O mrówkach i dinozaurach

Tekst
Autor:Liu Cixin
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
O mrówkach i dinozaurach
O mrówkach i dinozaurach
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,80  51,84 
O mrówkach i dinozaurach
O mrówkach i dinozaurach
Audiobook
Czyta Wojciech Stagenalski
34,90  25,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Prolog

ISKRY

Gdyby całe dzieje Ziemi zamknąć w jednym dniu, godzina równałaby się 200 milionom, minuta 3,3 miliona, a sekunda 55 tysiącom lat. Życie pojawiłoby się już o ósmej czy dziewiątej rano, ale ludzka cywilizacja powstałaby dopiero w ostatniej dziesiątej ostatniej sekundy tego dnia. Od owego ranka, kiedy na stopniach świątyni w starożytnej Grecji filozofowie rozpoczęli pierwszą debatę… od dnia, w którym niewolnicy położyli pierwszy kamień pod fundamenty Wielkiej Piramidy… od chwili, gdy Konfucjusz powitał w rozświetlonym świecą półmroku swojej krytej strzechą chaty pierwszych uczniów… do momentu, w którym odwróciłeś pierwszą stronę tej książki, minęłaby zaledwie jedna dziesiąta tyknięcia zegara.

A co się działo z życiem na Ziemi w godzinach przed tą jedną dziesiątą sekundy? Czy przez… hmm… miliardy lat wszystkie żywe istoty tylko pływały, wędrowały, rozmnażały się i spały? Czy przez eony wszystkie organizmy były beznadziejnie głupie? Czy naprawdę nasza mała gałązka była jedyną spośród niezliczonych gałęzi drzewa życia, która została opromieniona światłem inteligencji? Wydaje się to nieprawdopodobne.

Jednak rozwinięcie się wielkiej cywilizacji z zalążka inteligencji jest nie lada czym. By się tak stało, musi zostać jednocześnie spełnionych wiele warunków, co jest zbiegiem okoliczności, który zdarza się raz na milion. Rodząca się inteligencja jest jak wątły płomyk na rozległym stepie. Może go zdmuchnąć najlżejszy powiew wiatru, a nawet jeśli będzie się nadal tlił i zdoła podpalić otaczające go zielska, na jego drodze znajdzie się zapewne jakiś strumień albo połać nagiej ziemi, które go powstrzymają i spowodują, że zgaśnie, nie wydawszy nawet jęku. Jeśli jakimś cudem zyska dość energii i rozprzestrzeni się jak pożar buszu, prawdopodobnie stłumi go potężna ulewa. Biorąc to wszystko pod uwagę, trzeba uznać, że szanse na to, iż wątły płomyk rozgorzeje wielkim ogniem, są niezwykle małe. A zatem możemy założyć, że podczas bezkresnej nocy pradziejów tu i ówdzie, wciąż na nowo, rozbłyskiwały niczym świetliki iskierki kiełkującej inteligencji.

Mniej więcej dwadzieścia minut przed północą, to znaczy mniej więcej dwadzieścia minut przed naszym nadejściem, pojawiły się na Ziemi dwa płomyki inteligencji. Moglibyśmy nazwać je iskrami. Ten dwudziestominutowy okres nie był krótkim odcinkiem czasu, bo równał się ponad sześćdziesięciu milionom lat. Była to era niewyobrażalnie odległa od naszej. Nasi przodkowie mieli się pojawić dopiero za kilkadziesiąt milionów lat. Tak więc nie było jeszcze ludzi i nawet kontynenty miały inne kształty niż dzisiaj. W skali geochronologicznej był to okres późnej kredy.

W owym czasie Ziemię zamieszkiwały gigantyczne zwierzęta zwane dinozaurami. Było wiele różnych gatunków dinozaurów, a większość z nich była absurdalnie wielka. Najcięższe ważyły ponad osiemdziesiąt ton, czyli tyle, ile ośmiuset ludzi, a najwyższe dorastały do trzydziestu metrów, czyli do wysokości czteropiętrowego budynku. Żyły na Ziemi już od ponad siedemdziesięciu milionów lat, co znaczy, że pojawiły się ponad miliard lat temu.

W porównaniu z kilkuset tysiącami lat istnienia ludzkości siedemdziesiąt milionów lat to naprawdę dużo. Dość czasu, by krople padające stale w to samo miejsce wydrążyły w ziemi ogromne przepaście, dość czasu, by nieustannie płynące prądy powietrzne zrównały górę z ziemią. Rodzaj, który przez tyle czasu ciągle ewoluuje, stanie się inteligentny bez względu na to, jak głupi był na początku. I właśnie tak stało się z dinozaurami.

