki­lo­me­trowa plaża w Alcúdii czy stary tram­waj kur­su­jący mię­dzy Sól­ler a por­tem. Albo win­nice i kręte drogi wokół takich miej­sco­wo­ści jak Deià i Val­l­de­mossa. Nie wspo­mi­na­jąc już o Pal­mie i jej sece­syj­nych budyn­kach, buti­kach zna­nych pro­jek­tan­tów i monu­men­tal­nej kate­drze”.

Tim czeka, aż jej jasny głos wybrzmi, koja­rzy mu się z wie­lo­krot­nie praną pościelą, mięk­ko­ścią, którą mogą stwo­rzyć tylko czas, tro­ska i sny.

Mocno trzyma kie­row­nicę, muzyka huczy we wnę­trzu samo­chodu, musi zacho­wać czuj­ność, nie może teraz zasnąć.

W oddali widzi kate­drę, La Seu, za nią jasne słońce, ma ochotę odchy­lić zasłonę prze­ciw­sło­neczną, ale odpusz­cza. Ostre świa­tło i pio­senka odga­niają sen.

Deb­bie Harry śpiewa „Ave Maria” i coś o świa­tłach świec.

Jest szczyt sezonu. Wyspa budzi się do kolej­nego dnia, prze­ciąga się, ziewa, mierzwi włosy.

Naj­pierw poja­wili się Tala­joci, potem Rzy­mia­nie, Bizan­tyj­czycy, póź­niej Mau­ro­wie i wresz­cie Ara­go­no­wie, któ­rzy posta­wili kate­drę w miej­sce meczetu. Faszy­ści, tury­ści. San­gria, hotele o bie­lo­nych ścia­nach, góry, które płyn­nie prze­cho­dzą w urwi­ska, a te pro­wa­dzą w dół pro­sto do wody codzien­nie falu­ją­cej nowymi odcie­niami błę­kitu. Plaże z pia­skiem drob­nym jak pył. Jaski­nie, gdzie nie miesz­kają cyklopi, syreny kuszące oliwą z oli­wek i winem. Kąpie­lówki, nasma­ro­wane pedały, ide­alny roz­mach, bac­khand.

Dwa­dzie­ścia sześć milio­nów tury­stów w zeszłym roku, o trzy miliony wię­cej niż rok wcze­śniej. Dwie­ście tysięcy star­tów i lądo­wań na lot­ni­sku Son Sant Joan.

Przy­by­wają hor­dami, bar­ba­rzyń­ska inwa­zja na kraj bar­ba­rzyń­ców, kie­rują nimi tęsk­nota i strach, Tim ich rozu­mie. Nie ma tu ter­ro­ry­stów, bomb, nie ma Afgań­czy­ków z czar­nymi kozimi bro­dami. Tu jest słońce, alko­hol. Wła­ści­wie nie trzeba niczego zwie­dzać. Można po pro­stu poło­żyć się na leżaku za dzie­sięć euro za dzień pod para­so­lem za pięć i pozwo­lić, by praca minio­nej zimy i wio­sny ode­szła w nie­pa­mięć.

To wyspa zapo­mnie­nia, możesz tu prze­paść w pięk­nie kra­jo­brazu, znik­nąć w ukry­tych gór­skich doli­nach, a za każ­dym razem, kiedy unie­siesz wzrok, niebo będzie nie­bie­skie, nic nie będzie dzie­lić cię od Stwórcy, spoj­rzysz mu w oczy, a on nie będzie mil­czeć, tylko szep­nie: wszystko dobrze, masz dobre życie, doko­nu­jesz słusz­nych wybo­rów.

Emme czy­tała dalej. Jej głos był teraz pełen iro­nii, bawełna zamie­niła się w ostrą tarkę.

– Warto też pamię­tać, że na Majorce wszystko jest zor­ga­ni­zo­wane dla wygody. Zadbane plaże, nad­mor­skie pro­me­nady, dogodne połą­cze­nia komu­ni­ka­cyjne, przed­się­bior­stwa wynaj­mu­jące rowery i sprzęt do nur­ko­wa­nia, szlaki tury­styczne i pola gol­fowe: wszystko w zasięgu ręki.

Tim jedzie wzdłuż morza, w stronę snu, przez mia­sto, mija opusz­czone budynki przy calle Martín Costa tuż za obwod­nicą przy Son Dameto. Okna zieją ciem­no­ścią i pustką, ale wciąż wycho­dzą na mia­sto, na wyspę i zatokę. Cie­kawe, co wła­ści­wie z nich widać oprócz wody, nieba i kamie­nia.

Na trzech tysią­cach sze­ściu­set czter­dzie­stu metrach kwa­dra­to­wych, które Tim dzieli z dwoma milio­nami ludzi, tego ranka więk­szość budzi się cał­kiem szczę­śliwa. Mają wpraw­dzie kaca, czują się zawie­dzeni, zmę­czeni, wci­skani w zie­mię przez oko­licz­no­ści i okru­cień­stwo, przez upły­wa­jący czas, ale wciąż żyją, bli­sko tego, co podobno jest trójcą szczę­ścia.

