Za nami wszystkimi

Tekst
Z serii: Trylogia Profanum #3
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Za nami wszystkimi
Za nami wszystkimi
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,98  51,98 
Za nami wszystkimi
Za nami wszystkimi
Audiobook
34,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1 Okładka

2  Strona tytułowa

3  Spis treści

4  Strona redakcyjna

5  Wcześniej Edyta Profanum Alicja Stanisław Sławomir 2015 Marek Jerzy Jerzy Dorian 1977 Edyta Jerzy Sławomir 2015 Profanum Jerzy Alicja Marek Wiatr Marek Edyta Jerzy Dorian 1983 Jerzy Profanum Edyta Dorian 2002 Marek Profanum Marek Stanisław Marek Edyta Dorian 2012 Alicja Marek Edyta Alicja Sławomir Alicja Dorian Profanum Stanisław Grad

6  Teraz i na wieki wieków Edyta Marek Stanisław Jerzy

7  Przypisy końcowe

Redakcja: Bartosz Szpojda

Korekta: Jerzy Bandel, Dorota Śrutowska / Słowne Babki

Projekt okładki: Kav Studio Pola Rusiłowicz

Ilustracja na okładce: © Tissen / shutterstock.com

Redaktor inicjujący: Bartłomiej Nawrocki

Copyright © by Marcin Dudziński, 2021

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2021

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 9788381438964


Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Ta książka jest fikcją literacką. Ewentualne podobieństwo postaci, zdarzeń, okoliczności nie jest zamierzone i może być jedynie przypadkowe.

„Choćbyś wzniósł się jak orzeł,

i choćbyś nawet między gwiazdami założył swoje gniazdo –

stamtąd Ja strącę ciebie – wyrocznia Pana”

– Stary Testament, Ab 4

Let kingdom come, I’m gonna find my way

Through this lonesome day

– Bruce Springsteen, Lonesome Day

Prolog

Poniedziałek, 21 grudnia 2015

O piątej nad ranem Chrystus był jeszcze niewidoczny. Ukryty w mroku wyciągał ręce ku północno-wschodniemu niebu.

Śnieg całkowicie zasypał reflektory u jego stóp i ukrył pod swym grubym płaszczem wszelkie światło. Schowany w ciemności Zbawiciel nie grał roli, jaką wiele lat wcześniej mu przypisano. Miał stanowić wrota do Świętego Miasta, błogosławić nadjeżdżających z północy oraz obwieszczać miłość i braterstwo. Zasłonięty masywnym wiaduktem i kolorowymi zabudowaniami marketów skończył jako samotny syn Czarnej Madonny, która wciąż jeszcze próbowała utrzymać swój ochronny parasol nad miastem. Zmurszały postument, na którym stał, i nieczytelne, zatarte litery z jego imieniem dopełniały wizerunku zapomnianego symbolu.

Jednak tego dnia Chrystus ponownie odegrał w Częstochowie najważniejszą rolę. Szeroko rozpostarte ramiona raz jeszcze przypomniały o krwawiącym sercu matki i nieszczęściu, jakim to miasto było od lat naznaczone.

Tuż przed piątą rano było zupełnie ciemno i pusto. Nikt nie widział łez Jezusa, który musiał unieść ciężar zła, z jakim nie zmagał się od wieków. Czarna jak heban noc przysłoniła prawdę o tym, do czego prowadzi ludzka zemsta. Nastający niespiesznie szary dzień miał ją jednak obnażyć.

Dwie godziny później, kiedy zmrok zelżał, a ruch na trasie przelotowej nieznacznie wzrósł, Wiesław Rytnicki i Karol Mucha szli do pracy w niedalekim markecie budowlanym. Szef wezwał ich w trybie pilnym do pomocy przy usuwaniu skutków gwałtownego gradobicia.

– Nie powiem, trochę się spietrałem, jak wczoraj z nieba leciały te lodowe kule – powiedział Karol nieco głośniej niż zwykle. Zmrożony śnieg chrzęścił donośnie przy każdym kroku.

