ZmartwychwstanieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

XXIII.

Nareszcie przewodniczący zakończył przemówienie, a wziąwszy ze stołu, spisane na arkuszu zapytania, podał je prezesowi sądu przysięgłych. Przysięgli ruszyli z miejsca zadowoleni, że przecież wyjść mogą i zażenowani, nie wiedząc co robić z sobą, poszli jeden za drugim do izby obrad. Skoro drzwi się zamknęły, w tej chwili podszedł żandarm i z gołym pałaszem stanął na warcie. Oddalili się sędziowie, wyprowadzono podsądnych. Sędziowie przysięgli, dostawszy się do izby obrad, przedewszystkiem zapalili papierosy.

Nienaturalne i fałszywe położenie, w jakiem się czuli podczas posiedzenia w sali sądowej, przeszło z miejsca hańby do izby obrad, a zaciągnąwszy się dymem papierosów, zaczęli, rozsiadłszy się, ożywioną rozmowę.

— Dziewczyna nic nie winna, ot, wciągnęli ją — rzekł dobroduszny kupiec. — Trzeba uwzględnić jej położenie.

— O tem się naradzimy — przemówił starszyna. — Nie powinniśmy ulegać osobistym wrażeniom — Porządne zdanie sprawy dał przewodniczący — zauważył pułkownik.

— A doskonałe, tyłkom co nie zasnął.

— Rzecz najważniejsza, że służba nicby nie wiedziała o pieniądzach, gdyby Masłowa nie była z nią w porozumieniu — rzekł subiekt z typem żydowskim.

— Więc cóż — według pańskiego rozumienia, ona ukradła?

— Nigdy nie uwierzę — wołał dobroduszny kupiec. — Ta szelma z czerwonemi oczyma urządziła cały pasztet.

— Wszyscy również dobrzy — przemówił pułkownik.

— Przecież ona utrzymuje, że nie była w numerze.

— Wierz jej pan, wierz. Jabym nigdy w życiu nie uwierzył tej łajdaczce.

— Więc i cóż? To nie dosyć, że pan nie wierzysz.

— Miała klucz.

— Więc cóż, że miała — dowodził kupiec.

— A pierścionek?

— A przecież mówiła! — zawołał znów kupiec.

— Kupczysko popędliwe, skoro jeszcze podpił, więc ją poturbował. A potem, rzecz naturalna, zrobiło mu się żal dziewczyny. Masz — powiada — i nie płacz.

— Cóż... chłop zdrowy... słyszeliście przecież, dwanaście werszków- — ośm pudów ważyła.

— No... nie w tem grunt sprawy — rzekł Piotr Harasimowicz. — Najważniejsze, czy ona podmówiła i ułożyła wszystko — czy służba?

— Służba sama nicby zrobić nie mogła. Ona miała klucz.

Rozmowa bez związku ciągnęła się dość długo.

— Pozwólcie panowie — rzeki przewodniczący. — Siądźmy i obradujmy.

— Proszę panów — rzeki, siadając na miejscu prezydyalnem.

— Łajdaczki są i te dziewki — rzekł subiekt — a na dowód winy Masłowej przytoczył, że jedna z takiego fachu ukradła na ulicy, z kieszeni, zegarek jego koledze.

Pułkownik z tegoż samego powodu zaczął opowiadać jeszcze bardziej interesujący wypadek kradzieży srebrnego samowara.

— Panowie! proszę podług pytań — przemówił prezydujący, stukając w stół ołówkiem.

Wszyscy zamilkli. Pytania były następujące:

1) Czy jest udowodnionem dostatecznie, że włościanie ze wsi Borki, w powiecie Kropiwinskim położonej, Szymon, syn Piotra Kartinkin, lat 33 wieku liczący, w dniu 17 stycznia 1880 roku, w mieście N., w zmowie z innemi osobami dał do wypicia w koniaku truciznę z zamiarem pozbawienia życia kupca Smielkowa, a to celem ograbienia tegoż, że wskutek tej trucizny nastąpiła śmierć Smielkowa, że nareszcie przywłaszczył sobie należące do osoby wyżej wymienionego kupca 2,500 rubli i pierścień brylantowy?

2) Czy toż samo przestępstwo dowiedzionem zostało mieszczance, Eufemii Boczkowej, lat 43 liczącej?