Słońce, morze, plaża.

Czy to Emme śpiewa o byciu milio­nerką i uno­sze­niu się w powie­trzu?

Nie zasy­piaj, Tim. Nie zasy­piaj.

Patrz, jak się kąpią, korzy­stają ze słońca, patrz na tych ludzi.

Nie osza­lej, tato, śpiewa dalej gło­sem Deb­bie Harry, nie postra­daj zmy­słów.

Sztok­holm, 5 sierp­nia 2015

Zimny deszcz bębni w przed­nią szybę samo­chodu. Gęsto i ciężko wali o dach, two­rząc dźwięk, który przy­po­mina dzie­cięce gawo­rze­nie.

da da da da

Szyby pokry­wają spły­wa­jące kro­ple wody, ter­mi­nal piąty lot­ni­ska Arlanda jest roz­myty. Ludzie pędzą w desz­czu ze swo­imi baga­żami. Kulą się i popy­chają przed sobą walizki, prze­kli­na­jąc pogodę.

Tim wyłą­cza sil­nik. Spo­gląda na nią.

Emme Kri­stina Blanck, Kri­stina po jego matce, która zmarła, kiedy miał dwa­na­ście lat.

W uszach ma słu­chawki, szes­na­sto­latki zawsze tak mają, a cokol­wiek dud­ni­łoby do jej kanału słu­cho­wego, a potem dalej do mózgu, on nie ma ochoty tego słu­chać. To jakieś let­nie hity, bity sta­no­wiące pod­kład muzyczny dla rado­ści i roz­cza­ro­wań tej pory roku. Emme wyciąga słu­chawki, ktoś śpiewa lean on, pró­bu­jąc prze­krzy­czeć bęb­nie­nie desz­czu, a ona patrzy na niego, w mil­cze­niu i z wdzięcz­no­ścią, potem sięga do kie­szeni i wyciąga w jego stronę paczkę gum do żucia Sti­mo­rol, bar­dzo moc­nych.

– Chcesz?

Tim bie­rze opa­ko­wa­nie, wyła­wia dra­żetkę. Emme czeka, aż Tim poczuje ostry smak mięty i zamknie oczy.

– Weź jesz­cze jedną – mówi i szcze­rzy zęby w uśmie­chu, ale on oddaje jej paczkę, którą Emme chowa z powro­tem do kie­szeni po tym, jak sama bie­rze gumę.

– Uwa­żaj, żeby nie przy­kle­iła ci się do apa­ratu.

– Ha, ha, bar­dzo śmieszne.

– Otwórz scho­wek – mówi Tim.

Emme pisz­czy z rado­ści, kiedy znaj­duje tam torebkę czer­wo­nych kwa­śnych żelek w kształ­cie ryb.

Deszcz przy­biera na sile, przez kilka sekund huczy, po czym znów się uspo­kaja.

– Faj­nie będzie od tego odpo­cząć, nie?

Emme pota­kuje, znów wkłada słu­chawki, ale natych­miast je wyj­muje, wrzuca torebkę z żel­kami do ple­caka, który trzyma na kola­nach.

– Jak­byś wyjął mi walizkę i dopchał ją tu z boku, mogła­bym wysko­czyć z auta i pobiec do środka.

Tim się uśmie­cha.

– Albo otwo­rzę ci bagaż­nik od środka i sama ją sobie wyj­miesz.

– Tato, ple­ase. – Pociąga za rękaw różo­wej saty­no­wej bom­berki. Patrzy na plamę od cze­ko­lady na bia­łym man­kie­cie. Marsz­czy nos. – Trzeba było oddać ją do pralni.

Wyciąga swo­jego iPhone’a, cie­li­ste etui wydaje się nie­mal nie­wi­doczne w jej dłoni. Spraw­dza, co sły­chać, z pro­filu jej czoło, nieco sze­roki nos i ostra broda two­rzą ide­alną linię, coś, co może być tylko darem natury, jed­nym z nie­wielu dowo­dów na ist­nie­nie dobra.

Jej jasne, pro­ste włosy, gęst­sze niż u Rebecki, są świeżo pod­cięte tuż nad ramio­nami.

– Julia i Sofia są już w środku – mówi. – Muszę lecieć.

Ma dla niej tysiąc prze­stróg. Uwa­żaj na sie­bie, nie upi­jaj się sama z chło­pa­kami, któ­rych nie znasz, w ogóle się nie upi­jaj, nie pij nic i nie bierz abso­lut­nie żad­nych nar­ko­ty­ków. Ale na takie słowa jest za późno, Emme jest, jaka jest, będzie robić, co chce. Tim ma do niej zaufa­nie, dał się jej prze­ko­nać, a póź­niej sam prze­ko­nał Rebeckę, żeby pozwo­lili jej jechać, spę­dzić tydzień na Majorce z naj­lep­szymi kole­żan­kami, przez tydzień świę­to­wać lato, dobre oceny i zapo­mnieć o tym, że waka­cje skoń­czą się zbyt szybko.

