Złote miastoTekst

Z serii: Bramy ze złota #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Żeglarz Njörðr, mówisz – pokiwał głową Zahred. – Zatem to do niego musimy jutro zanieść modły za powodzenie naszej wyprawy.

Ludzie poruszyli się, popatrzyli jeden na drugiego: czy to znaczyło to, co myśleli?!...

– Wypływamy pojutrze.


– Bogowie dziewięciu światów, przyjmijcie naszą ofiarę!

Nóż przesunął się po gardle, trysnęła krew. Owca rzuciła się, ale trzymający zwierzę ofiarne mężczyźni docisnęli ją ku ziemi, na której stała przygotowana misa na krew. Czerwony strumień siknął, osłabł, znów trysnął mocniej, lejąc się równą, gęstą strugą.

Zahred i Mira stali w pierwszym szeregu, przynajmniej nominalnie przewodząc uroczystościom wiosennej równonocy.

On zdawał się doskonale, niemalże instynktownie odnajdować w obrzędach – choć znając go, można było się zorientować, że traktował je jako czysty rytuał, nie przywiązując żadnej wagi do znaczenia bądź jego braku.

Ona natomiast nie do końca potrafiła nadążyć za tym, co i jak się działo, ale angażowała się całą sobą.

To było przecież piękne! Trzaskające pochodnie w rękach zgromadzonych nad morzem ludzi, szum wzburzonych po niedawnym sztormie fal. Wiejący od lądu wiatr. Obramowane srebrną lamówką chmury, zza których to wyglądał, to znów chował się żółtawy sierp księżyca.

Tam, na bagnach, czuła, że coś jest nie tak. Że coś przed nią ukrywają, nie chcą pokazać, jak gdyby bojąc się, że zbyt szybko przejrzy na wskroś oszustwo. Tutaj – tutaj wręcz czuła obecność bogów, których mnogości imion i zawiłych koneksji rodzinnych na razie nie mogła nawet spamiętać.

Ognie płonęły żywo, sypały iskrami w czarną noc. Ludzie stali kręgiem, wszyscy razem – starzy i młodzi, kobiety i mężczyźni, wojownicy i rolnicy. Bez rozróżnienia, wszyscy jednakowi w obliczu bogów, natury oraz cyklu dnia i nocy.

– Njörðr! – zawołała sprawująca ofiarę jednooka starucha.

– Njörðr!! – krzyknęła pełną piersią razem z innymi Mira.

Kapłanka ujęła misę w dłoń, przeszła po kręgu, maczając palec we krwi i znacząc czoło każdego z ludzi pionową kreską. Stanęła przed Zahredem, przeciągnęła mu po czole, zostawiając ślad... Potem zawahała się, umoczyła palec raz jeszcze i przesunęła poziomo, zostawiając ściekający czerwienią krzyż.

– Młot Thora! – szepnął Stenvidr przenikliwie, szturchnął pod żebro Asmunda. – Widziałeś?! Kapłanka naznaczyła jarla!...

Ten jednak pokręcił głową, wpatrując się z natężeniem w Zahreda.

– To wcale nie Mjölnir, Stenvidrze. To wcale nie to...

– Co w takim razie?

– Jeszcze nie wiem. Ale zapewniam cię, że dowiemy się w swoim czasie.

Mira też schyliła głowę, gdy ciepła czerwona kreska oznaczyła jej czoło. Ujęła Zahreda pod ramię, oparła o niego głowę.

Było jej tu dobrze. Wszystko było takie ciekawe, takie piękne i wyraziste.

Mogłaby tu zostać.


– Na pokład, szykować się!

– Na pokłaaad!...

Ludzie zaroili się wokół snekkarów, ładując ostatnie elementy wyposażenia. Siekiery i piły, liny, młotki, nawet żelazne gwoździe. Smoła, pakuły. Kociołki. Trójnogi.

Po raz nie wiedzieć który sprawdzali, czy mają wszystko, co może przydać się w dalekich krajach, czy aby nie zapomnieli igły i nici, hubki i krzesiwa, amuletów ochronnych, ostrzałek do toporów i zapasowych cięciw do łuków.

W klatkach niespokojnie gdakały kury, przemocą zawleczone na łodzie zwierzęta meczały i beczały, próbując utrzymać się na rozhuśtanym podłożu.

Wojownicy żegnali się z rodzinami, przytulali dzieci i całowali swoje kobiety. Zahred wbrew początkowym groźbom pozwolił w końcu wyruszyć części żonatych, jednak wbijał im do głów: liczcie się z tym, że widzicie rodziny po raz ostatni!...

Większość kiwała głowami, zaciskając usta. Tak, byli świadomi ryzyka, a mimo to uważali, że wytrzymają rozłąkę.

