AleksandraTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Lucyna Olejniczak, 2019

Projekt okładki

Luiza Kosmólska

Zdjęcie na okładce

© Anna Mutwil/Arcangel; Wojciech Kryński/PAP

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

Redakcja

Ewa Witan

Korekta

Katarzyna Kusojć

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8169-831-3

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Simone Chinniciego,

mojego włoskiego przyjaciela z Sycylii

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ 1

KRAKÓW, GRUDZIEŃ 1968

W powietrzu unosił się zapach drożdżowego ciasta.

Napływał od strony kuchni, wypełniał korytarz i delikatnymi smugami przeciskał się przez szpary w drzwiach od sypialni Weroniki. Poruszyła się pod ciepłą pierzyną, jeszcze w półśnie, i uśmiechnęła z rozmarzeniem. Ten zapach od zawsze kojarzył jej się z bezpieczeństwem, miłością i dzieciństwem. Zacisnęła mocniej powieki, żeby powrócić do snu, w którym właśnie trwały przygotowania do Bożego Narodzenia. Babcia z zarumienioną od gorąca twarzą wyrabiała na stolnicy drożdżowe ciasto na makowiec, a ona sama, jeszcze dziewczynka, ubierała z rodzicami choinkę…

Wigilia!

Sekundę później w głowie Weroniki pojawiła się kolejna myśl: przecież dzisiaj przychodzi Paweł z panią Marią. To ma być ich pierwsza wizyta na Grodzkiej. Rodzice i jej ukochany nareszcie się poznają.

Poczuła lekki skurcz w żołądku, radości, a zarazem niepokoju. Gwałtownie usiadła na łóżku, usiłując bosą nogą namacać kapcie na zimnej podłodze. Przecież miała od rana pomagać mamie w kuchni, a po prostu zaspała. Mama nie dość, że sama wyrobiła ciasto, to zdążyła je już włożyć do piecyka.

O nie!

Od drzwi dobiegło skrzypnięcie i stanęła w nich Emilka. Zawsze wyczuwała moment, kiedy matka się budziła. Teraz przymrużyła lewe oko i wyciągnęła przed siebie palec, jak zwykle, gdy chciała zakomunikować coś ważnego. Była jeszcze nieuczesana, na policzku miała smugę mąki, znak, że przez chwilę pomagała babci przy cieście. Przez chwilę, bo rzadko potrafiła na czymś się skupić dłużej niż przez kilka minut. No chyba że chodziło o rysowanie albo pisanie.

Albo reżyserowanie przedstawienia.

– Mamusiu – zaczęła teraz dziobać powietrze palcem, akcentując w ten sposób każde słowo – musisz szybko wstać, bo twój pokój będzie nam potrzebny do prób. Przecież ci mówiłam wczoraj…

– Wiem, wiem. – Weronika z trudem powstrzymywała rozbawienie na widok groźnej miny córki. – Zaspałam, już wstaję. Daj mi minutkę i już mnie tu nie ma.

Rzeczywiście zapomniała o próbach do wieczornych jasełek, napisanych specjalnie przez Emilkę z okazji Wigilii. Mała, Waldek i zabawki mieli być głównymi aktorami, ale, jak znała życie, Waldek dostał najdłuższą rolę mówioną. I jak zwykle będzie się buntował, ale nie odmówi ukochanej siostrze.

Jakby na potwierdzenie tych domysłów do sypialni wszedł rozgniewany syn.

– Mamo – jęknął, rzucając się na fotel – ile razy można ćwiczyć te głupie role? Powiedz jej coś. Zwłaszcza że mam być motylem, a potem pasikonikiem. A ona, oczywiście, będzie Matką Boską…

– Przecież nie możesz być Matką Boską. Jak ty to sobie wyobrażasz?

– Mógłbym być Józefem.

– Ale Józef nic nie mówi, tylko się pochyla nad Dzieciątkiem. Więc może to robić misiek.

– A motyle i pasikoniki mówią, tak? No, proszę cię…

– Przecież będziesz jeszcze diabłem – przerwała mu zniecierpliwiona Emilka.

– No tak. Chociaż tyle.

Weronika znalazła w końcu kapcie pod łóżkiem i zarzuciła szlafrok na ramiona. Od nieszczelnych okien ciągnęło wilgotnym zimnem, na zewnątrz było szaro, padał deszcz. Wyglądało na to, że szanse na białe Boże Narodzenie są raczej marne.

– Kochani – odwróciła się do dzieci, sprzątając pościel z łóżka – przestańcie w końcu. Walduś, jestem pewna, że będziesz najlepszym motylem i pasikonikiem pod słońcem, bo twoja siostra na pewno pięknie rozpisała te role. Nie kłóćcie się, dzisiaj jest szczególny dzień i nie wypada źle się zachowywać. Ubraliście już choinkę?

