Zakuty w stal

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zakuty w stal
Zakuty w stal
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,58  58,86 
Zakuty w stal
Zakuty w stal
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Karta redakcyjna

Okładka


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział pierwszy

Jeszcze raz? – Oter wprawdzie mnie zapytał, ale równocześnie jednoznacznym gestem zamówił u kelnera kolejną rundę. Wiedziałem, że kiedy ją skończymy, we krwi krążyć mi będzie o pół litra piwa i jedną setkę alkoholu więcej niż porcja, do której byłem przyzwyczajony. Właściwie wcale mi to nie przeszkadzało. Oter dostał dobrą zapłatę za zboże, a mnie się trafiła transakcja roku. Za układ ultrastabilnej pamięci otrzymałem cenę, jakiej zażądałem, a o tuzin elektrod klienci prawie się pobili, licytując jeden przez drugiego. Ponadto zgromadziłem wszystkie części zamienne potrzebne do naprawy maszyn w osadzie, większość z nich w drodze wymiany na usprawnione alternatory, odzyskane ze złomowanych maszyn. Część pieniędzy zdążyłem umieścić w filii Pierwszego Banku Globalnego. Byłem z siebie zadowolony. Nieczęste uczucie, ale bardzo przyjemne.

Przynieśli nam kolejne piwo i małą porcję kryształowo czystego alkoholu, łańcuszek bąbelków świadczył o tym, że to nie woda. Napitek wyglądał tak samo jak podczas pierwszej kolejki, mimo to wyciągnąłem z nadgarstkowego komputerka sondę i zanurzyłem ją w dzbanie. Żadnych chemicznych trucizn, żadnej radioaktywności nie stwierdziłem.

– Ostrożny jesteś – zauważył Oter z rozbawieniem, prawie ze śmiechem.

– Słyszałem o takich miejscach, w których naleją ci uczciwy pierwszy puchar, a kolejne są już trujące.

Tutaj jednak nic takiego nie groziło. Postolov nie był ani wioską, ani osadą, tylko prawdziwym miastem, należącym do Ligi Miast, co gwarantowało przestrzeganie prawa.

– Kociak. – Oter wskazał kierunek wzrokiem.

Nie byłem przyzwyczajony, żeby dziewczyny i młode kobiety wchodziły do lokali z wyszynkiem czy do gospód bez męskiego towarzystwa, ale musiałem zgodzić się z Oterem.

Nie miała więcej niż dwadzieścia lat, nosiła spódnicę do kostek, spod której widać było skórzane buty ze sprzączkami. Rozpięte dwa górne guziki dopasowanej koszuli kontrastowały z włosami mocno splecionymi w długi, ciężki warkocz. Wyraźnie nie pasowała do trzeciorzędnej knajpy, w której my zwykliśmy bywać, żeby nie tracić pieniędzy na droższy lokal.

– Ano, kociak – zgodziłem się.

Rzuciła mi przelotne spojrzenie, ale to wystarczyło, żebym prawie się zakrztusił. Może to spojrzenie było więcej niż przelotne. Przechodziła obok stołu, przy którym siedziało trzech mężczyzn. Jeden szeroki w ramionach, z twarzą naznaczoną oparzeniami; drugi masywny, z brzuchem wylewającym się spod pasa; trzeci mały, ze szczurzym pyskiem.

Grubas nieoczekiwanie złapał ją za ramiona i zatrzymał tak gwałtownie, że mało nie upadła.

W panującym gwarze nie usłyszałem, co jej powiedział, ale ona wymierzyła mu ostry policzek, aż został mu po nim na twarzy czerwony ślad. Nie wyglądała na przestraszoną.

Barczysty zaśmiał się i klepnął dziewczynę w tyłek.

Coś warknęła, a grubas przyciągnął ją bliżej.

Już dawno się nauczyłem, że nie powinienem mieszać się do cudzych spraw, ale kiedy jeden z nich trzymał dziewczynę, a drugi poklepywał, nie zdołałem się powstrzymać. Może winne temu było piwo, a może spojrzenie dziewczyny?

Spostrzegli mnie, zanim zdążyłem dojść do ich stołu. Natychmiast cała trójka, a właściwie czwórka, licząc i ją, skojarzyli mi się z rzeźbą grupową.

– Mężczyźni nie zachowują się tak wobec damy – powiedziałem. – Puśćcie ją.

