SPQR. Historia starożytnego Rzymu

Tekst
Z serii: Historia
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

UWIECZNIONE NA PIŚMIE

Powody, dla których możemy opowiedzieć tę historię z takimi szczegółami, są bardzo proste: sami Rzymianie napisali wiele na ten temat, a znaczna część ich pism się zachowała. Dzisiejsi historycy lamentują często nad ograniczeniami naszej wiedzy o niektórych aspektach starożytnego świata. „Pomyślcie tylko, jak mało wiemy o życiu ubogich – jęczą – albo o punkcie widzenia kobiet”. Jest to nie tylko anachroniczne, ale i zwodnicze. Twórcami rzymskiej literatury byli niemal wyłącznie mężczyźni, a w każdym razie bardzo niewiele dzieł kobiet dotrwało do naszych czasów (autobiografię matki cesarza Nerona, Agrypiny, zaliczyć trzeba do najbardziej ubolewania godnych strat literatury klasycznej). Mężczyźni ci byli też niemal bez wyjątku zamożni, choć niektórzy rzymscy poeci, podobnie jak ich dzisiejsi koledzy po fachu, lubili udawać, że przymierają głodem w klitce na poddaszu. Malkontenci nie dostrzegają jednak znacznie ważniejszej kwestii.

Najbardziej niezwykłym faktem dotyczącym rzymskiego świata jest to, że wiele z tego, co Rzymianie pisali, zachowało się mimo upływu dwóch tysięcy lat. Mamy, jak już wspomniałam, ich wiersze, listy, traktaty, mowy i dzieła historyczne, ale także powieści, prace geograficzne, satyry oraz całe tomy fachowych tekstów z rozmaitych dziedzin, od inżynierii wodnej po medycynę. Ich przetrwanie jest w dużej mierze zasługą pracowitości średniowiecznych mnichów, którzy raz za razem przepisywali ręcznie to, co uważali za najważniejsze, albo najbardziej użyteczne dzieła literatury klasycznej, ze znaczącym, choć często zapominanym wkładem średniowiecznych islamskich uczonych, którzy przetłumaczyli na arabski część dzieł filozoficznych i naukowych. A dzięki archeologom, którzy odkopują papirusy z piasków i śmietnisk Egiptu, drewniane tabliczki do pisania z rzymskich baz wojskowych na północy Anglii oraz bogate w informacje kamienie nagrobne z całego obszaru imperium, dysponujemy okruchami życia i pism bardziej zwyczajnych mieszkańców rzymskiego świata. Mamy ich prywatną korespondencję, listy sprawunków, księgi rachunkowe i ostatnie przesłania wyryte na grobach. Nawet jeśli jest to tylko drobna cząstka tego, co istniało niegdyś, mamy dostęp do większego bogactwa rzymskiej literatury – i rzymskich pism w ogóle – niż ktokolwiek zdołałby gruntownie przestudiować w ciągu całego życia.

Skąd więc konkretnie pochodzi nasza wiedza o konflikcie między Katyliną a Cyceronem? Historia ta trafiła do nas różnymi drogami, i to między innymi właśnie ta różnorodność czyni ją tak bogatą. Są krótkie relacje w dziełach wielu rzymskich historyków, włącznie ze starożytną biografią samego Cycerona – wszystkie napisane sto lub więcej lat po tych wydarzeniach. Co ważniejsze – i cenniejsze jako źródło informacji – jest też długi traktat, który zawiera szczegółowy opis i analizę „wojny z Katyliną” – Bellum Catilinae, jak niemal na pewno brzmiał jego antyczny tytuł. Napisał go zaledwie dwadzieścia lat po tej „wojnie”, w latach czterdziestych I w. p.n.e., Salustiusz (Gaius Sallustius Crispus). Podobnie jak Cyceron będący „człowiekiem nowym”, a także przyjacielem i sprzymierzeńcem Juliusza Cezara, miał on mocno wątpliwą reputację polityczną: jako namiestnik Afryki Północnej niesławnie wyróżnił się, nawet według rzymskich zwyczajów, korupcją i zdzierstwem. Ale mimo jego niezbyt chlubnej kariery, a może właśnie za jej sprawą, dzieło Salustiusza jest jedną z najprzenikliwszych analiz politycznych, jakie znamy ze świata antyku.