– A myślisz, że ja nie?! – odparł zachrypłym głosem Wiesiek i natychmiast zaciągnął się papierosem. – Na początku to myślałem, że kurze jaja walą w parapet. Potem, jak siadł prąd, to miałem pełne gacie. Mam nadzieję, że szybko usuną awarię. Rano się myłem przy świeczce i nie chciałbym tego powtarzać.

– Gradu w zimie to ja jeszcze nie widziałem… – Mucha pokręcił głową. – A ta temperatura! Minus dziesięć jak nic, i nie odpuszcza.

– Minus dwanaście, sprawdzałem przed wyjściem.

– Przynajmniej ten syf cię grzeje od środka.

– Następnego zapalę za kilka godzin, jak stary puści nas na przerwę. Daj się nacieszyć i nie zrzędź…

Mężczyźni minęli park Narutowicza i zbliżali się do wąskiego tunelu pod węzłem komunikacyjnym. Mieszkali w tym samym bloku i zwykle kiedy akurat obaj mieli poranną zmianę, umawiali się na wspólny spacer do pracy.

– Już mi się rzygać chce – burknął Rytnicki.

– Od fajek?

– Od tego cholernego słowa – odparł starszy z mężczyzn i wskazał na widoczny po drugiej stronie ulicy szyld z nazwą marketu.

– Nie ma to jak dobrowolnie pójść do kicia na osiem godzin, co nie? – poparł go Mucha.

Rytnicki parsknął, ale chwilę później przeklął pod nosem.

– Ale zimno… japa mi zamarzła i nawet nie mogę się normalnie śmiać. Swoją drogą to ciekawe, co nas tam dziś czeka. Ponoć gradobicie uszkodziło dach magazynu i trochę towaru.

Minęli pomnik Chrystusa, nie obdarzając go nawet przelotnym spojrzeniem.

– Zaraz się okaże, co nas czeka, ale najważniejsze, że będziemy w ciepełku. Zaciśniemy zęby i fajrant. A jak po weekendzie?

– Weź przestań, w niedzielę zapieprzałem…

– Znowu? – szczerze zdziwił się Mucha. – To już trzecia w tym miesiącu? Stary ci pozwolił?

– Wybłagałem… wiesz, że u nas krucho z kasą i żonka mnie ciśnie… Zresztą większy problem mam z koleżkami z działu. Przed świętami każdy chce dorobić i na pewno mi tego nie zapomną – powiedział Wiesiek i ponownie zaciągnął się papierosem. Przytrzymał gorący dym w płucach dłużej niż zwykle. Wypuszczał powoli, patrząc przy tym na bury obłok, który tworzy w powietrzu.

Nagle usłyszeli huk. Dobiegł od strony trasy szybkiego ruchu.

– Co jest?! – wykrzyknął Rytnicki. – O tej porze? Przy tak małym ruchu? – Na jezdni rzeczywiście było niemal pusto, wcześniej usłyszeli tylko dwa sunące wolno samochody.

– Może ktoś wpadł w poślizg. Mróz jest. Chodź, zobaczymy. – Mucha odwrócił się i nie czekając, pobiegł w stronę barierek. Zatrzymał się tuż przy nich. Zdyszany Rytnicki dołączył do niego chwilę później.

W odległości kilku metrów zobaczyli nowiutkiego SUV-a, któremu w tył wbiło się równie markowe kombi. Mucha pomyślał, że na ubezpieczenie takich aut musiałby zbierać cały rok.

 

– Ty! Ale przecież szosa prawie całkiem czarna! Jak oni…? Tak na prostej drodze? – zdumiał się Rytnicki.

– Nie tylko to mnie dziwi – odpowiedział Mucha. – Popatrz na tego gościa!

Z volvo wysiadł mężczyzna. Okrążył oba auta i ruszył wprost na dwójkę znajomych.

– Panie, co pan, do cholery! – krzyczał facet, któremu udało się wreszcie wygrzebać z drugiego samochodu. – Pojebało cię, koleś? Na prostej hamujesz?! – Kierowca nie reagował. Kobieta z volvo, która również wyszła z wypadku bez szwanku, patrzyła na pogiętą maskę wkomponowaną w bagażnik terenówki. – Nic ci nie jest kochanie?! – krzyknął jej partner. Obojętnie pokiwała głową. Była w szoku.