Co poniektórzy też kiwali, a potem, odwracając się do osady plecami, rozciągali twarze w uśmiechu radości i wzdychali z ulgą: nareszcie wolni!

Zahred omiótł wzrokiem stojących na brzegu, podszedł do grupki kobiet. Te z bojaźnią odsunęły się na boki, zostawiając stojącą samotnie wdowę po Freylavie. Ona zmierzyła Zahreda wzrokiem, wciąż pełnym nienawiści i goryczy, podniosła dumnie głowę.

– Raduj się swoją wyprawą, jarlu. Oby przyniosła ci chwałę i bogactwo – rzuciła mu w twarz słowami niczym brudną szmatą.

Zahred bez słowa ściągnął materiał z trzymanego w ręku zawiniątka, podał jej oprawiony w srebro miecz wraz z pochwą.

– Teraz ty tu rządzisz, pani. Twój mąż udał się w ostatnią drogę z włócznią i toporem, a jego broń należy do ciebie. Gdy syn jarla Freylava dorośnie, przekaż mu to ostrze... I niech będzie w jego ręku mokre od krwi.

Uśmiechnął się do może ośmioletniego chłopaczka, który najchętniej schowałby się za matką. Ten odruchowo dotknął rąbka sukienki, ale też spojrzał na wytatuowanego człowieka błękitnymi oczami, w których ciekawość walczyła o lepsze ze strachem.

Kobieta westchnęła, zawahała się, ale wzięła miecz, wyciągnęła częściowo... Popatrzyła na lekko zachodzącą rdzą klingę, jej oczy się zaszkliły.

– Więc to prawda, że nie wrócisz, jarlu Zahredzie? – zapytała, ocierając dłonią łzę.

Potrząsnął głową.

– Nie. Ja na pewno nie, ale oni... – Obejrzał się na wojowników. – Część powinna zjawić się jeszcze tutaj. Kiedyś.

– Zabierasz najlepszych. Bez nich będziemy bezbronni.

– Dlatego też nawet nie walczcie.

– Freylav... – żachnęła się, ale Zahred przerwał jej:

– Freylav nie żyje, a jego ludzie są teraz twoimi ludźmi.

Spuściła głowę, przeciągnęła dłonią po mieczu. Jej palce zatańczyły wokół rękojeści, gdzie przy samej głowicy wciąż zawinięty był płowo-siwy pukiel jej włosów.

– Powinnam cię zabić, przybyszu. – Uśmiechnęła się do Zahreda.

– Tak. Ale to nic nie zmieni, a teraz masz ludzi, którymi musisz się zająć. Przyjmuj zwierzchność każdego, kto tylko obieca wam ochronę. Jeśli pojawi się silniejszy, zdradzaj słabszego bez wahania. I patrz na morze, bo oni wrócą... A kiedy wrócą, każdy z nich będzie wart tyle, ile udzielny król. Wtedy odzyskasz to, co twoje, i jeszcze więcej.

– Dokąd płyniecie? – odezwał się chłopaczek.

Kobieta ofuknęła go, pociągnęła w tył.

– Ragnuś, ćśśś!...

Zahred jednak przykucnął, uśmiechnął się do niego.

– Za morze. Czemu pytasz, młody Freylavssonie?

– Bo jestem ciekaw. Przecież za morzem nie ma nic? – wydął usta chłopaczek.

– Nieprawda. Zawsze coś jest za morzem, zawsze jest drugi brzeg. I na południe, i na zachód... Krainy, których nikt jeszcze nie odkrył. A tam skrywają się bogactwa, o jakich nawet ci się nie śniło.

Wstał, skłonił się kobiecie.

– Żegnajcie, pani. Niech wasi bogowie zachowają was w zdrowiu.

– I was też niech mają w opiece! – zawołała, gdy już odchodził.

Zahred zwolnił na chwilę, obejrzał się przez ramię.

– Wystarczy, że będą uważnie patrzeć.

Jako ostatni wyszedł z wioski Asmund. Widział, jak pozostali ładują się, szykują, jak Zahred rozmawia z wdową po jarlu... Ale celowo poczekał, aż wszyscy zejdą ku morzu.

Skłonił głowę, podchodząc do stojącego pośrodku placu drewnianego obelisku. Widział wcześniej, że jarl coś przy nim robił, wyciągał nóż...

Na drewnie widniało pięć ustawionych jeden pod drugim, wymalowanych krwią znaków.


Wiatr wiał wściekle, fale wznosiły się wyżej, niż sięgałyby maszty – teraz złożone i przywiązane przesiąkniętymi wodą linami do mocowań.