Szczurek wyglądał na zadowolonego. Grubas się zaśmiał. Barczysty sięgnął ku mnie. Na pewno był silniejszy ode mnie, ale podczas szperania po złomowiskach spotykałem się z brutalną konkurencją, co nauczyło mnie dbać o siebie. Trzasnąłem go w łokieć obuszkiem nie dłuższym niż dwadzieścia centymetrów, lecz z głowicą wypełnioną ołowianym śrutem. Ryknął z bólu, ale mimo to sięgnął ku mnie drugą ręką. Uderzyłem go powtórnie z całej siły, tym razem w ramię, równocześnie kopniakiem posyłając na podłogę grubasa, usiłującego wstać z krzesła.

Szczurek pomachał do kogoś za mną, dla pewności nadepnąłem grubasowi na stopę i odwróciłem się. Od dalszego stołu podnosiło się trzech kolejnych mężczyzn, wyglądających na podejrzane indywidua, koncentrujących swoją uwagę na mnie.

Zdałem sobie sprawę, że moją jedyną szansą jest wziąć nogi za pas. Wypadłem przez drzwi, oni za mną. Nie było jeszcze całkiem ciemno, na ulicach znajdowało się więcej ludzi niż u nas w środku dnia. Zwolniłem, myśląc, że tutaj nie będą mnie napastować.

Myliłem się.

– Tam jest! – usłyszałem, jak wołają.

Ludzie rozstępowali się przed nimi i nic poza tym. Cholera. Znów przyspieszyłem. Nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy, choć nadal byłem pewny, że im ucieknę. Miasto było w końcu dość duże.

Nagle ktoś, chyba dla sportu, podstawił mi nogę. Przewróciłem się, ale poderwałem natychmiast. W ciemnej uliczce, w którą wpadłem, próbowało mi zastawić drogę trzech wyrostków. Udało mi się przeskoczyć pomiędzy nimi. Panowały tu inne warunki, niż sobie wyobrażałem.

Pomyślałem, że ucieknę im i schowam się gdzieś bliżej centrum miasta, gdzie ulice są oświetlone, jest siedziba starosty i innych bogatych ludzi.

Huknął strzał. Świstu kuli nie usłyszałem, ale uderzyła w ścianę bardzo blisko mnie. Jeszcze przyspieszyłem, chociaż brakowało mi tchu i się potknąłem. Może ze zmęczenia, a może z powodu ciemności.

Kolejny zakręt, skrzyżowanie.

W płucach mi grało, nogi ciążyły, a moi prześladowcy nadal nie ustawali w pościgu. Nie rozumiałem tego, nie wyglądali na tęgich biegaczy. Tuż obok mnie przeleciało kilka kamieni rzucanych z cienia okolicznych domów. Jednak już przybliżało się światło latarń centrum miasta. Może już byłem bezpieczny.

Plac.

Okna ratusza były ciemne, ale na posterunku policji się świeciło.

Dzięki Bogu.

Przebiegłem przez drzwi i stanąłem przed żelazną kratą zagradzającą wstęp do wnętrza budynku.

– Gonią mnie – wycharczałem. – Banda kryminalistów.

Młody człowiek za kratą, ubrany w błyszczący mundur z drogiego materiału, zmierzył mnie taksującym spojrzeniem.

– Pana nazwisko, adres i kod osobisty mieszkańca – powiedział nieco zaskakująco.

– Nazywam się Matyas Sanders, pochodzę z Kriszkowa! – wykrzyknąłem spiesznie, jako że w każdym momencie mogli pojawić się moi prześladowcy.

– A więc cudzoziemiec – skonstatował młodzian ze znudzeniem i stracił zainteresowanie moją osobą.

Tutaj mi nie pomogą, zrozumiałem. Wbiegłem w pułapkę.

Rozejrzałem się za jakąś drogą ucieczki.

Gdzieś z zewnątrz posterunku dobiegał odgłos ożywionej rozmowy.

Krata była masywna, z grubych na kciuk prętów zbrojeniowych, ale z bliska odkryłem, że zasuwa nie była zamknięta.

Otworzyłem kratę, zostawiłem zdezorientowanego młodziana w mundurze z jego głupimi pytaniami, wśliznąłem się do wnętrza i zasunąłem zaworę. Ten typ zatrzasku nie potrzebował na szczęście klucza do zamknięcia. Przynajmniej zyskałem nieco czasu.

Zniknąłem w półmroku korytarza, kiedy na posterunek wtargnęli bandyci. Zdziwiło mnie to, kryminaliści na ogół unikają policji. Schowałem się za rogiem, żeby mnie nie dostrzegli.

Z korytarza przede mną dobiegał odgłos rozmowy, za mną słychać było chaotyczne okrzyki bandytów. Koniecznie musiałem znaleźć drogę ucieczki i wrócić do domu.