– Ty! Ten facio idzie do nas! – powiedział nagle Mucha.

Chwilę później kierowca stanął tuż przed nimi, ale zdawał się ich nie zauważać. Patrzył w górę, na coś, co w tej chwili musiało mieć dla niego zdecydowanie większe znaczenie niż uszkodzone auto. Para z drugiego samochodu również się zbliżyła.

Kiedy kierowca SUV-a wyciągnął rękę, wskazując bez słowa na coś, co znajdowało się za nimi, Rytnicki i Mucha odwrócili się niemal jak na komendę.

– Matko Boska… – Głos ugrzązł w gardle młodszego z kolegów.

– Jezu Chryste! – wrzasnęła kobieta, ukryła twarz w dłoniach, odwróciła się i odbiegła kilka kroków.

Wszyscy patrzyli na pomnik. Wiedzieli, że nie zapomną tego widoku do końca życia.

Rankiem, dwudziestego pierwszego grudnia dwa tysiące piętnastego roku, tuż przed Bożym Narodzeniem, Chrystus zgotował częstochowianom okrutne powitanie. Nie był sam. Po jego twardych betonowych barkach biegły sznury, na których zawieszona była kobieta. Wyglądała, jakby została ukrzyżowana w ramionach Zbawiciela. Krew zdążyła już zaschnąć na jej zmrożonym, nagim ciele. Plątaninę szkarłatnych pasm zdobił zawieszony na szyi różaniec.

– Ktoś chyba wyrwał jej serce… – odezwał się kierowca SUV-a, patrząc na szkarłatną dziurę ziejącą w klatce piersiowej nieboszczki, dobrze widoczną mimo porannej szarówki. – Jak można wyrwać komuś serce?… – zapytał absurdalnie, próbując ogarnąć myślami to, na co właśnie patrzy.

Kolejne auta stanęły na środku drogi, blokując dokumentnie trasę. Utworzył się mały korek. Dźwięki klaksonów przeszywały ciszę niczym piekielne jęki. Przy skraju jezdni zgromadziło się kilkanaście osób. Wyrwane ze stawów, przewiązane grubym sznurem ręce kobiety, strugi krwi sięgające jej kostek i pozbawiona serca pierś na zawsze zhańbiły wizerunek symbolu Braterstwa Między Narodami, między wszystkimi ludźmi. Braterstwa, którego definicja została w tym mieście napisana w najokrutniejszy z możliwych sposobów.

– Matko Boska, co się tutaj dzieje… – wydusił z siebie Rytnicki po chwili ciszy. Odpalił kolejnego papierosa, choć jeszcze kilka minut wcześniej był pewny, że będzie musiał na niego czekać wiele godzin. Teraz nawet nie wiedział, czy w ogóle pójdzie tego dnia do pracy.

Część pierwsza

Wcześniej

Rozdział 1

Edyta

środa, 26 sierpnia 2015

– Ależ co pan opowiada?! Być może działacie, ale na pewno nie w tej sprawie! Ile czasu minęło od pierwszego morderstwa?! Pamięta pan? Jeśli nie, to panu z chęcią przypomnę, miało miejsce dwudziestego drugiego lipca!

– Bardzo dobrze to pamiętam, pani poseł, proszę się nie unosić. Mam również prośbę o traktowanie mnie i telewidzów poważnie.

– I ja właśnie to robię, panie ministrze! Czy może pan powiedzieć Polakom, kto zabija w Częstochowie? To już ponad miesiąc!

– To tylko miesiąc, pani poseł, proszę wziąć to pod uwagę! – Minister sprawiedliwości nerwowo kręcił się w fotelu.

– Niech mnie pan nie rozśmiesza, panie ministrze, naprawdę…

– Muszę przerwać państwu tę wymianę zdań i poprosić o powrót do konkretów – włączyła się do dyskusji prowadząca program.

