Sekrety i uprzedzeniaTekst

Z serii: Karma #2
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Zapraszamy na www.publicat.pl

Projekt okładki

AGNIESZKA LENART RERA DESIGN

Fotografie na okładce

© senai aksoy/Shutterstock

© GooseFrol/Shutterstock

© Fagreia/Shutterstock

© Red_Spruce/Shutterstock

Koordynacja projektu

ALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC

Redakcja

ELŻBIETA SPADZIŃSKA-ŻAK

Korekta

JOANNA RODKIEWICZ

Skład

LOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN

Polish edition © Malwina Chojnacka, Publicat S.A. MMXX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved

ISBN 978-83-245-8455-0

Konwersja: eLitera s.c.


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: ksiaznica@publicat.pl

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

 

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Justyna

Ola

Wiktoria

Moim Rodzicom

Elżbiecie i Tadeuszowi Chojnackim

OLA

Gdy zakładam nogę na nogę w schłodzonej klimatyzacją kancelarii adwokackiej, mój klapek spada z hałasem na podłogę. Siedzę w towarzystwie dwóch prawników w drogich garniturach, którzy w osłupieniu wpatrują się w moją bosą stopę. Niezbyt czystą. Przyszłam do kancelarii w japonkach. Upał w Warszawie prawie roztapia płyty chodnikowe. Na wprost mnie mój prawie były mąż Patryk. Nie widziałam go dwa miesiące. Zapuścił brodę. Rudą. Wygląda staro, chociaż jest ode mnie młodszy o kilka lat. Przeszywa mnie nienawistnym spojrzeniem.

– Nasz klient uważa, że rozpad małżeństwa nastąpił z pani winy. Wdała się pani w romans z mężczyzną poznanym w internecie, nie zważając ani na swoje bezpieczeństwo, ani na bezpieczeństwo męża. Nie mówiąc o jego uczuciach oczywiście.

Nie mam pojęcia, czemu Patryk potrzebuje aż dwóch prawników, żeby się ze mną rozwieść?

– Nie rozumiem. Co ma do tego bezpieczeństwo? To znaczy moje i mojego męża?

– Człowiek, z którym nawiązała pani intymną relację w internecie, mógł być członkiem międzynarodowej organizacji terrorystycznej.

– Na przykład ISIS. – Drugi prawnik stuka piórem o blat stołu. – Albo Al-Kaidy. Jest sunnitą, prawda?

Patrzę na nich jak na wariatów. Nie mam pojęcia, czemu zdecydowałam się rozmawiać z nimi bez mojego adwokata. Jego żona właśnie rodzi, więc nie miałam sumienia go tu ściągać. Chciał przesunąć to spotkanie, ale uparłam się, że pójdę sama.

– Czy panowie wiedzą coś, o czym ja nie wiem? „Mógł być”, ale nie był, prawda? Nie widzę powodu, żeby rozmawiać o tym człowieku, kimkolwiek by był. Mieliśmy rozmawiać o podziale majątku i o rozwodzie.

– Intymna relacja pani i tego... – zaczyna jeden z nich, ale mój mąż mu przerywa.

– Araba!

– To nie Arab, tylko Kurd! – Odwracam się w jego stronę.

– Jak zwał, tak zwał! Nie broń go, bo się ośmieszasz! – Patryk otrzepuje dłonie i wyciera o spodnie.

– Nikogo nie bronię. Nie chcę słuchać bzdur o Al-Kaidzie! Chcę rozmawiać o podziale majątku.

Jeden z prawników robi się czerwony. Drugi, starszy, zdejmuje okulary.

– Chcieliśmy podkreślić, że narażała pani na niebezpieczeństwo naszego klienta, zapraszając do swojego życia człowieka, o którym nic pani nie wiedziała.

– Gdy zapraszałam Patryka do mojego życia, także nie wiedziałam, że lubi towarzystwo prostytutek! – Podnoszę się z krzesła. – To spotkanie nie ma sensu. Żałuję, że nie przyszłam z moim prawnikiem. Oczywiście już tego błędu nie popełnię.

