Wojna i pokój. Tom 8Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Lew Tołstoj

Wojna i pokój

Tom VIII


Wydawnictwo Psychoskok

Konin 2018

Lew Tołstoj „Wojna i pokój”

Copyright © by Lew Tołstoj, 1894

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2018

Zabrania się rozpowszechniania, kopiowania

lub edytowania tego dokumentu, pliku

lub jego części bez wyraźnej zgody wydawnictwa.

Tekst jest własnością publiczną (public domain)

ZACHOWANO PISOWNIĘ

I WSZYSTKIE OSOBLIWOŚCI JĘZYKOWE.

Skład: Adam Brychcy

Projekt okładki: Adam Brychcy

Druk: J. Czaiński

Wydawnictwo: J. Czaiński

Gródek, 1894

ISBN: 978-83-8119-432-7

Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

http://www.psychoskok.pl/ http://wydawnictwo.psychoskok.pl/ e-mail:wydawnictwo@psychoskok.pl

I.

Dnia 5. września stoczono bitwę pod Szewardynem. Szóstego ani jeden strzał nie padł ze stron obu, a siódmego odbyła się krwawa walka pod Borodynem! Dla czego i po co bitwy te stoczono? Pytamy się dziś osłupiali, nie przedstawiały one bowiem korzyści rzeczywistych ani dla Rosjan, ani dla Francuzów. Dla pierwszych, był to najwidoczniej krok zrobiony naprzód ku zgubie Moskwy, katastrofy, której Rosjanie bali się najbardziej. Dla Francuzów, znaczyło to tyle, co zaprzepaścić całą armję. Niepodobna zatem przypuścić, żeby jakaś część przynajmniej, nie przeczuwała i nie trwożyła się, że cała ta kampanja musi skończyć się jak najfatalniej. A mimo, że tak było łatwo obrachować naprzód najsmutniejsze następstwa, Napoleon wydał bitwę, Kutuzow zaś ją przyjął. Gdyby względy na serjo, były wtedy kierowały obrotami strategicznemi dwóch armji, nie byłby odważył się na coś podobnego ani Napoleon, ani Kutuzow. Napoleon kładł na szalę czwartą część swojej armji, o dwa tysiące wiorst od granicy, a Kutuzow stawiał Moskwę na los szczęścia.

Bitwa pod Borodynem odbyła się zupełnie inaczej, niż ją później opisywano, chcąc zatuszować fatalne błędy i pomyłki, popełniane w czasie boju przez rosyjskich jenerałów. Ten atoli opis czysto fantazyjny, nie oparty na żadnym fakcie namacalnym, dodał li blasku sławie armji rosyjskiej. Bitwę wydano niespodzianie. Nie miano więc czasu, ani wybrać terenu właściwego, ani obóz jako tako ufortyfikować. Rosjanie byli zmuszeni przyjąć bitwę w polu otwartem, w skutek zdobycia na samym początku ich reduty najbardziej na przód wysuniętej. Mieli zaś do czynienia z nieprzyjacielem dwa razy silniejszym. W podobnych warunkach, było nie tylko niepodobieństwem, walczyć przez dziesięć godzin z rzędu, aby dojść do rezultatu niepewnego, ale można było z góry przewidzieć, że armja rosyjska, nie wytrzyma ani trzech godzin idąc w rozsypkę najzupełniejszą...

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Piotr opuścił Mozajsk z rana. Gdy znalazł się u podnóża stromej góry, na drodze prowadzącej na przedmieście, zostawił powóz na przeciw cerkwi, w której właśnie odprawiano nabożeństwo. Za nim nie opodal maszerował pułk kawalerji, a na czele niego szli spiewacy. Z strony przeciwnej nadjeżdżał długi szereg wozów, z rannymi podczas bitwy wczorajszej. Chłopstwo, prowadzące wozy, niecierpliwiło się i waliło konie biczyskami, żeby szły prędzej. Wozy, każdy mieszczący w sobie przynajmniej czterech rannych, podskakiwały gwałtownie na drodze pełnej wybojów i wielkich kamieni. Ranni, poobwijani szmatami, wybladli, z ustami zaciśniętemi, z czołem zmarszczonem, trzymali się kurczowo drabin, uderzając mimo to co chwila jeden o drugiego. Wszyscy prawie mierzyli wzrokiem zaciekawionym, ze zdziwieniem naiwnem, tego wielkoluda, w ubraniu ciemno-zielonem i w białym kapeluszu na głowie.