– Uwaga, kolejna!

Mira pociągnęła za wiosło z całej siły, zgięła się wpół, zaczerpnęła tchu i fachowo, na wydechu zwymiotowała sobie na ręce.

Kolejny bryzg słonej wody od razu zmył rzygowiny, cisnął je dalej, na siedzących na ławie obok Ormgyra i Vermurda, którzy nawet tego nie zauważyli, zbyt skoncentrowani na trudnej sztuce niewypadania za burtę.

Ryk rozszalałego morza zagłuszał wszystko – krzyki ludzi, przeraźliwe meczenie kóz, gdakanie przemoczonych kur. Narzędzia łomotały i przewalały się w skrzyniach, przytroczone sieciami pakunki szarpały się na trzeszczących zaczepach.

– Trzymać się!

Jeszcze jedna fala podniosła ich, przewaliła się dołem i z ogłuszającym łomotem zapadła w granatowo-czarno-zielony żywioł, rozświetlany tylko uderzeniami błyskawic. Żołądki podeszły do gardeł, kiedy spadali w pozornie bezdenną otchłań, a potem znowu runęły ku piętom, gdy snekkar zaczął wspinać się na następny garb.

I na jeszcze jeden za nim.

I znów kolejny.

I jeszcze...

– Dlaczego... prosto... fale?! – wrzasnęła Mira do siedzącego obok Gyddiego. I tak wąski zasób słownictwa skurczył się teraz do absolutnego minimum, a ona miała kłopot ze znalezieniem w głowie czegokolwiek poza przekleństwami i określeniami czynności nieprzystojnych.

– Musimy! – odkrzyknął.

– Ja cię pie... ku... ty chu... Dlaczego?! – Przełknęła kolejną porcję żółci.

– Jeśli nie weźmiemy fali przodem, przewróci nas! To jest jak zjeżdżanie z górki na sankach... Wiesz, czym są sanki?!

 

Szarpnęło nimi, rzuciło na bok, kiedy łódź zsunęła się bokiem, ale zaraz znów złapała kurs na wprost. Mira pokręciła głową: nie wiedziała.

– Nieważne, ale też jedziesz przodem!

Zahred trzymał się dziobu, pokazując tylko Karlemu: w tę stronę! Ten całą siłą napierał na ster, skaczący i usiłujący wyrwać mu się z ręki, i modlił się do bogów: oby jeszcze tylko jedną falę!... I jeszcze tę!...

Przeraźliwie trzasnęła lina, jedna ze skrzyń oderwała się od burty i dosłownie poleciała w powietrzu, rozsypując po drodze drogocenną zawartość, która znikła bez śladu w rozszalałych odmętach.

– Ofiara dla bogów! – zaśmiał się Asmund. – Dobrze już widzą, kto taki płynie...

Fala chlusnęła przez dziób, trafiła go słonym bryzgiem prosto w potylicę. Asmund otrząsnął się, wypluł wodę, zamrugał piekącymi oczami.

– Dobrze widzą, że nasz jarl... – spróbował jeszcze raz.

Woda znów podniosła się i uderzyła go gniewnie, niemalże zmiatając z miejsca. Skulił się jeszcze bardziej, zerknął przez ramię na Zahreda.

– Nie lubicie, jak o nim mówić... – szepnął. – Dlaczego go nie lubicie, bogowie?!

Potężna błyskawica przecięła niebo, grom zahuczał tak, że aż zapiszczało w uszach.

– Co?! – Siedzący dosłownie ramię w ramię z nim Ormgyr dopiero teraz zorientował się, że jego towarzysz coś mówi. – Powtórz!...

– Nie! – odkrzyknął Asmund, pokręcił głową.

Nie miał zamiaru.

Łódź płynęła prosto w serce burzy, panującej niepodzielnie nad przestworem morza.


Mira drgnęła, uniosła głowę.

Wszędzie, dosłownie wszędzie była woda. Jej włosy ciągnęły się ciężkimi strąkami. Przylepiające się do ciała ubranie było przemoczone do suchej nitki. Woda była też pod nią, kołysała się i przelewała...

Mira zerwała się na równe nogi: rozbili się, zatonęli! Wyrzuciło ją samotnie na brzeg, gdzie...

– Dobrze spałaś?

Rozejrzała się na poły niewidzącym wzrokiem, zupełnie nie kojarząc, ani co się dzieje, ani gdzie jest.

Łódź.

Ludzie.

Rzeka, las.

Czyste niebo, z którego patrzyło na nią żółtawe słońce.

Zahred podszedł, otulił ją w miarę suchym kocem, który zdjął z własnych ramion.

