Iskra bogów. Nie kochaj mnieTekst

Z serii: Iskra bogów
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nasi rodzice prowadzą ten obóz. – Atena właśnie tłumaczyła coś Joshowi. Odwróciłam się w ich stronę, ciesząc się ze zmiany tematu.

– Macie greckie korzenie? – Robyn spojrzała na nią z ciekawością. Nawet ona zwróciła uwagę na nietypowe imiona.

– Nie da się temu zaprzeczyć – odparł Apollo.

– Dlaczego nie mieszkacie ze swoimi rodzicami?

– Jest o wiele fajniej, kiedy z nimi nie mieszkamy – odpowiedziała Atena.

Robyn skinęła głową ze zrozumieniem. Ona też miała nadopiekuńczych rodziców – a do tego jeszcze Phoebe i mnie.

Apollo oddalił się od nas, a ja skorzystałam z tej okazji, żeby mu się dokładniej przyjrzeć. Mimo swoich głupich uwag wyglądał na całkiem miłego. Miał na sobie śnieżnobiały, obcisły T-shirt i czarne bojówki, które wisiały mu nisko na biodrach. Kruczoczarne, rozczochrane włosy tworzyły interesujący kontrast dla błękitnych, nieco skośnych oczu. Zastanawiałam się, czy nosi soczewki kontaktowe. Nie widziałam jeszcze takiego koloru oczu. Szczerze mówiąc, sprawiał odrobinę niebezpieczne wrażenie. A przynajmniej – niebezpiecznie dobre. Trochę przypominał wilka z mojego snu. Trudno wyjaśnić, dlaczego. Właśnie pochylał się w stronę Leah i podawał jej pustą szklankę.

– Czy mogę jeszcze raz to samo? To było bardzo dobre.

Zabrzmiało to tak, jakby nigdy wcześniej nie pił coli.

Skinęła pospiesznie głową i w nagrodę dostała promienny uśmiech. Cud, że z zachwytu nie ugięły się pod nią nogi. Podała mu szklankę, odwróciła się do mnie, a jej usta uformowały się w słowo „ciacho”. Powstrzymałam się od uśmiechu. To określenie idealnie do niego pasowało. Niestety, zwykle za takimi ładnymi fasadami ziało pustką. W wypadku Apolla nie byłam jednak tego całkiem pewna.

Leah obsłużyła kilkoro innych dzieciaków i ponownie podeszła do mnie.

– Melissa pospieszyła się z wyborem, nie uważasz?

Wzruszyłam ramionami i znów spojrzałam na Caydena. Nie tańczyli już, lecz stali przy małym stole. Melissa coś do niego paplała. Dołączyło do nich kilka innych dziewczyn. Podrywały Caydena, a jemu wyraźnie się to podobało. Przechwycił moje spojrzenie i rozłożył ramiona w przepraszającym geście. Odwróciłam się z uśmiechem.

– Znowu to robisz – wyszeptał mi do ucha Apollo.

W odpowiedzi wbiłam mu łokieć pod żebra. Wydał z siebie udawany jęk i zaśmiał się. Sam był sobie winien.

Cameron przepychał się przez tłum w naszą stronę, a ściślej mówiąc – prosił grzecznie, żeby go przepuszczono. Nigdy nie odepchnąłby nikogo, kto stał mu na drodze. Kiedy do nas dotarł, gestem posiadania objął Robyn w pasie i pocałował ją w czoło. Nie spuszczał przy tym oczu z Apolla.

– Przepraszam was. Miałem pilny telefon – wyjaśnił.

Już teraz brzmiał jak polityk, a nie jak osiemnastolatek, który pierwsze miesiące wakacji spędził bez swojej dziewczyny, więc teraz z tęsknoty nie może się od niej odkleić. Do tego wszystkiego miał na sobie jasnoniebieską koszulę i spodnie od garnituru zaprasowane na kant. Wyglądał, jakby właśnie wracał z negocjacji z prezydentem Rosji. Ale Robyn zdawało się to nie przeszkadzać. Rozpromieniła się i przytuliła do niego.

Cameron skinął powściągliwie głową w kierunku Apolla, którego oczy lśniły z ekscytacji. Wyczuwałam nadmiar testosteronu. Zsunęłam się ze stołka barowego, co Josh odczytał jako zachętę do porwania mnie na parkiet.

– Co myślisz o Caydenie i Apollu?

Z ledwością poruszaliśmy się w tłumie.

– Myślę, że są w porządku. Przypuszczam, że się dogadamy w kwestii podziału lasek.

– Jesteś niemożliwy. – Ktoś wpadł na nas, więc Josh mocniej otoczył mnie ramionami.

– Dziewczyny właśnie dlatego uważają, że jestem fajny – wyszeptał mi do ucha. – Ale nie mów im, że to mój tajemny sposób.