Salustiusz nie ograniczył się do przedstawienia przebiegu niedoszłej rewolucji, jej przyczyn oraz następstw. Postać Katyliny posłużyła mu jako symbol ogólniej pojętych wad ówczesnego Rzymu. Jego zdaniem moralny kręgosłup rzymskiej cywilizacji złamany został za sprawą sukcesu miasta oraz bogactwa, chciwości i żądzy władzy, które przyszły w ślad za podbojem basenu Morza Śródziemnego i zmiażdżeniem wszystkich poważnych rywali. Przełomowy był rok 146 p.n.e. (osiemdziesiąt trzy lata przed spiskiem Katyliny), kiedy to rzymskie wojska ostatecznie zniszczyły Kartaginę, północnoafrykańską ojczyznę Hannibala. Odtąd, uważał Salustiusz, nie było już żadnych istotnych zagrożeń dla dominacji Rzymu. Katylina, jak przyznawał, miał pewne pozytywne cechy, od dzielności w boju po niezwykłą odporność: „Ciało miał wytrzymałe na głód, zimno, bezsenność, więcej, niżby ktoś mógł uwierzyć”1. Jednakże uosabiał też wiele przywar Rzymu swoich czasów.

Dzieło Salustiusza opiera się na innych barwnych dokumentach, których ostatecznym źródłem są pisma samego Cycerona przedstawiające jego własną wersję wydarzeń. Niektóre z listów pisanych do wydawcy i najbliższego przyjaciela, Tytusa Pomponiusza Attyka – zamożnego człowieka, który nigdy oficjalnie nie włączył się w politykę, ale często pociągał za sznurki zza kulis – mówią o jego początkowo przyjacielskich relacjach z Katyliną. Pośród domowych wieści o powiększeniu rodziny („Donoszę ci, że mi się urodził syn…”2) i o przybyciu nowych posągów z Grecji, którymi zamierzał przyozdobić swój dom, Cyceron wspomina w roku 65 p.n.e., że zastanawiał się nad obroną Katyliny w sądzie w nadziei na przyszłą współpracę.

Jak takie prywatne listy trafiły do domeny publicznej, jest zagadką. Najprawdopodobniej któryś z domowników Cycerona udostępnił po jego śmierci ich kopie, a te wkrótce zaczęły krążyć pośród zaciekawionych czytelników, zarówno zwolenników, jak i wrogów. W antycznym świecie nic nie było nigdy publikowane w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Zachowało się w sumie blisko tysiąc listów, pisanych zarówno do, jak i przez tego wielkiego człowieka w ciągu mniej więcej dwudziestu ostatnich lat jego życia. Ujawniając jego skargi z okresu wygnania („Tak mnie łzy duszą, że znieść tego nie mogę”3) i ból po stracie zmarłej w połogu córki, poruszając tematy sięgające od złodziejstwa pośredników po rozwody w wyższych sferach i ambicje Juliusza Cezara, są one jednymi z najbardziej intrygujących dokumentów, jakie pozostawił nam starożytny Rzym.

Równie frapującym i może jeszcze bardziej zaskakującym zabytkiem jest fragment długiego poematu, który Cyceron napisał dla uczczenia swych dokonań jako konsula; nie zachował się on w całości, był jednak wystarczająco sławny, lub niesławny, by przeszło siedemdziesiąt linijek z niego przetrwało w formie cytatów u innych antycznych pisarzy oraz w późniejszych dziełach samego Cycerona. Jest wśród nich jedna z najgorszych łacińskich rymowanek, jakim udało się nie zginąć w mrokach średniowiecza: O fortunatam natam me consule Romam – czyli rzecz w stylu „O, jak Rzym szczęśliwie żył / kiedym ja konsulem był”. Ponadto, co uznawano za poważne, nawet jeśli nieco komiczne uchybienie skromności, pojawiało się w nim „zgromadzenie bogów”, na którym nasz wykraczający ponad ludzką miarę konsul konferował z boskim senatem na Olimpie nad tym, jak powinien postąpić wobec spisku Katyliny.

