Dworek pod Malwami. Dobry uczeń

Tekst
Z serii: Dworek pod Malwami #51
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marian Piotr Rawinis

Dworek pod Malwami 51 - Dobry uczeń

Saga

Dworek pod Malwami 51 - Dobry uczeń

Zdjęcia na okładce: Shutterstock

Copyright © 2011, 2021 Marian Piotr Rawinis i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726801507

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Pamięci mojej Matki

Jadwigi Wiktorii Kuklińskiej (1926-2009)

DYLEMATY

Wiosna 1927

Michał Kalinowski rzadko teraz odwiedzał Złotniki. Uwolnienie z kontraktu, który zobowiązywał go do administrowania majątkiem Justyny Nowackiej, przyjął z zadowoleniem.

– To wielka ulga – oznajmił. – Miałem z tym tylko utrapienie. A i zarobek nie był taki, jakiego się spodziewałem.

Rozwiązanie kontraktu nadeszło wraz z wiadomością, że część majątku idzie do parcelacji. Właścicielka sprzedała kilkaset hektarów na rzecz skarbu państwa, a ziemia prawie natychmiast została podzielona i poszła w chłopskie ręce. Pan Michał nie uważał, żeby to był dobry pomysł, zwłaszcza, że adwokat Wizner, pełnomocnik właścicielki, wykonał wszystko za jego plecami, nie pytając o radę i pomoc.

– Oddał najlepsze role, zostawił gorsze.

Ziemię kupili chłopi głównie z Nowosadów i Klewinowa na dogodnych warunkach spłaty. Jeden tylko Kurpik, dawny ekonom pani Nowackiej, o którym mówiono, że podobno dostał spadek z Ameryki, zapłacił żywą gotówką.

W Złotnikach pozostało tylko nieco ponad dwieście hektarów, a Kalinowski spodziewał się, że i te resztki zostaną przeznaczone na działki.

– Szkoda, bo majątek zaczął wyglądać coraz lepiej.

Pani Justyna zdawała się mało interesować tymi sprawami, po raz kolejny zawiadomiła o przeszkodach uniemożliwiających przyjazd do Polski. Na list Kalinowskiego odpowiedziała po długim milczeniu, gdy wszelkie formalności związane ze sprzedażą większości Złotnik zostały już przeprowadzone. Potrzebę pozbycia się folwarku uzasadniała ważnymi powodami.

– Z tym trudno dyskutować – powiedział pan Michał po przeczytaniu listu. – W końcu to jej własność.

– Widocznie potrzebuje pieniędzy w tej swojej Szwajcarii – zauważyła Franciszka.

Dla niej odwołanie przyjazdu dawnej rywalki było powodem do radości. Mąż nie jeździł do Złotnik pod fałszywymi, jak czasem podejrzewała, pretekstami i więcej czasu mógł spędzać w Kalinówce.

Miał zresztą nową pasję. Baron Jan Bisping był właścicielem wielkiego sadu, gdzie rosło pięćset jabłoni i dwieście grusz i dzięki temu pan Michał spodziewał się zdobyć nowe źródło niemałych dochodów. Jeszcze jesienią sprowadził z Massalanów sadzonki drzew owocowych, bo zaplanował urządzenie w Kalinówce nowego sadu.

Swoim przykładem zaraził też mieszkańców okolicy. Przy wiejskich zagrodach zaczęły powstawać sady i sadki, chłopi mieli wreszcie dość ziemi, żeby posadzić na niej także drzewa owocowe. Nie należało się spodziewać plonów już zaraz, ale były możliwe w nieodległej przyszłości. Pan Michał sprowadzał drzewka młode, ale już podrośnięte, które wykopywano wraz ziemią i sadzono na przygotowane miejsca. Były to odmiany odporne na miejscowe warunki glebowe i klimatyczne, co oznaczało, że już za kilka lat powinny dać owoce.

Dawny pomysł Ignasia, by wzbogacić wsie sadami, spełniał się teraz, ale pan Michał nie wspominał starszego syna, jednak wielu pamiętało, że to panicz Ignaś przekonywał kiedyś o pożytkach płynących z posiadania drzew owocowych koło chałupy.

***

Baronowa Olga von Tromm wiedziała, że Adzia Semkowicz jeszcze w grudniu opuściła więzienie i zamieszkała w leśniczówce Mieczysława Kowalewskiego położonej nieopodal majątku pułkownika Kawelina.

Nie pojechała jednak z wizytą do dawnej podopiecznej, nie zaprosiła jej także do Jeronimowa w odwiedziny, ograniczając się do krótkiego zdawkowego listu z życzeniami pomyślności w nowym roku.