Odepchnęłam go od siebie.

– Nie popełnię już tego błędu i nie będę ich przed tobą przestrzegać – oznajmiłam, chociaż złamałam tę zasadę w przypadku Leah. W podziękowaniu za dobre rady w minionym roku szkolnym na mojej szafce zawisły karteczki, oskarżające mnie o bycie dziwką i oszustką. Wyciągnęłam z nich wnioski.

Josh zwichrzył mi włosy.

– Powinnaś się od nich trzymać z daleka. Nie podoba mi się, jak na ciebie patrzą. To nie jest twoja liga.

Chociaż zabrzmiało to jak obelga, wiedziałam, że Josh nie ma nic złego na myśli. Dobrze wiedział, co tacy faceci robią z sercami dziewcząt, i ja też to wiedziałam. Spędziłam dzieciństwo w towarzystwie ojca-królewicza, który zmienił się w ropuchę. Moja mama ledwo uszła z życiem z tego doświadczenia. Ja nigdy nie wpadnę w tę samą pułapkę.

Po kilku piosenkach Josh odprowadził mnie do baru i zamówił dla mnie wodę. Leah uśmiechnęła się do niego, podając mi szklankę. Powoli zaczęłam pić. Robyn tańczyła mocno przytulona do Camerona w takt wolnej piosenki.

– Ładna z nich para. – Atena usiadła obok mnie na stołku barowym. – Długo ze sobą chodzą?

Skinęłam głową.

– Od ponad roku.

Uśmiechnęła się z zadowoleniem. Nie do końca zrozumiałam, dlaczego. W szczególny, surowy sposób wyglądała dobrze ze swoim klasycznym profilem i trochę zbyt długim nosem, który dodawał jej twarzy wyrazu. Włosy związała w fantazyjny kok.

– Zrobiłby dla niej wszystko – dodałam. – Szukali się, aż w końcu się odnaleźli.

Nie miałam pojęcia, dlaczego jej to opowiadam. W końcu nic jej to nie obchodziło.

– Myślisz, że są dla siebie stworzeni? – Atena spojrzała na mnie z zainteresowaniem.

Zanim zdążyłam się zdziwić z powodu tego niecodziennego sformułowania, odruchowo skinęłam głową.

– Wystarczy, Ateno. – Obok nas nagle pojawił się Cayden, spoglądając złowrogo na swoją kuzynkę.

Uśmiechnęła się przepraszająco.

– Sorry, jestem trochę za ciekawska. Ludzie mnie interesują.

– Czy nie musisz się jeszcze zadomawiać? – Jego głos brzmiał ostro, a dobór słów dziwnie nie pasował do chłopaka w jego wieku. Nawet Cameron tak się nie wysławiał.

Spojrzałam na Atenę. Nie podporządkowałabym się takiej sugestii, nawet ze strony kuzyna. Ale co ja mogłam o tym wiedzieć? Poza siostrą i mamą nie miałam żadnej rodziny.

– Masz rację. Pójdę pościelić sobie łóżko i rozpakować walizkę. – Atena zwróciła się w moją stronę. – Do zobaczenia.

– Do zobaczenia później. – Upiłam łyk wody w oczekiwaniu, aż Cayden sobie pójdzie.

– To nie było szczególnie miłe – oznajmiłam po chwili, ponieważ stał jak kołek, a cisza między nami zaczynała być kłopotliwa.

Przysunął się do mnie. To był zły pomysł.

– Nie taki miałem zamiar.

Na moich plecach pojawiła się gęsia skórka. To był ten głos. Straszne. Niestety, jego dźwięk mimo to wywoływał we mnie głupią ochotę, żeby rzucić mu się w ramiona. Zwykle nie odczuwałam takich potrzeb, więc chyba pilnie potrzebowałam terapeuty. Może to efekt świeżego, leśnego powietrza. Moja głowa była przyzwyczajona tylko do słonych, morskich bryz.

– Nie lubię, kiedy Atena ciągnie ludzi za język. – Cayden odgarnął z mojego czoła loki, którym pozwoliłam opaść na twarz w charakterze tarczy ochronnej. Zdrętwiałam, kiedy jego palce dotknęły przy tym mojej skóry. Włoski na moich przedramionach stanęły dęba.

– Wszystko w porządku? Jesteś taka blada... – W jego głosie brzmiała troska.

Wypiłam spory łyk wody.

– Nie ciągnęła mnie za język. A ja zawsze jestem blada. – Wskazałam na moje rude włosy. – To naturalne.

Spojrzenie Caydena nabrało intensywności, choć wydawało się to niemożliwe.

– Tak sobie to tłumacz.