W ciągu tych milionów lat odkryły one, jak wyrywać największe drzewa, usuwać z nich gałęzie i liście i przywiązywać ratanem do ich pni ogromne głazy. Jeśli głaz był okrągły lub kwadratowy, drzewo stawało się młotem, tak potężnym, że jego jedno uderzenie mogłoby zmiażdżyć samochód. Jeśli był płaski, dinozaury używały go jako megalitycznej siekiery. Jeśli zaś był spiczasty, zostawiały górne gałęzie drzewa i przekształcały pień w mierzący dziesiątki metrów oszczep. Gałęzie stabilizowały lot tego oszczepu, który pruł powietrze niczym pocisk balistyczny.

Dinozaury tworzyły pierwotne plemiona i mieszkały w ogromnych jaskiniach, które same sobie wykopywały. Ujarzmiły ogień, zachowując żarzące się szczątki drzew powalonych uderzeniami piorunów do oświetlania swych przepastnych siedzib i pieczenia jedzenia. Jako świec używały całych świerków o tak grubych pniach, że aby je objąć, musiałoby się wziąć za ręce kilku ludzi. Pisały nawet na ścianach swoich jaskiń zwęglonymi pniami, notując prostymi pociągnięciami, ile jaj złożyły wczoraj i ile młodych wykluło się dzisiaj. Co jeszcze ważniejsze, stworzyły nawet prymitywny język. Dla nas ich rozmowy brzmiałyby jak gwizd lokomotyw.

W tym samym czasie oznaki budzącej się inteligencji wykazywała jeszcze jedna grupa zwierząt żyjących na Ziemi. Mrówki. One też przeszły długi proces ewolucji; prawdę mówiąc, w tamtym momencie stopień rozwoju społeczności mrówek znacznie przewyższał poziom, który osiągnęły społeczności dinozaurów. Mrówki wzniosły miasta na wszystkich kontynentach – niektóre miały postać wielkich kopców, inne były podziemnymi labiryntami – a wiele ich kolonii zamieszkiwało sto milionów osobników. Te ogromne społeczności rozbudowały pomysłowe, ściśle zorganizowane i bardzo wydajne struktury, w których tętniło w stałym rytmie życie. Owady te komunikowały się między sobą za pomocą feromonów – niezwykle wyrafinowanych cząstek zapachowych, którymi mogły przekazywać najbardziej szczegółowe informacje – składających się na język lepiej rozwinięty od języka dinozaurów.

Jednak mimo że pierwsze przebłyski inteligencji pojawiły się u dwóch ziemskich rodzajów*, z których jednym były olbrzymie, a drugim malutkie stworzenia, oba miały fatalne wady i droga każdego z nich do stworzenia cywilizacji najeżona była przeszkodami nie do pokonania.

Największą ułomnością dinozaurów był brak zręcznych rąk. Ich potężne, niezdarne dłonie były niezrównane w walce (jeden z rodzajów dinozaurów, deinonych, miał zakrzywione i ostre jak szable pazury, którymi wypruwał wnętrzności swoim rywalom) i mogły formować toporne narzędzia, ale nie nadawały się do wykonywania skomplikowanych zadań, wytwarzania wysokiej klasy przyrządów i pisania jakichkolwiek skomplikowanych znaków. Był to wielki kłopot, ponieważ zręczność manualna jest warunkiem wstępnym rozwoju cywilizacji. Między ewolucją mózgu i czynnościami niezbędnymi dla przetrwania jakiegoś gatunku może powstać trwała więź tylko wtedy, gdy ów gatunek ma zwinne ręce.

Natomiast mrówki potrafiły wykonywać niezwykle złożone zadania i zarówno na ziemi, jak i pod nią tworzyły skomplikowane architektonicznie budowle. Ale im dla odmiany brakowało polotu i bogactwa umysłu. Gdy gromada mrówek osiągnęła masę krytyczną, zaczynały przejawiać bardzo podobną do programu komputerowego, literalną i bezbłędną inteligencję zbiorową. Kierowane tymi programami kolonie mrówek budowały jeden miejski labirynt za drugim. Ich społeczność funkcjonowała jak wielka, precyzyjnie skonstruowana maszyna, ale procesy myślowe pojedynczej mrówki, jednego z trybików tej maszyny, były rozczarowująco płytkie i powolne. Było to przyczyną upadku mrówek, gdyż myślenie twórcze potrzebne dla postępu cywilizacji jest domeną jednostek, takich jak na przykład nasi Newton i Einstein. Inteligencja zbiorowa jest ze swej natury i przyrodzonej jej zasady redundancji przeciwieństwem zaawansowanego myślenia; sto milionów nas, ludzi, mogłoby wytężać umysły i mimo to nie odkryć trzech zasad dynamiki ani nie sformułować teorii względności.