Podchodzę do drzwi, czując lodowaty powiew klimatyzacji na łopatkach.

– Nie chcesz rozmawiać na temat swojego kochanka?! Przecież to przez twoje wybryki nasze małżeństwo nie istnieje! – wrzeszczy za mną mój prawie były mąż.

Wychodzę bez słowa. Na zewnątrz uderza mnie w twarz gorące powietrze. Oddycham głęboko. Miałam nadzieję, że to się szybko skończy. Bez wywlekania brudów, bez orzekania o winie. Wydawało mi się, że nawet się jakoś dogadaliśmy, ale to było trzy tygodnie temu. Teraz, jak widać, Patryk jest znowu w bojowym nastroju. Wybiega za mną z budynku i próbuje dogonić. To jest dość łatwe, bo w klapkach nie jestem w stanie biec.

– Stój! – krzyczy do mnie i macha jak szalony. Kilka osób odwraca głowy.

Liczę w myślach do dziesięciu.

– Jak ty się zachowujesz?! I co ty masz na sobie?! – Taksuje mnie dziwnym spojrzeniem i jego wzrok ląduje na moim dekolcie. – Zostałaś hipiską czy co?!

– Twoje opinie nie mają znaczenia. Postanowiłam rozmawiać z tobą tylko w obecności mojego adwokata.

– Harda się zrobiłaś!

– Myślałam, że się dogadaliśmy w sprawie rozwodu, ale widzę, że się myliłam. Lubisz mnie upokarzać przed ludźmi, prawda? Robiłeś to milion razy!

– Głupia pizdo, utrzymywałem cię przez wiele lat! Nie pamiętasz?! – Próbuje chwycić mnie za ramię, ale jestem szybsza.

Widzę, że na przystanku tuż obok zatrzymuje się autobus, przepycham się między ludźmi i wsiadam od strony kierowcy, zostawiając osłupiałego męża na ulicy.

Oddycham głęboko. Nie wiem, dokąd jadę, ale byle dalej od tego człowieka. Tak właśnie teraz wygląda moje życie. Ten autobus, którego ani numeru, ani trasy nawet nie znam, to metafora. Znajduję wolne miejsce, siadam, uspokajam się. Dzwoni mój telefon. To Wiktoria. Pamiętała, że mam spotkanie w sprawie rozwodu.

– No i? Ustaliliście wszystko?

– Niczego nie ustaliliśmy.

Zakładam nogę na nogę.

– Mam brudne stopy, prawie czarne – zauważam na głos.

– Ja też. – Słyszę jej śmiech. – Uprawiałam seks w rezerwacie przyrody!

Zasłaniam telefon ręką i zaczynam się śmiać. Moja przyjaciółka wyrwała się z mężem na tydzień na Sardynię i korzysta z urlopu na maksa.

– No co? Chciałam cię rozśmieszyć, bo wiem, że miło nie było.

– No nie było. Nic nie ustaliliśmy, a Patryk zachowywał się okropnie.

– Milutki jak zwykle pan mecenas! Przepraszam cię, bo połączenie zaraz pewnie się zerwie. Popłynęliśmy w rejs na archipelag La Maddalena!

– Jesteś na statku?

Cholernie jej zazdroszczę. Co nie przeszkadza mi uważać Wiktorię za jedną z najbliższych osób na świecie. Ma męża Włocha, fajnego syna i wiele pasji.

– Jestem na statku! Okropnie wieje na górnym pokładzie! Dobrze, że Guido złapał mój kapelusz, gdy porwał go wiatr! Strasznie żałuję, że z nami nie pojechałaś!

– Bawcie się dobrze! Przecież ktoś musiał zająć się naszą knajpką! Właśnie dlatego mam brudne stopy. Całe przedpołudnie zasuwałam w ogródku i roznosiłam mrożoną kawę.