Jednak korytarz prowadził tylko w jedną stronę, skąd dobiegały głosy, postępowałem w tym kierunku ostrożnie i po chwili mogłem rozróżnić poszczególne słowa.

– Jeżeli nie zgromadził pan ludzi o żądanych kwalifikacjach, nie mogę panu pomóc. A w więzieniu nie mam nikogo przydatnego. Pytanie, czy zdołałbym kogokolwiek odwieść od wymiaru kary równego karze śmierci ze względu na stan pańskiej maszyny. Tak to wygląda, kapitanie.

 

Za mną bandyci nadal wykłócali się z policjantem w uniformie, czułem się jak lis osaczony w norze.

Musiałem zaryzykować.

– Proszę mi pomóc. – Wpadłem do pomieszczenia.

Surowo wyglądający mężczyzna w szarym ubraniu, przypominającym mundur pozbawiony jakichkolwiek dystynkcji czy odznaczeń, siedział przy stole obok policjanta, sądząc po złotych naramiennikach, o wiele wyższego rangą niż młodzik przy kracie. Naprzeciw nich zobaczyłem dużego mężczyznę o nieruchomej twarzy. Nie siedział wraz z pozostałymi u stołu, lecz stał pod oknem i wyglądał na zewnątrz, jakby rozmowa go nie interesowała. Był nie tyle duży, co ogromny, uświadomiłem sobie.

– Gonią mnie – udało mi się jeszcze powiedzieć.

Policjant popatrzył na mnie srogo, musiałem przyznać, że poruszył nawet brwiami, kiedy wpadłem do jego biura.

– Mógłbym kazać pana zamknąć za nieuprawnione wtargnięcie na posterunek policji i zagrożenie dla osoby naczelnika – oznajmił.

– Ale oni mnie gonią, chcą mnie zabić, strzelali do mnie – zawołałem.

Za sobą usłyszałem metaliczny dźwięk otwieranej kraty.

Wiedziałem, że jeśli naczelnik policji nie stanie po mojej stronie, będzie ze mną źle.

– Przyjechaliśmy tylko sprzedać swoje plony i kupić części zamienne – mówiłem szybko. – Nic innego, nie potrzebujemy kłopotów.

– A więc cudzoziemiec – powiedział naczelnik. W jego głosie zabrzmiała pogarda.

Ubrany na szaro mężczyzna spojrzał na mnie z zainteresowaniem.

Odezwało się pukanie do drzwi. Stanął w nich zdenerwowany młody policjant, a za nim cały tłum ludzi.

– Panie naczelniku, proszę o wybaczenie, ale mam tutaj szereg poważnych zarzutów przeciw obecnemu tu mężczyźnie. Napad na mieszkańca miasta z obrażeniami ciała, niszczenie majątku, ucieczka bez zapłacenia rachunku...

Cholerny Oter!

– To nieprawda, mam świadka. – Starałem się odwrócić sytuację na swoją korzyść.

– Nie przypuszczam, żeby miał pan tylu świadków, ilu uczciwych obywateli się tu znajduje.

Naczelnik wyraźnie nie lubił cudzoziemców. Zrozumiałem, że miejscowa policja mi nie pomoże.

– Mówił pan, że przyjechaliście kupić części zamienne – zwrócił się do mnie mężczyzna ubrany na szaro.

– Tak, jestem mechanikiem, zajmuję się u nas wszystkimi maszynami. Mam klientów również w okolicznych osadach.

– Poszukuję mechanika. Niech pan zostanie członkiem mojej ekipy, a zatroszczę się o pana. – Rzucił krótkie spojrzenie na ludzi tłoczących się w drzwiach.

– To niemożliwe – zaprotestował naczelnik. – Zamknijcie go – rozkazał swojemu podwładnemu, wskazując na mnie.

Ubrany na szaro otworzył leżącą na stole teczkę. Zdołałem przeczytać napis: „Umowa najemnicza”.

– Dodajcie do tych zarzutów jeszcze próbę gwałtu – odezwało się z gromadki przy drzwiach.

Na czoło przepchnęła się młoda kobieta, od której wszystko się zaczęło.

Podpisałem bez czytania.

– Panie naczelniku, ten człowiek jest członkiem mojej załogi. Ręczę, że stawi się przed sądem, ale do czasu osądzenia pozostaje pod moją opieką. Ściśle według umów zawartych pomiędzy wolnymi najemnikami a miastem. Dziękuję za pomoc i żegnam.