Porozbierani do pasa ludzie siedzieli na ławach, nierzadko po dwóch pod jednym płaszczem, i trzęsąc się z zimna, niemrawo robili wiosłami. Na linach, na burtach, na porozpinanych między masztem a dosłownie każdym punktem zaczepienia sznurach wisiały ociekające wodą ubrania i buty.

– Gdzie...? – zdołała wydusić, czując, jak z głębi ciała napływa obejmujący ręce, nogi i w końcu głowę dreszcz wychłodzenia.

– Wpłynęliśmy w rzekę. Spałaś przez większą część dnia, już się bałem, że jesteś chora.

– Jeszcze zdążę – powiedziała, szczękając zębami.

Niewiele myśląc, ściągnęła mokrą tunikę, wyżęła za burtę, rozejrzała się trochę bezradnie... W końcu zdjęła też koszulę, co załoga przywitała na tyle entuzjastycznie, na ile ludzie mieli jeszcze siłę myśleć o czymkolwiek innym niż zmęczenie.

– No co? – Rozłożyła ręce, kiedy Zahred pokręcił głową. – Jest mi tak samo zimno, a przynajmniej ciuchy trochę wyschną.

Rzeczywiście, po niedawnym sztormie teraz wyszło słońce, którego promienie nawet nieco grzały, gdy tylko wciąż chłodny wiatr nie decydował się akurat wionąć swoim nadal przypominającym o zimie oddechem.

Za nimi i przed nimi ciągnęła się równą szeroką wstęgą zielonkawa rzeka.

Brzeg tak po jednej, jak i drugiej stronie znajdował się tak daleko, że tonął w lekko szarawej mgiełce zawieszonej w powietrzu wilgoci, której wciąż zmarznięta po mrozach ziemia nie była w stanie więcej w siebie przyjąć.

Słychać było niosący się od strony zieleniących się już zarośli świergot ptaków, zrywających się całymi chmarami tylko po to, żeby za chwilę przysiąść w zupełnie innym miejscu.

Pachniało wiosną.

– Ojej, prawie jak w domu... – powiedziała Mira, ale od razu pożałowała tych słów: tęsknota złapała ją za gardło dławiącym uściskiem, przed oczami stanęły widoki z Rundis.

Nigdy nie była tak długo poza swoimi stronami. W ogóle nigdy poza nimi nie była!

Zahred musiał to zauważyć, bo uśmiechnął się do niej niemalże ciepło, pogładził delikatnie po ramieniu.

– Na pewno mają się dobrze i też o tobie myślą, Mira. Ale wiesz, że nie możemy tam wrócić. Niezależnie od tego, jak wszystko się skończyło.

– Wiem, ale... – zająknęła się. – Wiem. Tylko że i tak tęsknię.

– Na to nic już nie poradzisz.

– A ty... tęsknisz czasem do swojej rodziny?

Zahred nie powiedział nic, oparł się tylko o burtę i wbił wzrok w rzekę, ginącą het przed nimi i zlewającą się z szarobłękitnym horyzontem.

– Każdego dnia – westchnął.


– Płyniemy nie w tę stronę.

– Jak możemy płynąć nie w tę stronę? To przecież rzeka! Nie skręcisz tutaj w bok tylko dlatego, że tak chcesz!...

– Ale płyniemy nie w tę stronę.

– Nie gadaj, wiosłuj.

Zahred stał na dziobie, słuchając tych rozmów jednym uchem. Rzeczywiście, on też zaczynał się cokolwiek niepokoić: o ile dobrze pamiętał opowieść podróżnika sprzed nie wiedzieć ilu wieków, to rzeka miała płynąć na południe, a potem na wschód. Oni tymczasem coraz wyraźniej płynęli ku zachodowi.

No cóż. Zawsze mogło się przecież okazać, że to wcale nie ta rzeka. Ba! Że to wcale nie to miejsce na ziemi. Bo to mało było uderzająco podobnych jedna do drugiej krain?

Brzegi były zarazem bardzo zróżnicowane, jak i monotonnie identyczne.

Krajobraz niby się zmieniał, to wznosił się pagórkami, to potem rozciągał równinną łąką. Gęste lasy, pola, drzewa liściaste, drzewa iglaste... I niewiele więcej, szczerze powiedziawszy.

Zieleń, coraz więcej budzącej się do życia zieleni. Kwiaty żółte, pomarańczowe, białe, czerwonawe, fioletowe, niebieskie... Rozwijające się pąki. Teraz przez nagie krzaki jeszcze było coś widać, ale lada dzień wszystko to wystrzeli i zasłoni widok jednolitą ścianą listowia.

A oni wciąż płynęli przed siebie, dokądkolwiek by to było.