– Mam wyrzuty sumienia! – mówi Wiktoria, ale połączenie się urywa.

Mój telefon dzwoni znowu. To Patryk. Nie odbieram.

– Ja panią znam! – Jakaś podekscytowana nastolatka przepycha się w tłoku w moją stronę. – Pani projektuje sukienki, prawda?! – wydziera się na cały autobus i kilka osób zaczyna mi się przyglądać, czego nienawidzę. – Widziałam ten wywiad!

– Wywiad?

– Czy może pani zdjąć okulary przeciwsłoneczne i zrobić sobie ze mną selfie?!

– Pani mnie z kimś pomyliła, a poza tym to ja już wysiadam – odpowiadam szybko, odsuwając jej rękę z komórką.

Wysiadam gdzieś na Mariensztacie. Spocona od upału i okropnie wściekła. Wystąpiłam tylko raz w telewizji śniadaniowej. Wystarczyło. Nie pomogły ogromne okulary przeciwsłoneczne. Gdyby nie była taka namolna, to chętnie bym z nią porozmawiała. Ale nie chcę być traktowana jak niedźwiedź na Krupówkach. Nie jestem celebrytką. Ja tylko projektuję sukienki. Jedną z nich mam na sobie. Dlatego Patryk tak mi się przyglądał. Zmieniłam styl. Kiedyś nie założyłabym sukni z dużym dekoltem, a teraz dlaczego nie? Dzwonię do Justyny, która ma dyżur w naszej kawiarni. Nie odbiera. Za trzecim razem się udaje.

– No i jak? Już po wszystkim? – dopytuje się.

– Nic nie ustaliliśmy, niestety. Zaraz złapię taksówkę i dojadę do Karmy, bo wsiadłam w autobus w przeciwnym kierunku.

– Nic się nie martw! Wszystko jest absolutnie pod kontrolą. I przyszła jakaś pani w sprawie wesela!

– Wesela? Robiliśmy w zeszłym roku wesele dla psów. To ma być taka impreza? Piesek i suczka oraz trochę gości? Możemy to zorganizować.

– Jaki piesek i suczka?! Pan młody i panna młoda! Chcą zrobić normalne wesele u nas! Dla ludzi!

– Nie ma mowy!

– Jak to „nie ma mowy”?! A poza tym nie ty decydujesz, tylko Wiktoria, bo ona jest szefową! Co to za problem zrobić u nas wesele?!

– Justyna... Nic nie rozumiesz. Nasza Karma jest za mała na takie imprezy i za mało prestiżowa.

– Panna młoda zna naszą knajpkę i bardzo się jej podoba! A ty jesteś zła, bo pewnie ten dupek Patryk znowu próbował ci ubliżać! Mówiłam już dwa lata temu, żebyś się rozwiodła!

Justyna jak zawsze jest najmądrzejsza. To może zaskakujące, ale ta o jedenaście lat młodsza ode mnie dziewczyna jest jedną z moich najlepszych przyjaciółek. Jesteśmy tak różne, ale jednak lubimy się i wspieramy. Po dłuższym monologu na temat mojego nieudanego małżeństwa wreszcie zwraca się do mnie:

– Nic nie mówisz?

– Nie.

– A co robisz?

– Szukam postoju taksówek.

– Obraziłaś się?

– Nie. Masz rację. Już dawno powinnam zakończyć to małżeństwo. Ale bałam się, że sobie nie poradzę. Ty się nigdy nie boisz?

– Boję się. – Justyna jest wyraźnie zadowolona, że nie mam jej za złe ostrych słów. – Na przykład boję się, że mi nie wyjdzie cypryjska sałatka.

– Przecież masz przepis. A ja zaraz będę.

– Nie mów Kamilowi, ale zeszyt z jego przepisami zalałam kawą. Szybko wytarłam i wyschło. Ale niektóre się rozmazały. To co powiedzieć tej pani, która chce mieć u nas wesele?