W I w. p.n.e. reputacja i sława Rzymianina opierały się nie tylko na przekazywanych z ust do ust opiniach, ale także na reklamie, niekiedy pracowicie, wręcz żenująco reżyserowanej. Wiemy, że Cyceron próbował skłonić jednego z zaprzyjaźnionych historyków, Lucjusza Lukcejusza, do napisania pochlebnej relacji o swoim zwycięskim starciu z Katyliną i jego następstwach („Pałam niewiarygodnym, lecz, jak sądzę, nie nagannym pragnieniem – wyznał w liście – aby imię moje zajaśniało i wsławiło się dzięki twej twórczości pisarskiej”4), miał też nadzieję, że pewien modny grecki poeta, którego zawiłej sprawy imigracyjnej bronił w rzymskich sądach, stworzy stosowną epopeję na tenże temat. Ostatecznie zmuszony był sam napisać wierszowany hołd – dla siebie samego. Kilku współczesnych krytyków usiłowało, niezbyt przekonywająco, bronić literackiej wartości tego dzieła, w tym jego najbardziej charakterystycznego wersu (O fortunatam natam…). Większość rzymskich autorów, których poglądy na jego temat się zachowały, wyśmiewała zarówno próżność tego przedsięwzięcia, jak i jego styl. Nawet jeden z największych wielbicieli Cycerona, z zapałem zgłębiający jego techniki krasomówcze, ubolewał, że „pozwolił sobie na taką ekstrawagancję”5. Inni ze złośliwą satysfakcją wyszydzali lub parodiowali ów wiersz.

Jednak najbardziej bezpośredni dostęp do wydarzeń z 63 r. p.n.e. daje nam zapis kilku mów, które Cyceron wygłosił w trakcie owego buntu. Dwie adresowane były do zgromadzeń ludowych; informowały je o postępach śledztwa w sprawie spisku Katyliny i obwieszczały zwycięstwo nad przeciwnikami. Jedna stanowiła wkład Cycerona w senacką debatę z 5 grudnia na temat odpowiedniej kary dla aresztowanych. Najsłynniejszą z nich wszystkich zaś była mowa, którą wygłosił przed senatem 8 listopada, oskarżając Katylinę słowami, które powinniśmy wyobrażać sobie wychodzące z jego ust na obrazie Maccariego.

Cyceron prawdopodobnie sam rozprowadzał odpisy ich wszystkich, mozolnie powielane przez małą armię niewolników, krótko po ich wygłoszeniu. I w odróżnieniu od jego prób poetyckich szybko stały się one podziwianym i często cytowanym kanonem literatury łacińskiej oraz wzorami sztuki oratorskiej, które wkuwali i naśladowali rzymscy uczniowie oraz przyszli mówcy przez resztę starożytności. Czytali je i studiowali nawet ludzie niezbyt biegli w łacinie. Tak z pewnością miała się rzecz w rzymskim Egipcie czterysta lat później. Najstarsze zachowane kopie tych mów odkryto na papirusie pochodzącym z IV lub V w., obecnie zaledwie drobne skrawki znacznie obszerniejszej niegdyś całości. Obejmują one oryginalny tekst łaciński i dosłowne tłumaczenie na grekę. Przed oczyma staje nam obraz egipskiego Greka, który wspomagając się przekładem, przedziera się przez oryginalny język Cycerona.

Trudzono się nad nim i później. Ten zbiór czterech mów, Przeciw Katylinie (In Catilinam), czyli katylinarki, jak się je dziś często określa, wszedł do dydaktycznej i kulturowej tradycji Zachodu. Kopiowane i rozpowszechniane za pośrednictwem średniowiecznych klasztorów służyły one do wbijania łaciny do głów pokoleniom uczniów, były też drobiazgowo analizowane jako arcydzieła literatury przez renesansowych uczonych i teoretyków retoryki. Nawet dziś, w maszynowo drukowanych wydaniach, zachowują swoje miejsce w programach nauczania języka łacińskiego i pozostają wzorem sugestywnego krasomówstwa, którego techniki stanowią fundament części z najsłynniejszych współczesnych przemówień, między innymi Tony’ego Blaira i Baracka Obamy.