A zatem naturalnym biegiem rzeczy ani społeczność mrówek, ani społeczność dinozaurów nie mogłyby się rozwijać. Jak świadczą niezliczone przykłady zarówno przed nimi, jak i po nich, płomyki inteligencji, które zapłonęły u obu tych rodzajów, powinny zostać zgaszone przez nurt czasu i pozostać tylko efemerycznymi iskierkami w długiej nocy historii Ziemi.

Ale wtedy zdarzyło się coś nieoczekiwanego.

* Zarówno dinozaury, jak i mrówki określone są w będącym podstawą tego przekładu tłumaczeniu angielskim jako species, czyli rodzaje, podczas gdy w systematyce biologicznej te pierwsze są nadrzędem, a te drugie rodzajami z rodziny mrówkowatych (przyp. tłumacza).

1

PIERWSZE SPOTKANIE

Był zwykły dzień okresu późnej kredy. Nie sposób ustalić dokładną datę, ale był to naprawdę zwykły dzień, a na Ziemi panował spokój.

Przyjrzyjmy się kształtowi świata tamtego dnia. W owym czasie profile i miejsca kontynentów radykalnie się różniły od ich obecnych form. Antarktyda i Australia tworzyły jeden ląd, większy od każdego z nich w dzisiejszej postaci, Indie były dużą wyspą na Morzu Tetydy, a Europa i Azja dwoma oddzielnymi lądami. Dinozaury można było znaleźć głównie na dwóch superkontynentach. Pierwszy z nich, Gondwana, był kilka miliardów lat wcześniej jedynym ciągłym lądem na Ziemi. Potem rozpadł się na osobne części, a jego powierzchnia znacznie się zmniejszyła, ale wciąż był tak duży jak dzisiejsza Afryka i Ameryka Południowa razem wzięte. Drugi, Laurazja, oderwał się od Gondwany, a później stał się ziemią, którą obecnie nazywamy Ameryką Północną.

Tamtego dnia wszystkie stworzenia na wszystkich kontynentach pochłaniała tylko jedna sprawa – przetrwanie. W ówczesnym, niecywilizowanym świecie nie wiedziały, skąd się wzięły i dokąd zmierzają. Gdy kredowe słońce znajdowało się wprost nad ich głowami i cienie rzucane przez liście sagowców były najmniejsze, ich jedynym zmartwieniem było to, dokąd się udać na obiad.

 

Na skąpanej w blasku słońca polanie w gaju palm sagowych w Gondwanie środkowej pewien na razie jeszcze niczym się niewyróżniający Tyrannosaurus rex właśnie schwytał pulchnego, całkiem dużego jaszczura na południowy posiłek. Budzącymi grozę szponami rozerwał wciąż szarpiące się zwierzę na dwoje i wrzucił część ogonową do ziejącej paszczy. Gdy ją ze smakiem schrupał, poczuł się całkowicie zadowolony ze świata i z miejsca, jakie w nim zajmował.

Jednak pod ziemią daleko było do spokoju. Pościg tyranozaura za jaszczurem spowodował potężne trzęsienie ziemi w podziemnym mieście mrówek położonym zaledwie metr od lewej stopy dinozaura. Na szczęście uniknęło rozdeptania, ale teraz na powierzchnię wyległa horda jego mniej więcej tysiąca mieszkańców, by sprawdzić, co się stało.

Tyranozaur przesłaniał im ponad pół nieba; był niczym wyniosły szczyt przeszywający chmury. Dla mrówek zgromadzonych w cieniu tego masywu wyglądało to tak, jakby nagle dzień zaczął się chylić ku zachodowi. Zezując w górę, coraz wyżej i wyżej, patrzyły, jak ogon jaszczura wykonuje w powietrzu łuk i znika w przepastnej paszczy tyranozaura. Słuchały odgłosów chrupania, trzasków i łoskotów, które brzmiały jak gromy bijące z nieba. Wcześniej przy podobnych okazjach tym gromom towarzyszyły obfite opady odłamków kości i kawałków mięsa. Nawet drobny deszczyk pozostałości z uczty dinozaura zapewniał obiad całemu miastu. Jednak tym razem tyranozaur miał mocno zaciśnięte szczęki i z nieba nic nie spadało. Po paru chwilach wrzucił do paszczy drugą połowę jaszczura. Znowu rozległ się grzmot, ale i teraz nie spadł deszcz szczątków pokarmu.

