Zakuty w stal

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zakuty w stal
Zakuty w stal
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,58  58,86 
Zakuty w stal
Zakuty w stal
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Włożyłem hełm i poszedłem za kapitanem.

Do pozycji zajmowanych przez wozy Cautskiego dotarliśmy w momencie, gdy zza fałdy terenu pojawił się pierwszy pojazd, wznoszący tuman kurzu. Ludzie Cautskiego ustawiali się na poboczach drogi, wozy z ładunkiem oddaliły się od reszty pojazdów, żeby nie narażać się na przypadkowy ostrzał.

Na razie były to rutynowe przygotowania, nie wiedziałem, czy mamy łączność z nadjeżdżającymi, ale wydawało mi się, że odbędzie się tu ostra dyskusja, a nie otwarta walka.

Transportery szybko się zbliżały, okazały się większe, niż to wyglądało z powietrza, czteroosiowe, wyposażone w wieżyczki strzelnicze. Jeden z nich miał zamontowaną wyrzutnię rakiet. Opuściłem przeziernik hełmu i odbezpieczyłem śrutówkę. Knispel spojrzał na mnie, ale nic nie powiedział. Pan Camuvieli wyglądał na zachmurzonego i napiętego. Nie miał broni, towarzyszyło mu dwóch uzbrojonych po zęby ludzi w kamizelkach kuloodpornych.

– To inny typ, niż nam się początkowo wydawało – usłyszałem w interkomie głos Katzinskiego. – Jakiś nowy model, myślę, że pochodzi z arsenałów Cesarstwa.

Nie podobało mi się, że muszę stać bezczynnie i wyczekiwać. Wystarczyłaby jedna rakieta albo jedna seria z szybkostrzelnych działek dwudziestomilimetrowych, których lufy zostały na nas skierowane.

W końcu pierwszy transporter dojechał i stanął, owionęło nas gorące powietrze, promieniujące od rozgrzanej maszyny. Przestąpiłem z nogi na nogę, śrutówka wydała mi się absurdalnie słaba i nieskuteczna. Pozostałe transportery zajęły pozycję, tworząc szerokie półkole wokół nas. Nie wjeżdżały na okoliczne zbocza. Było ich dziewięć, co stanowiło poważną siłę.

Czekałem razem z pozostałymi. Pan Camuvieli otarł sobie twarz chusteczką.

Trzasnęły zamki, zasyczało, kiedy rozładowało się nadciśnienie we wnętrzu transportera, w kilka sekund na zewnątrz znalazło się sześciu uzbrojonych ludzi. Nie wymierzyli w nas broni, ale trzymali ją w pogotowiu. Takie samo wrażenie sprawiały lufy karabinów maszynowych wystające z wieżyczek pozostałych transporterów.

Jako siódmy wysiadł z maszyny dowódca. Nie spieszył się, nie przejmował się tym, że zajmuję pozycję bojową. Oprócz pistoletu u pasa nie miał innej broni. Czapkę mundurową nosił zawadiacko przekrzywioną w bok.

Nieomylnie zwrócił się wprost do pana Camuvielego.

– Major Hinsteg – przedstawił się z lekkim ukłonem. – Armia cesarska i tymczasowo również siły policyjne Zverelova.

– Jestem Orfel Camuvieli, dowódca i właściciel tego konwoju, miło mi pana poznać – odpowiedział uprzejmie pan Camuvieli, bez śladu poprzedniego napięcia. – Przepraszam za swoje pogotowie bojowe, ale chyba grozi nam jakieś poważne niebezpieczeństwo.

Przybrał teraz zaciekawiony wyraz twarzy. Wytrawny gracz, musiałem przyznać.

– Jakie niebezpieczeństwo? – nie zrozumiał Hinsteg.

– No cóż, nie potrafię sobie wyobrazić innego powodu, który zmusiłby jednostkę armii cesarskiej do tak ostrego tempa, nie mówiąc przy tym o waszym niewyjaśnionym żądaniu zatrzymania konwoju.

– Jak powiedziałem, jestem również przedstawicielem zverelovskich sił policyjnych i żądanie wysłałem z tego tytułu – zareagował gderliwie Hinsteg. Nie spodobał mu się ton naszego szefa. – Chcę skontrolować wasz ładunek.

– Wszystkie papiery są w porządku, oryginały dokumentów celnych znajdują się w urzędzie celnym w Postolovie, naszym ostatnim postoju w obrębie jurysdykcji zverelovskiej.

Camuvieli przybrał lekko zaskoczony, choć równocześnie wyczekujący ton.