 

Nie trwało długo, nim początkowe słowa wygłoszonej 8 listopada mowy Cycerona (Pierwszej katylinarki) stały się jednym z najbardziej znanych i rozpoznawalnych cytatów rzymskiego świata: Quo usque tandem abutere, Catilina, patientia nostra? („Jak długo jeszcze nadużywać będziesz, Katylino, naszej cierpliwości?”), a zaraz po nich, kilka linijek dalej, pojawiał się nośny, do dziś często powtarzany okrzyk oburzenia: O tempora, o mores („Na jakim my świecie żyjemy!” albo, dosłownie: „O czasy, o obyczaje!”). Fraza Quo usque tandem… musiała być już dobrze zakorzeniona w rzymskiej świadomości literackiej, kiedy Salustiusz, zaledwie dwadzieścia lat później, pisał relację o sprzysiężeniu. Była zakorzeniona tak mocno, że z cierpką lub też żartobliwą ironią mógł włożyć ją w usta Katyliny. Quae quo usque tandem patiemini, o fortissimi viri? („Dokądże wreszcie cierpieć to będziecie, dzielni mężowie?”6) to słowa, którymi rewolucjonista u Salustiusza podżega swych stronników, przypominając im o krzywdach, jakich doznawali z rąk elit. Słowa te są czystą fantazją. Starożytni autorzy regularnie układali mowy, które kazali wygłaszać swoim bohaterom, podobnie jak dzisiejsi historycy z upodobaniem rekonstruują uczucia i motywy opisywanych postaci. Dowcip polega tu na tym, że Katylina, największy wróg Cycerona, wypowiada najsłynniejsze hasło swego przeciwnika.

Jest to tylko jeden z przykładów sarkazmu i celowych, paradoksalnych „błędnych atrybucji” w dziejach tej charakterystycznej frazy. Powracała ona jak refren w rzymskiej literaturze wszędzie tam, gdzie mowa była o rewolucyjnych zapędach. Zaledwie kilka lat po Salustiuszu historię Rzymu od założenia miasta zaczął pisać Liwiusz (Titus Livius). Liczyła ona 142 księgi – olbrzymie przedsięwzięcie, nawet jeśli starożytna księga mieściła się na jednym zwoju papirusu i długością bliższa była dzisiejszemu rozdziałowi. To, co Liwiusz miał do powiedzenia na temat Katyliny, przepadło. Kiedy jednak opisywał wewnętrzne konflikty sprzed setek lat, a zwłaszcza „spisek” niejakiego Marka Manliusza, który w IV w. p.n.e. miał jakoby podburzyć rzymską biedotę do buntu przeciwko ciemiężycielskim rządom elit, sięgnął po pewną mutację owych klasycznych słów. Quo usque tandem ignorabitis vires vestras? („Jak długo jeszcze będziecie nieświadomi swych sił?”7), pytał według niego Manliusz swoich zwolenników, by uprzytomnić im, że choć ubodzy, są wystarczająco liczni, aby odnieść sukces.

Rzecz nie sprowadza się do zwykłego naśladownictwa języka. Ani też do tego, że postać Katyliny stała się uosobieniem nikczemności, choć rzeczywiście odgrywa on tę rolę w rzymskiej literaturze dość często. Jego imię bywało używane jako przydomek niepopularnych cesarzy, a pół wieku później Wergiliusz (Publius Vergilius Maro) przydzielił mu epizodyczną rolę w Eneidzie, gdzie nasz czarny charakter, torturowany w zaświatach, „przykuty do skały […] na twarze jędz patrzy struchlały”8. Istotniejsze jest to, że konflikt między Katyliną a Cyceronem stał się potężnym schematem wyjaśniającym akty obywatelskiego nieposłuszeństwa i bunty w całych dziejach Rzymu i nie tylko. Kiedy rzymscy historycy pisali o rewolucji, niemal zawsze majaczył gdzieś w tle obraz Katyliny, nawet za cenę osobliwych zniekształceń chronologii. Jak wskazują jego starannie dobrane słowa, ukazany przez Liwiusza Marek Manliusz, arystokrata podżegający do skazanej na klęskę rewolucji, wspierany przez zbieraninę nędzarzy, był w dużej mierze projekcją Katyliny na wczesną historię Rzymu.

