Zakuty w stal

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zakuty w stal
Zakuty w stal
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,58  58,86 
Zakuty w stal
Zakuty w stal
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Coś podobnego już słyszałem, ale po raz pierwszy wygłoszone w tak zdecydowany sposób. Dwoma najsilniejszymi państwami współczesnych czasów władali główni dowódcy z czasów wojny Hanturiego, Rabierre i Wittmann, którzy nie lubili podobnych wypowiedzi.

– Walczyliśmy wtedy nie tylko z botami, kierowały nimi sztuczne inteligencje. Dziś nie jesteśmy zdolni do przeprogramowania starych komputerów i w ten sposób objęcia kontroli nad bojowymi sztucznymi inteligencjami – powiedział nagle Rigajev.

– Nic dobrego nie wyniknie z grzebania w komputerach, mogą się przemienić w es-i – powiedział ktoś z obawą w głosie.

– Może to jednak byłoby dobre, może by nam pomogło? – Rigajev wzruszył ramionami.

Wszyscy słuchali go uważnie, takie tematy stanowiły zazwyczaj tabu, sztuczne inteligencje były aż do teraz postrzegane jako niebezpieczni przeciwnicy. Na szczęście ich era się skończyła lub przynajmniej dobiegała końca.

– Ja tego nie umiem i nie znam nikogo, kto by to potrafił – dodał po chwili Rigajev.

– Ja na pewno nie – powiedział szybko barczysty, jakby nie chciał, żeby podobne podejrzenie dotyczyło jego osoby chociaż na moment.

– Tak samo jak starzeją się mechanizmy, maszyny bojowe, boty czy linie produkcyjne, tak znikają z tego świata umiejętności. Już od dawna nie potrafimy tego, co umieliśmy przed dwudziestu czy stu laty. Nawet nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie zakresu wiedzy ludzi sprzed wojny. – Rigajev mówił na głos, ale zdawał się pogrążony w myślach.

Zgadzałem się z nim. Sam niczego nowego nie wymyśliłem, starałem się tylko zrozumieć, odgadnąć sens i posłużyć się tym, co wymyślili ludzie żyjący przede mną. Na tej samej zasadzie działał nasz przemysł. Za każdym razem, kiedy odkryliśmy jakąś starą technologię, która nie była całkiem niezrozumiała i nie leżała poza naszymi możliwościami, staraliśmy się ją przeanalizować i spożytkować, chociaż często na niższym poziomie sprawności technicznej. Może to było zasmucające, ale dla mnie stanowiło powszechną część życia.

Rigajev stracił zainteresowanie rozmową tak samo nagle, jak się do niej włączył, a bez niego dyskusja przestała być ciekawa. Nie słuchałem dłużej, skończyłem posiłek, porządnie umyłem naczynia i odniosłem do skrzynki.

Ponieważ nigdzie nie mogłem dostrzec Nataszy, wyszedłem z zaimprowizowanej jadalni i wróciłem do czołgu. Rozmowa przy kolacji wzbudziła moje zainteresowanie, znów przypominałem sobie dane techniczne dotyczące bota. Największą uwagę poświęcałem danym wizualnym. Nie były, niestety, wystarczająco dokładne dla wnikliwej analizy jego konstrukcji. Mimo że nie poruszał się tak płynnie jak zwierzęta, znajdował się o rząd wyżej niż boty, w gruncie rzeczy w większości mechanoidy, z którymi się spotkałem. Równocześnie jednak jego konstrukcja wydawała mi się o wiele prostsza. Domyślałem się, że istota sprawności tego bota zależy od stawów. Nie były to proste, mechaniczne komponenty, zapewniające niezbędne stopnie swobody, które łatwo wyprodukować, ale coś bardziej skomplikowanego, wykonanego w formie kompaktu. Jednego byłem pewny – ja bym tego w swojej domowej pracowni wykonać nie zdołał. Mimo że mam bardzo dobre wyposażenie i umiem się nim posługiwać.

Wyłączyłem zbyt powiększony, trochę zamazany obraz bota i zamrugałem, żeby się pozbyć odbicia na siatkówce oka. Skutkiem długiego siedzenia w kokpicie czułem się trochę ścierpnięty, wygramoliłem się na zewnątrz i ułożyłem do snu. Byłem zmęczony, oczy mnie piekły, ale sen nie nadchodził. Słyszałem, że wiatr się wzmaga, coraz więcej ziarenek piasku uderzało w ściankę namiotu, a czasem również w mój śpiwór. Schowałem się w nim głęboko, sprawdziłem, gdzie mam pistolet, i postanowiłem uważać, żeby sobie podczas snu nie strzelić w głowę.