Jego głos brzmiał teraz prześmiewczo. Musiałam pozbierać myśli, żeby się połapać, że chodzi mu o rozmowę z Ateną. W mojej głowie panował niezły mętlik. Powąchałam zawartość swojej szklanki. To zdecydowanie zwykła woda. Być może trochę za bardzo chlorowana, ale zwyczajna. To on tak na mnie działał.

Cayden uśmiechnął się porozumiewawczo.

– Kto wie, co jeszcze byś jej powiedziała. Ona jest bardzo sprytna.

Zauważyłam, że obok wąskiego, bardzo prostego nosa ma mały pieprzyk.

– Nie zdradziłam jej żadnych tajemnic państwowych – odpowiedziałam i odwróciłam się z nadzieją, że u mojego drugiego boku znajdę Josha. Ale on zniknął.

Cichy śmiech Caydena zabrzmiał o wiele za blisko mojego ucha.

– Uważaj na to, co jej mówisz – wyszeptał, odwrócił mój stołek barowy ponownie w swoją stronę i przytrzymał go. – A moje kolejne pytanie brzmi: czy ty i Josh jesteście parą?

Czy to się dzieje naprawdę?

– Słucham?

Prychnął ze zdenerwowania.

– Czego nie zrozumiałaś w moim pytaniu? Obejmuje cię, tańczycie razem, więc bardzo możliwe, że jesteście parą.

– Nie powinno cię to obchodzić.

Dlaczego po prostu nie zaprzeczyłam?

– Czyli nie jesteście. – Zadowolony Cayden splótł ręce na piersi. – Tak właśnie myślałem. Z twoją pomocą pozbywa się po prostu natrętnych dziewczyn. Nie powinnaś dawać mu się tak wykorzystywać.

Co ten facet sobie wyobrażał? W normalnych okolicznościach w tym momencie już poszłabym sobie, ale niewidzialna, nieznana siła trzymała mnie na barowym stołku. No dobrze. Nie była wcale taka nieznana.

– A poza tym chciałbym cię przeprosić.

Ponownie mnie zaskoczył.

– Za co? Za to, że mnie opryskałeś, wypytywałeś czy obraziłeś?

Zaśmiał się. Ten dźwięk wywołał ciepło w głębi mojego brzucha. Ktoś podkręcił muzykę, więc Cayden nachylił się jeszcze bliżej, żebym mogła go usłyszeć.

– Powinienem być ostrożniejszy, a ja zrzuciłem na ciebie odpowiedzialność za to, co się stało. To nie było uprzejme. Mam nadzieję, że mi wybaczysz.

Jego oddech łaskotał mnie po policzku, a zapach tymianku wślizgnął się w moje nozdrza. Tym razem wyczułam w nim jeszcze nutę cynamonu.

 

– Byłeś w moim śnie. – Ugryzłam się w język, ale za późno.

Jego zielone oczy pociemniały. Z pewnością uznał, że zwariowałam, a jednak nie wyśmiał mnie i nie zeskoczył ze stołka. Z zakłopotaniem spojrzałam na jego wargi. To był duży błąd. Usta stanowiły najbardziej perfekcyjną część jego idealnej twarzy. Ostry kontur, nie za wąskie, nie za szerokie. Jego pocałunki musiały seryjnie doprowadzać dziewczyny do obłędu. Dlaczego pomyślałam o tym, jak całuje? Wsunęłam dłonie pod uda, żeby moje palce nie zaczęły bezwolnie dotykać go w nieodpowiednich miejscach. Nie należałam do dziewczyn, które bez pytania rzucają się facetom na szyję.

Dalej patrzył na mnie w milczeniu, ale tym razem przynajmniej nie zaprzeczył.

– Jak to zrobiłeś? – wychrypiałam odważniej, niż się spodziewałam. – Uratowałeś mi życie. – Teraz było mi już wszystko jedno.

Cayden odstawił szklankę na bar.

– Pójdę już. Zrobiło się późno.

Nie dało się jaśniej. Ściągnęłam z ramion jego kurtkę i podałam mu. Pokręcił głową.

– Oddasz mi ją jutro, dziś jest już chłodno na zewnątrz.

A potem ruszył w kierunku drzwi i zniknął. No tak, a niby co miał powiedzieć? Na pewno nie codziennie spotyka dziewczynę, która twierdzi, że widziała go w swoim śnie. Powinnam zrozumieć, że ma mnie za wariatkę. Z drugiej strony, każdy inny chłopak by mnie wyśmiał. Nie byłam pewna, czy mam się z tego cieszyć, czy czuć się tym zaniepokojona. Z pewnością zbyt szybko znów ze mną nie porozmawia. Ale to nieważne, próbowałam się przekonać. Niestety, bezskutecznie.