Gdy tyranozaur skończył jeść, cofnął się o kilka kroków i z lubością ułożył się w cieniu do poobiedniej drzemki. Zatrzęsła się ziemia, szczyt się osunął i przekształcił w daleki łańcuch gór, a polanę ponownie zalało jasne światło słońca. Mrówki potrząsnęły z rezygnacją głowami i westchnęły. Tegoroczna pora sucha była długa i życie z dnia na dzień stawało się coraz cięższe. Były głodne już od dwóch dni.

W chwili gdy przygnębione stworzonka odwracały się w stronę wejścia do ich miasta, polaną zachwiało kolejne trzęsienie ziemi. Łańcuch górski przewracał się niespokojnie z boku na bok! Mrówki patrzyły uważnie, jak tyranozaur wkłada jeden ze swoich monstrualnych pazurów do pyska i zaczyna nim wściekle dłubać w zębach. Natychmiast pojęły, dlaczego ów stwór nie może zasnąć – między jego zębami utkwiło i drażniło go mięso jaszczura.

Burmistrzowi miasta mrówek przyszedł nagle do głowy pewien pomysł. Wdrapał się na źdźbło trawy i wysłał zgromadzonym w dole mieszkańcom kolonii feromonowy sygnał. Gdy dotarł on do pozostałych mrówek, zrozumiały, o co chodzi burmistrzowi, i przekazały tę wiadomość dalej. W miarę poruszania się ich czułek tłum ogarniało coraz większe podniecenie.

Pod wodzą burmistrza mrówki ruszyły w stronę tyranozaura uporządkowanymi czarnymi strumykami. Początkowo łańcuch górski wydawał się im niesamowicie odległy, widoczny na horyzoncie, ale niedostępny. Jednak potem niespokojny tyranozaur przekręcił się ku nim, skracając w jednej chwili dzielący je od niego dystans. Gdy się obracał, jedna z jego ogromnych dłoni spadła z nieba i legła z ogłuszającym łoskotem tuż przed burmistrzem. Wywołany tym wstrząs wyrzucił cały pochód mrówek w powietrze, a kurz, który się przy tym wzbił, ułożył się w kształt grzyba podobnego do chmury pyłu po wybuchu bomby atomowej.

Nie czekając, aż kurz z powrotem osiądzie, mrówki weszły za swoim burmistrzem na dłoń dinozaura. Leżała ona prostopadle do ziemi, tworząc urwistą skałę. Ale dla wprawionych we wspinaczkach mrówek nie była to żadna przeszkoda. Szybko wdrapały się po ścianie urwiska na przedramię dinozaura. Wciąż w zwartym szyku, wybierały drogę na szorstkiej skórze przedramienia, brnąc przez jego podobną do płaskowyżu powierzchnię, schodząc i wchodząc po stromych zboczach przecinających ją niezliczonych wąwozów i uparcie zmierzając do ramienia i paszczy tyranozaura.

Akurat w tym momencie tyranozaur podniósł ogromną rękę, by ponownie pogrzebać sobie w zębach. Mrówki, które posuwały się po jego przedramieniu, poczuły, że usuwa się im grunt pod nogami i że alarmująco wzrasta siła grawitacji. Walcząc o życie, przywarły do skóry dinozaura wszystkimi odnóżami. Jego kolosalna głowa zasłaniała im teraz pół nieba. Jego wolny oddech był jak wiatr wiejący na niebie, a pod spojrzeniem jego rozległych jak oceany oczu zatrzęsły się z trwogi.

Dostrzegłszy na swym ramieniu mrówki, tyranozaur uniósł drugą rękę, by je strzepnąć. Jego dłoń zakryła południowe słońce jak chmura burzowa i rzuciła na armię mrówek groźny cień. Patrzyły na nią z przerażeniem, gwałtownie ruszając czułkami. Burmistrz podniósł jedną ze swych przednich nóg i reszta oddziału natychmiast zrobiła to samo, wskutek czego cała kolonia stała się długą, drgającą strzałą, wymierzoną w paszczę dinozaura.

Tyranozaur na kilka sekund osłupiał, ale w końcu pojął zamiar mrówek i opuścił kończynę. Chmura burzowa zniknęła i z powrotem pokazało się słońce. Potem dinozaur otworzył paszczę i położył na ogromnym zębie palec, tworząc w ten sposób most między ramieniem i szczęką. Na ułamek sekundy mrówki się zawahały, ale burmistrz ponownie objął dowództwo i reszta kolonii bez sprzeciwu pomaszerowała za nim.