Nic się jednak nie wydarzyło. Nazajutrz wiatr nie ustawał, zmienił tylko nieco kierunek. Przed południem Rigajev oznajmił, że koncentracja cząstek kurzu przekroczyła pierwszy stopień niebezpieczeństwa i zaczyna zagrażać naszym płucom, a do tego skład chemiczny powietrza również się pogorszył. Uważał, że to pozostałości po spalaniu węgla kamiennego oraz śladowe ilości materiału radioaktywnego. Otrzymałem rozkaz przełączenia wewnętrznej wentylacji czołgu na obieg zamknięty z użyciem aktywnego filtra. Jako mechanik korzystałem z wyjątku, mój kokpit posiadał własny obwód filtrujący. Służył do tego, żebym wykonując jakąś naprawę w niebezpiecznym środowisku, nie zanieczyścił całego czołgu i nie zagroził załodze. Miałem także bardzo dobrą maskę filtrującą współpracującą z hełmem bojowym.

Pozostawałem w połowie we włazie, wychylony na zewnątrz, właz był uszczelniony elastyczną, sprężynującą przeponą. Obserwowałem krajobraz i porównywałem go z mapą wyświetlaną na przezierniku hełmu. Znajdowałem mnóstwo odchyłek od rzeczywistości, tylko w bezpośredniej bliskości autostrady mapa była stosunkowo dokładna.

Wydało mi się, że powietrze zaczyna smakować gorzko mimo nowego filtra, więc przyłączyłem się do systemu wentylacyjnego czołgu oraz nałożyłem okulary, które już teraz ciasno przylegały do twarzy. Za przykładem innych nalepiłem na nie cienką silikonową taśmę, a do tego ulepszyłem ją, przekładając elastyczny ścisk na ukos. Dzięki temu boki okularów przylegały mocno, chociaż nie były tak przyciśnięte do twarzy jak u pozostałych.

Teraz wszystko wydało mi się w porządku i nadal obserwowałem okolicę. Cały czas oczekiwałem, że kapitan każe mi się schować do kokpitu i zamknąć pokrywę włazu. Jednak nie zrobił tego, może był zadowolony, że ma na zewnątrz obserwatora i nie musi polegać tylko na systemach elektronicznych. Piasek wokół nas zmienił kolor na skutek gęstych obłoków. Ciemnoszare chmury przeplatały się z ciemnoczerwonymi, a niekiedy nawet zupełnie czarnymi. Nie potrafiłem sobie nawet wyobrazić, jakie substancje chemiczne mogą się znajdować w powietrzu nad nami. Światło przechodziło przez zasłonę z pary wodnej nasyconej trującymi związkami i dzięki temu uzyskiwało nienaturalny odcień, zmieniając okolicę w nocny koszmar szaleńca, który przed setkami lat wykłuł sobie oczy.

Przez pewien czas Knispel rozmawiał przez radio z panem Camuvielim. Przypuszczałem, że na temat wiatru i kurzu. W wyniku tych pogawędek pierwszy z codziennych postojów zarządzono o godzinę wcześniej. Razem z pozostałymi mechanikami skontrolowaliśmy stan maszyn, uwagę koncentrując na podwoziach, szukając usterek, które później mogły przerodzić się w awarię. Filtry mieli już wszyscy, niektórzy pełne maski na twarzach. Z naszym czołgiem wszystko było w porządku, większość czasu spędziłem, regulując amortyzator w jednym z transporterów towarowych. Ruszyliśmy w dalszą drogę tylko kilka minut później, niż to przewidywał harmonogram.

Podróż mijała w ciszy, jeśli nie liczyć rutynowych meldunków. Nikt nie rozmawiał. Po południu zgłosił się Rigajev. Jeszcze zanim zaczął mówić, domyśliłem się, że nie będzie miał do powiedzenia nic pozytywnego. Zwięźle oznajmił, że koncentracja kurzu nadal rośnie, a wraz z nią poziom radiacji. Ponadto pojawiły się również ślady trucizn genetycznych.

– Wszyscy do wewnątrz, zamknąć pokrywy włazów, zwiększyć ciśnienie w wentylacji, aktywować obwód czyszczący – kapitan zareagował natychmiast całą serią rozkazów.

To ostatnie oznaczało pokaźnie zwiększone zużycie paliwa, o co ja się troszczyłem. Jednak w tej sprawie nie mogłem nic zrobić. Poziom chmur jeszcze się obniżył i widoczność znacznie się pogorszyła, na przezierniku pojawiły się pierwsze krople i po chwili z nieba lunęły potoki wody. Woda zaczęła również ściekać z okolicznych zboczy, zalewając drogę. Konwój zwolnił, zauważyłem, że lekkie terenówki Cautskiego tracą w kałużach kierunek i zaczynają się ślizgać. Nawet transportery towarowe na swoich wielkich kołach miały gdzieniegdzie kłopoty.