– Tobie mogę się przyznać, że to trochę z powodu niezręczności sytuacji, ale przede wszystkim z lęku o los Barbarki – powiedziała do Kalinowskiego.

– Nie należy się spieszyć – odparł pan Michał. – Niezręczność, o której mówisz, zapewne dokucza i pannie Semkowicz. Jest przecież winna nieposłuszeństwa wobec ciebie, może obawia się, że nie potrafi wytłumaczyć swojego zachowania i nie znajdzie słów na przeproszenie. A i sposobu na okazanie wdzięczności za twoją wieloletnią pomoc. Trudno się temu dziwić...

Pani Olga pokręciła głową.

– Żeby tylko o to chodziło, ułatwiłabym jej sytuację! – westchnęła. – Odpokutowała za swoje. Ale boję się rozmowy o dzieciach. Dostaję gęsiej skórki na samą myśl, że chciałaby mówić o dziewczynce urodzonej w więzieniu. Co zrobię, jeśli ona poprosi, żebym odszukała jej dziecko? A jak zapyta, czy coś słyszałam o jego losach? Mam skłamać, że nic o tym nie wiem?

Baronowa traktowała Barbarkę jak własną córkę i nie dopuszczała nawet myśli, że mogłaby oddać ją komukolwiek, choćby i prawdziwej biologicznej matce.

– Wiedziałam, że do takiej rozmowy kiedyś dojdzie, ale miałam nadzieję, że jeszcze nieprędko. Jeszcze nie jestem gotowa. Wątpię, czy kiedykolwiek będę.

Zbliżały się urodziny Barbarki i baronowa von Tromm, planując jak co roku wielkie przyjęcie w Jeronimowie, zastanawiała się nad wysłaniem zaproszenia także do Adzi Semkowicz.

– Nie powinnam jej pomijać, tym bardziej, że w ubiegłym roku zaprosiłam Mieczysława Kowalewskiego. Jednakże obawiam się tego spotkania i rozmowy...

Michał Kalinowski powtórzył argumenty, które już wcześniej przytaczał w licznych rozmowach z Olgą.

– Nikt nie wie, co się stało z dzieckiem Adzi Semkowicz – przypomniał dobitnie. – Nawet w więzieniu, gdzie zapewne pytała. Tym bardziej ty nie możesz mieć o tym pojęcia, bo i skąd. Rozumiemy, że Adzi może być przykro z powodu utraty dziecka, może nawet cierpi, ale dla dobra Barbarki w żadnym wypadku nie możesz jej zdradzić prawdy. Choćbyś się miała zaprzeć w żywe oczy.

Tylko nieliczni orientowali się, kim naprawdę jest Barbarka i w jaki sposób trafiła do domu pani baronowej. Dziewczynka wychowywała się w Jeronimowie od pierwszych dni życia, mówiła do baronowej „mamo” i nie przyszłoby jej do głowy kwestionować tego oczywistego stanu.

Z kilku osób, które znały prawdę o podrzutku niby znalezionym pod kościołem w Zabłudowie, dwie – pani Katarzyna Kalinowska i gospodyni księdza Miodyńskiego – już nie żyły, a trzy pozostałe zaprzysięgły milczenie. Dla służby pałacowej, dla dzierżawców, pracowników i ludzi z okolicy Barbarka była córką zmarłej siostry pani Olgi. To stanowiło tamę dla plotek, gdyż baron Aleksander von Tromm umarł jeszcze przed urodzeniem dziewczynki, więc nie mógł być jej ojcem, a zatem i pani Olga jej prawdziwą matką.

– Nie masz wyjścia, moja droga – przekonywał Kalinowski. – Jeśli przyznałabyś, że masz wiedzę o córce Adzi Semkowicz, musiałabyś wyjaśnić także, dlaczego przez tyle lat nie wspomniałaś o niej słowem. Więcej – nie tylko wiedziałaś o istnieniu dziewczynki, ale miałaś zasadniczy wpływ na jej losy. To, że Barbarka dobrze trafiła, nie ma tu nic do rzeczy. Liczy się twoje kłamstwo wobec jej matki. Uwierz mi, że dla wszystkich będzie najlepiej, jeśli zachowasz tajemnicę. Kiedyś, gdy Barbarka osiągnie pełnoletność, wtedy może zechcesz rozważyć, czy powinnaś ujawnić prawdę. Moim zdaniem – nie. Ani teraz, ani potem. Ale sama zdecydujesz w swoim czasie, choć mam nadzieję, że zostanie jak jest.

Pani von Tromm uśmiechnęła się blado.

– Nie sądziłam, że tak mi będzie ciążyć ta sytuacja – przyznała się. – Nie ma dnia, żebym o tym wszystkim nie myślała...