Edyta Lichota wyjątkowo jej nie znosiła, ale tym razem pomyślała, że dziennikarka dobrze zrobiła, nie pozwalając dokończyć swej rozmówczyni. Młoda posłanka była dla niej typowym przykładem parlamentarzysty pierwszej kadencji, który musi jakoś zaznaczyć swoją obecność. Pech chciał, że trafiła do sejmowej komisji sprawiedliwości.

Panie ministrze, jak obecnie wygląda sytuacja? – zapytała dziennikarka. – Kiedy poznamy jakieś konkrety, ustalenia…

Pani redaktor, proszę o jeszcze trochę cierpliwości – odparł spokojnie mężczyzna, niezrażony poprzednią wymianą zdań. – Zapewniam, że poszukiwanie sprawcy tych morderstw, jak i dochodzenie do prawdy o tym, co stało się z komendantem Walterem, jest dla rządu i dla mnie osobiście priorytetem. Jestem w stałym kontakcie z ministrem spraw wewnętrznych oraz premierem. Jak wszyscy wiemy, do Częstochowy zostali oddelegowani najlepsi prokuratorzy i policjanci w kraju…

– Miło, że tak o mnie mówisz, Leoś – szepnęła pod nosem Lichota.

Prokurator ostatnie kilkanaście dni spędziła w hotelu Accor. Wynajęty za pieniądze podatników pokój stał się jej drugim domem. Zdążyła się już dowiedzieć, że hotel kiedyś istniał pod szyldem Patria i był miejscem spotkań szemranych biznesmenów, a dancingi w tutejszej restauracji nazywano „piekiełkiem”. Pomyślała, że w ostatnich dwóch dekadach poprzedniego wieku prawie każde większe miasto miało takie miejsce. Ówczesna nazwa hotelu potwierdzała, że najlepsze interesy i największe skandale rodziły się właśnie na ojczyźnianym łonie i za tak zwane państwowe pieniądze.

– Jak we wszystkich tego typu sprawach sukces zależy od wspólnej pracy wielu podmiotów – kontynuował minister. – Dobrze byłoby, gdyby opozycja również pomagała, a nie przeszkadzała…

Jak to we wszystkich tego typu sprawach?! – wykrzyknęła posłanka. Tak energicznie zmieniła pozycję, że Lichota pomyślała, że kobieta zaraz wyskoczy z telewizora. – Jakich sprawach, panie ministrze? A kiedy to mieliśmy w tym kraju seryjnego zabójcę, który w kilka tygodni rytualnie zamordował cztery osoby, w dodatku w jednym mieście? Może panu się myli rzeczywistość z jakimś filmem?

– Pani redaktor – zwrócił się do prowadzącej poirytowany członek rządu, rozkładając ręce – widzi pani? I to jest właśnie to, co nazywam przeszkadzaniem. Opozycja bije pianę, wykrzykuje swoje wyświechtane hasła, tylko nic z tego nie wynika.

– Jeszcze mniej wynika z pańskich działań… – zdążyła wtrącić posłanka, zanim prowadząca przejęła stery.

– Po raz kolejny muszę państwu przerwać. Panie ministrze, jak pan wie, w kraju toczy się dyskusja o tym, dlaczego morderstwa miały miejsce akurat w Częstochowie. W żadnym z dotychczasowych wywiadów nie odniósł się pan do tej kwestii. Czy sądzi pan, że to może mieć jakieś znaczenie? Rytualne zabójstwa… tuż u stóp Jasnej Góry…

– Pani redaktor, pani pyta poważnie?

– Jak najbardziej. Sądzę, że opinia publiczna chce poznać pańskie zdanie.

– No dobrze, skoro pyta pani poważnie, to ja poważnie odpowiem, choć dla mnie akurat ta kwestia jest niezwykle groteskowa – zaśmiał się pod nosem minister. – Fakt, że te czyny miały miejsce w Częstochowie, nie ma żadnego znaczenia. To równie dobrze mogłoby się zdarzyć w Warszawie czy Kielcach. Wówczas wszyscy mówiliby, że w stolicy jest niebezpiecznie, że mafia, że porachunki gangów, a w Kielcach mamy powrót do słynnych „scyzoryków”.

– No tak, ale Częstochowa nie miała do tej pory łatki miasta niebezpiecznego, pełnego, jak pan to nazwał, porachunków mafijnych – odparła dziennikarka.