ODMIENNE SPOJRZENIE

Czy możliwe jest, by historia ta miała tylko jedno oblicze? Szczegółowe świadectwo, jakie wyszło spod pióra Cycerona, przedstawiające rzecz z jego punktu widzenia, oznacza, że jego perspektywa zawsze będzie dominująca. Niekoniecznie wynika stąd jednak, że jest ona zwyczajnie prawdziwa albo że jest jedynym możliwym spojrzeniem na sprawę. Przez całe wieki badano, jak bardzo zniekształconą relację pozostawił nam Cyceron, i wykrywano odmienne poglądy i interpretacje tuż pod powierzchnią jego wersji zdarzeń. Daje to do zrozumienia już Salustiusz. Choć bowiem w swej relacji opiera się w dużej mierze na pismach Cycerona, wkładając jego słynne Quo usque tandem w usta Katyliny, mógł przypominać swoim czytelnikom, że fakty i ich interpretacje są co najmniej płynne.

Jednym z oczywistych pytań jest to, czy mowa, którą znamy jako Pierwszą katylinarkę, jest naprawdę tym, co usłyszeli senatorowie zgromadzeni 8 listopada w świątyni Jowisza. Trudno wyobrazić sobie, by była ona kompletnym wymysłem. Czy Cyceron mógłby pozwolić sobie na puszczenie w obieg wersji, która w niczym nie przypominałaby tego, co powiedział? Jednak niemal na pewno nie jest to dosłowny zapis. Jeśli przemawiał, mając na podorędziu starożytny odpowiednik kartki z konspektem, to tekst, który mamy, przypuszczalnie plasuje się gdzieś pomiędzy tym, co pamiętał, że mówił, a tym, co uważał, że powinien był powiedzieć. Nawet jeśli odczytywał w zasadzie kompletny tekst, to rozpowszechniając mowę wśród przyjaciół, współpracowników i ludzi, którym chciał zaimponować, niemal na pewno poprawiłby w niej co nieco, szlifując styl i dodając jeszcze parę zgrabnych sformułowań, które tamtego dnia umknęły mu z pamięci albo dopiero później przyszły mu do głowy.

Duże znaczenie ma też to, kiedy dokładnie ujrzała światło dzienne i z jakiego powodu. Z jednego z listów do Attyka wiemy, że Cyceron organizował kopiowanie Pierwszej katylinarki w czerwcu 60 r. p.n.e., kiedy musiał jasno zdawać sobie sprawę, że kontrowersja wokół dokonanej przez niego egzekucji spiskowców nie zamierza wygasnąć. Byłoby dlań kuszące i dogodne wykorzystać na swoją obronę pisany tekst mowy, nawet jeśli oznaczało to pewne strategiczne modyfikacje i uzupełnienia. W istocie używanie raz po raz wobec Katyliny, w znanej nam wersji, słowa oznaczającego cudzoziemskiego wroga (po łacinie hostis) może być jednym ze sposobów, na jakie Cyceron odpowiadał na zarzuty przeciwników: określając spiskowców jako wrogów państwa, dawał do zrozumienia, że nie zasługują oni na ochronę rzymskiego prawa; stracili swoje obywatelskie przywileje (w tym prawo do procesu). Rzecz jasna, mogło to być motywem przewodnim już ustnej wersji mowy z 8 listopada. Po prostu nie wiemy. Ale termin ten z pewnością nabrał dużo większego znaczenia – i podejrzewam, że był dużo bardziej eksponowany – w utrwalonej, spisanej wersji.

Pytania te skłaniają do tym usilniejszego poszukiwania odmiennych spojrzeń na tę historię. Mniejsza o to, co myślał Cyceron. Czy da się zyskać jakieś pojęcie o tym, jak mogli widzieć ją Katylina i jego stronnicy? Zachowane świadectwa z połowy I w. p.n.e. w przeważającej mierze dotyczą słów i poglądów Cycerona. Zawsze jednak warto spróbować odczytać jego wersję, czy jakąkolwiek w ogóle wersję rzymskich dziejów, na opak, rozewrzeć drobne szczeliny w pozornie spójnej narracji za pomocą posiadanych strzępów innych, niezależnych świadectw i zastanowić się, czy inni obserwatorzy mogli postrzegać sprawy inaczej. Czy ci, których Cyceron przedstawił jako skończonych łotrów, byli naprawdę tak nikczemni, jak ich odmalował? W tym wypadku mamy w zasadzie dość powodów do pewnego sceptycyzmu.