Pan Michał serdecznym gestem ujął dłoń kobiety.

– Olgo, musisz zdobyć się na odwagę – przekonywał. – Inaczej spowodujesz nieszczęście dla was wszystkich. Postaw sobie kluczowe pytanie: czyje dobro jest w tej sprawie najważniejsze? Czy nie Barbarki właśnie? To miła, szczęśliwa dziewczynka, którą czeka wielka przyszłość. Chcesz zburzyć jej świat, a ją samą unieszczęśliwić? Adzia przeżyła swoje, być może tęskni do dziecka i teraz, ale to nie jest tęsknota do nikogo konkretnego, tylko do czegoś dalekiego i nieokreślonego. Ból, jaki odczuwała, gdy jej zabierano córeczkę, na pewno się już zmniejszył. A jaki będzie twój, gdybyś musiała oddać Barbarkę? Zapewne znacznie większy, bo znasz to dziecko, kochasz je i nie zniesiesz, że może mu się stać krzywda, gdy wyjdzie spod twojej opieki. Nie ma sposobu, moja droga. Nie da się tak ułożyć sprawy, żeby Barbarka miała dwie matki. Może i powinna mieć tylko jedną. Mamy więc do czynienie z jedną szczęśliwą dziewczynką i dwiema kobietami, które czasem dręczą wspomnienia i poczucie winy. Jeśli zrobisz coś nieodpowiedzialnego, nieszczęśliwe będą wszystkie trzy.

– Adzia chyba nie – zauważyła baronowa. – Jeśli odzyska córkę....

Pan Michał zaprzeczył stanowczo.

– Adzia również będzie nieszczęśliwa – tłumaczył. – Ona przecież zupełnie nie zna Barbarki, niczego o niej nie wie, a my nie mamy pojęcia, czego spodziewałaby się po córce. Dostałaby pod opiekę kogoś, kto może odbiega od jej wyobrażeń. Moim zdaniem nie należy oczekiwać głębokiego uczucia miedzy nią i dzieckiem, ale na pewno skończy się miłość miedzy tobą i Barbarką. Ona nigdy ci nie wybaczy. Ani tego, że wzgardziłaś jej miłością, że ją okłamałaś, a w końcu również dlatego, że ją odepchnęłaś od siebie...

 

Pani Olga siedziała z pochyloną głową. Po chwili wyprostowała się, oczy jej rozbłysły i z czułością pocałowała Kalinowskiego w policzek.

– Jesteś bardzo mądrym człowiekiem, Michale – powiedziała. – Jestem szczęściarą, że mam takiego dobrego, wiernego przyjaciela. Dziękuję ci z całego serca. Wzmocniłeś mnie, przekonałeś. Najważniejsza jest Barbarka i jej szczęście.

Pan Michał smutno pokiwał głową.

– Tak to właśnie jest – zauważył. – Doradzać komuś czasem mi się udaje, ale w swoim życiu i w swojej rodzinie jestem znacznie mniej mądry, a czasem zupełnie bezradny.

NA ODLUDZIU

Adzia Semkowicz stała przed domem i karmiła kury, sypiąc ziarno z fartucha.

– Zapowiada się wielka uroczystość – powiedział Mieczysław Kowalewski. – Urodziny jej córki, Barbarki. Pani baronowa przysłała zaproszenie i dla nas.

W Jeronimowie jak każdego roku o tej porze szykowano się do wielkiego przyjęcia mającego uświetnić dziesiąte urodziny Barbarki.

Adzia pokręciła głową przecząco.

– Nie jestem gotowa – odpowiedziała. – Mam wobec pani baronowej dług, jeszcze nie jestem gotowa spojrzeć jej w oczy.

Leśniczy podszedł i objął ją ramieniem.

– To dobra okazja. W czasie przyjęcia jest tak wielu ludzi, że z nikim nie ma czasu porozmawiać oddzielnie. Więc i pani baronowa nie będzie zajmować się nami. A ty będziesz miała okazję przyzwyczaić się do jej obecności.

– Nie jestem gotowa – powtórzyła Adzia.

Kowalewski skinął głową. Wszystko robił dokładnie tak, jak sobie tego życzyła. Była zamknięta w sobie, nie wyjaśniała swoich myśli. Odgadywał je, albo pytał czy wolałaby postąpić w taki lub inny sposób.

Adzia wytrzęsła z fartucha resztę ziarna i popatrzyła na leśniczego prosząco.

– Czy musimy tam iść? To konieczne?

Kowalewski skinął głową.

– Powinniśmy – stwierdził z przekonaniem. – Pomijając, że nie wypada odrzucić zaproszenia, to będzie przyjemne i wesołe przyjęcie. Rozerwałabyś się trochę. Ale oczywiście poczekamy, jeśli nie czujesz się na siłach.