Zapiski Hermesa

IV

Czy ta dziewczyna naprawdę właśnie walnęła Prometeuszowi prosto w twarz, że widziała go w swoim śnie? Musiałem się przesłyszeć. Akurat wygodnie usadowiłem się przy barze, który, nawiasem mówiąc, trochę się kleił, kiedy wybuchła bomba. Bycie posłańcem bogów miało swoje plusy. Mogłem stać się niewidzialny i iść, dokąd chciałem. Moi bracia i siostry musieli tkwić w Mytikas, dopóki Zeus nie pozwoli im stamtąd wyjść. Żal mi ich!

Ze strachu z dłoni prawie wypadła mi szklanka tego ciemnego, cukrowego napoju, który teraz tak chętnie piją nastolatki. Ohyda. Wcześniej dzieciakom dawało się rozcieńczone wino. Nie jest mi jednak żal dawnych czasów. Nauczyłem się już, że każda epoka ma swoje plusy. W obecnych czasach na pewno nie należy do nich wybór napojów, ale zapewne jeszcze się przekonam, gdzie one są. Dziewczyny miały na sobie dość frywolne ciuchy, to dużo lepszy pomysł niż ubrania zapięte pod samą szyję, które zasłaniały każdy skrawek ciała.

Wróćmy jednak do tematu. Ta ruda z piegami na nosie przypomniała sobie, że Prometeusz uratował jej życie. Myślę, że muszę przekazać tę wiadomość Zeusowi. Chwilę po wypadku razem z Herą i mną opuścił pałac i wprowadził się do miłego domku na terenie obozu. I właśnie teraz, kiedy robiło się najciekawiej, musiałem sobie pójść.

No dobrze, praca to praca. Może Hera upiekła tartę cytrynową.

.

Słońce wysłało przez zasłony wąski, jasny promień, który padł dokładnie na moją twarz. W łazience usłyszałam miotanie się Robyn. Czy nawet na wakacjach nie można się wyspać? W odpowiedzi z ukrytych gdzieś na zewnątrz głośników rozległ się dźwięk budzika, a po nim – muzyka. To nie były wakacje, lecz obóz przetrwania. Na stronie internetowej zapomnieli o tym wspomnieć. Rzuciłam okiem na komórkę. Wpół do ósmej. Z jękiem opadłam z powrotem na poduszki. Nie spałam najlepiej. Budziłam się co jakiś czas i wydawało mi się, że słyszę głos. Głos Caydena. Słowo „słyszę” nie było odpowiednie. Ten głos mnie nawiedzał.

Robyn bez pukania wpadła do mojego pokoju. Była już perfekcyjnie umalowana i uczesana. Poza tym miała na sobie krótkie szorty i kolorowy top.

– Już, wstawaj! – Ściągnęła ze mnie kołdrę. – Cameron i Cayden przyjdą po nas za chwilę.

Podniosłam się i z nieufnością spojrzałam na moją przyjaciółkę, która odwróciła się i zaczęła grzebać w moich ciuchach.

– Co powiedziałaś?

– Cayden i Cameron przyjdą po nas na śniadanie. Przecież idziemy tą samą drogą.

– To twoja sprawka, prawda?

Spojrzała na mnie z miną urażonej niewinności.

– Nie. Cayden sam poprosił o to Camerona. Jeśli więc nie chcesz tego popsuć, wstań już i się ubierz. Nie powinnaś mu się pokazywać w tym stanie.

Jej spojrzenie omiotło krytycznie mój T-shirt i krótkie bawełniane spodnie.

– Nie wiem, o co ci chodzi – wymamrotałam. – To bardzo wygodne i wytrzymałe.

– I niezwykle seksowne – dorzuciła i cisnęła w moją stronę kilka ubrań. – Masz to na siebie włożyć!

– Nie przyjechałam tu, żeby podrywać facetów. Są na samym dole mojej letniej listy – zaprotestowałam i wycisnęłam pastę na szczoteczkę do zębów.

– Na twojej może tak, ale nie na mojej. Najwyższy czas, żebyś się trochę zabawiła.

– Dobrze się bawię – wybełkotałam, szorując zęby.

– Dwadzieścia cztery godziny na dobę jesteś opiekunką swojej mamy i siostry, pracujesz w pizzerii, a mimo to masz lepsze oceny niż ja – zawołała do moich pleców. – To nie jest dobra zabawa.

Wzruszyłam ramionami. Bardzo często prowadziłyśmy tę dyskusję, więc nie chciało mi się jej kontynuować.

– Masz dziesięć minut! – wrzasnęła Robyn przez zamknięte drzwi do łazienki. – Jeśli w tym czasie nie skończysz się przygotowywać, wpuszczę Caydena, niezależnie od tego, co będziesz miała na sobie.

Punktualnie dziesięć minut później stałam przed wejściem do naszego domku ze związanymi włosami i w ciemnoniebieskiej plażowej sukience.