Cyceron ukazuje Katylinę jako desperata obarczonego olbrzymimi długami hazardowymi, czemu winny miał być wyłącznie jego brak zasad moralnych. Ale sytuacja nie przedstawiała się aż tak prosto. W Rzymie w 63 roku p.n.e. istniał swego rodzaju kryzys kredytowy, a także więcej problemów gospodarczych i społecznych, niż Cyceron był skłonny przyznać. Jednym z osiągnięć jego „prześwietnego konsulatu” było utrącenie propozycji rozdzielenia ziemi w Italii między część miejskiej biedoty. Ujmując rzecz w inny sposób, jeśli Katylina zachowywał się jak desperat, to mógł mieć po temu słuszne powody oraz poparcie wielu prostych ludzi, których podobny los zmusił do sięgnięcia po rozpaczliwe środki.

Skąd o tym wiemy? Trudniej zrekonstruować ekonomię niż politykę sprzed dwóch tysięcy lat, dysponujemy jednak pewnymi zaskakującymi wskazówkami. Świadectwo zachowanych monet z tego okresu mówi nam szczególnie wiele zarówno o ówczesnej sytuacji, jak i o pomysłowości, z jaką dzisiejsi historycy i archeolodzy wyłuskują informacje z dostępnych materiałów. Rzymskie monety często dają się precyzyjnie datować, ponieważ w okresie tym były one każdego roku projektowane na nowo i sygnowane przez aktualnych urzędników odpowiedzialnych za ich emisję. Wybijano je za pomocą ręcznie rytowanych matryc (czyli stempli), a na gotowych monetach są wciąż widoczne drobne różnice w detalach między poszczególnymi matrycami z danej serii. Możemy obliczyć z grubsza, ile monet dało się wybić jednym stemplem (zanim za bardzo się zużył, by dać wyraźny odcisk), i jeśli mamy wystarczająco dużą próbkę monet, możemy ocenić mniej więcej, ile matryc użyto w sumie do wybicia jednej emisji. To daje nam pewne wyobrażenie o tym, jak wiele monet wypuszczano każdego roku: im więcej matryc, tym więcej monet i odwrotnie.

Z wyliczeń tych wynika, że pod koniec lat sześćdziesiątych I w. liczba wybijanych monet spadła tak gwałtownie, że w obiegu było ich ogółem mniej niż kilka lat wcześniej. Przyczyn tej sytuacji nie potrafimy odtworzyć. Jak większość państw przed XVIII wiekiem albo nawet później, Rzym nie miał polityki monetarnej ani też żadnych instytucji finansowych do jej tworzenia. Jednak prawdopodobne konsekwencje są oczywiste. Niezależnie od tego, czy rzeczywiście Katylina lekkomyślnie przehulał swój majątek, mogło mu – oraz wielu innym – brakować pieniędzy, ci zaś, którzy wcześniej zaciągnęli długi, mieli teraz na karku wierzycieli, którzy – sami w tarapatach finansowych – domagali się zwrotu pożyczek.


4. Srebrne monety, wybite w roku 63 p.n.e., przedstawiają Rzymianina głosującego nad jakąś ustawą, wrzucającego do urny tabliczkę ze swym głosem. Różnice między obiema wersjami świadczą o tym, że użyto dwóch różnych matryc. Na monecie wybite jest również imię urzędnika sprawującego w owym roku pieczę nad mennicą, Longinusa.

Wszystko to nakładało się na inne od dawna działające czynniki, które mogły dać rzymskiemu plebsowi bodziec do protestów lub opowiedzenia się po stronie tych, którzy obiecywali radykalną zmianę. Istniała olbrzymia dysproporcja zamożności między bogaczami a biedotą, znaczna część ludności żyła w podłych warunkach i przypuszczalnie przez większość czasu znosiła jeśli nie głód, to ciągłe niedożywienie. Choć Cyceron lekceważąco określa zwolenników Katyliny jako wykolejeńców, zbirów i nędzarzy, pewne elementy jego własnej relacji oraz relacji Salustiusza wskazują na coś przeciwnego. Obaj bowiem stwierdzają wprost lub dają do zrozumienia, że poparcie dla Katyliny stopniało, kiedy doniesiono, iż zamierza on spalić miasto. Jeśli tak, to nie mamy do czynienia z nędzarzami i zupełnymi nieudacznikami, którzy nie mieli nic do stracenia – a wszystko do zyskania – w ogólnym pożarze. Znacznie bardziej prawdopodobne jest, że wśród jego stronników znajdowali się udręczeni prości ludzie, którzy mimo wszystko mieli jakiś interes w przetrwaniu miasta.