– Boję się – odpowiedziała. – Zobaczyć naraz wielu ludzi, z których niektórzy na pewno są mi znajomi? Nie, nie ...

– Więc nie pójdziemy – zdecydował natychmiast Kowalewski. – Pani baronowa może się nie pogniewa. Zresztą, będzie miała wielu gości. Mnie raczej chodziło o ciebie. Żebyś powoli zaczęła wychodzić z domu.

Adzia spojrzała na niego z niepewnością.

– Wiem, że to dla ciebie trudne – tłumaczyła się. – Chciałbyś pewnie pojechać gdzieś, zobaczyć innych ludzi, a z mojego powodu stale siedzisz w domu. Jeśli to konieczne, to może sam pojedź do Jeronimowa...

– W domu jest mi najlepiej – zapewnił szybko. – Czekałem na ciebie tak długo, że ani myślę zostawiać samą choćby na chwilę. Obejdzie się ta uroczystość beze mnie, zapewniam cię. Nawet nie zauważą, że nas nie ma.

Pocałował Adzię w usta, pogładził po twarzy.

– Nie smuć się – powiedział. – Obiecałem przecież, że nie będziesz miała powodów do zmartwień. Jeśli nie chcesz jechać – zostaniemy w domu. Do Jeronimowa czy gdziekolwiek wybierzemy się kiedy indziej.

Razem nie byli jeszcze nigdzie. Jeśli nie liczyć nielicznych przypadkowych odwiedzin, nikogo też nie widywali. Pan Mieczysław spotykał się z robotnikami leśnymi i do nich ograniczał swoje życie towarzyskie. W leśniczówce, pięknie teraz urządzonej i zawsze wysprzątanej, przyjęli jedynie wizytę pułkownika Kawelina.

– Biorą mnie w okolicy za odludka, co w zupełności mi dogadza – powtarzał z uśmiechem Kowalewski.

Było wielu ciekawskich, którzy chcieli zobaczyć Adzię Semkowicz, kobietę, która spędziła wiele lat w wiezieniu, ale nie wypadało do niej jechać w odwiedziny jak na jakie dziwowisko. Jedni oglądali się na drugich, czekając, aż ktoś zrobi pierwszy krok. Chętnych nie było, mimo ciekawości. Kilka osób próbowało wedrzeć się do ich azylu i przyjechało do leśniczówki niby przypadkiem czy po drodze, ale nikt nie miał okazji zobaczyć kobiety.

– Odpoczywa – odpowiadał Mieczysław Kowalewski. – Kazała przeprosić, ale właśnie się położyła.

Goście podejrzewali, że gospodyni specjalnie się ukrywa, by nikogo nie widzieć, ale nie mieli sposobu, aby wywabić ją z domu.

Przez kilka pierwszych miesięcy Adzia Semkowicz nie opuściła obejścia, w którym przyszło jej mieszkać. Wychodziła tylko do przydomowego ogródka, a czasem udawała się na spacery, zawsze w towarzystwie pana Mieczysława i w asyście obu wielkich psów.

Krótko po świętach wielkanocnych do leśniczówki przyjechał ksiądz Miodyński.

Pojawił się niespodziewanie swoją małą dwukółką, dziarsko jak młodzieniaszek wyskoczył na ziemię tuż przed drzwiami. Adzia była w domu, ale schowała się przed duchownym i udawała, że jest nieobecna. Dym unosił się z komina, ksiądz proboszcz stukał i stukał, wreszcie odjechał, a gospodyni odetchnęła.

Proboszcz nie zrezygnował jednak i udał się na nieodległą porębę. Tam dowiedział się, gdzie szukać leśniczego, odnalazł go w głębi lasu i odbył zaplanowaną od dawna rozmowę.

– Zajechałem do ciebie, panie Mieczysławie – oznajmił. – Z pewną ważną sprawą.

– Słucham, jaki interes sprowadza księdza proboszcza?

– Nie mój on przeważnie, tylko twój – oznajmił ksiądz Miodyński. – Długo zamierzasz siać zgorszenie?

– Kogo gorszę?

– Wszystkich. Wszystkich przeważnie.

Proboszcz spowiadał niedawno pana Mieczysława i wiedział, że on i jego podopieczna żyją w czystości. Pan Kowalewski nie skłamałby przecie w konfesjonale i na dodatek podczas spowiedzi wielkanocnej.

– To bardzo ładna, piękna przeważnie postawa. Ja o tym wiem, że nie ma miedzy wami grzechu. I przeważnie Pan Bóg wie. Ale ludzie nie wiedzą, Trzeba, mój drogi, żebyś coś zrobił nie tylko przeważnie dla Boga, ale także dla ludzi.