Stangret Bestużewa wrzeszczał rozzłoszczony na chłopów, żeby trzymali się po jednej stronie drogi. Pułk konnicy, maszerujący szóstkami środkiem gościńca, zepchnął teraz i wózki i powóz Piotra po nad sam rów. Sam Piotr nawet musiał przeskoczyć rów na drugą stronę i tam stanąć. Góra tworzyła w tem miejscu rodzaj wklęśnięcia, na skręcie drogi, tworząc cień. Tam było chłodno i wilgotno, chociaż ranek był ciepły i słoneczny, prawdziwie letni. Jeden z wozów, wiozący rannych, zatrzymał się o krok od Piotra. Woźnica w chodakach z łyczka plecionych, nadbiegł zadyszany, podsuwając żywo pod tylne koła duży kamień, aby konie mogły wytchnąć cokolwiek. Zaczął coś poprawiać koło uprzęży, gdy go schwycił i przytrzymał za ramię energicznie, jakiś stary wiarus z lewą ręką wiszącą na temblaku, zwrócił się teraz do Piotra z zapytaniem.

— Hej! powiedz no nam swojaku, czy mamy tu wszyscy jak psy wyzdychać, czy powloką nas aż do Moskwy?

Piotr zadumany nie słyszał zapytania. Ścigał wzrokiem to pułk konnicy, to cały sznur powózek z rannymi. Wlepił nareszcie oczy w wóz, Który zatrzymał się był tuż koło niego. Mieścił w sobie trzech rannych żołnierzów. Pierwszy miał twarz przeciętą. Głowa była również owinięta bandażem zakrwawionym. Jeden policzek był tak spuchnięty, że wyglądał niby cała główka dziecięca. Żołnierz patrzał w cerkiew, jak w tęczę, żegnając się raz po raz, ruchem zamaszystym. Drugi, nowozaciężny, młodziutki rekrut, zdawał się nie mieć już w sobie ani kropli krwi, tak był straszliwie blady i taką miał twarz chudą i zbiedzoną. Ten patrzał na Piotra, z uśmiechem słodkim i z wyrazem dziwnie bolesnym w ustach drgających od bólu. Twarzy trzeciego, który leżał rozciągnięty na spodzie wozu, nie można było zobaczyć. Spiewacy poprzedzający pułk konnicy, otarli się teraz o wozy, nucąc wesołe piosneczki, którym wtórował odgłos dzwonów w cerkwi. Promienie słoneczne złociły i ożywiały cały krajobraz. Tam jednak, gdzie góra rzucała cień, w koło Piotra i wozu z trzema rannymi, było ciemno, chłodno i ponuro. Żołnierz z twarzą spuchniętą spojrzał koso i niechętnie na śpiewaków.

— Ho, ho, eleganciki! — mruknął z gorzkim wyrzutem.

— Widziałem ja dziś co innego, niż żołnierzy... widziałem cały tłum chłopstwa, który naprzód pędzono, niby trzodę bydła — przemówił woźnica, oparty o wasąg, ze smutnym uśmiechem. — Teraz tam wszystko jedno... chłopstwem chcą ich odepchnąć... Trzeba raz z nimi zrobić jakiś koniec!...

Pomimo niejasności tych kilku słów bez ładu i składu, Piotr zrozumiał, o co idzie mówiącemu i głową skinął potwierdzająco.

Pułk przejechał nareszcie. Drogę oczyszczono. Piotr mógł zejść z góry i wsiąść do powozu. Oglądał się tu i owdzie, czy nie zobaczy kogo znajomego, z kimby mógł rozmówić się po trochę. Spotykał jednak samych wojskowych, broni rozmaitej, nieznanych mu zupełnie. Ci przypatrywali się cywilowi ze zdziwieniem. Nakoniec upaliwszy ze cztery wiorsty, spostrzegł twarz znajomą. Nie omieszkał zatrzymać go obrzucając pytaniami. Był to lekarz pułkowy, w towarzystwie swego pomocnika chirurga. Bryczka, w której obaj siedzieli, nadjeżdżała z przeciwnej strony. Lekarz poznał Piotra na pierwszy rzut oka i szturknął laską w plecy swego woźnicę, żeby się zatrzymał.