– Nie powiedziałem, że chcę kontrolować papiery – prawie wykrzyknął Hinsteg. – Chcę skontrolować ładunek. Chcę się osobiście przekonać, czy wieziecie to, co zostało zadeklarowane.

– Aha! – powiedział pan Camuvieli, jakby dopiero teraz zrozumiał, o co chodzi.

Po wyrazie twarzy Cautskiego i jego ludzi widać było, że oni od początku nie stawiali na przegląd papierów.

– A z jakiej pozycji chce pan kontrolować mój ładunek?

Nie mogłem zrozumieć, dokąd Camuvieli zmierza ze swoją udawaną naiwnością, graniczącą z głupotą.

– Z pozycji majora zverelovskich sił policyjnych, które zajmują się również sprawami celnymi! – wybuchnął Hinsteg.

– Muszę zwrócić uwagę na to, że już wczoraj opuściliśmy stukilometrowy pas wyznaczający zasięg zverelovskiej jurysdykcji i znajdujemy się na wolnym terytorium, niepodlegającym żadnej władzy. Jak też na to, że każda minuta postoju, jaki ma miejsce z waszego powodu, przysparza mi kosztów. – Teraz wyraz twarzy Camuvielego stał się zimny i surowy.

– Dogoniliśmy was o wiele później, niż zakładaliśmy – oznajmił major. – I to jest jeden z powodów, dla których tym bardziej chcę skontrolować ten wasz przeklęty ładunek. – Teraz mówił już stanowczo nazbyt podniesionym głosem. – Jeżeli na wolnym terytorium nie obowiązują żadne prawa, jak bardzo słusznie pan przypomniał, skontroluję was, ponieważ tak chcę i mam tutaj dziewięć dobrze uzbrojonych wozów pancernych, a oprócz tego pięćdziesięciu uzbrojonych ludzi.

– W ten sposób właśnie staliście się bandytami – stwierdził Camuvieli. – Występujecie z pozycji siły. To mnie mierzi, myślałem, że chodzi tylko o jakieś nieporozumienie.

– Układy z bandytami to moja robota – wmieszał się do rozmowy Cautski.

Major odwrócił się i zrobił jeden krok ku niemu.

– Jeśli polegacie na swoich ludziach, popełniacie błąd, panie Camuvieli. Mamy ich na monitorach kierowania ogniem, wystarczy jeden mój sygnał, a w ciągu kilku sekund nie zostanie wam nikt.

Hinsteg machnął w stronę jednego ze zboczy, odezwała się krótka seria skierowana w ziemię jakieś dwieście metrów od nas.

– Poddajcie się, bo następna seria będzie już celna – zawołał.

Po huku strzałów jego głos wydał się słaby i niewyraźny.

Pomyślałem, co by się stało, gdybym go teraz zastrzelił. Ale to chyba nie polepszyłoby naszej sytuacji.

Z ukrycia powstało dwóch ludzi z rękami nad głową. Hinsteg wydawał się zadowolony.

– A teraz pozostali! Widzimy was – rozkazał triumfalnie.

– Panie majorze? – po raz pierwszy przemówił kapitan.

– Wiem, wiem, macie gdzieś jeden czołg. – Hinsteg lekceważąco machnął ręką. – W kiepskim stanie, tylko częściowo zdolny do walki.

– Nie zrobiliście wywiadu, brak wam informacji o sile przeciwnika. Przyjechaliście prosto przed nasze lufy – kontynuował Knispel, jakby Hinsteg nic nie powiedział.

Przy wzmiance o wjechaniu wprost pod lufy major na moment się zawahał, ale szybko odzyskał pewność siebie.

– Blefuje pan, kapitanie – oznajmił. – Zasięgnąłem informacji na wasz temat. Dowodzi pan tylko jednym czołgiem.

– Staram się unikać przelewu krwi, jeśli to tylko możliwe, ale mam obowiązek ochrony życia, majątku i praw pana Camuvielego oraz jego ludzi. Tak wynika z mojej umowy najemniczej. – Knispel mówił sucho, bez zaangażowania, jakby czytał tekst dokumentu prawnego.

– W tym konkretnym przypadku doradzam panu odstąpienie od umowy we własnym interesie. A jeśli ten pański zbrojny pachołek choćby się poruszy – wskazał na mnie – każę was obu rozwalić na kawałki. I nie będę musiał nikomu się z tego tłumaczyć, bo jestem na ziemi niczyjej, jak słusznie powiedział pan Camuvieli, o ile to jego prawdziwe nazwisko – wściekał się Hinsteg.

Kapitan dotknął ręką czubka nosa, jakby się zastanawiał. Ten gest wyglądał naturalnie, ale ja już zdążyłem poznać kapitana. Naturalnych ludzkich gestów mu brakowało.