– Co mianowicie?

– Ożeń się przeważnie – powiedział duchowny dobitnie. – Nie zezwolę na życie w grzechu, a do tego przeważnie sytuacja zmierza. Dość mam siwych włosów, żeby wiedzieć, jak kończy się takie mieszkanie kobiety i przeważnie mężczyzny pod jednym dachem.

Pan Kowalewski nie zamierzał ustępować.

– Nie widzę wielkiego grzechu – oznajmił spokojnie. – Ksiądz przecież wie, jak między nami jest. A poza tym planujemy zawrzeć święty związek małżeński jak tylko Adzia będzie do tego gotowa.

– I przeważnie słusznie, Pan Bóg ci policzy twoją wytrwałość. Ale żyjemy miedzy ludźmi i jesteśmy przeważnie odpowiedzialni przed innymi. Nie możecie czekać w nieskończoność.

– To kobieta, która bardzo długo przebywała w niedobrym miejscu, ona musi odpocząć, zobaczyć świat, jakim jest. Powinna nabrać zaufania, przekonać się, że ma wokół dobrych, życzliwych ludzi. Uwierzyć w bezinteresowność i miłość.

– Już przeważnie odpoczęła – machnął ręką ksiądz. – Dałem wam przecież ładnych kilka tygodni. Teraz pora za załatwienie sprawy. Więc ją załatw po męsku i po bożemu. W miłość najlepiej uwierzy jako twoja przeważnie ślubna żona. Ja wiem przecież wszystko, jak czekałeś i doceniam twoje poświęcenie...

– To nie jest poświęcenie – sprzeciwił się leśniczy. – Ksiądz mówi o tym jakby o pokucie. To nie była pokuta, tylko oczekiwanie na oblubienicę. Pamięta ksiądz przypowieść o pannach oczekujących oblubieńca? Adzia też czekała na kogoś odpowiedniego. Ja jestem ten odpowiedni. Choćby świat się zawalił, ja jej nie zostawię.

– Przeważnie racja – zgodził się Miodyński. – Czekałeś tyle lat, nie możesz jej teraz zostawić, to jasne. Ale potrzeba jeszcze tego niewielkiego przeważnie wysiłku. Boisz się, co ludzie powiedzą? Tylko przyklasną. Kościół gotowy, czeka. Tylko daj znać, a wszystko zrobimy jak najdelikatniej. Żeby tylko sakrament był. Kościół otworzę ci nawet w nocy, jak się przeważnie boisz...

Mieczysław Kowalewski pokręcił głową.

– Gdy się w końcu zdecydujemy, nie będzie ksiądz nas żenił po nocy. Dosyć już tego podejrzliwości i plotek. Jeśli ślub ma być, niech się stanie w blasku dnia, niech wszyscy zobaczą.

– Właśnie – ucieszył się ksiądz Miodyński. – Co za odważna przeważnie postawa! To kiedy na zapowiedzi dasz?

Adzia Semkowicz wpadła w popłoch, gdy usłyszała relację Mieczysława z jego rozmowy z księdzem.

– Tego się bałam – powiedziała. – Że nasz sen skończy się. Że ludzie zaczną nachodzić i upominać się. Że będą nas palcami wytykać, śmiać się, drwić, może rzucać obelgi. Ja przywykłam, ale ty na to nie zasłużyłeś. Nie mogę przy twoim boku iść gdziekolwiek, bo będziesz narażony na takie ataki.

– W mojej obecności nikt się nie odważy!

Próbował wytłumaczyć jej, że jedyną skuteczną metoda przeciwdziałania plotkom jest zawarcie małżeństwa.

– Trzeba wziąć byka za rogi, jak to mówią – oświadczył z przekonaniem. – Im to zrobimy wcześniej, tym lepiej. Ludzie pogadają i przestaną. Nie boję się plotek ani głupiego gadania. Starczy nam przyjaźń pułkownika Kawelina, jeśli zupełnie nie chcesz widzieć nikogo więcej. Poczekamy, jeśli sobie życzysz.

– A co odpowiedziałeś księdzu?

– Że pobierzemy się, gdy przyjdzie pora.

– Naprawdę chcesz się ożenić z kobietą skazaną za zabójstwo?

Pokręcił głową.

– Nie mów w ten sposob – poprosił. – Umówiliśmy się, że o tym nie mówimy. Jesteś dla mnie żoną przed Bogiem, bądź także przed ludźmi. Ślub zamknie usta gadułom. A jeśli chodzi o to, to może też jakoś przekonasz się do mnie i może...

Adzia Semkowicz objęła głowę mężczyzny i przytuliła do siebie.