— A wasza ekscellencja, co tu robi?! — wykrzyknął zdumiony.

— Oh! chęć przypatrzenia się naocznie... ciekawość po prostu tu mnie sprowadza...

Wysiadł z powozu, aby porozmawiać swobodnie z lekarzem. Zwierzył mu się z żywem pragnieniem, wzięcia udziału w najbliższej bitwie. Lekarz życzył mu, żeby udał się z tem wprost do księcia głównodowodzącego.

— Zapewne... masz czem zadowolnić swoją ciekawość panie hrabio — lekarz potwierdził. — Gdybyś jednak nie przedstawił się z tą prośbą Kutuzowowi, zostawią cię i porzucą w pierwszej lepszej dziurze, gdzie niczego nie zobaczysz... Jego książęca mość przeciwnie, znając osobiście waszą ekscellencją, przyjmie niezawodnie najżyczliwiej i prośbę uwzględni. Proszę tylko trzymać się mojej rady, a ręczę za dobry skutek.

Lekarz wyglądał jak ktoś okropnie znużony i nie mający ani chwili do stracenia.

— Tak pan sądzisz? — Piotr odrzucił. — Chciejże mi łaskawie wskazać, gdzie mam szukać Kutuzowa i w której stronie założył główną kwaterę?...

— Tego nie mogę uczynić ekscellencjo. To nie mój fach. Gdy pan hrabia minie Tatarynowo, sam zobaczysz. Sypią tam okopy z ziemi. Wyjdź na wzgórek, a jednym rzutem oka obejmiesz całą dolinę.

— Doprawdy? Gdybyś pan jednak...

Lekarz przerwał mu podchodząc nazad do bryczki.

— Odprowadziłbym najchętniej waszą ekscellencją, zaręczam, ale — tu machnął ręką rozpaczliwie — głowa mi schnie na prawdę, i niewiem czego się jąć najpierwej! Teraz lecę do naszego tymczasowego ambulansu, bo czy wiesz panie hrabio jak stoimy? Jutro mamy stoczyć walną bitwę z Francuzami; otóż na sto tysięcy, trzeba liczyć co najmniej dwadzieścia tysięcy ciężko rannych, nieprawdaż? My zaś nie posiadamy ani dostatecznej ilości noszów, ani hamaków, ani dozorców szpitalnych, ani lekarzy, choćby dla połowy... Mamy wprawdzie dziesięć tysięcy wozów do rozporządzenia, ale pan hrabia pojmujesz, że nie na tem jeszcze koniec. Gdy się o resztę upominamy, odpowiadają nam: — „Róbcie, jak możecie“!...

Piotr pomyślał w tej chwili, że na tych sto tysięcy ludzi, z których niejeden przypatrywał się ciekawie jego osobie, przechodząc mimo, mocny, zdrów i w pełni życia, część czwarta była przeznaczona fatalnie na śmierć dnia jutrzejszego, albo, co jeszcze gorsza, na straszne, długie cierpienia i wieczne kalectwo. Uderzyło go to nader boleśnie. Przypomniał sobie żywo swój wyjazd z Mozajska:

 

— Rzecz dziwna! — mówił w duchu. — Jak ten pułk kawalerji, ocierający się o wozy z rannymi, zdawał się wesół i swobodny. Śpiewacy nucili piosnki hulaszcze. Czyż żaden z nich nie zastanowił się w tej chwili, że jutro prawdopodobnie, jego tak samo powiozą rannego i bezwładnego?