Mój nowy szef podniósł podpisaną przeze mnie umowę i jej kopię, którą mi podał. Oryginał schował u siebie. Zrobiłem to samo. Ciągle jeszcze nie wiedziałem, czy wyjdę z tego cało, czy raczej wpadłem z deszczu pod rynnę.

Naczelnik policji usiłował zachować profesjonalny wyraz twarzy. To, że był wściekły, można było poznać po czerwonej jak pomidor barwie policzków i nabrzmiałych żyłach na czole.

– To pańskie prawo – potwierdził niechętnie. – Ponieważ nie jest pan obywatelem tego miasta, nie podlega pan ochronie policji. – Popatrzył znacząco na pozostałych. – A ja nie odpowiadam za pańskie bezpieczeństwo.

Nie mógł dać bandzie lepszego zezwolenia. Mój nowy szef, czy może dowódca, nie poruszył nawet brwią.

– A teraz wszyscy opuścicie teren posterunku, w przeciwnym razie każę was zamknąć.

Żaden z bandytów nie zaprotestował, wiedząc, że na zewnątrz mogą z nami zrobić, co zechcą.

Ogromny mężczyzna, przez cały czas niewzruszenie stojący pod oknem, ruszył do wyjścia, a kiedy bandyci wyszli, dowódca poszedł w jego ślady. Nie wiedząc, co powinienem zrobić, dołączyłem do nich.

Ciemny otwór zewnętrznych drzwi wydawał mi się gębą potwora, który szykuje się mnie pożreć. Odprowadzały mnie złe spojrzenia naczelnika i jego podwładnego.

Większość lamp ulicznych nie świeciła, pewnie bandyci zdążyli się już o to postarać. Przeszedłem przez drzwi, które zamknęły się za mną ze złowieszczym trzaskiem. Usłyszałem odgłos otwieranego wziernika. Naczelnik wyraźnie był ciekawy. Chociaż tej jednej ludzkiej cechy mu nie brakowało.


Prześladowcy oczekiwali nas praktycznie tuż przed posterunkiem, rozstawieni w nieforemny półokrąg. Było ich o wiele więcej niż wewnątrz; zauważyłem, że dziewczyna z knajpy rozmawia ze Szczurkiem. Barczysty trzymał się z tyłu, w słabym świetle wydawał się bledszy niż śmierć, jedną rękę wspierał na prowizorycznym temblaku. Dwa ciosy obuszkiem zrobiły swoje. Miałem wrażenie, że ja wyjdę z tego gorzej, o wiele gorzej. O ile przeżyję.

Ogromny mężczyzna ruszył ku grubasowi, który ostentacyjnie uderzał w dłoń małym drewnianym obuchem. Bardzo skutecznym w łamaniu kości, pomyślałem. Olbrzym, dochodząc do przeciwnika, nagle wyrzucił rękę w przód, waląc w gruby, sterczący brzuch. Kiedy grubas padał, uderzył silnie jego twarzą o swoje kolano. Trzask miażdżonego nosa usłyszeli wszyscy bardzo wyraźnie.

Wszystko rozegrało się tak szybko, że nikt nie zdołał się nawet poruszyć. Ogromny mężczyzna poszedł dalej w tym samym kierunku i kopniakiem w kolano posłał na ziemię kolejnego bandziora. Stojący najbliżej skoczyli ku niemu. Nie wiem, jak to zrobił, ale najszybszego z nich po prostu cisnął na kompanów i sam rzucił się na nich w ślad za nim.

Był niewiarygodnie silny, lecz w pojedynkę nie mógł dać im rady. Przyłączyłem się do bójki, czyjaś pięść otarła mi się o skroń, jakiś cios trafił mnie w żebra. Czołem rozbiłem komuś wielki nos, obaliłem go na ziemię, uderzyłem podeszwą buta w twarz. Ktoś mnie powalił, wymierzyłem tęgiego kopniaka, szczęśliwie trafiłem w krocze, przetoczyłem się i stanąłem na nogach.

Nagle zatrzymał mnie odgłos odbezpieczanej broni palnej. Wszyscy znieruchomieli.

Szczurek trzymał w dłoni pistolet automatyczny, za nim kryli się inni również uzbrojeni ludzie.

– Myślę, że to najważniejszy as – oznajmił z zadowoleniem.

– Co najwyżej król – odezwał się suchy głos, który bez trudu zidentyfikowałem.

Dowódca celował z wielkiego rewolweru prosto w głowę Szczurka.

Była to naprawdę masywna, ciężka broń, a mimo to trzymał ją bardzo pewnie.