– Przecież dziadek jeszcze nie wrócił z rynku – odpowiedziała Emilka i oboje popatrzyli na matkę z pobłażaniem. – Poszedł ją dopiero kupić. Mamo…

– No tak – Matylda ze śmiechem machnęła ręką – wygląda na to, że wszystko przespałam. Nawet nie wiedziałam, że dziadek wyszedł. Dobrze, teraz zostawiam wam swój pokój i idę się ubrać. A wy macie się tu nie kłócić – dodała, wyciągając w ich stronę palec gestem Emilki. – No!

Dziewczynka chciała coś odpowiedzieć, ale zrezygnowała, bo jej uwagę przykuła wchodząca do pokoju czarno-biała kotka. Natychmiast podbiegła do Weroniki i otarła się o jej nogę.

***

Maleństwo znalazł przed trzema tygodniami Julek, kiedy wracał rano ze sklepu. Nie przepadał za kotami, zdecydowanie wolał psy, ale zamarznięta niemal na śmierć kuleczka natychmiast wzbudziła w nim uczucia opiekuńcze. Akurat tego dnia zrobiło się naprawdę zimno. Poprzedniej nocy spadł śnieg, a rano chwycił mróz.

– Wyobraźcie sobie – powiedział, wyciągając fuczące i prychające maleństwo zza pazuchy – że temu biedakowi łapki przymarzły do śniegu i tylko dlatego nie mógł przede mną uciec. To jeszcze dzidziuś, ale nie widziałem nigdzie matki. Musimy się nim zająć, zanim postanowimy, co dalej.

Miluś, bo tak dostał na imię kotek, zniknął na ponad tydzień za jakąś szafką w kuchni i wychodził tylko nocą, żeby coś zjeść i wypić trochę mleka. Domownicy martwili się już, że będą mieli kota widmo i że zwierzak nigdy się nie oswoi. Po tygodniu jednak zaczął się pokazywać i za dnia. Zawsze czujny, zawsze z daleka, gotów do ucieczki przy każdym wyciągnięciu ręki w jego kierunku. Najszybciej przyzwyczaił się do swojego wybawcy, czyli Julka. Tylko jemu coraz częściej pozwalał dotknąć futerka końcami palców. A futerko miał wyjątkowo piękne. Czarne z białymi wstawkami pod brodą i na brzuchu. Na pyszczku, po lewej stronie widniała podłużna biała smuga, wyglądająca jak „wąs” od mleka. Kiedy malec dał się już bez oporów wziąć na ręce i dokładnie obejrzeć, okazało się, że to kotka, więc zmieniono mu imię na Milka.

Wszystko wskazywało na to, że Milka, która miała być tylko na chwilę, zostanie w domu przy Grodzkiej już na stałe. Ku wielkiej radości dzieci, dziadka i – dużo mniejszej – babci, która w końcu musiała ulec całej zakochanej w zwierzaku rodzinie. Rozbrykana kotka zachowywała się tak, że odnosili wrażenie, jakby w domu mieszkało całe stado, a nie jeden malutki kociak. Była w każdej wysuwanej właśnie szufladzie, w każdej otwieranej szafie, pod każdym łóżkiem. I zawsze tam, gdzie ktoś postawił nogę na podłodze. Nie lubiła zamkniętych drzwi i głośno protestowała, kiedy nie mogła wejść do jakiegoś pomieszczenia. Uchylali je wtedy lekko i z rozbawieniem obserwowali pojawiającą się w szparze biało-czarną szachownicę na końcu łapki Milki. A kiedy kotka miała już dość harców, układała się Julkowi na ramieniu i, mrucząc jak mały traktorek, z czułością wylizywała mu głowę. A on szybko przekonał się do kota i już nie wyobrażał sobie domu bez tej małej psotnicy. Pozwolił nawet, co dawniej było nie do pomyślenia, żeby Milka spała razem z nim w łóżku. Najczęściej układała się na poduszce obok niego, gdzie, wtulona w zagłębienie pod brodą swojego pana, posapywała przez sen szczęśliwa. Firanki, ku niezadowoleniu Matyldy, zyskały sporo dodatkowych frędzli, z tapicerowanych mebli zwisały nitki, a dywan w pokoju przez krótki, ale intensywny czas służył za kocią ubikację. Dopiero podpowiedziany przez Pawła pomysł, by postawić w pokoju małą miskę z trocinami, gdzie kotka mogłaby załatwiać swoje potrzeby, uratował dywan przed kompletnym zniszczeniem. Mimo tych wszystkich szkód już nikt z rodziny nie wyobrażał sobie domu bez kota. Nawet początkowo niechętnie nastawiona do Milki Matylda. Kiedy myślała, że nikt nie widzi, dokarmiała kociczkę smakowitymi kąskami ze stołu.