Dotarł nareszcie do Tatarynowa. Na lewo od drogi wznosił się na wzgórku pałac okazały, siedziba jakiegoś możnego bojara. Na obszernym dziedzińcu uwijało się mnóstwo służby, stały furgony i kilka powozów. Tu mieszkał Kutuzow. Chwilowo jednak nie było go w domu. Był w cerkwi pobliskiej z całą świtą, obecny przy uroczystem odśpiewaniu Te Deum. Piotr nie zastawszy tu nikogo z wyższych oficerów, pojechał dalej, do Górek. Gdy stanął na górze, jadąc wązką uliczką przez wieś, zobaczył po raz pierwszy milicjantów w białych koszulach, w czapkach z krzyżem, którzy zziajani, spoceni, pracowali ochoczo na dość wysokiej płaszczyźnie, po prawej stronie gościńca, obrośniętej gęstą trawą i zielskiem. Śmieli się przytem i żarcikowali, docinając uszczypliwie jedni drugim. Ci ziemię kopali szerokiemi łopatami, tamci zwozili ją do góry w taczkach po desce przeciągniętej. Kilku siedziało z boku odpoczywając. Dwóch dozorców pilnowało roboty stojąc na wzgórku. Ci wieśniacy, bawiący się najwidoczniej nowością zatrudnienia przy sypaniu szańców, przypomnieli Piotrowi słowa owego chłopa wiozącego rannych:

„Chłopstwem chcą ich odepchnąć... Trzeba bowiem zrobić z nimi raz jakiś koniec“...

Ci chłopi z długiemi, gęstemi brodami, w długich butach wojskowych, do których nie byli przyzwyczajeni, ogorzali od słońca i wiatru, z koszulami otwartemi na piersi równie ogorzałej, a muszkularnej, wywarli wrażenie potężniejsze na Piotra, niż to wszystko co dotąd widział i o czem słyszał po drodze. Teraz dopiero pojmował całą grozę i doniosłość fatalnego położenia, w jakiem znajdowała się Rosja.

II.

Piotr idąc za radą lekarza wszedł pieszo na dość stromy pagórek. Widnokrąg, który tu zobaczył, na prawo i lewo, jak daleko mógł okiem dosięgnąć, był dziwnie nieokreślony, niejasny i nie odpowiadający w niczem jego oczekiwaniu. Nie widział nigdzie nic, coby mu uprzytomniało plac bitwy, jak on go sobie wyobrażał. Na okół widział bądź pola dotąd nie zżęte, bądź świeżo zorane pod zimę. Gdzie niegdzie lasek z zieloną, wesołą polanką, a tylko wyjątkowo, jakąś garstkę żołnierzów obozujących tu i owdzie, przy ognisku, w czystem polu, z którego wznosił się w niebo lazurowy słup dymu gęstego. Całkiem w dali dogasały zgliszcza wsi spalonej... Nie mógł zorjentować się w tym krajobrazie, tak rozkosznie sielskim, ani gdzie stoi nieprzyjaciel, ani gdzie rozłożyła się właściwie armja rosyjska?

— Muszę wypytać się o wszystko dokładnie — pomyślał, zwracając się do jakiegoś wyższego oficera, który przypatrywał się ciekawie jego kolosalnej postawie, nie mającej w sobie jednak ani cieniu zacięcia wojskowego.

— Czy nie raczyłbyś panie kapitanie, powiedzieć mi łaskawie, jak się nazywa ta wieś przed nami? — zapytał najgrzeczniej.

— Borodyno — odpowiedział tak samo uprzejmie zapytany, uszczęśliwiony, że może z kimś trochę pogawędzić.

— Gdzież jest nasza armja, jeżeli wolno wiedzieć?

— Ależ tam... trochę dalej... no! a Francuzi... także nieopodal...

— Gdzież?... Gdzie?... — badał Piotr.

— Oh! widać ich przecież doskonale... Można rozróżnić gołem okiem, nieledwie barwy ich mundurów... — Po tych słowach kapitan wyciągnął rękę wskazując na lewy brzeg rzeki: Moskwy i Kołoczy. Twarz jego pochmurniała w tej chwili, przybierając wyraz powagi prawie uroczystej. To samo zauważył był już dawniej Piotr, u tych wszystkich wojskowych rosyjskich, których pytał o cokolwiek.

— Aha!... Tam są zatem Francuzi?... A tam? — dodał Piotr wskazując na wzgórek tuż nad prawym brzegiem rzeki...

— Tam?.. No! armja nasza...