Dwadzieścia metrów za nami rozprysnął się duży kamień, z przeciwnej strony dał się słyszeć wystrzał. Hinsteg stał bez ruchu, jakby nie mogąc się zdecydować, czy powinien rzucić się na ziemię. Z jakiego powodu ktoś strzelił do kamienia? Nieco później zrozumiałem, że kamień został trafiony tylko przez przypadek. Major nie miał już na głowie czapki. Zniknęła.

Z niedowierzaniem dotknął głowy, popatrzył na palce, wszyscy zobaczyliśmy na nich krew.

– Nie chciałem pana bardzo zranić, ale biorąc pod uwagę, w jaki sposób miał pan nałożoną czapkę, strzelec miał niewiele miejsca na strącenie jej z pańskiej głowy, bo zranienie powinno być tylko powierzchowne – wyjaśnił Knispel, nawet nie mrugnąwszy okiem.

– Ty, ty... – Hinsteg nie posiadał się ze złości. Ale strachu po nim nie było widać.

– Kolejne trafienie nie będzie już w czapkę – oznajmił Knispel. – A moi strzelcy są wystarczająco daleko, żeby nie mógł ich dostrzec wasz system.

Teraz uwaga skupiła się na kapitanie. Wymierzyłem broń w Hinstega i przesunąłem się lekko w bok, żeby w polu ostrzału pojawił mi się jeszcze jeden napastnik.

– To wrogi atak przeciw cesarskiej armii. – Major nie rezygnował.

– Nie, panie majorze – poprawił go Camuvieli. – To akt obrony przeciwko bandytom podającym się za członków cesarskiej armii. Czy może zverelovskich sił policyjnych? Nie jest to dla mnie jasne.

Stałem bez ruchu, ze spoconymi dłońmi w grubych rękawicach. Zepchnęliśmy Hinstega do defensywy, ale mało to znaczyło. Jeśli to byli naprawdę cesarscy żołnierze, to z pewnością zostali znakomicie wyszkoleni. Mogli rozpętać prawdziwą jatkę, z której niewielu ludzi by ocalało. Ja na pewno nie. I nikt z mojego otoczenia.

– Proszę rozkazać swoim ludziom, niech się odwrócą, pojadą pięćdziesiąt kilometrów w kierunku powrotnym i tam się zatrzymają. Pan z jednym transporterem pojedzie z nami również pięćdziesiąt kilometrów i tam was zwolnimy.

Brzmiało to rozumnie, był to sposób na uniknięcie walki i przelewu krwi.

– Dlaczego miałbym dobrowolnie narażać się na niebezpieczeństwo? Pozbawić się wsparcia swoich ludzi? – wybuchnął major.

 

Nadal do niego celowałem, ale wydawało mi się, że w ogóle tego nie zauważa. Byłem gotowy do wystrzału. Stojący najbliżej Hinstega zacisnął usta w wąską kreskę. Obserwował, czy uniosę broń, czy nie. W balistycznym komplecie, z twarzą ukrytą w hełmie byłem dla niego po prostu nieczytelny. Nie wiedział, kim jestem, a nie mógł wiedzieć, że moim jedynym życzeniem było wynieść z tej awantury całą skórę.

W końcu Hinsteg też mnie zauważył i zrozumiał, że jeśli jego rozkaz będzie inny niż oczekiwany, umrze.

– Kim pan jest? Komu mam zawierzyć swoje życie? – zwrócił się do naszego kapitana.

– Już mówiłem, a pan się zdradził, że zasięgał o mnie informacji. Jestem kapitan Oliver Knispel, posiadam patent najemnika, dokument uznawany w całym cywilizowanym świecie. Moje nazwisko jest znane.

– Szalony kapitan – mruknął Hinsteg i nagle zamilkł, jakby ta uwaga wymknęła mu się mimochodem. – No tak, ma pan dobrą reputację – dodał szybko, aby to jakoś zatuszować. – Od dwudziestu lat działa pan na peryferiach cywilizacji, oferując pierwszorzędne usługi. Czasem za cenę ogromnego ryzyka, niemożliwego do zaakceptowania dla wielu ludzi.

– Dlatego też żądam wysokiej ceny za moje usługi – zareagował na to Knispel.

Napięcie opadło, widać było, że Hinsteg odnalazł grunt pod nogami.

– Czy może pan odwołać swojego drona? – Wskazał na krążącą nad nami maszynę. – Skoro negocjuję, jest to zbędne ryzyko.