Pierwsza grupa szybko dotarła do końca palca. Stanąwszy na gładkim, stożkowatym czubku pazura, patrzyły z lękiem i podziwem w głąb jego paszczy. Miały przed sobą pogrążoną w mroku czeluść, w której zbierała się burza. Ich twarze owiewał silny, wilgotny wiatr, który cuchnął posoką, a z ciemnej otchłani dochodziło grzmienie. Gdy oczy mrówek przystosowały się do mroku, udało im się dojrzeć w oddali pas jeszcze głębszej ciemności, który stale zmieniał kształt. Dopiero po dłuższym czasie uświadomiły sobie, że jest to gardło dinozaura. To ono było źródłem owych grzmotów, które wydobywały się z żołądka dinozaura. Mrówki instynktownie skuliły się ze strachu, ale potem jedna za drugą wspięły się na jego olbrzymie zęby i ześliznęły po zboczach z gładkiego, białego szkliwa.

Potężnymi żuwaczkami zaczęły się wgryzać w różowe mięso jaszczura, które utkwiło w rozpadlinach między zębami. Żując pokarm, gapiły się na wielkie białe kolumny wznoszące się po obu stronach. Wysoko nad nimi, na podniebieniu dinozaura, lśnił złowrogo w promieniach słońca drugi rząd siekaczy, który wyglądał tak, jakby lada chwila mógł je zmiażdżyć. Ale tyranozaur przesunął już palec na górną szczękę i nieprzerwany strumień mrówek wspinał się teraz na osadzone w niej zęby i pożerał zaklinowane między nimi mięso, tworząc lustrzany obraz sceny, która rozgrywała się na dolnej szczęce.

W około tuzinie szczelin uwijało się teraz ponad tysiąc mrówek, które szybko uprzątnęły do czysta skrawki mięsa. Dolegliwość dręcząca dinozaura została usunięta! Nie rozwinął się on jeszcze w takim stopniu, by podziękować za tę przysługę, więc tylko wydał długie westchnienie ulgi. Ten nagły huragan zdmuchnął z jego paszczy wszystkie mrówki, które wzniosły się w powietrze jak czarny obłok kurzu, ale ponieważ ich ciała były niewiarygodnie lekkie, wylądowały bez szwanku metr od głowy tyranozaura. Miały pełne brzuchy i potuptały syte z powrotem do swojego miasta. Tymczasem tyranozaur przekręcił się na drugi bok, w chłodny cień, i bez trudu zapadł w drzemkę.

I to było tyle.

Kiedy Ziemia powoli się obracała, słońce przesuwało się w milczeniu ku zachodowi, cienie sagowców się wydłużały, a między drzewami przemykały motyle i chrząszcze. W oddali biły o brzegi Gondwany fale pierwotnego oceanu.

Nikt nie wiedział, że w tej najspokojniejszej chwili historia Ziemi dokonała ostrego zwrotu w nowym kierunku.

2

EPOKA EKSPLORACJI CIAŁA DINOZAURA

Dwa dni po spotkaniu mrówek z dinozaurem, równie upalnego popołudnia, ich miastem wstrząsnęło kolejne trzęsienie ziemi. Wybiegły na powierzchnię i ich oczom ukazała się wysoka postać dinozaura, w którym od razu rozpoznały tego samego osobnika, co wcześniej. Pochylony nad ziemią, czegoś na niej szukał. Gdy zobaczył kolonię, podniósł łapę i postukał się w zęby. Mrówki z miejsca zrozumiały, o co mu chodzi, i jak na komendę cały ich tysiąc poruszył z podnieceniem czułkami. Tyranozaur położył jedno przedramię płasko na ziemi i pozwolił mrówkom wdrapać się na nie. I tak powtórzyła się scena sprzed dwóch dni: kolonia urządziła sobie ucztę ze skrawków mięsa tkwiącego między zębami dinozaura, a on sam pozbył się drobnej dolegliwości stomatologicznej.

Potem przez pewien czas tyranozaur rutynowo odnajdywał miasto mrówek, by czyściły mu zęby. Wyczuwały już na kilometr jego ciężkie stąpanie, które potrafiły dokładnie odróżnić od odgłosu kroków innych dinozaurów. Na podstawie drgań ziemi mogły się nawet zorientować, w jakim idzie kierunku. Jeśli zmierzał w stronę miasta, ochoczo wylegały na powierzchnię, wiedząc, że tego dnia mają zapewnione pożywienie. Mimo że jedna ze stron biorących udział w tym obopólnym przedsięwzięciu była bardzo duża, a członkowie drugiej byli niezaprzeczalnie bardzo mali, nawiązały niebawem bardzo ścisłą współpracę.