Cyceronowi, co zrozumiałe, zależało na jak największym wyeksponowaniu zagrożenia, jakie stwarzał Katylina. Przy całym swym sukcesie politycznym zajmował on niepewną pozycję na szczycie rzymskiego społeczeństwa, pośród arystokratycznych rodów, które przypisywały sobie, jak Katylina, pochodzenie w prostej linii od założycieli miasta lub nawet od bogów. Rodzina Juliusza Cezara, na przykład, z dumą wywodziła swój rodowód od bogini Wenus; inna, co bardziej osobliwe, twierdziła, że pochodzi od równie mitycznej Pazyfae, żony króla Minosa, której niecodzienny romans z bykiem wydał owoc w postaci potwornego Minotaura. Aby umocnić swoją pozycję w tych kręgach, podczas rocznej kadencji konsula Cyceron niewątpliwie starał się dokonać czegoś sensacyjnego. Imponujące zwycięstwo wojskowe nad barbarzyńskim wrogiem idealnie nadawałoby się do jego celów i było czymś, o czym większość Rzymian zapewne marzyła. Rzym zawsze był wojowniczym państwem, a wiktoria wojenna była najpewniejszą drogą do chwały. Cyceron jednak nie był żołnierzem: sławę zyskał, przemawiając w sądach, nie dowodząc armią w bitwie przeciwko groźnym (lub pechowym) cudzoziemcom. Musiał „ocalić państwo” w jakiś inny sposób.

 

5. Rzymska stela nagrobna z IV w. przedstawia prosty sposób bicia monet. Metalowy krążek umieszczany jest między dwiema matrycami spoczywającymi na kowadle. Mężczyzna po lewej uderza w tę „kanapkę” młotem, by odbić wzór na krążku. Pomocnik po prawej przy użyciu szczypiec rozgrzał krążek, by łatwiej było odcisnąć wzór.

Niektórzy rzymscy autorzy zauważyli, że kryzys był Cyceronowi bardzo na rękę. Pewien anonimowy pamflet, atakujący całą jego karierę i zachowany, ponieważ sądzono kiedyś mylnie, że wyszedł spod pióra Salustiusza, oświadcza wprost, że „obrócił on kłopoty państwa na własną chwałę”, posuwając się aż do stwierdzenia, że jego konsulat był raczej przyczyną spisku niż jego rozwiązaniem. Ujmując rzecz brutalnie, podstawowym pytaniem, jakie powinniśmy zadać, jest nie: czy Cyceron wyolbrzymił szkodliwość spisku, ale w jakim stopniu.

Najbardziej zdeterminowani współcześni sceptycy uznają całą zmowę po prostu za wytwór wyobraźni Cycerona – a zatem człowiek, który twierdził, że jest „miłośnikiem broni”, mówił szczerą prawdę, obciążające listy były sfałszowane, galijscy wysłannicy byli marionetkami konsula, a rzekome próby zamordowania go były paranoidalnymi urojeniami. Tak radykalny pogląd wydaje się nieprzekonywający. Ostatecznie doszło przecież do bezpośredniego starcia między ludźmi Katyliny a rzymskimi legionami, którego nie da się zbyć jako urojenia. Znacznie bardziej prawdopodobne jest, że jakiekolwiek były jego pierwotne zamiary, Katylina – dalekowzroczny radykał lub pozbawiony skrupułów terrorysta – został niejako zmuszony do sięgnięcia po skrajne środki przez szukającego zwady i zabiegającego o własną chwałę konsula. Cyceron mógł nawet, niezależnie od wszelkich dowodów, wmówić sobie, że Katylina jest poważnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa Rzymu. Tak właśnie, jak wiemy z wielu bliższych nam w czasie przykładów, często działają polityczna paranoja i egoizm. Nigdy nie pozbędziemy się tych wątpliwości. „Spisek Katyliny” pozostanie na zawsze znakomitym przykładem klasycznego dylematu interpretacyjnego: czy naprawdę istniała wszechogarniająca konspiracja, czy też kryzys był, przynajmniej częściowo, wymysłem konserwatystów? Powinien nam też przypominać, że w dziejach Rzymu, tak jak i wszędzie, musimy zawsze być gotowi spojrzeć na sprawy z innej strony – co jest jednym z motywów przewodnich tej książki.