Ciekawe. Te fruwające aparaty, które co jakiś czas nadlatywały z pustyni, nazywano u nas pterobotami. Hinsteg używał określenia „drony”, terminu ze starej nomenklatury. To prawdopodobnie zależało od tego, czy urządzenia obsługiwali ludzie, czy też były od nich niezależne, bo kierowały nimi inne maszyny. Jednak rozumiałem obawy majora. Na wysokich orbitach stale krążyły dziesiątki, czy raczej setki satelitów bojowych, które powodowały, że możliwość wojny w powietrzu i w stratosferze osiągnęła pat. Nawet dziś, po całych stuleciach wyczekiwania, nie pozostawiały w powietrzu niczego większego od albatrosa i poruszały się z prędkością ponad stu kilometrów na godzinę. Słyszałem o eksperymencie z balonem na gorące powietrze. Nieudanym – balon spłonął, a załoga zginęła. Nikt nie wiedział, czy w wyniku trafienia promieniem z orbity, czy katastrofa była następstwem nieszczęśliwego wypadku. W każdym razie zniechęciło to naśladowców i zmusiło nas, aby nadal trzymać się ziemi.

– Oczywiście – przytaknął kapitan.

Nie odważyłem się przyglądać lądowaniu pterobota. Nie odważyłbym się nawet podrapać po nosie, chociaż pod balistyczną maską nie było to możliwe. Nauczyłem się już, że jedyny spacyfikowany bot to bot rozebrany, pozbawiony źródła energii, a za tę wiedzę zapłaciłem kawałkiem małego palca i głęboką blizną na ramieniu.

Hinsteg obserwował lądowanie maszyny i wydawał się z tego powodu znacznie spokojniejszy. Widać było po nim, że się zdecydował.

– Polegam na pana słowie, kapitanie, umowa stoi – oznajmił.

Nie zauważyłem, w jaki sposób wydał rozkaz, jednak lufy karabinów maszynowych uniosły się, a jego ludzie opuścili kryjówki. Skierowałem śrutówkę ku ziemi i odetchnąłem głęboko, aż zamglił się przeziernik hełmu.

* * *

Kolejne dwa dni przebiegły bez wydarzeń, jeśli nie liczyć ciągłych napraw bieżących awarii sprzętu technicznego. Wody było coraz mniej, powoli wjeżdżaliśmy w prawdziwą pustynię. Suchą glebę zastąpiły piasek i żwir. Trzeciego dnia major Hinsteg opuścił nas w swoim wozie pancernym tak niepostrzeżenie, jak tylko było to możliwe. Z wyrazu jego twarzy wywnioskowałem, że spodziewa się celnej rakiety w tył pojazdu. Tak się jednak nie stało, kapitan takiego rozkazu nie wydał, a tylko kazał monitorować aktywność ludzi Cautskiego, aby nic podobnego nie wyszło z ich strony. Cały dzień jechaliśmy bez odpoczynku i wieczorem byliśmy po prostu wyczerpani.

Następnego dnia obudziłem się jeszcze przed świtem. Dokonałem porannej toalety i poszedłem przejść się wokół obozu, bo do wschodu słońca pozostało jeszcze kilka minut.

Starałem się iść jak najciszej, ale skrzypienie suchego piasku pod nogami brzmiało tak głośno, że powinno wyrwać ze snu każdego śpiocha. Nikt się jednak nie obudził. W niektórych miejscach wiatr odsłonił popękany beton starej autostrady, z której korzystaliśmy podczas jazdy. Schyliłem się, żeby go dotknąć. Kiedyś, dawno temu, byli ludzie zdolni do pokrycia świata arteriami komunikacyjnymi, aby jak najefektywniej przemieszczać ogromne ilości ładunków na długich dystansach. Dziś cieszyliśmy się, jeśli było nam wiadome, dokąd wiodły te betonowe rzeki. I używaliśmy ich, dopóki było to jeszcze możliwe.

Jej kroki usłyszałem już z daleka. Też starała się iść cicho, jednak pustynny piasek skrzypiał naprawdę głośno.

– Zawsze wstajesz tak wcześnie?

Spojrzałem na nią.

Już od rana miała na sobie strój podróżny i starannie uczesane włosy. Nie była umalowana, jej naturalnie ciemne wargi kontrastowały z bladą cerą.

– Nie – przyznałem się. – Tylko wtedy, gdy nie mogę spać.

– Do porannej pobudki zostało jeszcze pół godziny – podpowiedziała.

– No to skorzystamy z tego i pójdziemy popatrzeć na ten występ skalny. – Wskazałem kierunek.

– Po co? – zdziwiła się.

Przez chwilę zastanawiałem się nad odpowiedzią.