– Nie jest chyba tajemnicą, jak wielkie wpływy w mieście ma Kościół. – Posłanka znów była szybsza i nie pozwoliła dojść mężczyźnie do głosu. – Powszechnie również wiadomo o skandalu obyczajowym, który dotyczy biskupa Stanisława Waltera, notabene brata zaginionego komendanta. Może tutaj jest coś na rzeczy, może opinia publiczna słusznie się niepokoi.

– Ale co chce pani przez to powiedzieć? – spytał minister.

– No nie wiem, pan na pewno ma więcej informacji, w końcu pańskiej partii bardzo po drodze z klerem…

– Rozstrzelała się pani, ale wydaje mi się, że strzela pani na oślep. Pragnę jedynie przypomnieć, że w tym akurat mieście to nie my rządzimy – odparował atak.

– Nie zmienia to faktu, że…

– Jeszcze się trzymasz, Leoś – ponownie szepnęła Lichota, kiedy posłanka ciągnęła swój wywód. Prokurator miała ochotę zmienić kanał. Dyskusja była bezproduktywna i Edyta cieszyła się, że nie musi w niej uczestniczyć. Po kolejnej burzliwej wymianie zdań zdecydowała, że jednak przełączy program. Wybrała następny z dostępnych kanałów informacyjnych.

– A już za chwilę przedstawimy państwu materiał naszego reportera Jacka Oblacińskiego, który ostatnie kilka dni spędził w Częstochowie, rozmawiał z mieszkańcami i nielicznymi pielgrzymami, którzy zdecydowali się zostać pod Jasną Górą po niedawnym święcie maryjnym. Z reportażu wyłania się obraz miasta ogarniętego strachem. Czy Częstochowa już zawsze będzie żyła z piętnem okrutnych morderstw? Wracamy tuż po przerwie, proszę zostać z nami.

Lichota zdecydowała, że nie skusi się na reportaż. Powoli miała dość tego tematu. Mimo że skomplikowane wątki kilku częstochowskich spraw były ciekawe i stanowiły dla niej niemałe zawodowe wyzwanie, to po kilkunastu godzinach pracy chciała odpocząć. Zdawała sobie sprawę, że jest dopiero na początku drogi, a przed nią jeszcze wiele podobnych dni, narad, przesłuchań, wywiadów i analiz, od których jej umysł i tak nie ucieknie.

Na liście kanałów znalazła stacje radiowe. Wybrała ostatnią z nich. Spokojne ballady, evergreeny, zawsze działały. Przy nich mogła się wyciszyć.

Dochodziła dziesiąta wieczorem. Lichota ułożyła się na środku dużego łóżka i zamknęła oczy. Szorty i biały T-shirt musiały jej zastąpić ulubioną piżamę, której w pośpiechu zapomniała zabrać z Warszawy.

Po kilkunastu minutach chwyciła telefon. Wybrała numer ministra sprawiedliwości. Leon Bury odebrał po pierwszym sygnale.

– Oglądałaś? – zapytał.

– No przecież wiesz, że tak – odpowiedziała kokieteryjnym tonem, który był zarezerwowany tylko dla niego. Poza Leonem Burym nikt nie słyszał Edyty Lichoty mówiącej w ten sposób. – Nieźle cię wymęczyła.

– Przyzwyczaiłem się, jak wiesz. A wyobraź sobie, że po programie ucięliśmy sobie całkiem przyjemną pogawędkę. Po zejściu z anteny zmieniła się z pindy w całkiem fajną babkę. Okazało się nawet, że zgadzamy się w kilku sprawach.

– Polityka…

– Życie, Edyta, życie.

– Burasku… ale nie okazała się fajniejsza ode mnie, co? – zapytała zalotnie.

– Nie spotkałem jeszcze fajniejszej od ciebie.

– Poza żoną, mój miły, poza żoną – prychnęła.

– Zostawmy ten temat, przecież wiesz…

– Wiem, wiem… – zawiesiła głos. – A tak w ogóle, to możesz rozmawiać?