Robyn rzuciła się Cameronowi na szyję, a Cayden uśmiechnął się do mnie.

– Wyglądasz bardzo ładnie – oświadczył. Nie umknęło mi jednak spojrzenie, jakie rzucił na Robyn. Ona znów wyglądała fenomenalnie.

W milczeniu szliśmy razem na śniadanie. Nie spodziewałam się, że tak szybko go spotkam, więc nie wiedziałam, co powiedzieć. W zasadzie przecież zachowałam się dziwacznie.

– Dobrze spałaś? – zapytał.

Potrząsnęłam głową.

– Miałaś koszmary? – pytał dalej, a w jego oczach coś błysnęło.

Czy naprawdę chciał ze mną rozmawiać o moich snach? Niedoczekanie.

Na szczęście Cameron przerwał nam rozmowę i podjął próbę przekierowania jej na tematy polityczne. To nie mieściło mi się w głowie. Przecież nawet nie zjedliśmy jeszcze śniadania.

Pół godziny później siedzieliśmy przy jednym z długich, drewnianych stołów. Imprezowy chaos zniknął. Pomieszczenie wypełniał hałas rozmów, brzęk talerzy i sztućców stu pięćdziesięciu uczestników obozu, którzy właśnie jedli śniadanie. Bufet śniadaniowy zaspokajał wszelkie zachcianki. Było tu wszystko, od przygotowywanych na miejscu omletów, do apetycznych, świeżo obranych i pokrojonych owoców. Wystarczyło tylko ustawić się przy barze, za którym dwie panie dbały o to, by nic się nie skończyło. Mimo to, bez apetytu kręciłam łyżką w mojej owsiance, podczas gdy siedzący naprzeciwko mnie Cameron pochłaniał ogromną porcję jajecznicy.

Prawdopodobnie miało to związek z obecnością Caydena. Siedział blisko mnie i też nie wydawał się mieć apetytu. Jego widelec tkwił w kawałku jabłka, którym przesuwał po swoim talerzu. Naprzeciwko niego wepchnęła się Melissa, która nieustannie go zagadywała, ale on nie sprawiał wrażenia, jakby jej słuchał. Nagle podniósł głowę i odwzajemnił moje spojrzenie. Szybko odwróciłam wzrok i trzęsącymi się dłońmi wsypałam cukier do owsianki. Wmusiłam w siebie kilka łyżek. Z pustym żołądkiem szybko zrobię się nieznośna.

– Przynieść ci coś jeszcze? – zapytał mnie. – Kawę? Herbatę?

– Poproszę o cappuccino.

I znów mogłam podziwiać jego uśmiech.

– Zaraz wracam. Nie odchodź.

Prędzej świat się skończy. Melissa obrzucała mnie spojrzeniami, które prawdopodobnie miały mnie uśmiercić. A ja czułam, że jestem na nie odporna.

– Na pewno zapiszę się na kurs jazdy konnej – oświadczyła Robyn.

Skrzywiłam się na samo wspomnienie mojej pierwszej i jedynej jak dotąd lekcji jazdy konnej. Niebieskie sińce długo nie chciały zniknąć. Wcześniej nie miałam pojęcia, jak wysoki jest koń, albo, ściślej mówiąc, jak długo się z niego spada.

– Wy też zapisujecie się na jakieś kursy czy jesteście tu tylko dla zabawy? – zwróciłam się do Apolla.

– Nasi rodzice niestety nam na to nie pozwalają. – Trudno było nie usłyszeć żalu w jego głosie. – Cieszyłem się już na lato przy basenie.

– Na pewno zostanie na to dość czasu – pocieszyłam go.

– To miód na moje boskie uszy. – Uśmiechnął się szeroko, a zmarszczki pod jego oczami pogłębiły się. – Na pewno zapiszemy się na kurs starogreckiego.

– Cayden też? – Mimo najlepszych chęci nie mogłam zrozumieć, co tacy fajni faceci zamierzają robić na kursie starogreckiego.

Apollo skinął głową z przekonaniem, a ja poczułam, jak czerwienią się czubki moich uszu.

– Jako dzieci w kółko słuchaliśmy starogreckiego, więc to dla nas o wiele łatwiejsze niż matematyka czy historia.

– No tak, to logiczne. – Wolałam mu nie zdradzać, że również zamierzam zapisać się na ten kurs, bo na pewno ośmieszyłabym się swoją podstawową wiedzą. Wytarłam usta serwetką.

Robyn z zaciętą miną przysłuchiwała się naszej rozmowie. Była zła, że nie chciałam z nią iść na jazdę konną.

– Chodźmy najpierw na spotkanie informacyjne do amfiteatru i na wycieczkę po obozie – zwróciłam się do niej, by zyskać na czasie.