Szczurek popatrzył na rewolwer, potem na najemnika. Nie wyglądał na przestraszonego.

– Taką armatę to chyba na słonie.

Strzelił palcami i z ciemności wyłonili się jego kamraci z odbezpieczonymi pistoletami. Na nas to całkiem wystarczało.

– Nadal twierdzę, że mam asa.

Na twarzy dowódcy nie drgnął żaden mięsień, a wielki rewolwer dalej mierzył w głowę Szczurka.

– Tak jak powiedziałem, najwyżej króla – powtórzył najemnik.

W ciemności narastał szum, który słyszałem już od pewnego czasu.

Poznałem miękkie staccato keracelowych gąsienic, podobne do odgłosu tych używanych w naszych najsilniejszych traktorach. Brzmiało jednak inaczej. Poza tym brakowało warkotu silnika.

Słyszeli to już wszyscy i odwracali się w stronę hałasu.

Z mroku wynurzyła się ogromna ciemna masa, ludzie rozstępowali się przed nią. Zatrzymała się tuż za dowódcą i na pancerzu zapaliły się dwa reflektory, nieomylnie wyłuskując z ciemności Szczurka i jego ludzi. W odbitym świetle dostrzegłem lufy karabinów maszynowych, płynnie śledzących każde poruszenie bandytów. Masywna, długa lufa armatnia wznosiła się nad nami.

Czołg. Największy, jaki kiedykolwiek widziałem.

– Macie trzy sekundy, żeby stąd zniknąć – powiedział dowódca tym samym wyzutym z emocji głosem. – Później zostaniecie zabici. Przypominam tylko, że dysponuję doskonałymi przyrządami do nocnej obserwacji.

* * *

Zarysy Postolova powoli skrywały się za tylnym horyzontem. Siedziałem na przedniej osłonie prawej gąsienicy, na dziesięciocentymetrowej grubości termistyrenowej płycie, umocowanej do pancerza klejem i służącej jako rodzaj poduszki. Kawałek dalej przylepiłem sobie uchwyty dla nóg i rąk, na wypadek gdyby doszło do jazdy terenowej. Jeśli zdarzyłaby się naprawdę ostra jazda, i tak nie utrzymałbym się na swoim miejscu. Mimo okularów ze szczelnymi bocznymi osłonami oczy miałem pełne kurzu, a tyłek zaczynał mnie boleć bez względu na rolę, jaką miała spełniać poduszka. Silnik jednak utrzymywał ten sam rytm pracy i to było najważniejsze, przynajmniej dla mnie.

Spojrzałem za siebie, przyglądając się konwojowi. Jechaliśmy na czele, za nami dwanaście ciągników kontenerowych, oddzielonych od siebie pomocniczymi wozami opancerzonymi, wiozącymi zapasy materiałów napędowych, wyposażenie i części zamienne. Po bokach konwoju poruszały się wozy ochrony. Formację zamykały trzy transportery opancerzone z silnie uzbrojonymi załogami. W pewnej odległości od konwoju krążyły pojazdy terenowe handlowców, przypuszczałem jednak, że jest tylko kwestią czasu, kiedy przestanie im się podobać podskakiwanie na wertepach i wjadą na drogę. Dostrzegłem dwa opancerzone sześciokołowce właściciela karawany, pana Camuvielego, i jego córki Nataszy. A oprócz tego dwa wozy pancerne handlowców, którzy dołączyli do konwoju w ostatniej chwili. Były nieco mniejsze, ale dysponowały sporą siłą ognia.

Z prawej strony do czołgu zbliżył się terenowy wóz Herberta Camuvielego, bratanka pana Camuvielego. Poprzedniego wieczora wygrałem z nim w szachy. Wybrał mnie, ponieważ nie znalazł nikogo innego chętnego do gry. Co ciekawe, przegrana wcale go nie rozzłościła.

– To pana siedzisko wydaje się trochę niewygodne – powiedział, pozdrawiając mnie gestem.

– Bo i jest niewygodne – stwierdziłem.

– Jeśli nie chce się panu siedzieć na swoim pancernym potworze, niech się pan przeniesie do mnie – pokrzykiwał, a wyglądał przy tym na zadowolonego. Z pewnością nie miał oczu pełnych piasku jak ja.

– Nie mogę, jestem na warcie – odpowiedziałem. – Dostałem rozkaz.

– Jasne, też czasem wypełniam rozkazy – zawołał.

Musiałem podziwiać, z jaką precyzją, pozornie bez wysiłku, utrzymuje stałą odległość od toczącego się czołgu.