– Jeszcze mogę. Podjechałem na chwilę do ministerstwa po jedną rzecz. Kierowca czeka na dole, zaraz do niego schodzę. Właściwie to miałem do ciebie dzwonić. Słyszałaś już, że wzięli się za nasze przywiązanie do Kościoła, prawda?

– Dzisiaj. Ta pinda ci to zarzuciła.

– No właśnie. I nie przestaną. Ale ty, jakby co, nie ruszaj tego biskupa. Jak poczujesz jakiś smród, to zatkaj nos i najpierw przyjdź z tym do mnie. Będziemy myśleć, co zrobić. Musimy z nimi dobrze żyć, okej?

– Okej, jasne – odparła sucho.

– Dzięki. A ogólnie to jak ci tam?

– Świetnie, wszyscy mnie tu nienawidzą, boją się i kłamią. Czyli bez niespodzianek. Zastanawiam się, czy komendant jeszcze żyje, czy szukamy już tylko trupa.

– I do czego doszłaś?

– Sama nie wiem, a ty?

– Mam nadzieję, że żyje – westchnął.

– Mnie jest wszystko jedno. Chciałabym jak najszybciej się tego dowiedzieć, ale odnoszę wrażenie, że bawimy się tutaj w podchody, zamiast współpracować.

– No to walnij pięścią w stół.

– Codziennie to praktykuję – zaśmiała się.

– A ten komendant z wojewódzkiej? Współpracuje?

– Grzegorz Krupp? Tak, z nim jest w porządku.

Na chwilę zapadła cisza, po czym Lichota kontynuowała już zupełnie innym tonem:

– A wiesz, co ja teraz robię? – zapytała. Ponownie uwodzicielsko.

– Co?

– Leżę na łóżku… w samych spodenkach, cienkiej koszulce… lekko prześwitującej… a pod spodem nie mam nic. Leżę, taka sama, taka grzeczna, taka…

– Jezuu, przestań, bo ze schodów spadnę!

– Nie podoba ci się to, co mówię? – nęciła.

– Nawet nie wiesz, jak bardzo mi się to podoba.

– Paznokcie u stóp mam pomalowane tak, jak lubisz. – Popatrzyła na czarny lakier i poruszała palcami. – Wyobrażasz to sobie?

– Szczerze mówiąc, to w tej chwili wydaje mi się, że ten obraz wyświetla mi się na wszystkich ścianach w tym gmachu.

Zachichotała.

– A kiedy mnie w końcu odwiedzisz? Dałeś mi taki fajny pokój i tak sama mam tu spać?

– Postaram się, wiesz, że ciężko teraz o takie manewry.

 

– Chyba coraz ciężej, już nawet nie pamiętam, kiedy był ostatni raz…

– Muszę kończyć, Edyta, naprawdę. Myślę o tobie. Narobiłaś mi ochoty.

– To dobrze, Burasku, to dobrze… – Zaśmiała się raz jeszcze.

Jednak kiedy się rozłączyli, poczuła falę narastającej tęsknoty i bólu, który sprawił, że nie zasypiała szczęśliwa. Następnego dnia wyładowała swą złość na współpracownikach i lokalnych funkcjonariuszach policji. Ani razu się nie uśmiechnęła.

Smutek, który ją opanował, przykryty maską bezwzględnej i twardej kobiety, znała tylko jej nowa przyjaciółka, towarzyszka ostatnich dni i kompanka wielu kolejnych.

Częstochowa obejmowała Edytę Lichotę i wraz z każdym płytkim nocnym oddechem wtłaczała w jej płuca ciężkie powietrze.

Fragment protokołu z przesłuchania Anny Sztern

Data: środa, 26.08.2015, godzina 10.30

Przesłuchująca: prokurator Edyta Lichota

Obecny: Leszek Haratyk

Edyta Lichota: To jak to było z tym listem do Jerzego Waltera? Proszę nam powiedzieć coś więcej na ten temat.

Anna Sztern: Znalazłam go w korespondencji.

Edyta Lichota: Kiedy?

Anna Sztern: W zeszłym roku. Jakoś w połowie listopada.

Edyta Lichota: Co zawierał?