– Zadzwoń do Wiktorii. Ona rządzi! – mówię, machając w stronę nadjeżdżającej taksówki.

WIKTORIA

To, co mam na głowie, przypomina splątany wiatrem kołtun. Siedzimy na górnym pokładzie statku, Guido małym nożykiem kroi soczystą brzoskwinię na drobne kawałki. Między kolanami ściskam wielki słomkowy kapelusz, bo wiatr jest tak silny, że gdybym go puściła, to podmuch cisnąłby go do morza. Krystalicznie czysta woda, gdzieniegdzie białe sylwetki jachtów. Archipelag La Maddalena, niewielkie rajskie wyspy, urokliwe zatoczki, dziwaczne formacje skalne i błękit.

– Co mówisz? – pyta mąż, podsuwając mi kawałek brzoskwini na ostrzu.

– Nic nie mówię. Bo płaczę!

– Perché?! Nie wolno tu płakać!

– Płaczę z radości i ze wzruszenia! Nie wolno płakać z zachwytu?

– Jak się cieszysz, to się śmiej, a nie mi płacz! Woda jest, morze jest i ciepło jest, tak jak chciałaś. Żadnego mi tu płaczu!

– Nie rozumiesz, Guido. Jak widzę coś pięknego, to mam łzy w oczach. Jak oglądałam obrazy w Galerii Uffizi we Florencji, to też płakałam.

– Pamiętam. Kobiety!

Guido sprawia wrażenie obojętnego na to, co widzimy dookoła, chociaż on także jest pierwszy raz na Sardynii. Przede wszystkim troszczy się, czy mam co jeść i pić. Dźwiga w plecaku kilka butelek wody mineralnej, wciąż wpycha mi coś do jedzenia i pewnie jak wrócę za tydzień do Polski, będę ważyła co najmniej o pięć kilo więcej.

– A ty w ogóle się nie zachwycasz tym, co widzisz dookoła?! – pytam zaczepnie.

– Zachwycam się. Ładnie tu. Owszem.

– Guido, przestań już jeść. Zostaw ten plecak. Patrz, jak tu pięknie!

– Patrzę.

– I zrób mi zdjęcie! – Zrywam się z ławki i próbuję dojść do jednej z barierek, co nie jest łatwe, bo statek kołysze się na wszystkie strony.

 

– Siedź! Gdzie idziesz?

– Chcę zdjęcie! – wrzeszczę i kilku francuskich turystów spogląda w moją stronę.

– Znowu?! – Mój mąż wyjmuje swój telefon. – Kobiety!

Ustawiam się przy barierce. Mam włosy na twarzy, w ustach, splątują mi się na szyi i wyobrażam sobie, jak będę wyglądać na zdjęciu. Ale trudno! Widok za moimi plecami wart jest milion dolarów. Żałuję, że nie ma z nami mojego syna. Ale Jasiek uparł się, że powinniśmy jechać sami. Jest prawie dorosły, ma swoje sekrety, swoje życie, pojechał na Mazury na obóz żeglarski. Oczywiście, że się martwię, oczywiście, że staram się za często nie dzwonić, na szczęście wrzuca dużo zdjęć na swój profil. Widzę, że jest uśmiechnięty i opalony. To mi wystarczy. On też co jakiś czas zadaje mi pytania na czacie. Na przykład, czy może jechać z kumplami do Chorwacji. Jeżeli zarobi na ten wyjazd, to owszem, może. Piszę to ze skurczonym trochę ze strachu sercem, bo oczywiście już sobie wyobrażam potencjalne zagrożenia czyhające na trzech siedemnastolatków w całej Europie. Ale nie mogę być nadopiekuńczą kwoką. Jasiek wie, że może dorobić w mojej kawiarni. I wie, że to jest ciężka fizyczna praca. Nauczył się nawet obsługiwać kasę fiskalną. Płacę mu tyle samo co innym. Drugie tyle dostaje z napiwków. Ale przede wszystkim ma się uczyć.