***

Nie upłynęło dwadzieścia minut, kiedy Weronika, ubrana i odświeżona, pojawiła się w kuchni. Ze ściszonego radia dochodziły dźwięki najnowszego szlagieru. Za oknem szumiał deszcz. Ścienny zegar nad stołem pokazywał trzy minuty po dziesiątej.

– Cześć, mamo.

– Dzień dobry. – Matylda odwróciła się od kuchenki, trzymając przez ścierkę pokrywkę bulgoczącego garnka. Miała na sobie niebieski fartuszek z wyhaftowanym wizerunkiem uśmiechniętego kota.

Weronika spojrzała teraz na nią oczami dziecka, powróciły czasy, kiedy jako mała dziewczynka czuła przepełniające ją szczęście na widok krzątającej się w wigilijne przedpołudnie matki. Te przygotowania zapowiadały choinkę, prezenty, barszcz z uszkami i makowiec.

– Przepraszam, zaspałam. – Objęła Matyldę i pocałowała ją w policzek. – Ale już jestem gotowa do pomocy. Co mam robić?

– Najpierw zjedz jakieś śniadanie. A potem zobaczymy. Na razie nie jesteś mi do niczego potrzebna.

Weronika zrobiła sobie dwie kromki chleba z żółtym serem i nastawiła wodę na herbatę. Zjadła szybko, bo miała wyrzuty sumienia, że tak późno wstała.

– No więc dobrze – powiedziała, ledwie przełknąwszy ostatni kęs. – Czekam na rozkazy.

– Sama nie wiem, co mogłabyś teraz robić. Nad wszystkim panuję.

– Dobra, dobra.

Matylda była dzisiaj w swoim żywiole. Zawsze uważała się za królową kuchni i nie za bardzo lubiła się dzielić swoją władzą. Należało bardzo zabiegać, aby pozwoliła w czymkolwiek sobie pomóc.

Mimo to Weronika, z gorliwością winowajczyni, wyjęła ze spiżarki kamionkowy gar z zakwasem z buraków.

– Może zajmę się barszczykiem? Pięknie się zakisiły. – Z lubością pociągnęła nosem, zdejmując czystą ściereczkę z garnka. Wyraźnie czuć czosnek, bardzo dobrze.

 

Lubiła zapach kiszonego, jeszcze według przepisu babci Michalskiej, barszczu. Był zdecydowanie smaczniejszy niż w innych domach. Do dwóch kilogramów buraczków należało dołożyć pokrojoną w kostkę cebulę i pietruszkę, całą główkę czosnku i korzeń selera. I jako nadzwyczajny dodatek – dwie łyżki kminku. Później babcia zalewała to trzema litrami letniej wody z dwiema łyżkami cukru oraz taką samą ilością soli i odstawiała całość na kilka dni. Aromatyczny zakwas był również dobry do picia na surowo, podobno pomagał przy anemii. Nikt w rodzinie nie miał okazji tego sprawdzić, ale wszyscy wierzyli babci na słowo.

Barszcz wigilijny musiał być obowiązkowo. Babcia wrzucała zawsze do gotowania jeden suszony grzyb, nigdy więcej, a cała rodzina troszkę się z tego podśmiewała.

– Dlaczego nie dwa albo trzy? – pytali co roku, udając, że nie pamiętają jej wyjaśnień.

– Bo dwa grzyby w barszcz to za dużo – odpowiadała cierpliwie.

– To przecież tylko takie powiedzenie, babciu – usiłowali jej tłumaczyć ze śmiechem. – Znaczy, że czegoś jest za dużo, chodzi o rozrzutność.

Ale babcia wiedziała swoje. Kiedy zmarła, Matylda podtrzymywała tę tradycję. Nawet jeśli przypadkiem wrzuciła do garnka więcej niż jeden grzyb, szybko go wyławiała. I nikt już się z tego nie śmiał.

– Tylko nie zapomnij o grzybku – przypomniała teraz Weronice. – Na półce powinien stać jeszcze słój z ususzonymi, tymi z zeszłego roku. Przynieś go, proszę, bo grzyby będą mi potrzebne do pasztecików. Kapustę już nastawiłam.

Paszteciki z grzybami i kapustą to było kolejne żelazne danie na Wigilię. Dla tych, którzy nie lubili kapusty, szykowano uszka z grzybami. Weronika już ulepiła je z mamą poprzedniego dnia i teraz czekały w lodówce. Niedawny zakup bardzo się sprawdzał, niestety w środku było za mało miejsca jak na przedświąteczne przygotowania. Reszta potraw, jak pasztety i mięso, które się tam nie zmieściły, musiała być więc przechowywana w szafce na balkonie. Kruszał tam też zając, przeznaczony na drugi dzień świąt. Matylda zamierzała podać go z buraczkami.