3) Czy dowiedzionem zostało przestępstwo, w pierwszym pytaniu zawarte, mieszczance Katarzynie Michajłownie Masłowej, lat 27 liczącej?

4) Jeżeli przewinienie, zawarte w pierwszym punkcie, nie daje się stosować do Eufemii Boczkowej, to czy jest dowiedzionem, że ona w dniu 17 stycznia 18... r., pełniąc służbę w hotelu Maurytania, w mieście N., przywłaszczyła sobie potajemnie z zamkniętego kufra, gościa tegoż hotelu, kupca Smielkowa, w pokoju tegoż gościa znajdującego się, 2500 rubli, otworzywszy kufer przyniesionym i dobranym kluczem?

Przewodniczący — odczytał pytanie pierwsze.

— Jakże sądzicie, panowie?

Na to pytanie odpowiedziano bardzo szybko. Wszyscy zgodzili się „tak, winien”, przyznając go uczestnikiem tak kradzieży, jak i otrucia. Nie zgodził się tylko na przyznanie winnym Kartinkina stary artelszczyk, który na wszelkie zapytania odpowiadał w duchu uniewinniającym.

Przewodniczący myślał, że nie pojmuje zarzutów, bo przecież wszyscy mówią, że winien jest, ale artelszczyk odpowiedział, że rozumie doskonale, ale lepiej zawsze przebaczyć, „My także nie święci” — mówił i został przy swojem zdaniu.

Na pytanie drugie o Boczkowej, po długich rozprawach — odpowiedziano, że „niewinna”, ponieważ nie było jawnych dowodów udziału w otruciu, na co osobliwie zwrócił uwagę i obrońca.

Kupiec, chcąc uniewinnić Masłową, dowodził, że Boczkowa jest tu najgłówniejszą przestępczynią.

Wielu z przysięgłych było tegoż samego zdania, ale przewodniczący, trzymając się litery prawa, utrzymywał, że niema podstawy uważać Boczkowej za wspólniczkę w otruciu. Po długich sporach, zdanie przewodniczącego zwyciężyło.

Na punkt 4, Boczkowej dotyczący, odpowiedziano „winna”, ale za wstawieniem artelszczyka przyznano okoliczności łagodzące.

Trzecie, pytanie dotyczące Masłowej, wywołało spór zacięty. Przewodniczący dowodził, że winna i otrucia i kradzieży. Kupiec, pułkownik, subiekt i artelszczyk byli przeciwnego zdania. Pozostali wahali się i zdanie przewodniczącego zaczęło przemagać, najwięcej dlatego, że byli zmęczeni i pragnęli, aby prędzej rzecz zakończyć.

Niechludow był przekonany i z toku śledztwa, i z tego, co wiedział o Masłowej, że jest ona zupełnie niewinną. Nie wątpił, że wszyscy przysięgli będą tegoż samego zdania.

Skoro jednak wskutek niezręcznej obrony kupca, któremu Masłowa widocznie podobała się, wskutek uporu przewodniczącego i zmęczenia wszystkich, sprawa zaczęła się chwiać i przybierać obrót niepomyślny, zamyślał bronić oskarżoną. Ale bał się, żeby nie wykrył się stosunek jego do niej. Więc czerwieniał i blednął, i chciał przemówić, ale wyręczył go Piotr Harasimowicz.

— Sądzisz pan — rzekł do przewodniczącego — że dlatego ukradła, bo miała klucz? A czy nie mogli numerowi otworzyć później dobranym kluczem?

— Ma się rozumieć — racya — potakiwał kupiec.

— Po cóż miała kraść pieniądze, nie mając ich gdzie schować?

— Właśnie obciąłem to powiedzieć — dodał kupiec.

— Daleko słuszniej utrzymywać, że ów przyjazd poddał myśl numerowym. Skorzystali ze sposobności, a potem wszystko zwalili na nią.

Harasimowicz mówił w rozdrażnieniu, a ton ten podrażnił przewodniczącego i zaczął tem więcej upierać się przy swojem. Ale Piotr Harasimowicz dowodził tak przekonywająco, że większość zgodziła się z nim na to, że Masłowa nie ukradła ani pieniędzy, ani pierścionka, i że pierścionek był jej darowany. Skoro zaś zaczepiono sprawę otrucia, gorący obrońca kupiec oświadczył, ze należy ją również uniewinnić, bo przecież nie miała żadnego powodu truć, Smielkowa. Przewodniczący znów utrzymywał, że jest winną, ponieważ przyznała się sama, że dała proszek.