— Nasi, Rosjanie? Tak blisko?... A jeszcze dalej?...

Wskazywał na płaszczyznę, trochę bardziej oddaloną, na której grzbiecie rozsiadła się była spora osada. Niby w mrowisku, poruszały się tam całe grupy ludzi, i wznosiły się gęsto słupy dymu.

— Tam jeszcze „on“... ten przeklęty! — Oficer splunął gniewnie. (Była to właśnie reduta zdobyta w Szewardynie.) — Wczoraj myśmy tam jeszcze się gnieździli, dziś „on“ już tam gospodaruje po swojemu.

— Gdzież w takim razie są nasze punkta obronne?

— Nasze? — kapitan uśmiechnął się dziwnie. — Mogę je panu wskazać najdokładniej, ja bowiem byłem odkomenderowany do sypania okopów... Proszę uważać... Nasze centrum jest tu, w samem Borodynie — wskazał na wieś z cerkwią okazałą — tam dalej, przejście przez Kołyszę... Czy widzisz pan most, wśród łaczki, z kopicami siana rozrzuconemi po niej?... To zatem nasze centrum... A nasze prawe skrzydło?... Ot tu — wskazał na dolinę w prawo. — Tam nad rzeką Moskwą, usypaliśmy silne trzy reduty... Co się tyczy skrzydła lewego — kapitan plątał się, nie wiedząc jak wybrnąć z kłopotu, i jak coś podobnego wytłumaczyć profanowi. — Nie wiem na prawdę, jak to mam określić... wczoraj było ono jeszcze oparte o Szewardyno, tam gdzie widać tego dęba olbrzymiego... teraz przeniosło się do tej wioski spalonej — wskazał inny pagórek. — Nie można jednak wiedzieć na pewno, czy na tym punkcie bitwa będzie stoczona. Co do „niego“, on wprawdzie przyprowadził aż tu swoją armję, ale to tylko fortel wojenny: Okoli niezawodnie rzekę Moskwę z prawej strony... Bądź jak bądź... jutro dużo nas braknie do apelu!

Stary sierżant stał na boku, słuchając w ponurem milczeniu słów kapitana. Niezadowolony z jego ostatniej uwagi przerwał żywo:

— Musimy iść po kosze.

Kapitan zarumienił się mimowolnie. Pojął zapewne, że można wprawdzie myśleć o tych którzy padną w bitwie jutrzejszej, nie powinno się jednak mówić z góry o tem i odbierać odwagę żołnierzom.

— Dobrze. Poszlesz po nie trzeci oddział — odrzucił. — Ale... ale... kimże pan jesteś? — spytał Piotra. — Czy może lekarzem?

— Bynajmniej... przybyłem tu wiedziony ciekawością...

Piotr zeszedł w dół, łącząc się znowu z milicjantami.

— Niosą!... już ją niosą!... Oto jest! — wykrzyknęli chórem, przerywając robotę.

Kto żył, wybiegł na gościniec. Wychodziła uroczysta procesja z Borodyna i szła do góry.

— Niosą naszą Najświętszą! naszą Matuszkę, naszą opiekunkę, Matkę Bożą Iwerskają!

— Nie, nie! to cudowna Matuszka ze Smoleńska — drugi podchwycił.