– Już niedługo – szepnęła. – Myślę, że naprawdę już niebawem zostanę twoją prawdziwą żoną, ze wszystkimi prawami i wszystkimi obowiązkami.

Głaskała go po włosach i pocieszała.

– Czekałem tak długo – uśmiechnął się Mieczysław. – Jeszcze poczekam. Nie wiem, jak długo wytrzymam, ale jeszcze poczekam.

– Niedługo – powtórzyła Adzia Semkowicz.

– Do nocy poślubnej? – zaproponował.

– Do nocy.

SPOTKANIE

Adzia Semkowicz szła przez las jak prawie codziennie od miesięcy. Lubiła samotne snucie się wśród drzew. Tak było zimą, kiedy śnieg pokrywał nieskazitelną bielą drzewa i krzaki, a nogi zapadały się w nim aż po kolana, tak było wczesną wiosną, gdy brnęła przez błotniste ścieżki i nasłuchiwała odgłosów ptaków. Teraz otaczała ją zieleń – świeża, młoda, nieśmiała jeszcze, ale zapowiadająca bujność rozkwitającej wiosny.

Nie tęskniła wcale do ludzi, nie chciała ani nie potrzebowała rozmów, pytań, ciekawskich spojrzeń. Wystarczał jej Mieczysław. Dobrze ją rozumiał, niczego nie narzucał, do niczego nie zmuszał. Wyczekiwał cierpliwie, kiedy sama podejmie rozmowę. Pozwalał, żeby wracała do normalnego życia tak, jak sama zechce. Patrzył spokojnym spojrzeniem pełnym czułości i troski, takim samym jak wtedy, gdy odwiedzał ją w więzieniu. Czekał na nią z miłością i oddaniem, których nie spodziewała się kiedykolwiek doświadczyć.

I były jeszcze psy, Czarny i Szary, które pokochały ją bezgranicznie i nie odstępowały ani na krok. Karmiła je i głaskała, rozmawiała z nimi, a one towarzyszyły jej wiernie w leśnych wędrówkach.

Adzia nie bała się samotnych spacerów, właściwie nie bała się niczego. Wszystko, co najgorsze i najstraszniejsze miała już za sobą. Śmierć Drwala, którego twarz zapomniała już dawno, więzienie, którego, zdawało się, miała nigdy nie opuścić, utratę córeczki, która przychodziła do niej w snach i patrzyła wielkimi zdziwionymi oczami.

W tych snach była szczęśliwa i spokojna. Rozmawiała ze swoim utraconym dzieckiem, przytulała je i całowała, jak tamtego dnia, kiedy trzymała je po raz ostatni w ramionach. Wiedziała, że nigdy nie zobaczy córki, ale nazwała ją Zosią i tak się do niej zwracała w myślach i snach. Wyobrażała sobie, jak wygląda, jak się zmienia, dorasta i pięknieje. Modliła się, żeby była szczęśliwa, chciała z całego serca, by tak się stało.

Zorientowała się, że od dłuższej chwili nie widziała Czarnego i Szarego dopiero, gdy dobiegło do niej ich poszczekiwanie. Pomyślała, że zobaczyły zająca albo lisa, ale usłyszała rozmowę. Zrozumiała, że w lesie są ludzie. Zawahała się przez chwilę. Nie miała ochoty na spotkanie z jakimiś nieznajomymi, albo, co gorsza, z kimś, kogo kiedyś znała, ale przyspieszyła kroku, kierując się w stronę, z której dobiegały odgłosy. Psy były bardzo łagodne i przyjaźnie nastawione do każdego, lecz wyglądały bardzo groźnie.

Skręciła za ścieżki i przedarła się przez gęste krzewy.

Na polanie stały dwie osoby, a właściwie osoba i osóbka. Osobą była kobietą w szarym kostiumie i takim samym kapeluszu, a osóbką – jasnowłosa dziewczynka w niebieskim płaszczyku z gałązką w ręku. Nie wyglądały na przestraszone obecnością psów, które obwąchiwały je i ocierały się o ich nogi.

 

– Jakie piękne! Jakie mądre! Proszę spojrzeć im w oczy! Są złote – dziewczynka była zachwycona i aż podskakiwała z przejęcia. – Pani niepotrzebnie się bała, one nas lubią!

Adzia stanęła jak skamieniała.

Znała to dziecko, widziała je tamtego zimowego dnia pod kościołem, gdy w oszołomieniu niespodziewaną wolnością przysiadła wśród żebraków. Pamiętała jeszcze smak piernika, jaki wtedy dostała z życzeniami wesołych świąt. Z życzeniami, które się spełniły.