Obejrzał się na załogę, na płynące jedna za drugą łodzie. Byli wytrzymali, to musiał im oddać: nie utyskiwali, nie narzekali, czy to w deszczu, czy śniegu. Trzeba było wiosłować? Wiosłowali. Można było postawić żagiel? Rozwijali płótno. Nocleg na brzegu? Dobijali.

Jednak wiedział doskonale, że człowiek potrafi wytrzymać bardzo, bardzo długo, jeśli tylko dać mu cel. Dać mu nadzieję, którą oszuka sam siebie.

Przeszedł na rufę, żeby siedzący tyłem do dziobu wioślarze mogli go widzieć. Wskoczył na ławkę obok Karlego.

– Jaka jest najpiękniejsza rzecz, którą kiedykolwiek widzieliście? – zapytał ludzi.

Ci spojrzeli na jarla zaskoczeni.

– Cycki Frei! – jako pierwszy wyrwał się Freisten.

– Widzieliście, a nie chcielibyście zobaczyć.

– Wschód słońca nad skutym lodem morzem – westchnął Karli. – Tylko jeden taki, jak młody byłem. Zamarznięte fale, zwały lodu i nad tym wszystkim taki wąski, ledwie widoczny rąbek słońca.

– Świeżo wykuty miecz, właśnie wyjęty z hartowania w tranie wieloryba – pokiwał głową Ormgyr.

– Łódź podczas pierwszego rejsu! – zawołał Stubjarn. – Gdy dziewiczy żagiel dopiero łapie wiatr!

– Pełna spiżarnia zimą! – zaśmiał się Torleif.

Ludzie zaczęli krzyczeć jeden przez drugiego, zgłaszać coraz to dziwniejsze pomysły. Gyddi wysunął się w przód na swojej ławie, szepnął siedzącej przed nim Mirze na ucho:

– Ty.

Dziewczyna podskoczyła, obejrzała się na niego, zdumiona i oburzona: czyś ty rozum postradał?! Ale on tylko wzruszył ramionami, pokiwał głową.

Zahred poczekał, aż ludzie wyszumią się nieco, uniósł dłonie uspokajającym gestem.

– A teraz pomyślcie, że wszystko to, o czym mówicie, blaknie i znika w porównaniu z tym, co czeka na was w złotym mieście! Że cokolwiek, co do tej pory widzieliście, jest niczym!

– Nie może być! – zaprotestował Asmund. – A co ze świątynią bogów w Uppsali?! Byłem tam i powiadam wam, że nie ma drugiego takiego miejsca! Czemu nie szanujesz bogów, jarlu?!

Zahred wbił w niego wzrok.

– Każda świątynia jest marnym prochem w porównaniu ze złotym miastem! Bogowie, których znacie, nie byliby godni... – urwał, widząc minę Miry, która patrzyła na niego, kręcąc głową: nie. Odchrząknął, przywołał na twarz uśmiech. – Złote miasto przewyższy wszystko, co widzieliście i o czym tylko mogliście marzyć! Mówię wam, że będą tam domy wyłożone i ozdobione kamieniami szlachetnymi! Będziecie jedli i pili ze złota, nie chcąc nawet patrzeć na srebro! A już kobiety, kobiety...!

Ludzie zakrzyknęli radośnie, załomotali nogami o pokład: tak! To przecież tam właśnie płyną, po to to wszystko!

– Złote miasto leży przed nami, już niedaleko! – zawołał, aby podsycić ich nadzieję.

Doskonale wiedział, że wcale tak nie jest. Że jeszcze długa, daleka przed nimi droga, i wcale na jej krańcu nie musiało leżeć to, na co miał nadzieję. Jakie to jednak miało znaczenie? Żadnego. Sam dał się porwać kiedyś, dawno temu, podobnemu marzeniu człowieka, który pragnął dotrzeć do krańca świata.

I wtedy, przez tych kilkanaście szczęśliwych, sytych, pełnych krwi i zwycięstw lat, naprawdę wierzył. Nawet on. Nie w jakichkolwiek bogów, ale właśnie w tego człowieka i w jego marzenie... Które tamten tak pięknie wmawiał innym, że w końcu Zahred przyjął je jako swoje.

Jego marzenie leżało o wiele bliżej, niemalże w zasięgu ręki: chciał tylko wrócić na to morze, które było jego domem.

– Zakręt! – zawołał nagle Vermurd, podrywając się z ławy.

Obejrzeli się wszyscy: faktycznie, daleko przed nimi z siwej mgiełki wyłaniało się miejsce, gdzie zachodni brzeg rzeki gwałtownie zawijał, kierując nurt ku wschodowi.