— Dała — ale myślała, że to opium.

— I opium także jest trucizną — rzekł pułkownik, lubiący zawsze odchodzić od rzeczy i przy tej sposobności zaczął opowiadać, jak żona jego szwagra otruła się opium i byłaby umarła, gdyby nie to, że doktór był w pobliżu i doraźnie przedsięwzięto wszelkie środki. Pułkownik opowiadał to z taką powagą i pewnością siebie, że nikt nie śmiał mu przeczyć.

Tylko subiekt ośmielił się przerwać mu, aby opowiedzieć wiadome sobie wydarzenie.

— Niektórzy tak przyzwyczajają się, że mogą po 40 kropli zażywać. Mam krewnego...

Ale pułkownik nie dał się zbić z tropu i w dalszym ciągu opowiadał o skutku działania opium na żonę swego szwagra.

— Ależ panowie! to już piąta godzina — rzekł jeden z sędziów.

— Więc jakżeż panowie — zwracając się do wszystkich pytał przewodniczący. — Uznamy jako winną, ale bez zamiaru grabieży i przywłaszczenia sobie pieniędzy. Tak, czy nie?

Piotr Harasimowicz, zadowolony ze zwycięztwa zgodził się.

— Ale przyznać okoliczności łagodzące — dodał kupiec.

Zgodzili się wszyscy. Tylko jeden artelszczyk obstawał przy tem, aby dodać „niewinna.”

— Przecież to wychodzi na to — tłomaczył przewodniczący. — Nie miała zamiaru grabieży, nie chciała przywłaszczyć sobie pieniędzy, więc niewinna.

— Wal pan tak i dołóż okoliczności łagodzące. Rozumie się przez to, że należy oczyścić i z reszty wesoło zakonkludował kupiec.

Wszyscy tak byli zmęczeni, tak zabrnęli w dyskusyi, że nikomu nie przyszło do głowy, dodać przy odpowiedzi „tak”, ale bez zamiaru pozbawienia życia.

Niechludow był wzburzony, i na ten szczegół nie zwrócił uwagi. Więc tej treści odpowiedź wniesiono do izby sądowej. Rabelais opisuje, że pewien prawnik, odczytawszy stronom kilkanaście łacińskich, stronic i przeczytawszy paragrafy, zaproponował, aby przeciwnicy rzucili kości, cetno, czy licho; jeśli cetno, racyę ma powód, jeśli licho, zapozwany. Tak było i w tym wypadku. Wyrok zapadł nie dlatego, żeby się nań wszyscy zgodzili, ale dlatego, że prezes sądu, rozwodząc się nad miarę, zapomniał zaznaczyć, że przysięgli mogą napisać „tak, ale bez zamiaru pozbawienia życia.” Podpułkownik strasznie długo i nudnie opowiadał o otruciu żony swojego szwagra. Niechludow był wzburzony i błędu nie zauważył, a Piotr Harasimowicz akurat pod tę porę wyszedł z izby przysięgłych.

 

Sędziowie przysięgli zadzwonili. Żandarm, stojący przy drzwiach, schował szablę do pochwy i odstąpił. Sąd zajął swoje miejsca, a przysięgli jeden za drugim wyszli z sali obrad.

Starszyna niósł uroczyście wyrok. Zbliżył się i podał przewodniczącemu. Przewodniczący przebiegł go oczyma i założywszy ręce, zwrócił się do kolegów celem narady. Prezesa sądu zdziwiła niepomału konkluzya przysięgłych, bo zastrzegłszy się „bez zamiaru ograbienia” nie zaznaczyli następnie „bez zamiaru pozbawienia życia.” Sens wyroku był taki: „Masłowa nie ukradła, nie ograbiła, a przecież otruła człowieka bez żadnego widocznego powodu i celu.”

— Patrzaj pan, jakie porodzili głupstwo — rzekł prezes do kolegi, siedzącego po lewej stronie. Przecież za to katorga, a dziewczyna niewinna.

— Jakto niewinna? — przemówił surowy sędzia.

— Rzecz prosta, że niewinna. Podług mnie, należy zastosować tutaj artykuł 818.

(Nb. Artykuł 818 opiewa, że jeżeli sąd uzna wyrok za niesprawiedliwy, to ma prawo znieść orzeczenie przysięgłych).