– Potrzebny mi jest cel, zawsze wyznaczam sobie jakiś cel. Droga do tego występu mi go zapewni, a równocześnie będziemy sami. Możemy o wszystkim rozmawiać i nikt nas nie usłyszy... A więc?

– A więc? – Pytająco uniosła brwi.

– Właśnie tak – potwierdziłem poważnie.

– No to chodźmy. – Uśmiechnęła się.

Nie miałem ochoty nic mówić, smakowałem jej obecność, czystość budzącego się dnia, chłodny wiatr. Zanim wyszedłem na przechadzkę, rzuciłem okiem na odczyty czujników, w powietrzu było znacznie mniej zanieczyszczeń niż zwykle. To wprowadziło mnie w nastrój romantyczny i odświętny zarazem.

– Ojciec mówił, że świetnie sobie poradziłeś z sytuacją, że dzięki tobie obyło się bez rozlewu krwi.

– Jaką sytuacją? – nie zrozumiałem.

– Z majorem Hinstegiem. Dzięki twojej reakcji uświadomił sobie, że jest śmiertelny i podatny na zranienia.

– No cóż, nie widział mojej twarzy, nie wiedział, kim jestem. Ale zawdzięczamy to decyzjom kapitana, to on kazał mi nałożyć komplet balistyczny.

Popatrzyła na mnie z taką miną, jakby właśnie takiej odpowiedzi ode mnie oczekiwała.

– Ale muszę przyznać, że wymierzyłem w niego broń we właściwym momencie. – Zawahałem się na chwilę. – Nie czułem się pewnie, stojąc przed tymi wszystkimi lufami. Chciałem po prostu przeżyć.

– To chyba całkiem zrozumiałe, powiedziałabym. Zwłaszcza w przypadku młodego człowieka.

Wydała mi się teraz bardziej doświadczona i poważniejsza niż przed chwilą, a przecież sama była młodą kobietą.

Tak rozmawiając, doszliśmy do skalnego występu. Nie był zbyt wysoki, lecz roztaczał się z niego widok na drogę, którą przyjechaliśmy. Gdzieniegdzie dawało się dostrzec nasze ślady, choć większość z nich rozwiał już wiatr.

– Cały czas tylko ja mówię – zauważyłem. – A ty, co mi powiesz o sobie?

– A jaki masz cel? Mówiłeś, że zawsze potrzebujesz jakiegoś celu – zapytała, jakby nie słysząc mojego pytania.

– Dzień dobry – usłyszeliśmy gdzieś za nami i kolejne odgłosy świadczące o tym, że obóz się budzi.

– Chyba powinniśmy już wracać – powiedziałem.

– Miła przechadzka z ładnym widokiem. – Wydawała się zadowolona i nieco rozbawiona.

Zawróciliśmy.

– Na pewno uda mi się znaleźć inne – obiecałem. – I dłuższe.

Pożegnałem się z nią w momencie przechodzenia przez granicę wyznaczoną barierą czujników ruchu. Niczego nie sygnalizowały podczas powrotu, ponieważ zostały wyłączone. Pierwszą osobą, jaką spotkaliśmy, była Valerie.

– Widzę, że wcześnie wstaliście. Jak udała się przechadzka?

Powiedziała to niewinnie, ale wydało mi się, że coś się skrywa w jej intonacji.

– Krótka – oceniłem zwięźle. – Musimy to powtórzyć.

Nie miałem już czasu na rozmowę z dziewczynami.

– Proszę panie o wybaczenie, dziś moja kolej na przygotowanie śniadania.

Rozdział drugi

Jechaliśmy dalej, utrzymując optymalne tempo, coraz bardziej zagłębiając się w ziemię niczyją. Wokół nas wyrastały coraz wyższe pagórki, a stara autostrada opadała i wznosiła się bardzo powoli. Teraz już nie ginęła z oczu tak często jak na równinie za nami, wyraźnie była zbudowana rzetelniej i z większym staraniem. Żeby wybudować taką drogę, dawno temu ludzie wykonali ogromną pracę, przemieścili miliony ton skały. Wprawdzie po upływie setek lat brakowało jej całych fragmentów, ale wciąż mogła zadziwiać swoją trwałością. Którędy wiodła, można było zobaczyć, obserwując rzeźbę terenu. Z zadowoleniem dostrzegłem, że przybywało wody w glebie wokół drogi, wilgotne miejsca wprawdzie nadal przeplatane były suchymi, ale przejeżdżaliśmy obok krzewów, kęp wysokiej trawy oraz sękatych drzew ze skórzastymi, jasnozielonymi liśćmi.