Zahred odetchnął z ulgą, uśmiechnął się do siebie: tak, to przeważnie na wysokości rzek buntowały się armie idące na świata kraj... Ale dla niego to nie była ta rzeka.

Jeszcze nie, w każdym razie.


– Zabijmy ich – zaproponował Ulfhvatr.

Zahred drgnął, rozejrzał się. W końcu wypatrzył to, o czym musiał mówić wojownik: kilka wąskich łodzi, dłubanek z jednego pnia drzewa, sunących wzdłuż brzegu rzeki i wyciągających pozastawiane na noc sieci.

– Po co? – zapytał.

– A tak sobie, jarlu. Po prostu. – Ulfhvatr wzruszył ramionami.

– Hm, hm. A jeśli jest ich więcej?

– To zabijemy ich więcej – z przekąsem odpowiedział tamten.

– A co, jeżeli dalej w górę rzeki jest ich osada albo całe miasto? Jeśli któryś pobiegnie po pomoc?

– To... popłyniemy bliżej drugiego brzegu? – już nieco mniej pewnie zaproponował Ulfhvatr.

– Ach. A jeśli rzeka jest przegrodzona mostem, i za przepłynięcie pod nim pobierają myto? Jeżeli obrzucą nas z góry oszczepami albo zrzucą kamienie, które przebiją pokłady łodzi i pójdziemy na dno?

– Nikt nie potrafi budować tak długich mostów! – prychnął wojownik, wyraźnie czując, że z jarlem nie wygra ani orężem, ani słowami.

Zahred pokręcił głową.

– Ludzie potrafią zdumiewające rzeczy. Umieją znaleźć drogę dzięki gwiazdom, aby płynąć przez morze...

– To proste! – zawołał Torleif.

– Mogą też przekuwać żelazo w narzędzia albo broń. Odlewać i kształtować brąz. Rozpalać ogień.

Zwrócili się ku Zahredowi, zaciekawieni. Nie pierwszy raz już raczył ich takimi opowieściami i zawsze czuć było w nich coś... coś zarazem strasznego i przyciągającego. Jak gdyby nie wymyślał tego, nie powtarzał po kimś, ale mówił od siebie.

Jakby to wszystko widział.

– Budować wieże, które sięgają pod samo niebo, i sadzić ogrody tak, że zdają się wisieć w powietrzu. Sprawiać, że podłoga domu jest gorąca zimą, a w największy upał lata ściany oddają chłodem! Każde morze jest żeglowne, a niebo nie zna granic!

– Ej, ale to tylko kilku kmiotków na łodziach... – Ulfhvatr rozejrzał się po towarzyszach, jak gdyby szukając wsparcia.

 

Jarl pokiwał głową, poklepał go po ramieniu.

– Tak. Ale nigdy nie wiesz, co skrywa się za kolejnym zakrętem rzeki. Jeśli czegoś nie wiesz, to zawsze, ale to zawsze zakładaj, że jest o wiele gorzej, niż myślisz.

– I co wtedy?

– Wtedy albo masz rację, albo jesteś miło zaskoczony.


Mira wychyliła się za burtę, patrząc, jak potężny sum przepływa pomiędzy delikatnie falującymi łanami wyschniętych traw i chowa się pod dnem łodzi. Deski delikatnie zaszorowały o połowicznie rozwinięte pąki fioletowego bzu, spomiędzy których prysnęły srebrnymi wstęgami karasie.

– Jak to możliwe?! – zawołała, z trudem powstrzymując śmiech. – Jak...?!

– W życiu nie widziałem czegoś takiego – mruknął również wychylający się ze snekkara Stenvidr.

Zahred obrócił się ku nim, rzucił przez ramię:

– Rzeki wylewają!

– Ale aż tak?!

Jak okiem sięgnąć wszędzie była woda. Dosłownie wszędzie! Jeszcze dwa dni temu płynęli tak, że można było powiedzieć: o, tu jest rzeka! Tu ma swoje koryto, odtąd i dotąd. Tam widać starorzecza, rozlewiska i podmokłe łęgi, ale to, to! to jest rzeka.

A potem woda zaczęła się podnosić. Stopniowo, po kawałku, pozornie niezauważenie. Najpierw sięgnęła nieco wyżej, ku korzeniom przybrzeżnych drzew. Potem liznęła pnie, wspięła się po nich. Widzieli, jak sięga do połowy wysokości suchych trzcin, potem jak przykrywa ich czubki, następnie zaczyna błyszczeć na łąkach.

Rozlewiska i zatoczki połączyły się w jedno, aż w końcu, zanim ktokolwiek z nich zdążył się obejrzeć, woda zalała, zatopiła wszystko od horyzontu po horyzont.