— A pan jak sądzisz? — zwrócił się prezes do litościwego kolegi.

— Ja myślę, że należy tak zrobić — była odpowiedź.

— A pan? — zapytał prezes kolegi surowego.

— Pod żadnym pozorem — odrzekł tenże stanowczo. — I tak wydziwia prasa, że przysięgli uniewinniają zbrodniarzy. Cóż dopiero powiedzą, gdy sąd pocznie uniewinniać. Stanowczo jestem przeciwny.

Prezydujący spojrzał na zegarek.

— Szkoda, ale cóż robić. I podał starszynie wyrok do odczytania.

Powstali wszyscy, a prezes przysięgłych odkaszlnął, przestąpił z nogi na nogę i przeczytał pytania i odpowiedzi. Na twarzach wszystkich członków sądu, sekretarza, adwokatów, nawet prokuratora, malowało się zdziwienie.

— Oskarżeni siedzieli nieruchomi, oczywiście nie pojmując, o co chodzi. Znów usiedli wszyscy, a prezes sądu zapytał podprokuratora: jakiej karze uledz mają oskarżeni?

Prokurator uradowany, niespodziewanem powodzeniem, osobliwie co do Masłowej, przypisując ten sukces swemu krasomówstwu, zajrzał do jakiejś książki — wstał i rzekł:

— Do Szymona Kartinkina proponowałbym zastosować artykuł 1452 i czwarty punkt paragrafu 1453. Do Eufemii Boczkowej artykuł 1659, zaś do Katarzyny Masłowej, artykuł 1454.

Były to najwyższe kary, jakie zastosować było można.

— Sąd oddali się dla zredagowania wyroku — rzekł, wstając, przewodniczący.

Wszyscy ruszyli z miejsc i zadowoleni z ukończenia dobrej sprawy, zaczęli jużto wychodzić, już spacerować po sali.

— A tośmy, kochany panie, struli babę — rzekł Piotr Harasimowicz, podchodząc do Niechludowa, któremu coś starszyna opowiadał. Myśmy ją do katorgi wpakowali!

— Co pan mówisz — krzyknął Niechludow, nie zważając tym razem na poufałe zachowanie się nauczyciela.

— Naturalnie, nie napisaliśmy w odpowiedzi: „tak, bez zamiaru pozbawienia życia”, w tej chwili mówił mi sekretarz, że prokurator chce ją zapakować na 15 lat ciężkich robót.

— Przecież panowie zgodziliście się, aby tak napisać — wtrącił starszyna.

— Ja wtenczas wyszedłem z izby obrad, a panowie przegapiliście — rzekł Piort Harasimowicz.

— Nigdy nie myślałem — rzekł Niechludow.

— Trzeba było myśleć.

— To przecież można poprawić — rzekł Niechludow.

— Rychło, po niewczasie. Już nie można.

Niechludow spojrzał na podsądnych. Ci, których losy, ważyły się w tej chwili, siedzieli przed kratą nieruchmo, pod strażą żołnieirzy. Maslowa uśmiechała się czegoś.

Zła myśl wkradła się do głowy Niechludowa. Przedtem nie wiedząc, jaki los ją spotka, nie wiedział, jak należy z nią postąpić. Położenie było trudnem. Katorga i Sybir przecinały wszystko. Raniony ptak przestał trzepotać się w siatce myśliwskiej — nie dawał już znaku o sobie.

XXIV.

Przypuszczenia Piotra Harasimowicza były słuszne. Powróciwszy z sali narad, prezes sądu wziął wyrok i przeczytał:

18... roku d. 27 Kwietnia wedle ukazu Jego Cesarskiej Mości. Wydział karny sądu okręgowego w N., na mocy decyzyi sądu przysięgłych i na podstawie 38 paragrafu art. 771, 3-go par. art. 776 w post. 777 Ustaw. Kod. Karnego skazuje: Włościanina Szymona Kartinkina, 33 lata wieku liczącego, i mieszczankę Katarzynę Masłową 27 lat wieku liczącą, na pozbawienie wszelkich praw stanu i zesłanie do ciężkich robót: Kartinkina na 8 lat, a Masłowę na 4 lata, ze skutkami dla obojga wedle 25 parag. Ustawy o karach.