– Na dziesiątej metaliczne błyski – głos Cyra przerwał monotonny warkot silnika i skrzypienie gąsienic. W tym samym momencie ożyły detektory radaru Dopplera. Wlazłem do kokpitu po hełm, przyłączyłem się do systemu dowodzenia czołgu i usiłowałem coś zobaczyć.

Sterowanie monitorami pokrywającymi większość ścianek mojego stanowiska technika już opanowałem. Jednak z chaotycznego obrazu wyświetlanego na przyłbicy hełmu nic nie mogłem wywnioskować. Wymagało to większej praktyki. Po chwili odłączyłem się i starałem zorientować w sposób klasyczny, za pomocą wzroku. I to mi się udało, po lewej stronie spostrzegłem kilka metalicznych błysków. Za pomocą lornetki zobaczyłem bota, dużego jak spory kojot. Konstrukcją nawet nieco przypominał kojota. Cztery nogi, duży członowy ogon i nieforemna głowa podobna do młota. Gdybym zdołał dłużej utrzymać go w szkłach, wypatrzyłbym dalsze szczegóły, ale w jadącym czołgu nie było to możliwe. Znów włączyłem się do systemu i znalazłem dane, które uzyskał Rigajev przy użyciu wszystkich dostępnych czujników.

Moje pierwsze wrażenie okazało się słuszne. Kojot był trochę podobny do botów, którym czasem zdarzało się zabłądzić na nasze terytorium, ale ogólnie wydawał się być w lepszym stanie. Wyglądał trochę nieforemnie, na grzbiecie miał trójkątny grzebień kolektorów słonecznych. Wydawały mi się niezwykle małe, co znaczyło, że musiały być o wiele sprawniejsze niż te, które znałem. Odtworzyłem sobie dostępne krótkie wideo. Nie poruszał się płynnie, co było wynikiem jego prymitywnej konstrukcji, opartej na niezbędnej tylko liczbie stawów i polimetalicznych mięśni. Ale potrafił rozwinąć sporą prędkość, porównywalną ze żwawym kłusem. Jego ruchowy algorytm był w stanie doskonale współpracować z hardware’em.

Czujniki optyczne miał umieszczone na głowie, jak u większości botów. Głowa była ruchoma, co pozwalało na dokładny przegląd okolicy. Paszcza na pierwszy rzut oka wydawała się prosta, z trójkątnymi zębami. Widziałem już kilka botów ze szczękami zaopatrzonymi w wirujące łańcuchy, ale wibrujące zęby sprawiały się lepiej i były prostsze konstrukcyjnie. Oczywiście o ile konstruktor miał do dyspozycji odpowiednio silne materiały. Znane mi boty były w większości zbudowane z różnych resztek. Ale ten nie.

– Co to jest? – zapytałem przez interkom.

– Dziki bot. Szuka energii, materiału – odpowiedział Marlon.

– Albo zwiadowca – nie zgodził się Cyr.

– Jak to może być zwiadowca? To prosty, prymitywny bot – rzekł pogardliwie Marlon. – Ma inteligencję mrówki.

Cyr dalej nie dyskutował. Zastanowiło mnie, co rozumiał przez słowo „zwiadowca”. Dla kogo by taki zwiadowca pracował? Kto by mu wydawał rozkazy i komu przekazywałby informacje? Im bardziej złożona była maszyna, tym bardziej wzrastała jej skłonność do awarii i tym krótszą miała żywotność. Miało to zastosowanie w przypadku botów, maszyn bojowych oraz sztucznych inteligencji, dawno temu wytworzonych przez ludzi. Najbardziej natomiast w przypadku tych przeznaczonych do walki. Z tych powodów uważało się, że ostatnie z nich przestały działać po zakończeniu wojny Hanturiego.

– Rigajev, niech pan utworzy jego sygnaturę – odezwał się głos kapitana.

– Jest gotowa, panie kapitanie. Już ją przesłałem.

Bot zniknął za niewysokim grzebieniem biegnącym równolegle do naszej drogi.

 

– Co to znaczy utworzyć sygnaturę? – zapytałem Rigajeva na dwustronnym kanale.

– Stwarzamy mapę jego odbić, którymi możemy go dostrzegać, za pomocą poszczególnych czujników w cieplnym elektromagnetycznym spektrum i na ultradźwiękach. To jakby jego podpis, który przekazuję na es-jot-es, sensoryczną jednostkę sterującą, żeby później sama wyszukiwała taką sygnaturę w danych ogólnych.

– A czy myślisz, że ma inteligencję mrówki?

– Jeśli tak, to jest cholernie niebezpieczny. Przypomnij sobie, czego taka mrówka potrafi dokonać – odparł bez wahania.