Chciałam pójść na kurs starogreckiego, o czym ona już wiedziała. Razem miałyśmy chodzić na kurs szermierki. Nie powiedziałam jej jeszcze, że chcę się zapisać na kickboxing. Kurs teatralny i jazda konna zdecydowanie nie mieściły się w moich planach, ale musiałam jeszcze sprzedać to Robyn w dyplomatycznym opakowaniu. W minionym roku zmusiła mnie do kursu tańca i to nie mogło się powtórzyć. W każdym razie na pewno będzie trudno uświadomić jej, że nie może samowolnie dysponować moim wolnym czasem. Była moją najlepszą przyjaciółką, ale również rozpuszczoną jedynaczką. Kurs greckiego był powodem, dla którego wybrałam ten obóz. Nie powinnam już pierwszego dnia porzucać tych planów.

Cayden wrócił i postawił przede mną filiżankę.

– Dziękuję – wyszeptałam i w tym samym momencie ogarnęła mnie złość. To była tylko filiżanka kawy, nic więcej i nic mniej. Josh setki razy przynosił mi kawę. Ale tym razem było inaczej.

– Możemy iść razem na zwiedzanie obozu – oznajmiła Atena. – Będzie fajnie.

– Nie znasz go jeszcze?

Wypiła łyk herbaty.

– My też przyjechaliśmy dopiero wczoraj. Nasi rodzice pierwszy raz prowadzą ten obóz. Jestem go tak samo ciekawa jak wy.

Miałam wątpliwości, czy na pewno będzie ciekawie, ale nie chciałam gasić entuzjazmu Ateny.

Wstała i razem odniosłyśmy zużyte naczynia do baru. Poprzedniego dnia nie zauważyłam, jaka jest drobna. Zgrabnie płynęła po ciemnych, podrapanych deskach, które pokrywały podłogę stołówki. Jej splecione w warkocz długie włosy zwisały aż do dołu pleców. Cayden i pozostali poszli w nasze ślady. Ku mojej złości, Melissa natychmiast chwyciła się jego ramienia.

Amfiteatr rozbrzmiewał gwarem podekscytowanych głosów. Schodząc po schodach wzdłuż rzędów, rozglądaliśmy się w poszukiwaniu wolnych miejsc. Amfiteatr był położony na obrzeżach obozu i zbudowano go, rzymskim wzorem, na zboczu wzgórza. Półkoliste ławki wykonano z jasnego drewna. U stóp rzędów ławek, niedaleko sceny, stało kilkoro dorosłych. Paru z nich widziałam poprzedniego dnia na imprezie. Kierownikiem obozu był wysoki mężczyzna z blond włosami. Miał opaloną i pokrytą drobnymi zmarszczkami twarz. Mimo to sprawiał dziwne, ponadczasowe wrażenie. Uśmiechał się, rozmawiając z dwiema ubranymi na sportowo kobietami. Trudno było przeoczyć jego podobieństwo do Ateny. Apollo natomiast nie przypominał ani swojego ojca, ani matki. Pani Ross, którą znałam z obozowej strony internetowej, stała na krawędzi sceny i przyglądała się prowadzącym swobodne rozmowy uczniom. Apollo uniósł rękę i pomachał do niej. Uśmiechnęła się i podeszła do męża, który właśnie przeprowadzał próbę mikrofonu. Oboje byli bardzo atrakcyjni. „O moich rodzicach też można było to powiedzieć” – pomyślałam z nostalgią.

Rozmowy stopniowo cichły, a uwaga zgromadzonych skupiała się na panu Rossie.

– Dzień dobry – przywitał się melodyjnym tonem i potarł dłonie. – Moja żona i ja jesteśmy bardzo szczęśliwi, że udało się wam tu dotrzeć punktualnie. Przed wami sześć, miejmy nadzieję, niezapomnianych tygodni.

Jego przemowę przerwał aplauz i nawet ja nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Powoli zaczynałam się odprężać. Siedziałam pomiędzy Apollem i Ateną. Robyn i Cameron znaleźli miejsca rząd pod nami. Josh jeszcze się nie pojawił, a Caydena straciłam z oczu w tłumie przy wejściu do amfiteatru. Melissa siedziała w otoczeniu swojej świty. Jej głowa nieustannie się kręciła, jak gdyby chciała wzbić się w powietrze i rzucić na Caydena, kiedy ten tylko się pojawi.

 

Nagle w moim rzędzie zapanował gwar. W naszą stronę przepychał się Cayden, który wcisnął się pomiędzy mnie i Apolla. Mój żołądek zaczął wywijać fikołki, co nie miało związku z nędznym śniadaniem.

– Co ci przyszło do głowy? – zaprotestował jego kuzyn. – To ja siedziałem obok Jess.

– Ale już nie siedzisz.