– Zrobiłem ci z pięćset zdjęć! – biadoli mój mąż, grzebiąc w swoim telefonie. – Pamięć mi się zapchała!

Opieram się o barierkę na górnym pokładzie. Czuję słoną bryzę na ustach, na policzkach, na szyi. O tym właśnie marzyłam przez wiele ostatnich miesięcy, gdy pracowałam bez wytchnienia, bez wolnego dnia, tworząc naszą knajpkę od zera, od podstaw. Karma ma się teraz dobrze, ma stałych klientów, śliczny ogródek z parasolami. Lato to dobry czas dla takich lokali. Ludziom nie chce się gotować podczas upałów, a my mamy i klimatyzację, i chłodnik, i sernik z lodami, i mrożoną kawę, i lekkie zestawy lunchowe, i coś dla wegetarian. Oczywiście ciągle się boję, że podniosą nam czynsz, ale zaczynamy zarabiać na siebie. A to jest wielki sukces. I nasz sklepik funkcjonuje doskonale, ubranka dla psów szyte przez Olę rozchodzą się błyskawicznie. Mamy też gabinet weterynaryjny, gdzie Eryk przyjmuje cztery razy w tygodniu. Ten facet to skarb. Ciepły, mądry, dowcipny. Ciekawa jestem, jak wytrzymuje z Justyną, bo zaręczyli się miesiąc temu.

– O czym myślisz? Tylko nie mów, że o nowych biznesach, cara, bo już wystarczy, tak?!

– Tak. Myślę, że jest tu tak pięknie, że to balsam dla mojej duszy!

– Balsam dla duszi?! Lekarstwo, tak?

– Tak, Guido! Podróże to także lekarstwo! Dla mojej duszy na pewno!

– Ale obiada nie ma. A obiad opłacony! Zapytam kapitana statku, kiedy obiada! Chociaż ja prawie nie rozumiem, co on mówi, bo jego włoski jest dziwna!

Po godzinie wcinamy makaron z małżami serwowany na pokładzie. Gdy jestem we Włoszech, apetyt mam tak wielki, że muszę się hamować. Mój mąż coś mamrocze, jedząc, ale nie zwracam na to uwagi. Gdy jesteśmy w jego ojczyźnie, narzeka dużo częściej niż w Warszawie. Ale wiem, że tęsknił za swoim krajem przez wszystkie zimowe miesiące w Polsce. Teraz oboje celebrujemy włoskie wakacje, przypominając sobie, czym jest nicnierobienie na plaży, leżenie i słuchanie szumu morza, i odkrywanie sekretnych wysepek, tak jak dzisiaj.

– Nie sprawdzaj ciągle telefona! Masz urlopa, nie praca!

– Oglądam zdjęcia, głuptasie!

Podczas kolejnego przystanku, tym razem w miejscowości La Maddalena, szaleję w sklepach, nie zważając na upał. Guido ledwo za mną nadąża, dźwigając papierowe torby z prezentami.

– Po co te mioda i makarona?! – Wyciera pot z czoła i siada na jednej z portowych ławeczek pod palmą.

– Każdemu chcę przywieźć jakiś prezent. Coś, czego nie kupią w Polsce. Przecież lubisz zakupy.

– Lubię zakupy, ale nie lubię nosić zakupa! – Guido przymyka oczy i wystawia twarz do słońca.

Widzę drobne zmarszczki w kącikach jego oczu, trochę siwych włosów na skroniach, pieprzyki od słońca i dwudniowy zarost. Widzę faceta, który kocha mnie tak, jak nigdy nikt mnie nie kochał.

– Co się tak patrzysz? Mam coś na nosie?

– Nic nie masz na nosie! Lubię twój nos!