– Dzień dobry! Czy te psy są pani? – dziewczynka zauważyła kobietę i przyglądała się jej z zaciekawieniem. – Czy pani tu mieszka? W lesie? Czy pani jest leśniczyną? Czy lubi pani las?

– Barbarko, proszę nie zadawać takich pytań obcej osobie. To nie wypada – opiekunka próbowała powściągnąć pytania dziecka, które podbiegło do Adzi i stanęło naprzeciw.

– Czy ja panią już kiedyś spotkałam? Pani mi kogoś przypomina – Barbarka zmarszczyła brwi. – Wiem! Widziałam panią w mieście, gdy byłam z maman na zakupach. Co pani tu robi? Jak się pani tu znalazła? Czy pani przyszła pieszo?

– Panienko! Dosyć! – guwernantka podniosła głos na podopieczną, po czym zwróciła się do nieznajomej: – Bardzo panią przepraszam, ale Barbarka jest taka żywiołowa, wprost nie do opanowania.

Adzia Semkowicz uśmiechnęła się blado.

– Nic nie szkodzi, to zrozumiałe u dziecka, że jest ciekawe świata i ludzi. To bardzo dobrze, że chce wszystko wiedzieć.

Zwróciła się do Barbarki, która niecierpliwie dreptała w miejscu.

– Jestem Władysława Semkowicz. Mieszkam w leśniczówce u pana Mieczysława Kowalewskiego, tutejszego leśniczego, którego pewnie znasz. To nasze psy – Czarny i Szary. A ty jesteś Barbarka? Chyba ta panna Barbarka, która mieszka w Jeronimowie?

– To pani mnie zna? I moją mamę też? – dziewczynka wyraźnie się ucieszyła.

– Dawno temu poznałam panią baronową. To twoja mama?

– Oczywiście! I mam dwóch braci, ale są teraz za granicą. Ja też tam kiedyś pojadę. Teraz mieszkam tutaj i się uczę. To moja nauczycielka, panna Gertruda – wskazała na kobietę. – Uczy mnie niemieckiego, przyrody i algebry, a panna Simona francuskiego, łaciny i literatury. Simona prawie nie mówi po polsku, a Gertruda tak! Prawie tak dobrze jak po niemiecku.

Nauczycielka zarumieniła się na taką rekomendację, ale próbowała przerwać Barbarce:

– Panienka przesadza i za dużo mówi. To nietaktowne.

– My mamy teraz lekcję przyrody, bo ja się uczę wszędzie – na polu, w lesie, w parku. W domu też, ale najbardziej lubię lekcje na powietrzu – nie zważając na napomnienie opiekunki, dziewczynka ciągnęła dalej. – Uwielbiam kwiaty i motyle. I wszystkie zwierzęta, nawet pająki. Są takie śliczne, mogę je obserwować godzinami. Szkoda, że Bronia wypędza je z pałacu.

Spojrzała na Adzię.

– Bronia to nasza pokojówka – wyjaśniła.

– Jest stąd. A pani skąd pochodzi? Ile pani ma lat? Ma pani dzieci?

Panna Gertruda już otworzyła usta, żeby zganić niesforną pytalską, ale Adzia ją ubiegła.

– Nie mam dzieci, a pochodzę z daleka. Z nikąd.

– Ze Znikąd? Gdzie leżą Znikądy? Poszukam na mapie – Barbarka bardzo lubiła swój atlas i spędzała nad nim wiele czasu, wyszukując miejscowości o dziwnych albo śmiesznych według niej nazwach.

– A ty ile masz lat? – Adzia zadała to pytanie wbrew sobie, wiedziona jakimś dziwnym instynktem, mając przed oczami tamto spotkanie pod kościołem, kiedy przez moment, zupełnie wbrew zdrowemu rozsądkowi, miała wrażenie, że stoi przed nią Zosia, jej córeczka.

– Dziesięć skończę w maju! Będą moje urodziny na które już dzisiaj panią zapraszam. Bo przecież już się znamy, prawda? – Barbarka spojrzała na guwernantkę, która niepewnie skinęła głową.

– O zaproszeniach decyduje pani baronowa, trzeba się jej zapytać – dodała panna Gertruda. – Chodźmy już, bo spóźnimy się na obiad. Proszę się pożegnać.

Maman na pewno się zgodzi. To moje urodziny i moi goście – dziewczynka zajrzała Adzi w oczy. – Przyjdzie pani? Bardzo proszę! Zobaczy pani nasze psy, pokażę pani moje książki i atlas. Znajdę dla pani te Znikądy. Dobrze? A jaki dobry jest mój tort urodzinowy! Z truskawkami i bitą śmietaną!