Mieszczankę zaś Eufemię Boczkową, 43 lata wieku liczącą, po pozbawieniu wszelakich szczególnych osobiście i wedle stanu nabytych praw i przywilejów, skazać na więzienie trzyletnie, ze skutkami wedle 49 paragr. Ustawy o karach. Koszta sądowe rozdzielić w równej części na podsądnych, a w razie niezamożności tychże, pokryć z funduszów skarbowych.

Dowody rzeczowe, sprawy tej dotyczące, sprzedać, pierścionek oddać komu należy, naczynia zniszczyć.

Kartinkin stał wyprostowany, trzymając ręce z rozstawionemi palcami po żołniersku i mieląc szczękami. Boczkowa wydawała się zupełnie spokojną. Masłowa, usłyszawszy wyrok, oblała się ciemnym rumieńcem.

— Jam niewinna — niewinnam! — krzyknęła rozpaczliwie. — To niesprawiedliwie! Jam nic niewinna. Nie chciałam, nie pomyślałam nawet. Mówię prawdę. Szczerą prawdę. — I upadłszy na ławkę zapłakała głośno.

Kiedy Kartinkin i Boczkowa już wyszli — Kasia stała wciąż i płakała tak, że żandarm musiał pociągnąć ją za rękaw chałatu.

— Nie — tego tak zostawić nie można — rzekł sam do siebie Niechludow, zapomniawszy zupełnie o złej poprzedniej myśli. I sam nie wiedząc dlaczego, wyszedł szybko na korytarz, aby raz jeszcze na nią popatrzeć.

AV drzwiach cisnął się ożywiony tłum publiczności przysięgłych sędziów i adwokatów, zadowolonych z ukończenia sprawy — przeto musiał zatrzymać się nieco.

Skoro wydostał się na korytarz, Masłowa była już daleko. Szybkim krokiem, nie myśląc o tem, że zwraca uwagę na siebie — dogonił ją, minął i zatrzymał się. Przestała już płakać, tylko wzdychała gwałtownie, ocierając czerwono pocentkowaną twarz rogiem chustki. Przeszła obok niego, nie oglądając się.

Przepuściwszy ją mimo siebie, powrócił spiesznie, aby zobaczyć się z prezesem sądu. Ale prezes już wyszedł, więc dopędził go w przedsionku.

— Panie prezesie — rzekł podchodząc właśnie w tej chwili, gdy prezydujący, nałożywszy jasne palto, brał z rąk szwajcara laskę ze srebrną gałką. — Czy mogę pomówić z panem prezesem o sprawie, która była sądzoną? Jestem przysięgły.

— A książę Niechludow — bardzo mi przyjemnie. — Miałem zaszczyt spotykać już pana — rzekł prezes, ściskając podaną rękę i przypominając sobie z zadowoleniem, z jakiem życiem i ochotą tańczył — lepiej niż młodzi, na tym wieczorze, na którym spotkał się z Niechludowym. — Czemże służyć mogę?

— Zaszło nieporozumienie w odpowiedzi przysięgłych odnośnie do Masłowej. Przecież ona nie otruła, a skazano ją do ciężkich robót.

— Wyrok wydany na podstawie opinii panów — odrzekł prezes, postępując ku wyjściu. — Przyznać muszę, że odpowiedzi wydały nam się niezgodnemi z istotą rzeczy, W tej chwili przypomniał sobie, iż chciał zwrócić uwagę sędziów, jako odpowiedź twierdząca bez wykluczenia zabójstwa z rozmysłem potwierdzać będzie też zabójstwo. Ale spiesząc się, nie zrobił tego.

— Zgoda — ale przecież można pomyłkę poprawić.

— Zapewne. — Do kasacyi zawsze powód się znajdzie.

— Trzeba poradzić się adwokatów — mówił, nałożywszy kapelusz trochę na bakier i dalej posuwając się ku wyjściu. — Pan także wychodzi?

— Tak — odrzekł Niechludow, nakładając palto, i poszedł z prezesem.

Na dworze było jasno i wesoło. Szli, rozmawiając głośniej, bo na ulicach było gwarno.

— Dziwne położenie, rzeczywiście dziwne — mówił prezes podniesionym głosem. — Masłową czekało jedno z dwojga: albo zupełne uniewinnienie, to znaczy więzienie z zaliczeniem tego, co już odsiedziała, a może tylko zwykły areszt, albo ciężkie roboty. Niema drogi pośredniej. Gdyby w odpowiedzi dodano „bez zamiaru pozbawienie życia”, sąd byłby ją uniewinnił.