Robyn odwróciła się w naszą stronę, a ja tylko wzruszyłam ramionami.

– To nie było uprzejme – wyszeptałam do Caydena. Siedział tak blisko mnie, że nasze nogi i ramiona się stykały.

– Apollo to wytrzyma – powiedział spokojnym głosem. – A może ty wolisz siedzieć obok niego?

Nie odpowiedziałam, ale spróbowałam się od niego odsunąć, jednak Atena nie zostawiła mi na to wiele miejsca. Nie pozostało mi nic innego, jak zignorować jego nogę przy mojej. W efekcie byłam coraz bardziej roztrzęsiona.

– Siedź spokojnie! – pouczył mnie Cayden, chwycił za rękę i mocno ją przytrzymał.

Siedziałam bez ruchu, niezdecydowana, czy powinnam cofnąć rękę, kiedy zauważyłam, że rzeczywiście się uspokajam. Kątem oka spojrzałam na niego.

– Tak lepiej? – zapytał i się uśmiechnął.

Musiał posiadać jakieś nadludzkie umiejętności. Jego kciuk gładził wnętrze mojej dłoni. Jeśli będzie tak dalej robił, mój puls znów natychmiast się podniesie.

Pan Ross wymieniał zaplanowane na kolejne tygodnie wydarzenia i opowiadał o organizacji obozu. Próbowałam się skupić na jego słowach i spojrzałam na kartkę z informacjami, która leżała na ławce przede mną.

– Wstajemy o wpół do ósmej – oznajmił pan Ross.

Odpowiedział mu głośny jęk.

– Wiem, że to trudne, ale przeżyjecie. Pierwsze kursy zaczynają się o dziewiątej. Po spotkaniu informacyjnym możecie się jeszcze na nie zapisać, jeśli nie zrobiliście tego wczoraj. Każdy uczestnik musi brać udział w minimum dwóch kursach dziennie, ale może wybrać więcej. Do waszej dyspozycji są kursy akademickie, artystyczne i sportowe. Wybór zależy od was. Pomyślcie o tym, że obóz ma wam przynieść korzyści, więc nie wybierajcie zajęć tylko dlatego, że musicie albo że jesteście w czymś dobrzy – poinstruował nas.

Jego słowa trafiały jednak w próżnię. W końcu były to nasze wakacje, na które ciężko zapracowaliśmy.

– Na co się zapisujesz? – zapytał mnie Cayden.

Najwyraźniej postanowił zapomnieć o moich sennych opowieściach, za co byłam mu wdzięczna. Przysięgłam sobie, że nigdy już o nich nie wspomnę. Pytanie, dlaczego taki facet interesuje się właśnie mną, pozostawało bez odpowiedzi.

– Starogrecki, szermierka, kickboxing – odpowiedziałam szybko jak z pistoletu.

– Mówisz po grecku? – zaczął drążyć.

– Nieszczególnie – przyznałam przez zaciśnięte zęby.

– W planie dnia jest przerwa obiadowa, blok zajęć popołudniowych i program wieczorny – ciągnął pan Ross. – Program wieczorny jest obowiązkowy. Nie chcę was wtedy widzieć w waszych domkach. Każdego wieczoru czekają was inne atrakcje.

– Nie chcemy robić na drutach i szydełku – warknął chłopak siedzący kilka ławek nad nami. – Chcemy imprezować i dobrze się bawić.

Odpowiedział mu spontaniczny aplauz i śmiech pozostałych słuchaczy.

– Będziesz się dobrze bawił, mój drogi. – Pan Ross uśmiechnął się dobrodusznie. – Na ławkach leżą kartki z obozowym regulaminem. Przeczytajcie go dokładnie. Kto nie będzie się trzymał tych zasad, będzie musiał opuścić obóz. Nalegam, żeby w takiej sytuacji odebrali was stąd wasi rodzice. Rozmowę telefoniczną, w trakcie której się o tym dowiedzą, z radością pozostawię wam samym.

Po tej informacji rozległy się jedynie pojedyncze śmiechy, a chłopak, który przerwał panu Rossowi, zwiesił głowę.

– Tchórz – usłyszałam szept Caydena.

Z fascynacją przyglądałam się jego długim, smukłym palcom, metodycznie zgniatającym ulotkę informacyjną. Nosił pierścionek, którego nie zauważyłam poprzedniego dnia, a przecież przyglądałam się mu naprawdę dokładnie. Miał kształt wąskiego, srebrnego paska z piaskowym kamieniem. Nie lubiłam męskiej biżuterii, ale ten pierścionek pasował do Caydena.

Chociaż na scenie działy się różne rzeczy, Cayden sprawiał wrażenie nieobecnego. Niemal widziałam myśli kotłujące się w jego czaszce.