Teraz martwiła się brakiem śniegu i prawdziwej zimy.

– Co to za święta bez śniegu? – mruczała pod nosem. – Dawniej tak nie było.

– A kto będzie w tym roku robił karpia? – Weronika postawiła na stole ogromny słój z suszonymi grzybami.

– Jak to kto? – Matylda spojrzała na nią zdziwiona. – Tata, jak zwykle. Nikt przecież nie robi takiego karpia po żydowsku jak on.

Weronika tylko pokiwała głową, ale tak naprawdę zdążyła już o tym zapomnieć przez lata swojego małżeństwa z Marcinem. Kiedy przychodzili na wieczerzę wigilijną, nikt się nie zastanawiał, kto przygotował tradycyjne potrawy. Z góry zakładano, że pani domu. Weronika przynosiła ze sobą tylko sałatki i jakąś wędlinę, którą udało jej się dostać w specjalnie wydzielonych sklepach dla równie specjalnych klientów. Marcin do takich właśnie należał.

– Tak się denerwuję tą dzisiejszą Wigilią, że nie mogłam spać w nocy. – Matylda przysiadła na chwilę na taborecie i przedramieniem odsunęła włosy ze spoconego od gorąca piekarnika czoła. – Chciałabym, żeby wszystko dobrze wyszło, a czuję jakiś taki niepokój.

– Mamo! – Weronika na chwilę przestała kroić włoszczyznę na sałatkę jarzynową. – Czym się tak mama denerwuje? Przecież będzie rodzinnie, uroczyście i smacznie. Jak zwykle.

– Ale tym razem przyjdą specjalni goście…

– Oj tam, niech mama nie przesadza.

***

Weronika wzruszyła ramionami i zaczęła jeszcze szybciej kroić marchewkę. Nie chciała się przyznać, ale sama też czuła lekką tremę. Nie bała się tego, jak Pawłowi spodoba się u nich, bo wiedziała, że rodziców nie można nie polubić. Bardziej obawiała się ich reakcji. Z powodu Marcina – byłego męża – esbeka i pijaka, który pobił ją do nieprzytomności – oboje podchodzili bardzo nieufnie do nowego partnera córki. Dało się wyczuć zdecydowany chłód i dystans obojga, kiedy im opowiadała o Pawle. Szczególnie widoczne było to u ojca. Pewnie myśleli, że ich córka z natury lgnie do brutali i damskich bokserów, w dodatku mających problemy psychiczne. Ale przecież Paweł był całkowitym przeciwieństwem Marcina. Prawie w ogóle nie pił, miał łagodne usposobienie, nigdy nie podnosił głosu. Nawet gdy jeszcze tylko pracowała u niego w antykwariacie, nigdy jej nie zrugał, choć miał prawo, bo często zdarzało jej się spóźniać albo o czymś zapomnieć.

Z drugiej strony to wcale nie takie dziwne – jak sam przyznał, już wtedy zakochał się w niej na zabój. Ona również od razu uznała swojego szefa za niezwykle interesującego, a z czasem zaczęła odczuwać coś więcej. Jakby wbrew sobie, bo przecież wtedy wciąż jeszcze miała męża i wychowywała dwójkę dzieci, nie chciała więc zbytnio się angażować, aby nie przeżyć rozczarowania, gdyby się okazało, że jej sytuacja rodzinna to jednak zbyt duży balast dla Pawła. No ale wszystko popłynęło własnym nurtem, wbrew wszelkim obawom czy racjonalnym argumentom. Po jakichś dwóch miesiącach stali się już parą. Chodzili na spacery, do kina i kawiarni, we wrześniu pojechali razem na dzień do Bochni, gdzie Paweł miał wujka, strasznego nudziarza, a w dodatku cały dzień padało. Często odwiedzała go w jego mieszkaniu. Ale – ze strachu przed reakcją ojca – nigdy jeszcze nie zaprosiła ukochanego na Grodzką.

Matka oczywiście zdążyła już go obejrzeć, bo niby to w poszukiwaniu książek kilka razy odwiedziła antykwariat, aż w końcu zastała właściciela. Zrobił na niej dobre wrażenie, co sprawiło Weronice wielką przyjemność. Ale ojciec… Nie chciał nawet o nim rozmawiać i kiedy wspominała o Pawle, szybko zmieniał temat albo krył się za gazetą.

***

Drzwi od mieszkania otworzyły się i do przedpokoju wszedł ktoś z hałasem i szuraniem. Matka i córka uśmiechnęły się do siebie porozumiewawczo, gdyż wiedziały doskonale, że to Julek z choinką.

– Zaraz będzie, że to ostatni raz… – szepnęła Weronika i z rozbawioną miną położyła palec na ustach.