– Teraz jestem zadowolony z tego, w czym siedzę – odezwał się Rigajev.

Ja też byłem zadowolony, mokra autostrada w niczym czołgowi nie szkodziła.

Wody przybywało, przez mój przeziernik nic już nie było widać. Może mi się tylko wydawało, ale styl jazdy naszego czołgu się zmienił. Sądząc z parametrów silnika, jazda wymagała o wiele większej mocy, niż świadczyłaby o tym prędkość.

Rozkazu kapitana nie słyszałem, zapewne nie był przeznaczony dla mnie, ale naraz opuściliśmy drogę i zaczęliśmy mijać jeden transporter po drugim. Jechaliśmy teraz obok byłej autostrady, po nierównym terenie, i huśtało nami na wszystkie strony. Miałem nadzieję, że Marlon jest tak dobrym kierowcą, jak opowiada, i wie, co robi.

Fala wody przelała się przez kadłub, wjechaliśmy w rozległe zagłębienie, nie wiedziałem nawet, czy wieża działowa wystaje ponad powierzchnię. Miałem wrażenie, że powietrze gwałtownie zgęstniało. To nie było zagłębienie, ale rzeka. Walczyliśmy z jej nurtem przez całą wieczność, chociaż w rzeczywistości trwało to tylko dziesięć sekund.

Potem znów wjechaliśmy na twardy grunt i zatrzymaliśmy się. Czoło kolumny pozostało z tyłu, dwa transportery Cautskiego, jadące tuż za nami, ześlizgnęły się do głębszej wody, utknęły i blokowały drogę pozostałym wozom. Mieliśmy sporo szczęścia, że do obszernej wyrwy w autostradzie, przez którą przepływała teraz prawdziwa rzeka, nie wjechało więcej pojazdów.

– Ten deszcz to TCDD – oznajmił Rigajev.

– To co? – chciał wiedzieć Cyr.

– Dwa-trzy-siedem-osiem-tetrachlorodibenzodioxin – powiedział Rigajev, jakby miało to cokolwiek wyjaśnić.

Zauważyłem, że czasem udziela odpowiedzi, które świadczą o tym, że on wie, a oni nie wiedzą. Ten wzór chemiczny słyszałem jednak wiele razy i zapamiętałem. Mieliśmy z nim kłopoty także u nas.

– Dioxin. Stary, dobry dioxin, w ostatniej fazie wojny często używany herbicyd, który niszczy roślinność i powoduje, że ludzie umierają, a ich dzieci rodzą się kalekie.

– No tak, tego rodzaju paskudztwa jest mnóstwo, dioxin nie jest z nich najgorszy.

 

W głosie Cyra wyczułem, że mówiąc to, z rezygnacją wzruszył ramionami. Z chemicznymi truciznami miał oczywiście o wiele więcej do czynienia niż ja.

Siedzieliśmy każdy w swoim malutkim przedziale, połączeni niezwykle ciasnymi przełazami przeznaczonymi do wykorzystania w sytuacji awaryjnej. Żeby się dostać do pozostałych, musiałbym się przecisnąć przez wąską przestrzeń obsługową obok silnika. Mimo to miałem uczucie, że jesteśmy razem, połączeni przez trującą burzę.

– Mam nadzieję, że nie otrzymam rozkazu wyjścia na zewnątrz – odezwał się Marlon.

Jako pierwszy taki rozkaz dostałbym ja. A razem ze mną i pozostali, o ile kapitan uznałby, że jedynym sposobem uchronienia wozów przed zatopieniem jest użycie wyciągarek, żeby wydostać pojazdy blokujące drogę. Zwłaszcza że deszcz przybierał na sile i wody wciąż przybywało.

Na szczęście kapitan nic takiego nie zarządził. Zamiast tego sprawdziliśmy okolicę autostrady i znaleźliśmy drogę, którą można było objechać zapadlinę. Po wielu wyjaśnieniach i uzgodnieniach na wytyczoną trasę ruszył pierwszy transporter. Znów zajęliśmy miejsce na końcu konwoju i obserwowaliśmy, jak radzi sobie z trudnym terenem. Teraz droga wznosiła się lekko i z każdym metrem wyżej szło nam lepiej, gdyż wody ubywało. W końcu cała kolumna dotarła na wierzchołek pagórka. Autostrada wprawdzie wcinała się w niego, ale z łagodnego zbocza nad nami ściekało znacznie mniej wody. Zatrzymaliśmy się i przełączyliśmy światła drogowe na postojowe.

– Co będzie z tymi dwoma transporterami w zapadlinie? – zapytałem.