— Nie mogę sobie darować, żem pozwolił na taki wyrok.

— Otóż w tem cała istota rzeczy... — rzekł prezes, uśmiechając się i patrząc na zegarek.

Brakowało tylko trzy kwadranse do ostatecznego terminu, wyznaczonego przez Klarę.

— Teraz — jeśli pan zechce — należy poradzić się adwokata.

— Trzeba znaleźć powód do kasacyi — to bardzo łatwo. Na Dworzańską — rzekł, zwracając się do dorożkarza — 30 kopiejek — zawsze tyle płacę.

— Proszę jaśnie wielmożnego prezesa.

— Żegnam szanownego pana. Jeśli mogę czem służyć, proszę. Dworzańska, dom Dwornikowa, łatwo spamiętać.

I skłoniwszy się uprzejmie odjechał.

XXV.

Świeże powietrze i rozmowa z prezesem uspokoiły nieco Niechludowa. Myślał o tem, że uczucie, jakiego doświadczał, było nieco wyegzaltowanem wskutek niezwykłych warunków, w jakich przepędził pierwszą dnia połowę.

— Ma się rozumieć — dziwny i niezwyczajny zbieg okoliczności! Koniecznie trzeba zrobić wszystko, co można, aby ją ocalić, dowiedzieć się w sądzie, gdzie mieszka Fanarin albo Mikiszyn. Byli to dwaj najpierwsi adwokaci.

Niechludow powrócił do sądu, zdjął paltot i poszedł na górę. W pierwszym korytarzu spotkał Fanarina. Zatrzymał go, mówiąc, że ma do niego interes. Fanarin znał go osobiście — i odrzekł, że gotów zawsze na usługi.

— Jestem zmęczony — ale jeśli to nie wiele zajmie czasu, proszę opowiedzieć sprawę pańską. — Chodźmy tutaj.

I Fanarin wprowadził Niechludowa do jakiegoś pokoju, zapewne gabinetu któregoś z sędziów. Siedli przy stole.

— Proszę, o co chodzi?

Przedewszystkiem proszę o dyskrecyę. Nie chcę, aby ktokolwiek wiedział, że mnie ta sprawa zajmuje.

— Rozumie się samo przez się... Więc?

— Zasiadałem w sądzie przysięgłych. Skazaliśmy niewinną kobietę na ciężkie roboty. To mnie trapi.

Niechludow zarumienił się i zmieszał. Fanarin spojrzał na niego bystro — i znów spuścił oczy.

— Więc co... dalej?

— Zasądziliśmy niewinną — więc chciałbym wyrok zmienić i pójść do wyższej instancyi.

— Do senatu — sprostował Fanarin.

— Więc proszę pana, abyś był łaskaw zająć się tem.

Niechludow chciał skończyć od razu i mówił dalej:

— Wszelakie koszta biorę na siebie. — Nie chodzi mi zupełnie o wydatek. — I zarumienił się.

— Ułożymy to — uśmiechając się pobłażliwie z jego niedoświadczenia, odpowiedział adwokat.

— O cóż idzie? Niechludow opowiedział.

— Dobrze. — Jutro wezmę akta i rozpatrzę sprawę. A pojutrze — źle mówię, w czwartek, proszę być u mnie o godzinie szóstej wieczorem.

dam odpowiedź. Tak, tak. No, chodźmy — bo jeszcze mam tu coś niecoś załatwić.

Niechludow pożegnał się i wyszedł.

Rozmowa z adwokatem i myśl, że poczynił odpowiednie kroki celem obrony Masłowej, jeszcze go więcej uspokoiły. Wyszedł na ulicę. Dzień był śliczny. Wesoło odetchnął świeżem, wiosennem powietrzem. Dorożkarze podjeżdżali, ale poszedł piechotą — i cały rój myśli o Kasi, o postąpieniu z nią zakrążył w jego głowie.

— Nie, o tem pomyślę później — rzekł sam do siebie. — Teraz trzeba się trochę rozerwać, otrząsnąć z przykrych wrażeń.

Przypomniał sobie obiad u Korczaginów i spojrzał na zegarek. Jeszcze był czas. Przechodził tramwaj. Skoczył do niego. Wysiadł na placu, wziął dobrą dorożkę i za dziesięć minut już stanął przed bramą dużego domu Korczaginów.