Szuranie w przedpokoju ustało, do kuchni wszedł mokry od deszczu Julek, zacierając zmarznięte dłonie. Drzewko zostawił w przedpokoju.

– Ostatni raz kupuję choinkę w Wigilię – zagrzmiał od progu. – No i z czego się tak śmiejecie? Poważnie mówię. Naprawdę trudno wybrać spośród tych drapaków, które wtedy zostają na rynku. Inni kupują kilka dni wcześniej i trzymają choinki na balkonie, a my musimy właśnie ostatniego dnia!

– Kochanie – Matylda z całej siły starała się zachować powagę – mówisz tak co roku, a sam czekasz do ostatniej chwili. Pamiętasz, prosiłam cię, żebyś poszedł na plac kilka dni temu, ale powiedziałeś, że nie masz czasu.

– Bo nie miałem – odburknął. – Myślisz, że ja tak mogę sobie wyjść, kiedy chcę?

– To nie narzekaj. Lepiej pokaż nam tego drapaka.

– Jakiego znowu drapaka? – W końcu się rozchmurzył. – Udało mi się kupić piękną jodełkę. A dzieci gdzie, jeszcze ich tu nie ma? To niebywałe.

– Ćwiczą role przed jasełkami. – Weronika ściszyła głos i wskazała ręką na drzwi od sypialni. – Lepiej niech się nam tu nie kręcą po kuchni.

Niestety, dzieci usłyszały wejście dziadka i z tupotem pobiegły do przedpokoju.

– Choinka, choinka! Dziadku, jaka piękna i duża! – Przez chwilę słychać było ich pełne zachwytu okrzyki.

Matylda i Weronika poszły do nich zaciekawione, żeby też obejrzeć zakup. Rzeczywiście, choinka była piękna. Ogromna, aż pod sam sufit, gęsta i rozłożysta.

– A jak pachnie! Jak w lesie! – entuzjazmowała się Emilka.

Julek stał w drzwiach i napawał się radością rodziny. Wiedział, że jego zdobycz im się spodoba. Milka też była zachwycona. Znalazła sposób, żeby wdrapać się na jeszcze obwiązane sznurkiem drzewko, i z miną mówiącą „a spróbujcie mnie stąd ściągnąć” kołysała się niebezpiecznie na jego czubku.

– To teraz ją ubieramy! – zawołał Waldek. – Ja wkładam szpic na czubek, a ty możesz wieszać bańki i łańcuchy.

– O nie! – Emilka zrobiła surową minę. – Najpierw dokończymy próbę, a potem ubierzemy choinkę. I możesz sobie wkładać szpic, ale bańki wieszamy razem.

– Kochani – Julek uprzedził gwałtowne protesty wnuka – najpierw muszę ją obsadzić w stojaku, a więc możecie spokojnie wracać do prób. Ja sobie troszeczkę odsapnę, napiję się gorącej herbaty i jak już będę gotów, to was zawołam. Zgoda?

Waldek z nieszczęśliwą miną ruszył za siostrą do pokoju.

– A to mały tyran z tej Emilki – skwitował Julek, nalewając wody do czerwonego czajnika. – Współczuję jej przyszłemu mężowi…

Przez chwilę rozmawiali na temat Wigilii i gości, którzy mieli przyjść. Matylda z Weroniką wróciły do pracy, Julek zerkał we wczorajszą gazetę, której jeszcze nie miał czasu przeczytać. Temat gości trochę go nudził. Zresztą czyż można tak się denerwować czyjąś wizytą? Kobiety naprawdę przesadzają.

– Posłuchajcie – odezwał się nagle.

Obie odwróciły głowy w jego stronę.

– Co znowu?

– Ogłoszenie matrymonialne.

– Po co czytasz ogłoszenia matrymonialne, kochanie? – spytała Matylda kąśliwym tonem. – Planujesz coś, o czym nie wiem?

– Bo są zabawne. Dużo zabawniejsze niż te wszystkie relacje z posiedzeń partii. – Poprawił się na krześle. – Choćby to: „Mistrz lakiernik, lat 50, pozna partnerkę wielkiego charakteru w celu założenia ogniska domowego. Również innej narodowości. Wszystko inne ustnie”.

Zaśmiał się i klepnął dłonią po udzie.

– Kuszące – przyznała Weronika. – Szkoda, że już kogoś mam.

– Jeszcze nie jest za późno – odparł Julek. – Mistrz lakiernictwa ustnie musi być jeszcze atrakcyjniejszy niż w druku.

Zwinął gazetę i odłożył na czekający pod oknem stos przeznaczony na podpałkę do pieca. Były tam przede wszystkim „Przeglądy Sportowe”, „Gazety Krakowskie”, ale również „Przekroje” oraz czasopisma „Dookoła Świata” i „Motor”. Ten ostatni magazyn Julek zaczął kupować, gdy sprawił sobie syrenkę i nagle stał się wielkim miłośnikiem samochodów.