– Uwolnimy je, jak przestanie padać. Zresztą może wydostaną się o własnych siłach – odpowiedział zwięźle kapitan.

Na kolację musiały nam wystarczyć żelazne racje, przeznaczone właśnie na takie okoliczności.

Kapitan nie zarządził żadnych wart, polegaliśmy tylko na czujnikach elektronicznych.

Z początku nie mogłem zasnąć, sprawdzając bezustannie, czy klimatyzacja, systemy filtracyjny i oczyszczania powietrza pracują sprawnie oraz czy wewnątrz czołgu nie wzrasta koncentracja różnych rodzajów trucizn. W końcu sam siebie przekonałem, że jest to zbyteczne. Przecież system czujników podniósłby alarm. Problem mógłby polegać na tym, czy przy naszych ograniczonych zasobach tlenu zdążyłbym usunąć przyczynę awarii. I czy w ogóle byłoby to możliwe. Ale rozmyślanie o takiej sytuacji nie miało sensu, dopóki się ona rzeczywiście nie wydarzyła.

Sam nie wiem, kiedy zasnąłem. Obudziłem się w fotelu ustawionym w pozycji do spania ze zdrętwiałą szyją. Sny miałem pełne wykresów matematycznych oraz uszkodzonych maszyn.

Rano powietrze i niebo były czyste; bez ulewy oraz potoków wody spływających ze zboczy i przy dobrej widoczności trudno było zrozumieć, że łagodnie pofałdowany i spokojnie wyglądający teren przysporzył nam takich kłopotów. Jednak ziemia nadal była nasycona niebezpiecznymi substancjami, koncentracja trujących związków wciąż wysoka, i to na radiacyjnym tle, co było dużo gorsze podczas padającego deszczu.

Długie siedzenie w czołgu pomogło mi w końcu rozgryźć system komunikacyjny i po raz pierwszy udało mi się włączyć w obwód ogólny, na którym rozmawiały wszystkie wozy konwoju. Słyszałem, jak jeden po drugim zgłaszają gotowość do dalszej drogi. Dwa transportery, które wczoraj utknęły, wydostały się z rozpadliny o własnych siłach, bez większych problemów, i dołączyły do nas.

Przyspieszyliśmy, Marlon wyciskał z silnika sto kilowatów ponad reżim oszczędzający paliwo i wkrótce przesunęliśmy się na czoło konwoju.

– Powietrze czyste, opuściliśmy skażony teren – ogłosił Rigajev po godzinie jazdy.

– A pancerz? – upewniał się Marlon.

Na monitorach widziałem, jak w pozostałych wozach otwierają się pokrywy włazów i ich załogi cieszą się świeżym powietrzem.

– Kiedy mówię, że powietrze czyste, to znaczy, że wszystko jest czyste – odparł Rigajev nieco skwaszony.

Otworzyłem swoją pokrywę włazu, pomiędzy mną a resztą załogi znajdował się silnik, dwa wewnętrzne zbiorniki, a na kadłubie zbiornik dodatkowy, połączony z tymi wewnątrz. Usadowiłem się tak, żeby przypadkowe odwrócenie wieży nie pozbawiło mnie nóg, a długa lufa – głowy. Moją uwagę przykuł metaliczny błysk daleko za nami. Popatrzyłem przez lornetkę, jak zwykle zaskoczony jej doskonałą stabilizacją obrazu mimo poruszania się czołgu.

– Na godzinie dziesiątej – ogłosiłem przez interkom.

Wiedziałem, że Rigajev weźmie się zaraz do pracy, używając wszystkich dostępnych środków celem zidentyfikowania tego obiektu.

– To nie jest ten bot, którego spotkaliśmy dwa dni temu – stwierdził po chwili.

Miał rację, wystarczyło jedno spojrzenie. Był podobny do tych, które spotykałem przedtem. Przestarzały, poruszający się w sposób nieciągły, jakby cierpiał na niedostatek energii. Wydawało mi się, że porasta go trawa, ale były to liście i gałązki, które utknęły w jego szkielecie. Miał rozmiary cielęcia, ale nie był w stanie dotrzymywać nam kroku. Naraz w polu widzenia lornetki znalazła się wieża działowa jednego z opancerzonych wozów Cautskiego. Obracała się. Dwa strzały z czterdziestomilimetrowego działka rozniosły bota na strzępy.

– Niepotrzebnie – odezwał się Cyr z pogardą w głosie.

Zapewne, ale strzał był dokładny i szybko oddany. Gdyby użyli mniejszego kalibru, mógłbym obejrzeć unieszkodliwionego bota, a tak nic z niego praktycznie nie zostało.

Krótko przed południem musieliśmy się zatrzymać przed ogromnym zwaliskiem częściowo zwietrzałego żelazobetonu.