– No to do wieczora, ale gdyby zmienił pan zamiar, proszę dać mi znać.

– W porządku – rzuciłem na pożegnanie.

Przed nami zauważyłem kilka nierówności terenu, które wprawdzie nie będą stanowiły żadnego problemu dla zawieszenia czołgu, ale będę musiał się skupić podczas ich pokonywania.

Herbert Camuvieli przyspieszył i zniknął w tumanach kurzu. Czekała nas teraz wspinaczka, wsłuchiwałem się w odgłos silnika.

Naprawiałem automaty górnicze, traktory i wszystkie maszyny rolnicze bez wyjątku i byłem w tym dobry. Może najlepszy w okolicy. Jednak czołg to coś innego, technologia z innego wieku i hardware z przeszłości.

Tej nocy, kiedy podpisałem kontrakt najemnika, a kapitan Oliver Knispel ocalił mi życie, czołg wydawał mi się niezwyciężonym bojowym monstrum. Już następnego dnia rano stwierdziłem, że praktycznie jest to niezdolny do boju wrak. Nie stracił wprawdzie nic ze swojego wyposażenia bojowego, ale brakowało mu serca – źródła energii, czyli silnika. Tamtej nocy dojechał na miejsce wydarzenia, korzystając z resztki energii, jaka pozostała w jego obudowanym podwójnym akumulatorze. Powątpiewałem, czy miał jeszcze choć taki zapas, żeby zasilać noktowizory albo sterować karabinami maszynowymi. Kapitan jednak mówił z taką pewnością siebie, że to w zupełności wystarczyło. Silnik, skomplikowana turbina, wyposażona w nadbudówkę, której przeznaczenia nawet się nie domyślałem, uległ przegrzaniu i częściowemu roztopieniu. Ktoś wycisnął z niego reżim pracy, do jakiego nie był skonstruowany. W jakich okolicznościach to nastąpiło, nikt mi nie powiedział, a ja nie pytałem.

Moim pierwszym zadaniem było uruchomienie silnika, chociażby jako zapasowego źródła energii. Atak postolovskiej bandy odparliśmy za pomocą maszyny parowej, którą zainstalowałem, uruchomiłem i przystosowałem do ładowania akumulatora zaraz następnego dnia po podpisaniu umowy. Nie była to elegancka instalacja, ale zapewniała dość energii. Najgorsza była konieczność gromadzenia paliwa. Następny miesiąc spędziłem na poszukiwaniach oraz montowaniu szesnastocylindrowego silnika Diesla. Wymagało to mnóstwa pracy, od wykonania nowego profilu dna tłoka poprzez uregulowanie procesu spalania aż do zupełnego przebudowania elektroniki. Wszystko po to, żeby silnik osiągał maksymalną moc przy minimalnym zużyciu paliwa. Jak ważne to było dla kapitana, dowiedziałem się później, kiedy do śniadania i kolacji zamiast kawy piliśmy tylko słaby napar z cykorii. Marlon, nasz kierowca, wyjaśnił mi, wzruszając ramionami, że wszystkie pieniądze poszły na zakup potrzebnych mi materiałów. Ale on też nie zaprotestował nawet jednym słowem. W kilka dni później, kiedy kapitan uzyskał nowe zlecenie, sytuacja znacznie się poprawiła. Jednak lufa nie była jeszcze naprawiona. To było moje kolejne zadanie. Z nim też stopniowo sobie poradziłem, ale pytanie, na ile dobrze mi to wyszło, czasem mnie niepokoiło.

 

Ponieważ byłem odpowiedzialny za pracę silnika, nasłuchiwałem każdego podejrzanego dźwięku dobiegającego z wnętrza naszej maszyny. Wystarczył miesiąc, a mój poprzedni żywot zupełnie zniknął. Umowa najemnicza, którą podpisałem, nie miała ograniczenia czasowego. Skończyć się mogła rozliczeniem ekonomicznym, raną uniemożliwiającą dalszą służbę, śmiercią lub porozumieniem stron. Rozliczenie ekonomiczne było dość skomplikowane, większość kwoty stanowiły nakłady związane z przyjęciem nowego członka ekipy. Nie starałem się nawet ich określać, zresztą nie miało to sensu. Tym bardziej że kapitan nie wyglądał na kogoś, kto łatwo rezygnuje z potrzebnego mu członka zespołu. Może kiedyś go o to zapytam, ale teraz czułem się mu zobowiązany, ponieważ uratował mi życie.