Zrobiło się niebezpiecznie, bo z coraz silniejszym nurtem zaczęły spływać śmieci, wiechcie trawy, kawałki wydartej z brzegów ziemi... Gałązki. Gałęzie. Konary. Całe drzewa, wyrwane z korzeniami! Posplatane po dwa, po trzy w ogromne pływające wyspy, nierzadko wyciągające swe zatopione odnogi o wiele dalej, niż było to widać.

Wszystko to płynęło, wirując i obracając się, rozczepiając i sczepiając znów, wyłaniając ponad wodę, zahaczając o podwodne przeszkody i stając nagle tylko po to, żeby znów zapaść się pod powierzchnię i wyłonić w najmniej oczekiwanym momencie.

Zahred wydał komendę: na bok! Spłynęli z głównego nurtu, kierując się ku zalanym przez wodę łąkom.

I teraz wrażenie było takie, jakby dosłownie sunęli ponad nimi w powietrzu.

– Przepiękne – szepnął Ormgyr.

Rzeczywiście, idealnie błękitne, czyste niebo odbijało się w spokojnej tafli wody i momentami nie było nawet widać, gdzie kończy się jedno, a drugie zaczyna. Czasami patrzyli w górę, szukając odbicia pojedynczych chmurek w wodzie – a za chwilę dziwili się, że ławica ryb pod nimi nie sunie też po lazurze firmamentu.

– Oczy w nurt! – przywoływał ich do porządku Karli, niestrudzenie prowadzący snekkar pomiędzy koronami na wpół zatopionych drzew.

Żywioł był w końcu równie piękny, co zabójczy. Widzieli unoszące się na wodzie truchła potopionych zwierząt, na których siedziały całymi rodzinami żywiące się padliną ptaki. Raz wyminęli resztki chaty, którą woda musiała porwać ze sobą i przenieść bogowie raczą wiedzieć jak daleko.

Ale trafiali też na ludzi – zarówno martwych, jak i wciąż żywych.

– Nie możemy im pomóc. – Zahred potrząsnął głową, gdy doleciały ich wołania o pomoc od siedzących na konarze potężnego dębu rozbitków.

– Ale to tylko troje ludzi, spójrz! – próbowała przekonać go Mira.

– I co proponujesz z nimi zrobić? Wziąć na pokład i co dalej?

– No... jak znajdziemy ląd, to tam wysadzić.

– I co? Zostawić tak, jak są? Bez jedzenia, narzędzi, broni?

– Możemy dać im coś z naszych... – bąknęła.

– Ile? Tyle, żeby przeżyli? Czy może tylko tyle, żeby mieć poczucie, że coś zrobiliśmy?

– No więc co proponujesz?! – w końcu zdenerwowała się na niego.

– Nic.

– Nic?! I tak ich po prostu zostawić?

– Tak. Mira, jeśli... – Pokręcił głową, jakby próbując ubrać coś w słowa. – Jeśli pomagasz komuś, jeśli komuś pomożesz chociaż minimalnie, to stajesz się za tego kogoś odpowiedzialna. I wtedy nie ma już granic, rozumiesz? Albo za kogoś odpowiadasz, albo nie. Do końca.

– Tak jak ja pomogłam tobie! – rzuciła mu w twarz.

Liczyła na to, że się zezłości, przynajmniej poczuje się urażony. Ale on tylko pokiwał głową.

– Tak. Dokładnie tak. I tak jak ja wróciłem po ciebie. I teraz odpowiadamy za siebie nawzajem.

– Do końca?

Uśmiechnął się, pocałował ją delikatnie.

– Nie patrzmy ku temu końcowi, kiedy tyle drogi przed nami. Karli, bardziej w lewo!

Błagalne krzyki zostawały coraz dalej za nimi. Trzy długie, smukłe łodzie sunęły po zalanej równinie, doskonale świadome, co jest ich ostatecznym celem.


Ogniska trzaskały wesoło, iskry sypały się ku czarnemu niebu. Gwiazdy i księżyc przeglądały się w rozlanym szeroko nurcie rzeki, zajmującej lśniącą taflą większą część widnokręgu.

Rozłożyli się obozem na stoku wzgórza, porośniętego rzadkim lasem. Snekkary zacumowali do drzew, do połowy schowanych teraz w wodzie. Zahred przykazał, że kilku ludzi ma cały czas przebywać na łodziach, obserwując poziom wody: jeśli ten zacznie chociaż minimalnie opadać, to muszą natychmiast odpływać, aby nie zostać uwięzionymi na lądzie, gdy wody opadną!

– Wszystko zatonęło – pokręcił głową Stenvidr. – A jeśli wody zalały cały świat i tylko my zostaliśmy?