– Kiedyś było tutaj wielopoziomowe skrzyżowanie kilku autostrad – oznajmił Marlon.

Nasza mapa pokazywała w tym miejscu tylko jedną autostradę, po której się poruszaliśmy. Spoglądałem na zwały popękanego betonu, zniszczone filary i pogięte zbrojenia. Wiedziałem, że ludzie w czasie wojny dysponowali potężnymi źródłami energii, ale ogrom ruin mnie zafascynował. Ich objechanie okrężną drogą zajęło nam prawie dwie godziny.

Wiedziałem, że ustalonym, oszczędnym tempem dwudziestu pięciu kilometrów na godzinę, przerywanym jedynie postojami technicznymi, pojedziemy aż do wieczora, ale po godzinie nadszedł rozkaz pana Camuvielego wstrzymujący kawalkadę. Wkrótce podjechał do nas jego wóz dowodzenia, Cautski i transportery dwóch handlowców.


Nie otrzymałem żadnego rozkazu, zeskoczyłem ze swojego miejsca na kadłubie i użyłem nieoczekiwanej przerwy, żeby się mocno przeciągnąć. Wielu innych zrobiło tak samo. Knispel również wyszedł na zewnątrz i ruszył w kierunku wozu pana Camuvielego, który spotkał go w połowie drogi. W chwilę później przyłączyli się do nich Cautski, Deheb i Wruise oraz pozostali oficerowie. Rigajev i Cyr obserwowali okolicę, siedząc na wieży, Katzinski pozostał we wnętrzu czołgu. Marlona nigdzie nie widziałem, ale czułem dym jego papierosa. Knispel gestem przywołał do siebie Rigajeva.

Wyglądało to na dłuższą rozmowę. Zdecydowałem się na kawę. Gdyby nadszedł nagły rozkaz wyjazdu, musiałbym wszystko, niestety, wyrzucić. Wyjąłem ze skrytki potrzebne naczynia i po chwili woda na kawę już bulgotała. Skrajem drogi na czoło konwoju dotarł pojazd Nataszy. Podobnie jak transporter ojca był wyposażony w wieżę działową. Może chciała przyłączyć się do rozmowy.

Pomachałem Nataszy na dzień dobry, chociaż nie wiedziałem, czy mnie zauważyła. Wysiadła i ruszyła w moim kierunku, kiedy właśnie nalewałem gorącą kawę. Osadę transportera zatrzymała na miejscu gestem.

– Wspaniale jest pobyć na zewnątrz – powiedziała na powitanie.

Miała cienie pod oczami i wyglądała na niewyspaną. Mimo to miała na sobie świeżą koszulę, wysokie buty zasznurowane i starannie zawiązane. Spostrzegła, że się jej przyglądam.

– Coś ci się we mnie nie podoba? – zapytała z lekkim uśmiechem.

– Nie, właśnie odwrotnie. – Pokręciłem głową. – Masz rację, dobrze jest pobyć na powietrzu.

Podałem jej kubek.

– Dzięki – powiedziała z wdzięcznością. – Wewnątrz kawa mi nigdy nie smakuje.

Patrzyłem, jak ostrożnie upija mały łyczek, znakomicie prezentujący się pierścionek na jej palcu mocno kontrastował z poobijanym aluminiowym kubkiem. Wypiła jedną trzecią zawartości, a potem otarła chusteczką usta i krawędź kubka i zwróciła mi go.

– Przepraszam, niewiele brakowało, a wypiłabym ci wszystko. Dobra kawa.

Teraz ja się napiłem, kawa była gorąca, tak jak lubiłem. Dowódcy nadal debatowali, wyglądało na to, że konsultują się z innymi. Knispel przywołał do siebie Marlona.

Natasza przyglądała im się tak samo jak ja. Gdyby zechciała, mogła tam z nimi być. Może ta rozmowa niezbyt ją interesowała, w co powątpiewałem. Może wolała moje towarzystwo, a może jej wizytę zawdzięczałem kawie.

– Wyglądasz całkiem dobrze, wypoczęty, jakby ta toksyczna burza w niczym ci nie przeszkodziła – zauważyła.

– Znajdowałem się w najlepiej chronionym wozie, jaki znam – odparłem. – Chociaż z początku nie było to nic przyjemnego, musiałem się przyzwyczaić.

– Na śmierć czekają tuż za cienką ścianką? – rzuciła.

Za cienką ścianką? W najsłabszym miejscu pancerz naszego czołgu miał odporność RHA sześciuset pięćdziesięciu milimetrów.

Tylko przytaknąłem, dolałem do kubka i podałem jej. Przebyte niebezpieczeństwo zbliżyło wszystkich, widać to było ze sposobu, w jaki ludzie rozmawiali, z ich gestów, a czasem wybuchów śmiechu.