Pewnego dnia drgania dochodzące przez ziemne sklepienie mrowiska zabrzmiały inaczej, w sposób nieznany jego mieszkańcom. Kiedy ich strumień wypłynął na polanę, by zbadać, co się dzieje, zobaczyły, że ich partner przyprowadził trzy inne tyranozaury i Tarbosaurusa bataara! Cała piątka wskazywała swoje zęby, prosząc mrówki o pomoc. Burmistrz, uznawszy, że jego kolonia nie upora się sama z tak trudnym zadaniem, wysłał szybko kilka robotnic do innych mrówczych miast w tym rejonie. Wkrótce spomiędzy drzew zaczęły się wylewać trzy potężne rzeki mrówek i na polanie zebrała się ich ponadsześciotysięczna armia. Każdy z dinozaurów potrzebował usług tysiąca mrówek, a raczej mięso wydłubane spomiędzy jego zębów mogło zaspokoić głód tylu członków ich społeczności.

Nazajutrz na czyszczenie zębów przyszło osiem dinozaurów, a kilka dni później ta liczba wzrosła do dziesięciu. Większość z nich stanowili potężni mięsożercy, którzy mieli proporcjonalny do swojej wielkości wpływ na otoczenie. Stratowały pobliskie sagowce, powiększając tym samym znacznie polanę, i jednocześnie rozwiązały kłopoty żywnościowe tuzina mrówczych miast w tamtej okolicy.

Jednak podstawa współpracy między tymi dwoma rodzajami zwierząt nie była w żadnej mierze bezpieczna. Trzeba zacząć od tego, że w porównaniu z wieloma trudnościami, które piętrzyły się przed dinozaurami – głodem, gdy zwierzyna, na którą polowały, była przerzedzona, pragnieniem, kiedy wysychały źródła wody, ranami odnoszonymi w walkach z innymi osobnikami tego samego albo innych gatunków, a także mnóstwem dręczących ich chorób – tkwiące między zębami resztki pożywienia były drobną niedogodnością. Część dinozaurów, które poszukiwały mrówek, by wyczyściły im uzębienie, robiła to z czystej ciekawości albo dla hecy. I podobnie, kiedy kończyła się pora sucha, mrówki miały jedzenia pod dostatkiem i nie musiały już uciekać się do tego niekonwencjonalnego sposobu zaspokajania codziennego zapotrzebowania na substancje odżywcze. Uczestniczenie w strasznych ucztach w podobnych do bram piekieł paszczach dinozaurów nie było większości mrówek w smak.

Dużym krokiem w stronę zacieśnienia współpracy mrówek z dinozaurami stało się przybycie tarbozaura z próchnicą. Owego popołudnia przyszło na czyszczenie zębów osiem dinozaurów, ale nawet po ukończeniu zabiegu ten konkretny tarbozaur nadal wydawał się niespokojny; można by nawet określić jego zachowanie jako nerwowe. Wyciągnął przedramię wysoko w górę, by czyścicielki nie mogły z niego zejść, a drugą łapą usilnie wskazywał swoje zęby.

Burmistrz tej kolonii poprowadził kilkadziesiąt mrówek z powrotem do wnętrza jego paszczy i wszyscy dokładnie obejrzeli rząd zębów. Szybko odkryli w gładkich ścianach szkliwa wiele dziur, z których każda była tak duża, że mogły się w niej zmieścić dwie albo trzy mrówki pracujące ramię w ramię. Burmistrz zapuścił się śmiało w jedną z nich, a za nim podążyło kilka innych mrówek. Zbadały szczegółowo ściany szerokiego korytarza. Zęby dinozaurów były bardzo mocne, więc stworzenie zdolne do wyżłobienia tunelu w tak twardym materiale było bez wątpienia kopaczem, który mógł rywalizować z samymi mrówkami.

Gdy mrówki posuwały się naprzód, badając drogę, z bocznego przejścia wyłonił się nagle czarny, dwukrotnie od nich większy robak, wymachując parą przerażających, ostrych jak brzytwa żuwaczek. Jednym ich cięciem pozbawił burmistrza głowy. Potem wyskoczyła znikąd banda innych robaków, rozdzieliła kolumnę mrówek w tunelu na części i przypuściła na nie wściekły atak. Mrówki były zbyt wyczerpane, by się bronić, więc w jednej chwili połowa z nich zginęła. Te, którym udało się wyrwać z okrążenia, przebiegły za robaki, ale szybko się zgubiły w labiryncie korytarzy.