To oczywiście nieprawda, co powiedziałam Oli. Że uprawiałam seks w rezerwacie przyrody. Chciałam ją tylko rozśmieszyć, bo wiem, że miała ciężki dzień. My tylko leżeliśmy na mokrym ręczniku cali w piachu i trzymając się za ręce, patrzyliśmy w niebo. Guido coś mamrotał, że napiłby się piwa, bo gorąco. Ale przypomniałam mu, że od piwa rośnie brzuch. Zresztą nie było gdzie kupić tego piwa. Bo archipelag La Maddalena to plaże bez barów, bez sklepów, tylko piasek, piękne widoki, jachty i meduzy. Mieliśmy dwie godziny wolnego na plaży na moczenie się w wodzie, opalanie i wzdychanie z zachwytu. Nasz turystyczny stateczek kołysał się na przystani, obfotografowałam go z każdej strony na pamiątkę. Takie chwile powinno się kolekcjonować jak perełki, chować w jakimś pudełeczku i wyjmować wtedy, gdy jest źle. Niech działają jak balsam, jak lekarstwo. Dzwoni mój telefon. Nerwowo próbuję wygrzebać go z torebki. Guido stoi w kolejce po lody.

– Nie chciałam ci przeszkadzać podczas urlopu – wrzeszczy Justyna do aparatu. – Ale to ważne! Jest w Karmie klientka, która chce zrobić u nas wesele!

– Przyjęcie weselne? W przyszłym roku?

– Kto mówi, że w przyszłym roku?!

– Nie krzycz tak, świetnie cię słyszę. Myślałam, że przyjęcia weselne planuje się z rocznym wyprzedzeniem.

– Ona tak zaplanowała, ale tymczasem ta restauracja, w której miało być przyjęcie, zbankrutowała, więc przyszła do nas! Możemy zarobić, i to niemało!

– Ale kiedy ma być to przyjęcie?

– Za tydzień! Akurat zdążysz wrócić z Sardynii!

– Zwariowałaś?! Nie damy rady!

– Nie damy rady? My?! Przyjęcie weselne na sto osób. Policzyłam stoliki, oczywiście tylu nie mamy, ale mamy ogródek, a za ogródkiem jest trawnik, który można wykorzystać.

– Wykluczone! To nie jest nasz trawnik! Sąsiedzi nas zabiją! Bo głośna muzyka i tłumy ludzi!

– Przecież zrobiłyśmy już pokaz mody i nie było żadnych skarg!

– Bo zaprosiłam większość tych problematycznych sąsiadów na pokaz Oli i częstowałam ich gratisowym szampanem! Ale przecież nie zaproszę ich na cudze wesele! Justyna, pomyśl!

– Myślę! Chyba przesadzasz! To się da zrobić! A ta laska mówi, że nam pomoże!

– Jaka laska?! Justyna, ja cię prawie nie słyszę!

– Nora. Panna młoda. Złapałyśmy fajny kontakt. To się da zrobić. Zobaczysz!

Połączenie się urywa. Ciśnienie mi skacze. Doskonale znam Justynę i wiem, że jak się uprze, to nic do niej nie dociera. Może za bardzo się przejmuję? Zorganizować w tydzień wesele w naszej knajpce? Mając tylko dwupalnikową kuchenkę i psującą się mikrofalę?

– No co? – Guido podaje mi lody w ogromnym waflu. – Już zła i się martwisz?! Ktoś dzwonił z Karmy, tak? Powinni dać ci spokój na wakacjach! Co tam się znowu stało? Jakiś pies nasikał i kogoś pogryzł?

Nasza knajpka jest dogs friendly, co powoduje czasem komiczne, a czasem groźne sytuacje.

– Nikt nikogo nie pogryzł i nikt nikogo nie obsikał. Justyna chce zrobić tam przyjęcie weselne.

– Swoje?! To ja chętnie pomogę!

– Nie swoje, głuptasie! Przecież Eryk nie ma jeszcze rozwodu.

– To on ma żonę?!

Inne książki tego autora