Nadjechał kolejny transporter, tym razem w barwach Deheba, wysiadły z niego Valerie z Elizabeth i ruszyły w naszą stronę. Ukradkowych zawistnych spojrzeń rzucanych w moim kierunku przybyło.

– Zaraz wracam – powiedziałem do Nataszy, wskakując na kadłub. Musiałem pożyczyć naczynia od Cyra i Katzinskiego, zapasowych nikt z nas nie miał.

Wróciłem w chwili, kiedy obie do nas dotarły. Niosłem kubki oraz śrutówkę, którą zabrałem z czołgu. Oparłem ją ostrożnie o jedno z kół jezdnych.

– Tę broń wziąłeś na nas? – spytała uszczypliwie Elizabeth.

– Tak, z twojego powodu. Jestem zawsze przygotowany na wszystko. Dostałem rozkaz nie pojawiać się bez niej na zewnątrz – wyjaśniłem, zanim zdążyła dalej pokpiwać.

Miała cięty języczek i bawiło ją to.

Niepostrzeżenie sprawdziłem, czy nie odpadł mikrofon, który miałem przylepiony na karku. Stale musieliśmy być przyłączeni do sieci. Z miniaturowym głośniczkiem nie było kłopotu, zresztą i tak niezbyt oddawał okoliczne dźwięki.

– No to dostajesz niezwykle ważne rozkazy. A swoje własne pomysły jakieś masz? – rzuciła z pytającym wyrazem twarzy.

– Nie zwracaj na nią uwagi, jest trochę rozzłoszczona – oznajmiła Valerie. – Tuż przed początkiem burzy zaprosiła Herberta na drinka, ale on wolał kierować bojowym transporterem.

– I teraz wlecze się gdzieś na końcu, w jednym z tych wozów, które wczoraj prawie się utopiły – stwierdziła Elizabeth z satysfakcją.

Wyglądało na to, że ma, albo raczej miała pewną słabość do Herberta, ale teraz już się to skończyło.

– Co miałeś na myśli, mówiąc: zawsze i na wszystko gotowy? – Wbiła we mnie spojrzenie.

Nalałem kawy do pożyczonych kubków i podałem je dziewczynom.

– A czy widzisz, żeby gdzieś indziej ktoś podawał poczęstunek?

Natasza i Valerie zaśmiały się.

Przez chwilę staliśmy w milczeniu, obserwując grupkę naszych dowódców.

Rigajev oderwał się od nich, przeszedł obok nas i zniknął w czołgu. Miałem nadzieję, że się od niego później czegoś dowiem.

– Dlaczego nie jedziemy dalej? – zapytała Elizabeth. – Teren wydaje się w porządku, pogoda też.

– Nie wiem – przyznałem. – Nie mam żadnych informacji.

Natasza popatrzyła na mnie i oddała mi kubek. Już nie zawracała sobie głowy wycieraniem krawędzi. Valerie zauważyła, że pijemy z jednego, ale nic nie mówiła. Elizabeth nadal obserwowała dyskutujących dowódców.

– Kontakt na trzeciej, za tym betonowym blokiem ze sterczącym zbrojeniem – zameldował Cyr na wewnętrznym obwodzie. Zastępował teraz Rigajeva.

Wcisnąłem kubek z kawą w dłoń Nataszy tak szybko, że aż się zdziwiła, podniosłem śrutówkę i przeszedłem przed kobiety tak, aby stanąć pomiędzy nimi a pozycją oznaczoną jako godzina trzecia. Niczego nie widziałem, lecz mimo to odbezpieczyłem broń.

Ostrzeżenie dotarło też do innych, sporo ludzi zniknęło w swoich wozach, niektóre wieżyczki obracały się w podanym kierunku, inne dla pewności kierowały lufy w przeciwległą stronę.

– Mam go na wizualnej – odezwał się Cyr i zaśmiał się.

 

Jego śmiech słyszałem po raz pierwszy, brzmiał jak sapanie niedźwiedzia.

Z czego się śmiał, zrozumieliśmy po chwili, kiedy zza głazu wynurzył się mały jelonek z porożem, które było dla jego głowy chyba zbyt ciężkie i niewygodnie splecione ze sobą, tworząc coś na kształt korony.

– Cyr, zastrzel go, chciałbym go obejrzeć – odezwał się Rigajev. – Tylko zrób to tak, żeby mu zostało co nieco z wnętrzności.

Obrotowy karabin maszynowy na wieży odwrócił się bezszelestnie, rozległ się pojedynczy strzał i jelonek upadł na ziemię.

– Dlaczego go zabił? – zachmurzyła się Valerie.