– A skoro już o tym mówimy, to twój Paweł zna się na piłce nożnej?

– Chyba tak. Wprawdzie ze mną o tym nie rozmawia, ale widziałam u niego w domu jakieś proporczyki i puchary.

– Byleby nie był za Cracovią, bo wtedy nie ma mowy, żebym go poczęstował moją nalewką.

– Tato…

Wiedziała, że ojciec żartuje, ale wciąż czuła obawy, jak tych dwóch najbliższych jej sercu mężczyzn będzie się ze sobą dogadywać. Zwłaszcza że wiedziała, iż Paweł denerwuje się nieco przed tym spotkaniem. Ojciec był żołnierzem, w czasie wojny służył w RAF-ie, on zaś nie zaliczył nawet wojska. Pewnie wyobrażał sobie Julka jako sztywnego domowego generała z wąsem jak szczotka i ostrzyżonego na jeża, despotę, który musztruje rodzinę, wydaje wszystkim komendy, a cywilów uważa za ofermy i mięczaków.

Jeśli rzeczywiście tak myślał, to chyba nie mógł się bardziej mylić.

***

– Mamooo! – Nagle rozległ się oburzony głos Emilki.

Dziewczynka wpadła do kuchni, a zaraz potem wbiegł Waldek.

Najwyraźniej znowu się pokłócili.

– Co się znowu stało? – spytała z westchnieniem Weronika.

Wierzchem dłoni wycierała oczy, załzawione od krojenia cebuli.

– Czy wy naprawdę choć przez chwilę nie potraficie grzecznie się bawić?

– Mamo, ale Waldek zniszczył skrzydło motyla, bo specjalnie zaczął nim wywijać!

– Nadal się złościsz na to, że masz być motylem? – zdziwiła się babcia. – Przecież nie musiałeś z tego powodu niszczyć skrzydła.

– To było niechcący. Akurat miałem skrzydło w ręce, kiedy ta głupia wymyśliła nagle, że mam zagrać kangura! I tak mi się jakoś machnęło… Nie złośliwie, tylko akurat w szafę.

Kangur tak ich wszystkich zaskoczył, że zapomnieli zareagować na tę „głupią”.

– Ale dlaczego kangur? – Pierwsza ochłonęła Weronika. – Nie przypominam sobie, żeby nad małym Jezuskiem pochylał się jakiś kangur…

– Mówiąc całkiem szczerze, motyl też w tym układzie wydaje się mocno problematyczny – mruknął Julek ze swojego krzesła, mieszając herbatę. – Chyba że to z jakiejś ewangelii, która nie weszła do biblijnego kanonu. Z apokryfu.

Milka już kilka minut wcześniej zdążyła się zorientować, że jej ukochany pan siedzi na krześle, leżała więc teraz na jego kolanach. Wsparła łebek na dłoni Julka i zamknęła oczy, mrucząc jak silnik syrenki. Nawet krzyki dzieci nie wyrwały jej z tego błogostanu, podniosła tylko uszy. Do hałasów regularnie wytwarzanych przez dzieci zdążyła się już przyzwyczaić, nie traktowała ich jako zagrożenia. Czuła się w tym domu bezpiecznie, co wszyscy uważali za swój sukces.

– Właśnie to jest akopryf, jak powiedział dziadziuś! – podchwyciła Emilka. Próbowała być stanowcza, ale było już widać, jak jej się trzęsie broda i jeszcze chwila, a mała wybuchnie płaczem. – W moim teatrzyku musi być kangur, bo to ja napisałam!

– To najlepsza definicja określenia licentia poetica, jaką do tej pory słyszałem – skomentował Julek. – „Bo to ja napisałam”. Świetnie, mała, brawo. Autorka rządzi.

 

Ale Emilka zdążyła się już rozpłakać.

Podbiegła do matki i wtuliła buzię w jej spódnicę.

– No już dobrze, kochanie, dobrze. Nie płacz. – Weronika przytuliła dziewczynkę, a babcia natychmiast rzuciła swoje zajęcie i uklękła przed małą. Waldek stał zdezorientowany, gotowy wybuchnąć płaczem razem z siostrą.

– Dobra – mruknął łamiącym się głosem – jak licencja, to ten jeden raz się zgadzam. Ale nie mogę być wszystkim jednocześnie – dorzucił buntowniczo. – Albo kangur, albo motyl.

– To wykreślimy pasikonika – odrzekła Emilka zniekształconym przez spódnicę mamy głosem. – Ale motylek musi zostać.

Ustalono w końcu, że motylek zostaje, tylko dziadek naprawi uszkodzone skrzydło.