 

Z dziury uciekło zaledwie pięcioro członków pierwotnego składu oddziału, jeden z nich uniósł ze sobą głowę burmistrza. Głowa mrówki zachowuje życie i świadomość przez dość długi czas po oddzieleniu jej od ciała, a zatem, choć brzmi to niesamowicie i jeszcze bardziej niesamowicie musiało wyglądać, burmistrz mógł się zwrócić do tysiąca obywateli swego miasta nadal stojących na przedramieniu dinozaura. Na zebraniu, które było ewidentnie większe niż zwykłe tête-à-tête, odcięta od ciała głowa burmistrza wyjaśniła sytuację, która zaistniała w uzębieniu tarbozaura, wydała ostatnie polecenie i dopiero potem wyzionęła ducha.

Do paszczy dinozaura wmaszerował oddział specjalny dwustu żołnierzy i skierował się wprost na pierwszy ząb. Jednak mimo że żołnierze byli zaprawieni w bojach, czarne robale były od nich kilkakrotnie większe. Dzięki znajomości struktury tuneli robaki odparły atak mrówek, zabijając tuzin z nich, a resztę zmuszając do odwrotu.

Kiedy zaczęło upadać morale mrówek, przybyły posiłki z innego miasta. Te mrówki były żołnierzami innego rodzaju. Chociaż mniejsze, posiadały zabójczą broń – potrafiły wyprowadzić druzgoczące uderzenie z użyciem kwasu mrówkowego. Świeżo przybyły batalion wpadł do tunelu, zajął stanowiska, obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni, wycelował odwłoki we wroga i rozpylił drobne krople kwasu. Po kilku sekundach czarne robaki przemieniły się w zwęgloną masę. Z ich szczątków unosił się ciemny dym.

Napłynął następny oddział mrówek żołnierzy. One też były stosunkowo małe, ale miały jadowe żuwaczki, a ich jad był tak silny, że wystarczyło lekkie ukąszenie, a czarny robak, drgnąwszy dwa razy, padał martwy. W wirze bitwy armia mrówek posuwała się od jednego zęba do drugiego, eliminując czarne robaki. Z każdej dziury wydobywały się opary kwaśnego dymu. Oddział robotnic wynosił zwłoki z paszczy dinozaura i składał je na jego dłoni. Wkrótce piętrzył się na niej cały stos martwych robaków, ciała wielu z nich jeszcze dymiły. Wokół tarbozaura zebrało się kilka innych dinozaurów, które patrzyły ze zdumieniem na to, co się dzieje.

Po półgodzinie usunięto ostatnie czarne robaki i bitwa się skończyła. Tarbozaur czuł w paszczy dziwny smak kwasu mrówkowego, ale zniknęły dolegliwości zębowe, na które cierpiał przez większość życia. Zaczął z podekscytowaniem ryczeć, dzieląc się radością z cudu z pozostałymi dinozaurami.

Wieść o tym szybko rozniosła się po lesie i liczba dinozaurów odwiedzających mrowisko radykalnie wzrosła. Niektóre nadal chciały tylko oczyszczenia zębów, ale większość szukała pomocy w kłopotach stomatologicznych, ponieważ próchnica zębów była powszechnym zjawiskiem zarówno wśród mięso-, jak i roślinożerców. W najbardziej pracowitych dniach na polanę ściągało po kilkaset dinozaurów, krocząc ostrożnie między wielkimi strumieniami mrówek. Była to scena tętniąca życiem. Wzrastała też odpowiednio liczba mrówek, które przybywały obsługiwać dinozaury, ale w odróżnieniu od swoich pacjentów rzadko opuszczały polanę. I tak normalnej niegdyś wielkości miasto przeistoczyło się w liczącą ponad milion mieszkańców metropolię. Zyskało sobie nazwę Cytadeli z Kości Słoniowej i stało się słynne jako pierwsze miejsce wspólnych zgromadzeń mrówek i dinozaurów.

Kiedy rozkwitł prowadzony przez mrówki interes i zakończyła się pora sucha, przestały się one zadowalać resztkami jedzenia wydłubywanymi z zębów dinozaurów. Klienci zaczęli im płacić za usługi świeżymi kośćmi i mięsem. Skoro mrówki z Cytadeli z Kości Słoniowej nie musiały już poszukiwać pożywienia, stały się profesjonalnymi dentystami. Ta specjalizacja doprowadziła do szybkiego postępu w ich technikach medycznych.