– Chce mu zrobić sekcję – wyjaśniłem jej.

To wydarzenie zakończyło konwersację, dziewczyny z podziękowaniem pożegnały się ze mną i poszły do transportera Nataszy.

– Były u ciebie wszystkie trzy? – Zza czołgu wynurzył się Marlon z niedopałkiem papierosa w ręce. – I Valerie też? – Popatrzył za odchodzącymi kobietami. – Rzeczywiście kociak. – Gwizdnął z podziwem. – Już się z nią próbowali umówić na randkę wszyscy oficerowie, ale żadnemu się nie udało.

– Słyszałeś nas, trzeba było przyjść. – Wzruszyłem ramionami. – Mógłbyś i ty spróbować.

– Myślałem o tym – zachmurzył się Marlon. Wyciągnął z kieszeni mały nożyk, zaczął grzebać w niedopałku, wydłubując z niego resztki niespalonego tytoniu. Niektórym ludziom nie wystarcza mnóstwo trucizn wszędzie wokół nas i potrzebują jeszcze swoich własnych.

– Katzinski, mógłbyś oprawić tego jelenia? Muszę sobie przygotować narzędzia. Cyr obserwuje. A czas może się skończyć – poprosił Rigajev.

– Ja to zrobię – zaoferowałem się. Mogłem się podczas tego dowiedzieć, o co chodzi dowódcom, a to było dla mnie istotne.

Dopiłem kawę, umyłem naczynia i poszedłem do jelenia.

Z bliska zauważyłem, jak bardzo wygiętą ma szyję, dźwigającą ciężkie, nieforemne poroże. Nałożyłem gumowe rękawiczki i zabrałem się do pracy. Głowy praktycznie nie musiałem oddzielać od tułowia, strzał prawie ją oderwał. Ostrożnie otworzyłem jelenia, wyjąłem wnętrzności i ułożyłem je na betonie. Nie pojawiła się ani jedna mucha, co oznaczało, że znajdujemy się w głębi pustej, niegościnnej krainy, a zwierzę musiało zabłądzić daleko od miejsca, w którym żyło.

Poza rogami wszystko wyglądało normalnie, ale u nas na pewno mięso zostałoby wyrzucone. Wszyscy się bali, bo wystarczyłaby jedna tylko odchyłka od normy. To zupełnie zrozumiała reakcja.

Rigajev przyszedł w chwili, gdy czyściłem nóż.

– Dziękuję, dokładnie tego potrzebowałem.

Zaczął pobierać próbki tkanek, kości i krwi i umieszczał je w urządzeniu przypominającym kamerę spektralną.

– Przenośny analizator – wyjaśnił bez pytania – i próbnik DNA. Żadnych deformacji nie widzę ani we wnętrznościach, ani w mięśniach czy kościach, jeśli nie liczyć poroża – komentował na głos.

Czyżby jelonek nadawał się do jedzenia? – pomyślałem. Mięso zwierzęce było luksusowym przysmakiem.

– Mnóstwo strontu w kościach, aż dwudziestokrotnie przekroczona norma, wątroba jest tak przesycona truciznami, że nawet jej dotknięcie jest niebezpieczne. – Rigajev kręcił głową nad tymi wynikami. – Ale funkcje życiowe wydają się prawidłowe. To mutant, tylko innego typu niż te, które do tej pory spotkałem. Pozostał zdrowy, żyjąc w toksycznej okolicy, skąd bez wątpienia pochodzi.

W tym czasie rozmowa dowódców została zakończona, Knispel pozostał przy czołgu i przyglądał się naszej pracy. Wystarczyło to nam za sygnał do zakończenia sekcji i powrotu do czołgu.

– Czy myślisz, że to nowy gatunek jelenia, przystosowany do warunków życia powojennego? W tym świecie? – zapytałem, podczas gdy Rigajev zbierał swoje narzędzia i przybory.

– Nie wiem, może tak właśnie jest – odparł z wahaniem. – Ciekawe, czy był zdolny się rozmnażać albo czy nie padłby w najbliższym tygodniu na jakąś chorobę, albo czy to jego ogromne poroże nie złamałoby mu w końcu karku. Ale to po prostu mutant.

Podeszliśmy do czołgu. Knispel oczekiwał nas, rozmawiając z Marlonem. Katzinski i Cyr przysłuchiwali się, siedząc na kadłubie.

– Nie będziemy jechać dalej szlakiem handlowym, ale zboczymy na północ starą G dwanaście, a później przez Rumski Przesmyk powrócimy na szlak.

– To będzie objazd długi na minimum dwieście kilometrów – nadmienił Marlon. – A jak to wygląda w Rumskim Przesmyku, nie wiadomo. Ostatni tamtędy przejechał Humbert, trzydzieści lat temu.