– Nie powinienem cię wczoraj tak zostawiać – wyszeptał nagle i spojrzał na mnie. Jego głos brzmiał zmysłowo i miękko, jak płynna czekolada. – Poprawię się – obiecał.

Moja nadzieja, że po prostu zapomnimy o wszystkim, była zbyt piękna, by okazała się prawdziwa. Prawdopodobnie dzisiaj rano przyszedł po mnie tylko dlatego, żeby znów ze mną o tym pogadać.

– To moja wina. Byłam kompletnie rozbita. To przez tę długą podróż – przerwałam, bo moich opowieści nie dało się wyjaśnić w żaden racjonalny sposób.

Cayden się uśmiechnął.

– Może moglibyśmy zacząć jeszcze raz? Bez oblewania się wodą i dziwnych oskarżeń.

– Nie jestem pewna, czy nam się to uda – powiedziałam sceptycznie. – Ale dam ci drugą szansę, jeśli obiecasz, że będziesz się trzymał z daleka od kałuż.

– I od twoich snów. – Uśmiechnął się łobuzersko.

Poczułam falę gorąca. Czy musiał o tym wspomnieć tak bezpośrednio? Odgarnął kosmyk włosów z mojej twarzy i założył mi go za ucho. To był zbyt poufały gest, zważywszy na fakt, że ledwo co się poznaliśmy. Postanowiłam zignorować jego komentarz.

Cayden uśmiechnął się z zadowoleniem.

– Czyli mamy to ustalone.

– To wszystkie najważniejsze informacje – oznajmił pan Ross, kiedy ponownie zaczęłam go słuchać. – Jeśli macie pytania, zwróćcie się z nimi do Rosie. – Starsza pani, która nas wczoraj przyjęła, stanęła obok niego i pomachała do słuchających. – Ci, którzy są tu kolejny raz, dobrze ją znają. Innych informuję, że Rosie jest dobrym duchem naszego obozu. Jej mąż zadba o wszystko, co się zepsuje, z wyłączeniem złamanych serc.

Chłopcy się roześmiali, a ja pokręciłam głową.

Mikrofon przejęła teraz pani Ross.

– Wycieczka po obozie zacznie się od razu po naszym spotkaniu. Przy wejściu czekają już wasi opiekunowie i trenerzy. Podzielcie się na grupy. W każdej z nich może być maksymalnie sześć osób. Pytajcie o wszystko, co przyjdzie wam do głowy. Pokażemy wam tereny sportowe i sale wykładowe. Wiszą tam listy, na które możecie się wpisywać. Mamy nadzieję, że jesteśmy w stanie sprostać wszystkim waszym wymaganiom. Jeśli lista uczestników danego kursu będzie pełna, musicie wybrać inny. Zastanówcie się więc już nad planem B.

Jęknęłam. Nie miałam planu B.

Wszyscy obecni niemal jednocześnie wstali i rzucili się do wyjścia. Straciłam z oczu Atenę i Apolla. Cayden trzymał się blisko mnie i dbał o to, żeby nie podeptali mnie młodsi obozowicze. Rzucał im tak wściekłe spojrzenia, że natychmiast się cofali. Przesadzał, ale było w tym coś słodkiego.

Kiedy w końcu dotarliśmy do wyjścia, kilka grup już szykowało się do wymarszu. Skierowałam się w stronę młodej kobiety w stroju do biegania, która była pogrążona w rozmowie z dwiema dziewczynami. Cayden nie odstępował mnie na krok. Kiedy podeszliśmy do opiekunki, podał jej nasze imiona. Bardzo poważnie podszedł do tego nowego otwarcia. Potrafiłam jeszcze sama się przedstawić.

– Jestem Jeanne – oznajmiła trenerka, kiedy zgromadziła się odpowiednia liczba uczestników.

Ruszyliśmy za nią, a ja z niezadowoleniem zarejestrowałam, że w ostatniej chwili dołączyła do nas Melissa i natychmiast wciągnęła Caydena w rozmowę. Szłam obok Jeanne, ale słuchałam jej tylko jednym uchem. Być może Cayden był miły dla wszystkich dziewczyn. To przecież taka pozytywna cecha. Próbowałam przełknąć złość.

Jeanne pochodziła z Francji i od trzech lat pracowała na obozie. W przeciwieństwie do nas, spędzała tutaj całe wakacje, czyli dziewięć tygodni.

– Nie nudzi ci się tu tak z dala od cywilizacji? – zapytał jakiś chłopak.

Jeanne pokręciła głową.

– Lubię to. – Mówiła z lekkim francuskim akcentem. – Mieszkam w Paryżu. Miasto jest bardzo głośne. Tutaj prowadzę kurs francuskiego i wspinaczki i jestem blisko natury. Zobaczycie, że za kilka tygodni wcale nie będziecie chcieli wracać do domu.