Nie była to przyjemna perspektywa. Nigdy nie spotkałem się z takim botem. Ale pojedyncza mrówka nie jest znowu taka sprytna. Miałem nadzieję, że jeśli Marlon ma rację, istnieje tylko kilka takich botów.

Do wieczora nic nowego nie zaszło, tyle tylko, że uczucie, jakbyśmy wjeżdżali na urodzajniejszą ziemię, okazało się mylne. W okolicy znów ubywało wody, teren powoli zmieniał się w półpustynię. Trawę, krzewy i drzewa zastąpiły rzadkie kolczaste rośliny o szarozielonym kolorze. Po wielkiej wojnie zostało niewiele urodzajnych terenów, ekologiczna równowaga planety została zakłócona.

Przyrządy Rigajeva wskazywały, że teren jest czysty, więc rozbiliśmy obóz. Transportery z ładunkami umieściliśmy w półkolu, jeden za drugim, aby utworzyły barierę przeciwko nasilającemu się wiatrowi wiejącemu z północnego wschodu.

Do moich obowiązków należało zabezpieczenie obozu i jak zawsze za towarzysza miałem Cyra.

– Weź to ze sobą. – Podał mi śrutówkę, którą już raz miałem w rękach. – Gdyby ten bot przypadkiem się tu pojawił.

Niezbyt mnie to ucieszyło, bo oprócz ciężkich czujników przybyło mi jeszcze kilka kilogramów. Uważałem, że do zniszczenia bota wystarczyłby mój pistolet, ale śrutówkę wziąłem.

Zanim skończyliśmy, od kuchni polowej dobiegł do nas zapach, który uświadomił mi, jak bardzo jestem głodny. Zgodnie z umową od chwili wjazdu na ziemię niczyją to nasz chlebodawca musiał zadbać o zapewnienie nam jednego porządnego posiłku dziennie. W dwóch dużych kotłach ogrzewanych gazem gotowało się mięso z fasolą, w trzecim bulgotała woda na kawę i herbatę. Przy rozkładanym stole krzątał się jeden z ludzi pana Camuvielego. Ten, którego zagadnąłem o butelkę alkoholu. W ciągu dnia pełnił rolę kierowcy.

– Jedzenie gotowe – powiedział do mnie. – Weź sobie od razu, za chwilę zrobi się tłoczno.

– Zaraz przyniosę łyżkę, kubek i resztę – odrzekłem.

Dwaj ludzie wynieśli z ciężarówki zaopatrzeniowej ławki i poustawiali je wokół kuchni.

Kucharz-kelner wyczarował spod stołu łyżkę i plastikowy talerz, nabrał mi na niego szczodrą porcję i dodał trzy pajdy chleba.

– Ma to wrócić czyste – oznajmił. – Inaczej nic już ci nie pożyczę, a jutro poczęstuję tylko gadaniem.

– To poważna groźba, wszystko na pewno będzie błyszczało. Czy pan Camuvieli będzie jadł z nami? – zainteresowałem się.

– Nie dostałem polecenia, żeby przygotować jakieś specjalne menu, ale nie wiem, czy będzie jeść tutaj. – Wzruszył ramionami.

Zamiast odpowiedzi tylko przytaknąłem.

Usiadłem na ławce i zabrałem się do jedzenia. Cyr wziął śrutówkę, sprawdził, czy jest zabezpieczona, i odszedł do czołgu ze swoją porcją. Przyzwyczaiłem się już do jego małomówności. Rigajev też potrafił długo milczeć, ale on nieustannie o czymś rozmyślał albo grzebał w swoich danych. Czasem jednak dawał się wciągnąć w interesującą rozmowę.

Wkrótce przy kuchni zaczęli się gromadzić pozostali, po kilku minutach większość miejsc była zajęta. Jadłem powoli, nie musiałem się spieszyć, jedzenie smakowało lepiej niż to, do którego byłem dotąd przyzwyczajony.

Po chwili przysiadł się do mnie Rigajev, Marlon i Katzinski usiedli przy stole, przy którym już zajęli miejsca ludzie Cautskiego. Mówiono o bocie, maszynach i starych inteligencjach wojennych. Nic dziwnego, bot, który nas przez jakiś czas obserwował, wzbudził powszechne zainteresowanie. A nawet obawy.

– Boty i ta cała mechaniczna hałastra to już przeszłość. Wielka wojna skończyła się prawie trzysta lat temu, maszyny pordzewiały, obwody uległy zwarciom, spotykamy tylko ostatnie z nich – powiedział któryś z przekonaniem. Był to barczysty mężczyzna średniego wzrostu, z twarzą poznaczoną mnóstwem drobnych blizn, jakby w dzieciństwie przeżył jakąś brzydką chorobę zakaźną.