Musiałem przyznać, że Marlon jest nie tylko dobrym kierowcą. Umiał czytać mapy, miał dużą wiedzę, której inni nie posiadali. Kapitan nie skomentował jego uwag.

– Czy mamy dość paliwa? – zapytał mnie krótko.

Miał do dyspozycji takie same dane jak ja.

– Na dodatkowe dwieście kilometrów? – upewniłem się.

– Dwieście pięćdziesiąt.

Naszym celem było Ambrezavile, centrum obszaru, który w ciągu ostatnich piętnastu lat zamienił się w państwo pod władaniem jednego panującego. Początkowa trasa była zaplanowana na tysiąc dwieście pięćdziesiąt kilometrów, czyli na dwa, trzy tygodnie jazdy. Dodatkowe dwieście pięćdziesiąt kilometrów oznaczało poważne przedłużenie podróży.

Spojrzałem na zbiorniki dodatkowe. Nie były uszkodzone; ile paliwa nam zostało, wiedziałem z dokładnością do pięciu litrów, bo tyle wynosiła minimalna działka skali naszego paliwomierza.

– Tak jest – potwierdziłem. – Przy średnim zużyciu paliwa, takim jak dotąd. Ale już bez rezerwy – podkreśliłem.

Knispel, tak samo jak ja, wiedział, że zużycie paliwa może wzrosnąć w dwój- lub trójnasób, w zależności od ukształtowania terenu i szybkości jazdy. Nie mówiąc już o sytuacji bojowej.

– Zróbcie kontrolę amunicji, paliwa i techniki, za pół godziny oczekuję meldunku – rozkazał kapitan i wskoczył na czołg. Nie wszedł do wnętrza, usiadł na wieży i zamyślony spoglądał na północ, dokąd mieliśmy wyruszyć.

Pagórki zamieniały się tam we wzgórza, a jeszcze dalej znajdowały się góry, co nie było dogodnym terenem dla naszego czołgu.

– Dlaczego Camuvieli chce zjechać ze szlaku handlowego? To marnowanie paliwa i ryzyko nieprzewidzianych kłopotów – mruczał Marlon, kontrolując elementy optyki kierowania czołgiem.

– Z powodu radioaktywności, droga nadal jest po tym deszczu skażona – wyjaśnił Rigajev.

Chociaż tyle nam powiedział na temat narady dowódców.

– Przecież promieniowanie było tak słabe, że można by chodzić na piechotę. Wszystkiego kilka rentgenów[1].

– Camuvieli płaci, my słuchamy rozkazów – zakończył rozmowę Rigajev.

Widać było, że nie jest zadowolony z rozwoju sytuacji i nad czymś rozmyśla.

Do wieczora przejechaliśmy obok gruzowiska i posuwaliśmy się starą G12 na północ. Aż do pierwszego zakrętu ciągnął się gładki beton, przerywany jedynie sporadycznymi pęknięciami. Ten widok większość z nas uspokoił. Z rozmów w sieci dowiedziałem się, że ludzie uważali nową trasę za dużo lepszą. Nie myślałem tak, bo od kiedy w górach są lepsze trasy niż na nizinach? Podejrzewałem, że za zakrętem prawie nieuszkodzona nawierzchnia starej autostrady się skończy.

Następnego dnia moje obawy się potwierdziły, po pięciu pierwszych kilometrach gładka powierzchnia stała się popękana i pełna spiętrzonych betonowych płyt. Wyglądało to tak, jakby wraz z upływem czasu okoliczne pagórki zaczęły się poruszać, naciskając na beton jak jakieś gigantyczne buldożery. Camuvieli wypuścił w powietrze drony, żeby pomogły nam wyszukać dobrą drogę. Teraz na czele jechały lżejsze wozy, znacznie zwrotniejsze, konwój ruszał, kiedy wiadomo było, że nie utknie po kilku dalszych kilometrach.

Kiedy po raz trzeci wjechaliśmy w ślepą uliczkę, Marlon zdecydował się poszukać własnej trasy. Po krótkich uzgodnieniach z panem Camuvielim otrzymaliśmy kody umożliwiające podgląd z dronów. Był on jednak chaotyczny i nieprzejrzysty, przestałem się dziwić, że często musieliśmy zawracać. Marlon przesłał obrazy na monitory kokpitu dowódcy i ruszyliśmy. Podziwiałem, jak błyskawicznie i dokładnie Marlon analizował obrazy z powietrza. Nasza prędkość wzrosła, a zużycie paliwa spadło. Szybko dostrzegli to kierowcy ciężkich pięcioosiowych transporterów i pojechali za nami. Tylko Cautski twardo trzymał się własnej trasy.