Odezwało się bębnienie w pancerz. Wciąż jeszcze nie umiałem dobrze używać interkomu i czasem zdarzały mi się błędy. Na osłonie lewej gąsienicy, w o wiele lepszym stanowisku, przypominającym łóżko, jechał nasz pierwszy strzelec, Erich Katzinski. W Postolovie współpracowałem z nim najczęściej, ponieważ system kierujący prowadzeniem ognia miał bardzo specyficzne wymagania w stosunku do źródła energii. Kapitan żądał od Katzinskiego, żeby był do mojej dyspozycji, aż zaczęło mi się wydawać, że go szykanuje. Kiedy wyregulowaliśmy system, pierwszy strzelec zniknął bez śladu. Nikt nie komentował jego nieobecności, wreszcie po trzech dniach reszta załogi przyniosła go z miasta pijanego do nieprzytomności. Po dwóch dniach w łóżku wrócił do normy i teraz w drodze wyglądał tak samo normalnie jak przez cały okres, gdy go znałem.

Wstałem, żeby móc go widzieć za kadłubem wozu. Jak zawsze miał na głowie czapeczkę khaki z daszkiem, z którą nigdy się nie rozstawał. Od czasu do czasu wymieniał tylko daszki.

– Tam, widzisz? – pokazał mi.

Spojrzałem w oznaczonym kierunku. W dali, na łagodnie wznoszącej się płaszczyźnie, urozmaiconej niskimi pagórkami, między którymi wiła się droga, dostrzegłem poruszającą się błyszczącą plamę. Dlaczego nie zarejestrowały jej systemy czołgu? Może i zarejestrowały, tylko nikt nie uważał za potrzebne poinformować mnie o tym. Wyjąłem lornetkę, istny cud współczesnej optyki. Nawet w domu nigdzie się bez niej nie ruszałem. Odszukanie celu z jadącego czołgu nie było łatwe, ale w końcu mi się udało. Akumulator przyrządu był naładowany do pełna, pole elektrostatyczne natychmiast uformowało soczewki we właściwy kształt i wyostrzyło obraz.

Mógł to być prosty mechanizm, mechanoid kierowany komputerem i podstawowym programem. Sądząc po tym, jak zwinnie się poruszał, postawiłbym na znacznie bardziej zaawansowanego bota. Jednak takiego nigdy dotąd nie widziałem. Wielki jak owczarek kaukaski i podobnie silnie zbudowany. Kiedy zatrzymał się na wysepce z kamieni i obserwował konwój, wzbudzał respekt. Byłem przyzwyczajony tylko do mechanoidów wyposażonych w prymitywne algorytmy sterujące oraz małych botów, które czasem pojawiały się w naszej okolicy. Po silnie zachmurzonym dniu i długiej nocy można je było zazwyczaj bez żadnego ryzyka pozbierać, ich wyeksploatowane akumulatory niewiele wytrzymywały. W większości były wykonane z marnych stopów, z elektroniką najniższej jakości, aż się człowiek dziwił, że w ogóle funkcjonowały. Relikty dawnej wojny.

Wieża działowa obróciła się, pozostała broń nie zmieniła marszowego położenia.

– To Rigajev, ciekawy jak zwykle – uspokoił mnie Katzinski, znikając mi z pola widzenia w swoim siedzisku.

Ivan Beljejewicz Rigajev też był członkiem załogi. Kiedy go zapytałem, co właściwie robi, otrzymałem tylko wymijającą odpowiedź. Stopniowo wyrobiłem sobie pogląd na jego osobę. Był specjalistą w zakresie warunków życiowych, znawcą w dziedzinie wykrywania i neutralizacji wszystkich gatunków materiałów szkodliwych: chemicznych, promieniotwórczych czy zmutowanych. Był ponadto pomocniczym nawigatorem.

Reszta dnia przebiegła bez szczególnych wydarzeń. Mimo koniecznego postoju w stanicy handlowej o prostej nazwie Po Drodze, celem uzupełnienia wody i paliwa, pokonaliśmy tego dnia równe dwieście dwadzieścia kilometrów.

Na postoju, gdy zaczęto szykować obóz, zająłem się silnikiem i przeglądem podwozia.

Szesnastocylindrowy motor przez cały czas pracował jak zegarek, jego temperatura utrzymywała się w okolicy dolnego zakresu normy. Wskazówka momentu obrotowego przesunęła się o siedemdziesiąt obrotów w dół. Zużycie paliwa spadło, odetchnąłem z ulgą, opłaciła się moja żmudna robota. Idealne wyregulowanie silnika było możliwe dzięki temu, że ten diesel służył właśnie do ładowania akumulatorów. Wszystkie systemy czołgu były napędzane energią elektryczną. Przy zachowaniu reżimu ekonomicznego nasz zasięg wynosił ponad tysiąc kilometrów. A mimo to dziś jeszcze tankowaliśmy. W jakim celu akumulator był fabrycznie sprzężony z turbiną, nie rozumiałem, może na wypadek gdyby niezbędny był jakiś nienormalny pobór mocy.