– Ale to maszyny zniszczyły Konstopol, nikt tam nie pozostał przy życiu – zaoponował jakiś człowiek, wyglądający na ochroniarza pana Camuvielego.

– To było sto lat temu, dziś już nic takiego nie może się wydarzyć – odparł barczysty.

– Jednak nadal spotykamy boty wyglądające na całkiem sprawne – zauważył jeden ze słuchających. – Na przykład ten dzisiejszy sprawiał wrażenie nowego.

– One są z takich magazynów, które napełnili specjalnym gazem, i jeśli popsuje się coś w ich mechanice albo hydraulice, to boty się aktywują i mają znaleźć najbliższe dowództwo.

Chłopina sprawiał wrażenie, że coś o tym wie. Ale takie opowiastki też już słyszałem.

– A co ty o tym myślisz? – zwróciłem się do Rigajeva.

– Mogłoby tak być – potwierdził z wahaniem.

Słuchał z zainteresowaniem i wydało mi się, że wie więcej, niż powiedział.

– Ja sam spotkałem niedawno wyprodukowane boty. To były proste maszyny, wykonane z marnych materiałów i o dość prymitywnej konstrukcji – rzuciłem półgłosem, żeby usłyszał to tylko Rigajev. Nie miałem ochoty mieszać się do rozmowy przy stole.

– Ja również – zgodził się ze mną. – Po prostu gdzieś nadal działają linie produkcyjne. Starzeją się, ale ponieważ zostały zbudowane bardzo przemyślnie, a kierują nimi wyrafinowane algorytmy, nadal są jeszcze zdolne produkować boty bojowe. Chociaż gorszej jakości niż dawniej. – Mówił to bez zainteresowania, jakby chciał ten temat jak najszybciej zakończyć.

Zgadzałem się z nim. Czasem natrafiałem na książki opisujące czasy przed wielką wojną. Było w nich napisane, że dawno temu mocarstwa przegrywające wojnę produkowały broń w wielkich ilościach aż do chwili swojej totalnej porażki. I broniły się uporczywie aż do samego końca, nawet kiedy jakość broni z czasem się pogarszała. W przypadku maszyn mogło być tak samo, po prostu mogły być podobnie zaprogramowane.

– A co w przypadku wojny Hanturiego? To zaledwie dwadzieścia lat temu, a maszyny zaatakowały z pełną siłą – zwrócił się do nas jeden z ludzi Deheba.

Trochę się pomylił, wojna Hanturiego miała miejsce już dwadzieścia cztery lata temu, prawie ćwierć wieku.

Spojrzałem na Rigajeva. Nie poruszył nawet brwią. Wszyscy znali historię wojny Hanturiego, która teraz zmieniła się raczej w legendę. Błękitny Von pierwotnie był wyspą cywilizacji, najbardziej na zachód wysuniętym miejscem, w którym osiedlili się ludzie. Dalej znajdowała się już tylko Pustynia Zachodnia, nieprzyjazne, zagrażające życiu miejsce, spalone i skażone przez wojnę. Jednak na terytorium Błękitnego Vonu odkryto bogate złoża surowców mineralnych, co w naszym świecie graniczyło z cudem. Stara cywilizacja, która zginęła w wielkiej wojnie, wszystkie łatwe do wydobycia surowce zużyła, a przy wydobyciu pozostałych opierała się na niedostępnej dla nas technologii. Błękitny Von zaczął świetnie prosperować, ciągnąc za sobą ku dobrobytowi również innych. Aż do chwili, kiedy pojawiła się silna armia botów i napadła na niego.

– W tej wojnie walczyło się przeciwko nowym botom, dobrze uzbrojonym. Wiem o tym, znałem jednego chłopaka, który brał w tym udział. Walczył pod bezpośrednim dowództwem Wilhelma Hanturiego – mówił dalej człowiek Deheba.

Był to jeden z mechaników, jeden z tych lepszych, przypomniałem sobie.

Rigajev milczał, chociaż wszyscy oczekiwali jego reakcji.

– Tak – zgodził się niespodziewanie barczysty. – Pojawiły się tam nowoczesne, nowe boty, to prawda.

– To my sami je wyprodukowaliśmy – kontynuował mechanik – w wyniku walki konkurencyjnej. Ryjąc pod ziemią, ludzie z Błękitnego Vonu odkryli stare linie produkcyjne, naprawili je, przeprogramowali i zaczęli wytwarzać boty dla własnych potrzeb, tym razem dla wojny handlowej.