Anna Sztern: Mam zacytować?

Edyta Lichota: Oczywiście. Jeśli da pani radę.

Anna Sztern: Nie całkiem.

Edyta Lichota: Proszę się skoncentrować.

Anna Sztern: Ktoś pytał, czy komendant Walter go pamięta. Mówił, że nie tak miało być. Właściwie tylko tyle.

Edyta Lichota: Ktoś? Czyli kto?

Anna Sztern: Podpisał się jako „E”.

Edyta Lichota: Okej. I co pani zrobiła z tym listem?

Anna Sztern: Schowałam do torebki.

Edyta Lichota: Nie zaniosła go pani do komendanta Jerzego Waltera?

Anna Sztern: Nie. To znaczy, tak. Tylko nie od razu.

Edyta Lichota: Czyli kiedy?

Anna Sztern: Później. O wiele później. Może za późno.

Edyta Lichota: Proszę mówić konkretniej.

Anna Sztern: Jedenastego sierpnia.

Edyta Lichota: Pięć dni przed jego zniknięciem… to ciekawe. A dlaczego akurat wtedy?

Anna Sztern: Sama nie wiem. Pomyślałam, że to jednak może mieć jakieś znaczenie.

Edyta Lichota: Ponownie proszę o konkrety. Jak pani myśli, kto mógł napisać ten list?

Anna Sztern: Pomyślałam, że być może ten Eryk Oruba, o którym słyszałam w pracy. Skojarzyłam fakty.

Edyta Lichota: I jak komendant zareagował, kiedy wręczyła mu pani list?

Anna Sztern: Wściekł się, że tak długo trzymałam go w tajemnicy.

Edyta Lichota: No właśnie. Przyznam, że mnie też to zastanawia. Wkłada pani służbową korespondencję do torebki i wynosi ją pani z komendy. Często się to pani zdarza?

Anna Sztern: Nie, nigdy. To był pierwszy raz.

Edyta Lichota: To dlaczego pani to zrobiła?

Anna Sztern: Pomyślałam, że to głupi żart, wie pani, takie rzeczy się zdarzają. Potem o nim zapomniałam. Znalazłam go przypadkiem.

Edyta Lichota: Akurat wtedy, kiedy zrobiło się głośno o Eryku Orubie? Chce pani powiedzieć, że to taki zbieg okoliczności?

Anna Sztern: No, tak wyszło…

Edyta Lichota: A dlaczego Jerzy Walter się wściekł?

Anna Sztern: Już mówiłam, że zdenerwował się, że wcześniej mu o tym nie powiedziałam.

Edyta Lichota: Zrobił coś jeszcze?

Anna Sztern: Powiedział mi, żebym się skupiła na wykonywaniu mojej pracy. Miał rację.

Edyta Lichota: A gdzie jest teraz ten list?

Anna Sztern: Nie mam pojęcia. Komendant zabrał go ze sobą.

Edyta Lichota: No to może wie pani, gdzie jest komendant?

Anna Sztern: Bardzo bym chciała, ale niestety nie wiem. Modlę się za niego.

Edyta Lichota: Modli się pani… A długo się znacie? Od kiedy pani tu pracuje?

Anna Sztern: Znam go od szesnastu lat.

Edyta Lichota: I jaki to jest człowiek?

Anna Sztern: Doświadczony. Sprawiedliwy. Profesjonalny. To dobry szef.

Edyta Lichota: A mimo to nakrzyczał na panią. Ponoć darł się tak, że ściany się trzęsły.

Anna Sztern: No tak… Był bardzo zdenerwowany tymi morderstwami, miał tyle na głowie.

Edyta Lichota: Jak pani sądzi, dlaczego zniknął?

Anna Sztern: Nie wiem.

Edyta Lichota: Może jest w to wszystko jakoś zamieszany?

Anna Sztern: Nasz komendant? Ale niby jak?

Edyta Lichota: To ja tu zadaję pytania.

Anna Sztern: Nie wiem, nie wydaje mi się to możliwe. Ja naprawdę nic nie wiem. Jestem tylko sekretarką, która zrobiła głupotę. Czy mogę już iść?