Adzia nie wiedziała, co odpowiedzieć. Czuła, jak radość i szczęście promieniuje od Barbarki, obejmuje ją całą, napełnia jej serce. Odmawiając, nie chciała zrobić dziecku przykrości, ale zdawała sobie sprawę, że wizyta w Jeronimowie i spotkanie z Olgą von Tromm, ale i innymi znajomymi z przeszłości jest ponad jej siły.

Z kłopotu wybawiła panna Gertruda, która tym razem wkroczyła zdecydowanie.

– Wracamy! Panienka dość już dzisiaj się dowiedziała o lesie i jego mieszkańcach. Urodziny będą za dwa tygodnie i pani baronowa wyśle zaproszenia do kogo zechce. Uprzejmie żegnamy panią.

– Do zobaczenia. Do widzenia! – Barbarka wyciągnęła rękę w stronę nowej znajomej. – Już lubię panią, naprawdę. Czy mogę, czy to nie jest niegrzeczne?

Kobieta ujęła dłoń dziewczynki i lekko uścisnęła.

– Nie jest – zapewniła. – I wiesz co, przyjaciele mówią do mnie panno Adziu. Też tak się do mnie zwracaj, dobrze?

– Och, jak ładnie! – ucieszyła się Barbarka. – Więc do zobaczenia wkrótce, panno Adziu.

– Do widzenia – odpowiedziała cicho panna Semkowicz.

Patrzyła za nimi, kiedy odchodziły ścieżką między drzewami, odprowadzane przez rozdokazywanych Czarnego i Szarego, które najwyraźniej zaprzyjaźniły się z nowymi znajomymi. Widziała złociste loczki Barbarki prześwitujące między zielenią, dziewczynka podskakiwała wesoło i coś mówiła, ale słów nie było już słychać.

Kiedy znikły, Adzia zawróciła w stronę leśniczówki.

Tak mogłoby wyglądać moje dziecko – myślała. Jeśli przeżyło. Jeśli jeszcze żyje.

Miałoby prawie tyle samo lat. Barbarka ma urodziny w maju, więc jest tylko troszkę starsza od Zosi, która urodziła się siódmego czerwca.

Barbarka von Tromm – dobre, mądre stworzenie. Tyle w niej radości, światła, ciepła.

Jakżeby chciała, aby życie tamtej biednej kruszyny, wyrwanej z jej ramion pewnego strasznego dnia choć trochę przypominało życie córki baronowej von Tromm. Żeby była radosna, szczęśliwa, pod dobrą opieką kochającej matki. Tak bardzo się o to modliła. I jeszcze będzie się modlić. Do końca życia.

***

– Czy mama wie, że widziałam panią, która jest żoną pana Kowalewskiego?

Olga von Tromm pobladła. Wiedziała, że kiedyś nastąpi spotkanie Barbarki z jej prawdziwą matką, ale miała nadzieję, że stanie się to pod jej okiem. Chciała doprowadzić niego w swojej obecności, żeby zadbać o właściwe pytania i właściwe odpowiedzi.

– Gdzie widziałaś?

– Niedaleko, gdy z panną Gertrudą byłyśmy w lesie na lekcji przyrody. Bardzo miła pani, gawędziłyśmy chwilę.

– O czym, na Boga?!

– O wszystkim. Pytała mnie, jak się czuję. Czy mama wie, że ją rozpoznałam? To ta sama pani, która siedziała na schodach kościelnych przed wigilią, gdy biednym rozdawałam pierniczki. Ona też mnie poznała i tak miło się uśmiechnęła. Jest bardzo ładna. Kazała się nazywać panną Adzią.

– Co mówiła? Wypytywała o coś?

– Nie – dziewczynka była poruszona niespodziewanym niepokojem pani von Tromm. – Uprzejmie wymieniłyśmy kilka zdań. Maman zawsze powtarza, że trzeba być uprzejmym dla wszystkich, dla służby, dla nieznajomych. Czy coś źle zrobiłam?

Pani Olga uśmiechnęła się słabo.

– Nie, moje kochanie, nie zrobiłaś nic złego. To ładnie z twojej strony, że zachowałaś się należycie.

– Bo mama jakoś tak spojrzała na mnie...

– Przestraszyłam się w pierwszej chwili – oznajmiła pani Olga. – Gdy zaczęłaś opowiadać, to poczułam obawę, że kiedy tak same chodzicie po lesie, możecie spotkać kogoś, kto was skrzywdzi. Różnie bywa...

– Nie, proszę mamy, byłam całkowicie bezpieczna. Pani Adzia miała jeszcze przy sobie psy, wielkie, ale całkiem miłe. Nazywają się Czarny i Szary.

– Wiesz, jak się o ciebie troszczę, moja droga. Z tej troski i z niepokoju wynikło moje zaniepokojenie, że mogłaś być narażona na coś przykrego.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?