– Dobrze, kochani. – Julek uznał, że czas najwyższy się wtrącić. – Kończcie te próby, bo przecież trzeba ubrać choinkę. A! – przypomniał sobie – niech któreś z was zejdzie na dół i zajrzy do skrzynki na listy. Wydaje mi się, że coś tam jest, ale byłem tak obładowany, że nie miałem jak sprawdzić.

Emilka i Waldek zerwali się natychmiast i po chwili wrócili, wymachując w powietrzu kopertami.

– To od cioci Rózi! – zawołał Waldek, odczytawszy nazwisko nadawcy.

– A ta jest do babci, tylko nie wiem skąd. – Emilka spojrzała na niebieską kopertę, oklejoną pięknymi zagranicznymi znaczkami. – Jan Ber… Bernat. Kto to jest, mamo?

– Bernat? – Weronika zrobiła minę świadczącą o tym, że nie bardzo wie, o kogo chodzi, ale Matylda szybko wytarła ręce w fartuch i sięgnęła po list.

– To przecież Jasio, syn dziadka Stefana! – zawołała uradowana. – Patrz, Lulku, to z Wiednia. Właśnie tak się ostatnio zastanawiałam, co u nich słychać i czy wuj jeszcze żyje. Dawno nie było od nich wieści.

– Jakiego dziadka? – Dzieci zrobiły duże oczy i spojrzały na Julka. Znały przecież tylko jednego.

– To mój dziadek – wyjaśniła szybko Matylda. – A właściwie cioteczny dziadek, brat mojej mamy. Chyba opowiadałam wam o nim kiedyś. Nie opowiadałam? Naprawdę?

Spojrzała na rodzinę zaskoczona. Dzieci jednocześnie pokręciły przecząco głowami i tylko Weronice zaświeciły się oczy.

– Tak – przyznała – teraz sobie przypominam. To mnie, mamuś, opowiadałaś o nim w dzieciństwie. Fajna postać.

– No to i wy koniecznie musicie posłuchać, ale nie teraz. Zrobimy sobie taki wspominkowy wieczór podczas Wigilii, dobrze? Dajcie te listy.

***

Koperta z Wiednia była grubsza, zatem najpierw otworzyli tę od Rózi. Były to, jak należało się spodziewać, życzenia świąteczne i noworoczne. Miejsca z tyłu trójwymiarowej kartki, przedstawiającej kolorową szopkę, było mało, więc Rózia zapisała każdy wolny skrawek. U nich wszystko w porządku, dzieci rosną zdrowo, interes kwitnie, tęsknią tylko za Krakowem.

Jak tylko będzie taka możliwość – pisała Rózia – musimy się wybrać do kraju, żeby dzieci mogły poznać swoje miejsce urodzenia. Kiedy wyjeżdżaliśmy, były za małe, żeby cokolwiek zapamiętać.

– Ale piękna kartka! – zachwycali się Emilka z Waldkiem.

– Ja chcę ją mieć! – krzyknęła Emilka.

– Czemu akurat ty? – zaprotestował Waldek.

Przez chwilę panowało zamieszanie, rozładowane w końcu przez Julka.

– Przypominam, że oprócz kartki są jeszcze dwa piękne znaczki. Jeden z Ameryki, drugi z Austrii. Jedno z was może wziąć kartkę, a drugie znaczki. Wybór należy do was.

Delikatnie przeniósł kotkę z kolan na podłogę. Milka spojrzała na niego ze zdziwieniem i z lekką urazą, potem się przeciągnęła i powoli ruszyła w kierunku swojej miski. Powąchała resztki ryby, którą dostała na śniadanie, po czym – wyraźnie rozczarowana – powolnym krokiem wyszła z kuchni do przedpokoju. Po chwili usłyszeli, że znów wspina się na drzewko.

Jak łatwo było przewidzieć, Waldek uznał kartkę za zbyt dziewczyńską i od razu wybrał znaczki. Emilka zastanawiała się przez chwilę, czy aby nie została oszukana, doszła jednak do wniosku, że kartka jest większa niż znaczek. A nawet niż dwa znaczki razem. No i można do niej prawie wejść. Takiego magicznego obrazka jeszcze nie miała.

Przyszedł czas na list z Wiednia. Matylda ostrożnie rozerwała kopertę, żeby nie zniszczyć znaczka, i wyjęła ze środka plik gęsto zapisanych kartek. Wystarczył jej tylko jeden rzut oka, żeby stwierdzić, że Jaś, mimo wielu lat spędzonych poza Polską, pisze piękną i poprawną polszczyzną.

Kochana kuzynko – zaczęła czytać drżącym ze wzruszenia głosem. – Dawno już się nie odzywałem, ale często człowiek nie ma nawet czasu, żeby usiąść nad listem, a jak już ma, to myśli tak rozbiegane, że nie wiadomo, od czego zacząć. Pisałem do Was zaraz po wojnie, ale wygląda na to, że listy zaginęły, bo nie było żadnej odpowiedzi. Tatko bardzo się martwił, że nie żyjecie, więc udawałem, że listy przychodzą, i opowiadałem mu, co u Was.