Podwozie najwyraźniej świadczyło o tym, że cały czołg był produktem technologii, jaką już dawno zarzuciliśmy. Wykonane z materiału przypominającego stal, sprawiało wrażenie monolitu, ponieważ jego części zachodziły na siebie bez wyraźnych miejsc łączenia nitowaniem, spawaniem, klejeniem czy za pomocą śrub. Po całodziennej pracy elementy sprężyste powinny być rozgrzane, ale przy dotknięciu wydawały się chłodne. Sprawdziłem naciąg gąsienic, stan osi wszystkich kół jezdnych, napinających i napędowych.

Pomału zaczynałem rozumieć, iż kapitan uważa, że nigdzie nie pozyskałby tak znakomitego wyposażenia. Rozumiałem też, w jaki sposób podczas ostatniej wielkiej wojny odnosiliśmy zwycięstwa. Z takimi maszynami bojowymi było to możliwe.

Napisałem meldunek techniczny i wysłałem go przez interkom na stanowisko dowódcy. Kapitan poza akcjami bojowymi preferował pisemną formę meldunków, z czego wyciągnąłem wniosek, że w miarę możliwości unika bezpośrednich kontaktów z podwładnymi.

– Sanders! – zawołał do mnie Cyr.

Artur Cyr, drugi strzelec i zbrojmistrz, a do tego największy i najsilniejszy członek załogi. To właśnie on bez zastanowienia rzucił się na gang Szczurka. Gdyby nie pojawiła się broń palna, z pewnością zmusiłby ich w końcu do ucieczki. Podejmował się różnych zadań, a gdy ktoś potrzebował pomocy, pomagał mu. Marlon, nasz kierowca, czasem tego nadużywał. Zauważyłem, że Cyr o tym wie, ale nie reaguje.

– Już idę! – krzyknąłem do niego, wyłażąc na zewnątrz.

Przez pierwszy tydzień byłem cały w siniakach i szramach, ale teraz wąski przełaz z mojego stanowiska pracy nie stanowił dla mnie problemu. Nie przypuszczałem jednak, żeby Cyr zdołał się nim przecisnąć.

Oczekiwał mnie obarczony trójnogami automatycznych czujek. Miałem do wykonania ostatnią pracę tego dnia – zabezpieczenie obozu przed nadchodzącym nocnym odpoczynkiem. Odebrałem od Cyra mój ładunek i stwierdziłem, że nogi ugięły mi się w kolanach. Dziesięć trójnogów ważyło trzydzieści kilogramów. Cyr niósł dwa razy tyle.

– Chcę, żeby karawana utworzyła obóz w ciaśniejszej formacji, inaczej nie będę mógł zapewnić bezpieczeństwa – usłyszałem suchy, pozbawiony emocji głos naszego kapitana.

Stał po drugiej stronie czołgu, więc go nie widziałem.

– Nie będzie mi pan rozkazywać, gdzie moi ludzie mają rozbić obóz! – Głos drugiego dyskutanta był nabrzmiały złością.

Popatrzyłem na Cyra, który spokojnie czekał, aż uporządkuję swoje brzemię i ruszę do roboty. Wyjrzałem zza czołgu, żeby zobaczyć, z kim kapitan dyskutuje.

Okazało się, że z Varenem Briggiem, dowódcą straży osobistej naszego pracodawcy. Brigg był wielkim mężczyzną, który potrafił jednym spojrzeniem przywołać swoich ludzi do porządku. Chodził w uniformie w barwach maskujących, nie rozstawał się z okazałą strzelbą automatyczną, a u pasa zawieszał sobie trzy granaty. Uważałem, że to po prostu poza.

– W takim razie musimy skonsultować się z panem Camuvielim – oznajmił kapitan swoim typowym, obojętnym tonem.

Domyśliłem się, jakie wymiary miałaby formacja, którą mieliśmy ubezpieczyć czujkami, o ile pozostałaby na noc taka jak w tej chwili.

Powiedziałem to Cyrowi.

– To byłby tylko prosty, nieszczelny okrąg. – W lot pojął, co mam na myśli. – A kapitan sobie tego nie życzy.