Oficerowie, mieszkańcy wioski, milicjanci, przyłączyli się tłumnie do procesji. Na przedzie, w tłumach kurzu, szedł naprzód z głowami obnażonemi oddział piechoty. Bagnety trzymali tak, jak kiedy się broń prezentuje. Po za wojskiem słychać było śpiewy religijne. Potem następywał liczny zastęp duchowieństwa, popów, djaków i śpiewaków cerkiewnych. Żołnierze pospołu z oficerami nieśli wielki obraz, poczerniały ze starości, w srebrnej sukience i takichże ramach suto wyzłacanych. Była to rzeczywiście Matka Boska Smoleńska, cudami słynąca, którą wyniesiono z miasta podczas pożaru, i odtąd obraz towarzyszył wszędzie armji rosyjskiej. Na lewo, na prawo, na przedzie i w tyle, po za obrazem, szło, biegło mnóstwo żołnierzów, z głowami kornie pochylonemi. Procesja dotarła w końcu wierzchu pagórka. Zmienili się ci, co obraz nieśli; kościelni rozdmuchiwali węgle w kadzielnicach, i zaintonowano Te Deum! Promienie słońca padały już teraz prawie prostopadle. Lekki wietrzyk igrał z włosami na tych wszystkich głowach odkrytych, fruwając wstęgami zawieszonemi przy obrazie i przy mnóstwie chorągwi. Śpiewy wznosiły się w niebo, razem z wonnem kadzidłem. W miejscu wolnem, zostawionem po za duchowieństwem i djakami, stali wyżsi oficerowie. Jakiś łysy jenerał z wielkim krzyżem św. Jerzego na szyi, nieruchomy i sztywny, dotykał się prawie dalmatyki jednego z duchownych oficjujących. Był widocznie niemcem, bo nie przeżegnał się ani razu. Czekał jednak cierpliwie końca modłów, uznając je zapewne za niezbędne, aby podnieść ducha w żołnierzach i rozpłomienić w nich zapał na nowo. Inny jenerał stojący nieopodal, wyglądający marsowo, żegnał się nieustannie, oglądając się w koło, czy też to kto widzi i podziwia. Piotr spostrzegł w głównym sztabie kilku dobrych znajomych. Nie zwracał jednak na nich uwagi, i wcale się do nich nie przysuwał. Zajmowało go jedynie niesłychane ducha skupienie, które czytało się najwyraźniej w wyrazie twarzy tak żołnierzy, jak i milicjantów. Wpatrywali się oni w obraz pogrążeni prawie w ekstazie, zapominając na chwilę o reszcie świata. Gdy djaki pomęczeni, zaintonowali leniwo i końcem ust, po raz dwudziesty co najmniej, śpiew błagalny do Matki Bożej, i gdy duchowieństwo powtórzyło wpadając im w słowo: — „Najświętsza Dziewico i Matko Boża, przedmurze niewidzialne i pośredniczko między nami a Synem Twoim, uwolń od niedoli sługi Twoje, którzy biegną do Ciebie, na twarz padając w prochu przed Tobą“ — zobaczył w tych wszystkich fizjognomjach odbite uczucie dziwnie podniosłe, takie same, jakie miał ów wieśniak pod Mozajskiem, gdy wymawiał te proste, a tak wiele znaczące słowa:

„Widziałem ja dziś co innego, niż żołnierzy... widziałem cały tłum chłopstwa, który naprzód pędzono, niby trzodę bydła... Teraz tam wszystko jedno... chłopstwem chcą ich odepchnąć. Trzeba bo z nimi zrobić jakiś koniec!“...

Nagle tłum cały rzucił się w tył, przygniatając Piotra swoim nawałem. Czoła jeszcze się niżej pochyliły, zaczęto bić się w piersi jeszcze silniej i wzdychać na umor. Jakiś dostojnik zbliżał się widocznie. Można było osądzić znaczenie jego, po szybkości gorączkowej, z jaką się tłum przed nim cofał. Był to Kutuzow, który wróciwszy z Tatarynowa, gdzie oglądał teren i przygotowania do bitwy jutrzejszej, szedł prosto do obrazu. Kołysał się z nogi na nogę, mocno znużony i przygarbiony. Zatrzymał się, przeżegnał się machinalnie trzy razy, skłonił się ręką prawie do samej ziemi, westchnął ciężko i pochylił siwą głowę. Za nim szedł Bennigsen i reszta sztabu głównego. Mimo obecności głównodowodzącego, która zajęła wyłącznie jenerałów, prości żołnierze i chłopstwo, nie przestali modlić się dalej z całą żarliwością. Po modłach skończonych, Kutuzow upadł na kolana, dotknął się czołem ziemi kilkakrotnie, a potem nie mógł się biedak dźwignąć i ledwie adjutanci zdołali starca niedołężnego postawić nazad na nogi. Gdy wstał nareszcie, wydął usta na wzór dzieciaków nastawiających buziaka, i obraz ucałował. Za jego przykładem poszli jenerałowie, sztab cały; nareszcie żołnierze i chłopi, szturkając i popychając jedni drugich.