Liceum arty­styczne. Design. Skąd u niej taki talent?

– Musimy jej zaufać.

– Nie jest wystar­cza­jąco roz­sądna, dobrze o tym wiesz.

Uwa­żaj na sie­bie.

Nie mówi jed­nak nic, tylko na nią patrzy, a ona czuje cię­żar tej ciszy, odwraca się do niego.

– Co?

– Nic.

– Chcesz mnie pouczać?

– Masz na myśli: prze­strze­gać? Tak, chciał­bym, ale nie zamie­rzam tego robić. Powiem ci tylko jedno, a mia­no­wi­cie, że masz… – tu zawie­sza głos, widzi, jak córka się krzywi – bawić się tak dobrze, jak tylko się da.

Emme się uśmie­cha, pochyla w jego stronę, przy­tula go, jej ciało jest jed­no­cze­śnie sztywne i mięk­kie, nie jest cia­łem ani doro­słego, ani dziecka, jest czymś innym, żywym, wol­nym stwo­rze­niem, które usi­łuje zna­leźć swoją postać.

Odwza­jem­nia uścisk. Ostroż­nie. Tak jak zawsze to robi i zawsze będzie robić. Szep­cze jej do ucha: „Leć już”, Emme się odsuwa, pod­ska­kuje na sie­dze­niu, kipi od nie­cier­pli­wo­ści i czy­stej rado­ści z życia, z bycia w dro­dze.

Zazdro­ści jej, chciałby być taki jak ona, ni­gdy taki nie był. Emme jest jego lep­szym wyda­niem pod wie­loma wzglę­dami, ma talent do życia, któ­rego jemu bra­kuje.

Otwiera drzwi po stro­nie kie­rowcy, bęb­nie­nie desz­czu zamie­nia się w huk. Boczny wiatr ciska naj­mniej­sze kro­ple do wnę­trza samo­chodu, ude­rzają mu chło­dem w twarz. Wysiada, wyciąga walizkę z bagaż­nika, czuje, jak koszula i dżinsy prze­ma­kają w zale­d­wie kilka sekund.

 

Pod­sta­wia jej dużą czarną walizkę pod drzwi pasa­żera, puka w szybę, a potem obiega samo­chód i wska­kuje z powro­tem do środka, Emme się z niego śmieje.

– Nie rób takiej smut­nej miny.

– Nie mam smut­nej miny.

– W sen­sie, wyglą­dasz jak zmok­nięty pies.

Ma ochotę prze­py­tać ją, czy wzięła ze sobą pasz­port, kartę kre­dy­tową i pie­nią­dze, ale pew­nie ura­ziłby ją takimi pyta­niami, więc zamiast tego każe jej odchy­lić zasłonę prze­ciw­sło­neczną.

– Muszę iść. Walizka mok­nie.

– Zdą­żysz. No dalej, zrób to.

Emme wie, co się święci, odchyla zasłonę, widzi, co jest wsu­nięte za siatkę. Po chwili trzyma w dłoni białą kopertę z logo­ty­pem firmy ubez­pie­cze­nio­wej If, otwiera ją i znów wydaje z sie­bie pisk, widząc sześć żółto-brą­zo­wych bank­no­tów o nomi­nale pięć­dzie­się­ciu euro.

– Tylko nie mów nic mamie.

Pro­mise.

Przy­tula go jesz­cze raz, krótko. A potem otwiera drzwi.

– Cze­kaj, cze­kaj! – woła Tim.

Wyciąga swój tele­fon i robi coś, na co na ogół ni­gdy sobie nie pozwala, ukrad­kiem pstryka jej zdję­cie, jej twarz na tle ściany wody.

Emme zatrzy­muje się, jakby cze­kała na coś waż­nego.

– Chcesz mnie odpro­wa­dzić do środka? – pyta.

– Wiem, że byś tego nie chciała.

– Po pro­stu muszę mieć tro­chę pri­vate space, tato.

– W porządku – odpo­wiada.

– Na pewno? – dopy­tuje Emme.

Mam tylko cie­bie, chciałby jej powie­dzieć.

Jesteś moją jedyną córką.

Moim jedy­nym dziec­kiem.

Uwa­żaj na sie­bie, chciałby zawo­łać, bądź ostrożna. Twoja mama ma rację, to sza­leń­stwo, ta cała podróż to idio­tyczny pomysł.

Smak mięty.

Zapach nie­ustę­pli­wego desz­czu.

Pie­nią­dze, żelki.

Wysia­dła z samo­chodu; popy­cha­jąc przed sobą walizkę i trzy­ma­jąc w ręce ple­cak, bie­gnie w stronę drzwi obro­to­wych otwie­ra­ją­cych się powoli jak pasz­cza.