– Będziemy musieli na nowo zapełnić pustkowie ludźmi! – zaśmiała się siedząca przy ognisku obok Yrsa.

– Ba! To nieliche wyzwanie przecież. Ile trzeba mieć sił do tego.

– Siła bierze się z ćwiczenia, więc...

Podniosła się kocim ruchem i ruszyła dalej od ognisk, rzucając mu bardzo wymowne spojrzenie. Stenvidr odchrząknął, popatrzył na boki, na wyczekujących jego reakcji towarzyszy. Kiedy też wstał, poprawił tunikę i ruszył za kobietą, ci wybuchnęli gromkim rechotem.

Mira wtuliła się w Zahreda i drzemała, zakutana w skóry. Paru wojowników rozmawiało o czymś półgłosem, komentując dotychczasowy przebieg wyprawy i zastanawiając się, co też czeka ich dalej.

– Nikt nigdy tak daleko się nie zapuścił! – mówił przejęty Semming. – Nikt! A mimo to teraz my tu jesteśmy!

– Nie uwierzą. – Jak zawsze cyniczny Ingvar pokręcił głową.

– Jak to nie uwierzą?! Przecież tylu, ilu nas tu jest...!

– Nie uwierzą. Powiedzą, że to wymyśliliśmy. Że staliśmy cały czas przy brzegu i piliśmy piwo.

– Ale przecież coś zostanie! Jakiś ślad...

– Dokładnie tak. – Torleif podniósł się od ognia, wyciągnął nóż. – I ja idę ten ślad zostawić!

Ruszył w ciemność, oni też poderwali się i poszli za nim, zaciekawieni. Torleif wspiął się nieco wyżej na pagórek, minął łukiem przewalających się na liściach w wykrocie Yrsę i Stenvidra, skręcił w lewo. W końcu stanął przed potężnym, rozłożystym wiązem, który w pierwszej kolejności przykuł ich uwagę i zachęcił do zatrzymania się na noc właśnie tutaj.

– I co, złożysz się w ofierze? – podpuścił go Freisten, ale Torleif potrząsnął głową.

– Zostawię po sobie ślad, powiedziałem wam już.

Zaczął powoli, mozolnie ścinać i zrywać twardą, porowatą korę z pnia. Ciął, dziabał, skrobał, odcinał tak długo, aż wreszcie dokopał się w jednym miejscu do równego, brązowo-szarego drewna. Sapnął zadowolony, pomasował bolącą od rękojeści noża dłoń.

– I co teraz niby? – zapytał któryś.

– Teraz? Teraz coś tutaj napiszę. I te runy zostaną już na wieki wieków, razem z tym wiązem. I nawet kiedy umrę, i kiedy umrą moje dzieci i wnuki, i ich wnuki, to ten napis tu zostanie i każdy go będzie widział.

– O ile tu trafi! – prychnął Steinkel, ale słychać było po głosie, że sam zazdrości towarzyszowi pomysłu. Że też on na to nie wpadł!

– A więc...

Torleif wzniósł nóż, zawahał się. Odstąpił o pół kroku.

– No co? – ponaglił któryś.

– Nie wiem, co napisać – przyznał się Torleif.

– Napisz coś... coś o nas! Na przykład: „Chwała wyprawie dzielnych podróżników”!

– Nieee, to za długie, trzeba by skrócić jakoś. A może...

– Coś zabawnego! Na przykład, czekaj... „Król Iwar Szerokie Plecy chędożył małe dzieci”!

– To było zabawne, jak twoja babka była młoda. Czyli nigdy.

– Eeejjj...!

– Dobra, czekajcie, już mam. To będzie dobre.

Nachylił się nad korą, zaczął pieczołowicie ciąć, docinać, drapać i skrobać po żywym drzewie. W końcu odsunął się, dmuchnął, wyciągnął z runów jakiś niesforny wiór i popatrzył z zadowoleniem na napis. Towarzysze podeszli bliżej...

– „Tu byłem, Torleif” – odczytał Steinkel. – I co, tylko tyle?

– Tylko tyle.

– Ale to przecież jesteś tylko ty!

– Aha. Ale to jestem też aż ja. I za sto, dwieście lat to właśnie o mnie będą wiedzieć ludzie.

– Ale... ale my też tu jesteśmy! – zawołał żałośnie Gunnar.

– Trudno. Będą wiedzieć tylko o mnie.

Torleif schował nóż do pochewki i zadowolony z siebie ruszył z powrotem ku ognisku, pogwizdując pod nosem. Jego towarzysze, nagle kilkoma pociągnięciami ostrza wycięci z kart historii, popatrzyli po sobie, jak gdyby myśląc, co z tym począć...