– Mój Boże! – Matylda przerwała czytanie – to ten powojenny bałagan. Przecież nic z Wiednia nie dostaliśmy. My też myśleliśmy, że oni tam wszyscy zginęli. Wyrzucam sobie teraz, że nie próbowałam ich odszukać wcześniej…

– Przestań – przerwał jej Julek, widząc, że za chwilę żona zacznie się obwiniać o obojętność na los rodziny. Znał ją pod tym względem doskonale. – Ważne, że znów nawiązaliście kontakt. Czytaj dalej.

Matylda westchnęła ciężko, jakby się nie do końca zgadzała z jego słowami, ale posłusznie wróciła do listu:

Dopiero niedawno przyjechał tutaj znajomy z Krakowa i to od niego wiem, że przeżyliście i nawet mieszkacie nadal pod tym samym adresem. Cieszę się bardzo, bo mogę teraz z czystym sumieniem mówić tatce, że żyjecie. Co u Was? Tyle czasu minęło, pewnie wyszłaś za mąż i masz dzieci, a może i wnuki? Ja też się ożeniłem, z dziewczyną stąd. Ewa mieszka od urodzenia w Wiedniu, ale jej rodzice byli Polakami. Mamy córkę, Wiktorię, urodziła się po wojnie, w czterdziestym dziewiątym, w maju. Jak się zapewne domyślasz, imię dostała po siostrze taty, a Twojej mamie. Tatko bardzo na to nalegał. Jest zakochany we wnuczce, która kończy właśnie studia farmaceutyczne w Wiedniu. Pięknie mówi po polsku, bardzo o to z żoną i tatą dbaliśmy. Jest śliczna i mądra, chociaż pewnie każdy ojciec tak mówi o swojej córce. Ale ona naprawdę taka jest.

Z przedpokoju dobiegł łoskot wywracającego się drzewka i szybki tupot łapek uciekającego kota.

– Waldek – zwróciła się do syna Weronika – zabierz choinkę do salonu i zamknij drzwi przed Milką.

Matylda przerwała czytanie, żeby się napić wody, bo zaschło jej w gardle. Dzieci już dawno znudziły się listem od nieznanego im krewnego i pobiegły do pudła z ozdobami choinkowymi. Z salonu dochodziły teraz odgłosy kłótni o to, co kto ma zawieszać. I w jakiej kolejności.

– Spójrz, jak on pięknie i poprawnie pisze. – Matylda uniosła kartkę, żeby mąż mógł sam to ocenić. – Zwłaszcza jeśli się weźmie pod uwagę, że Jaś mieszka w Austrii już od tylu lat.

– Raczej nic dziwnego. – Julek pochylił się i wskazał palcem fragment na dole strony. – Skoro jest nauczycielem polskiego w szkole.

– Nauczycielem? Naprawdę? Przecież, o ile dobrze pamiętam, był krawcem.

– A ty, o ile ja dobrze pamiętam, byłaś aktorką. A teraz jesteś nauczycielką.

– Rzeczywiście. Pewnie to rodzinne. Podobnie jak to, że znów jakaś Wiktoria z naszej rodziny będzie farmaceutką. Aż niewiarygodne, bo przecież tamci wychowywali się zupełnie gdzie indziej, w innych warunkach i w innym otoczeniu…

– Ale widać macie to coś we krwi.

Matylda wróciła do listu:

Co do mnie, to po wojnie skończyłem studia i zostałem nauczycielem. Krawców u nas wielu, co drugi w dzielnicy to krawiec, więc za dużą miałem konkurencję. A nauczycieli wciąż mało, więc już od lat uczę w Wiedniu języka polskiego. Przykładam dużą wagę do tego, żeby dzieci Polaków, osiadłych tu przed wojną i później, poznały język, kulturę i historię kraju swoich przodków.

Na koniec Janek napisał jeszcze kilka bardzo ciepłych słów o swojej żonie, Ewie, zapewniając, że lepszej nie mógłby znaleźć na całym świecie. Wyraził też nadzieję, że teraz kontakt z rodziną w Polsce zostanie odnowiony, głównie ze względu na tatę Stefanka, którego największym marzeniem jest odwiedzenie, jeszcze przed śmiercią, grobu swojej ukochanej siostry Wiktorii i poznanie jej rodziny.

– Tylko mi tu nie płacz teraz. – Julek popatrzył na żonę. – Jak się pokażesz naszym gościom wieczorem z takimi czerwonymi oczami? Jeszcze pomyślą, że cię biję albo co, nie daj Boże.