Podczas kampanii prowadzonych przeciw gnieżdżącym się w uzębieniu dinozaurów robakom mrówki często dochodziły dziurami do korzeni zębów. W miejscach, gdzie łączyły się one z dziąsłami, znajdowały grube, półprzezroczyste rury. Gdy mrówki ich dotykały, co zdarzało się na przykład podczas walk z robakami, paszcze dinozaurów ulegały gwałtownym wstrząsom, przypominającym do złudzenia trzęsienia ziemi. Z czasem mrówki zrozumiały, że stymulowanie tych rur sprawia dinozaurom ból; później nazwały te struktury nerwami.

Mrówki od dawna znały pewne dwulistne zioło, które mogło odebrać im czucie w członkach – sparaliżować je na tyle, że nie czuły bólu, gdy została im oderwana kończyna – i uśpić je, niekiedy na kilka dni. Teraz zaczęły obmywać sokiem z tego zioła nerwy w korzeniach zębów dinozaurów, wskutek czego kontakt z nimi nie powodował już trzęsień ziemi. W dziąsłach dinozaurów z chorobą zębów często występowały zakażenia, ale mrówki znały również inne zioło, którego sok przyspieszał gojenie się ran. Polewały więc nim wrzody w dziąsłach dinozaurów, które po tych zabiegach szybko znikały.

Stosowanie tych środków przeciwbólowych i przeciwzapalnych umożliwiało mrówkom nie tylko usuwanie plagi robaków pasożytujących na zębach, ale także leczenie innych dolegliwości, takich jak paradentoza. Jednak do prawdziwego przełomu w technologii medycznej mrówek doprowadziła eksploracja ciała dinozaura.

Mrówki były naturalnymi eksploratorami, bynajmniej nie z ciekawości, bo nie były ciekawskimi stworzeniami, lecz z instynktownej potrzeby powiększania swojej przestrzeni życiowej. Od czasu do czasu podczas eksterminacji robaków albo wlewania leku w dziury w zębach dinozaurów zerkały w otchłań ich jam gębowych. Ten mroczny, wilgotny świat wewnętrzny budził w nich pragnienie, by zapuścić się w głąb tych przepastnych jaskiń, ale zawsze powstrzymywała je obawa przed kryjącymi się tam zagrożeniami.

Wiek eksploracji ciała dinozaura zapoczątkowała niejaka Daba, pierwsza znana z imienia mrówka w spisanej historii cywilizacji epoki kredy. Po wielu przygotowaniach skorzystała z okazji nadarzającej się przy leczeniu dziury wywierconej przez robaka i powiodła dziesięciu żołnierzy i dziesięć robotnic w wilgotne głębiny jamy gębowej tyranozaura.

Walcząc z niezwykłą wilgotnością otoczenia, ekspedycja ruszyła długim przesmykiem, który tworzył język. Jego powierzchnia, usiana kubkami smakowymi, wyglądała jak rozległa megalityczna budowla z oślizłych białych głazów ciągnących się hen w ciemną dal. Eksploratorzy wybierali między nimi drogę. Gdy dinozaur otwierał i zamykał paszczę, przez luki między jego zębami docierało światło, które migało na horyzoncie jak błyskawice, a oblewane nim megalityczne kubki smakowe rzucały długie, drgające cienie. Przy poruszeniach języka cały przesmyk wznosił się i opadał jak wzburzone morze, powodując falowanie megalitów. A za każdym razem, gdy tyranozaur przełknął ślinę, przesmyk zalewały z obu stron wezbrane lepkie wody i zmuszały mrówki do przywierania do kubków smakowych w obawie przed zmyciem z jego powierzchni. Był to prawdziwy koszmar, ale nieustraszone mrówki czekały cierpliwie, aż powódź opadnie, a potem parły dalej.

W końcu dotarły do nasady języka. Światło było tam dużo słabsze i ukazywało zaledwie zarysy wlotów dwóch ogromnych jaskiń. W jednej z nich hulał silny wiatr, który na zmianę to zasysał, to wywiewał powietrze, zmieniając co dwie–trzy sekundy kierunek. W drugiej nie było najlżejszego powiewu, za to z jej niewidocznej głębi dobiegało odbijające się echem od jej ścian dudnienie, znane mrówkom z czasów pracy nad zębami, ale dużo, dużo głośniejsze, bardzo podobne do nieustannych grzmotów piorunów. Ten tajemniczy i straszny dźwięk zniechęcał mrówki bardziej niż wicher dmący w drugiej jaskini, więc postanowiły spróbować zbadać wietrzny korytarz. Później dowiedziały się, że był to przewód oddechowy dinozaura, a korytarz, z którego dochodziły napełniające je strachem odgłosy, był jego przełykiem.