Wojna i pokój

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

XVI.

Książę Andrzej siedząc na koniu, wytężył wzrok, aby dopatrzeć się na szerokim widnokręgu, zkąd pocisk z taką siłą został wyrzucony. Spostrzegłszy lekkie falowanie, w owej ciemnej masie, która dotąd stała nieruchomo. Była to rzeczywiście francuzka baterja, tak jak się tego domyślał na pierwszy rzut oka. Dwóch jeźdców na koniach pędziło galopem, u której podnóża, maszerował niewielki oddział nieprzyjacielski, z widocznym zamiarem wzmocnienia swoich forpoczt. Jeszcze unosił się dym w powietrzu, kiedy padł strzał drugi i znowu podniósł się słup dymu. Zaczęto bitwę. Książę Andrzej popędził co koń wyskoczy nazad do Grounth, aby połączyć się z Bagrationem. Za nim coraz bardziej wzmagała się kanonada; odpowiadano na nią dzielnie po stronie rosyjskiej. Po środku, w miejscu którędy przechodził parlamentarz, zaczynano ogień z ręcznej broni.

Lemarrois wysłany kurjerem, wręczył Murat’owi list piorunujący Napoleona. Murat zawstydzony fatalnym zbiegiem okoliczności, pragnąc, żeby mu błąd przebaczono, kazał w tej samej chwili uderzyć wojsku na centrum rosyjskie. Żywił nadzieję, że jednocześnie oskrzydli Rosjan z dwóch stron, i zgniecie garstkę niedobitków, zanim cesarz Napoleon zdąży przybyć do obozu.

– Bitwa zaczęta! – pomyślał Andrzej, a serce uderzało mu jak młotem. – Gdzież ja jednak znajdę mój Tulon?

Gdy mijał galopem owe oddziały, zajęte najspokojniej przed kwadransem jedzeniem zupy u ognisk, spostrzegał wszędzie to samo gwałtowne poruszenie. Żołnierze porywali za karabiny, spiesząc do szeregu; a na ich twarzach wyczytał to samo gorączkowe podniecenie, które targało jego własnemi nerwami. Każdy z nich zdawał się w duchu powtarzać, przez pół ze strachem, a przez pół z radością:

– Zaczęto nareszcie!

Nie daleko od szańca, którego nie zdążyli dokończyć, zobaczył dążących ku niemu dwóch jeźdźców. W pomroku wieczornym, który tak wcześnie w jesieni zapada, a szczególniej jeżeli powietrze jest mgliste od rana, nie mógł ich z razu rozpoznać. Ten, który jechał na przedzie, na pięknym siwym koniu, odziany w ciemną burkę był to sam książę Bagration. Skoro poznał w nadjeżdżającym Bołkońskiego, skinął mu głową przyjaźnie. Andrzej pośpieszył udzielić mu swoich spostrzeżeń, co do ataku ze strony nieprzyjaciela.

Bagration słuchał go, patrząc wprost przed siebie, a Bołkoński pytał w duchu niespokojny i zaciekawiony, jakie myśli, jakie uczucia drzemią za tą masą nieprzeniknioną, w tych rysach wybitnych wprawdzie, ale takich dziwnie zaspanych i apatycznych?...

– Dobrze! – rzekł wódz krótko, potakując ruchem głowy, jakby to wszystko sam przewidział od dawna.

Książę Andrzej zadyszany jazdą szaloną, mówił niesłychanie szybko. Bagration przeciwnie, wypuszczał zwolna słowo po słowie, akcentem przeciągłym, śpiewającym, po wschodniemu. Dał ostrogi koniowi, nie okazując jednak pospiechu zbytecznego i udał się z całą swoją świtą wprost do baterji, którą dowodził Tonszyn. Towarzyszyli mu: Adjutant jeden i drugi, Andrzej, Gerkow, ordynans, oficer będący dnia tego na służbie i jeden w ubraniu cywilnem, w randze audytora wojskowego. Ten z ciekawości prosił, żeby mu było wolno przypatrywać się bitwie i Bagration udzielił mu żądanego pozwolenia. Cywil był mocno otyły, z twarzą jak księżyc w pełni. Siedział na koniu bardzo niezgrabnie i podskakiwał w górę na siodle twardem, które z bagażów wojskowych wyciągnięto dla niego. Owinął się cały w gruby płaszcz sukienny o podwójnej pelerynie i patrzał w koło z uśmiechem naiwnym a wielce zadowolonym. Człowiek ten odbijał dziwnie od huzarów, kozaków i adjutantów, otaczających Bagrationa.

– Powiedźcie tu komu, że ten głupiec kwadratowy, wyjeżdża z amatorstwa patrzeć na bitwę, jakby na jakieś ciekawe widowisko – szepnął Gerkow do Bołkońskiego, wskazując na owego tłustego cywilistę. – Ręczę że już teraz ma kolki w żołądku tak się strząsł, tylko wstyd mu przyznać się do tego. A co, panie? Jeszcze krzyże nie bolą? – spytał go wprost Gerkow.

– Wolne żarty, pana oficera! – zaśmiał się grubas, jakby cieszył się niezmiernie że służy za cel do drwinek Gerkowowi.

Zbliżali się właśnie do baterji Tonszyna, gdy kula armatnia padła od nich o jakie dziesięć kroków.

– A to co? – wykrzyknął zdziwiony cywilista.

– Placuszek maślany, wypiekany przez Francuzów – bąknął Gerkow od niechcenia.

– Jakto i zabija? – pierwszy potrząsł głową z niedowierzaniem. Czy był rzeczywiście tak bardzo ograniczony, czy tylko udawał głupszego, niż był na prawdę, trudnoby odgadnąć.

Zaledwie spytał się, gdy usłyszano świst przeraźliwy i ogłuszający. Jeden z kozaków zsunął się z konia i padł o krok od audytora. Gerkow i reszta oficerów usunęli się trochę na bok i dalej pojechali. Jeden audytor zatrzymał się przed kozakiem przypatrując mu się nader uważnie. Kozak już nie żył, trafiony w serce, koń zaś jego rzucał się jeszcze w przedśmiertnych konwulsjach.

Spojrzał i Bagration po za siebie. Odgadł co sprawiło to pewne zamięszanie i poruszenie. Machnął ręką i odwrócił się z krwią najzimniejszą, jakby chciał powiedzieć:

– Czyż warto zatrzymywać się dla takich drobnostek?

Gdy zbliżali się do baterji, zatrzymał i on konia, przechylił się zręcznie w tył na siodle, jeździł bowiem na koniu znakomicie, i wyciągnął szpadę z pod burki. Była to stara broń, dziwnego kształtu, zupełnie odmienna od nowoczesnych. Darował mu ją niegdyś Suwarow we Włoszech. Książę Andrzej, przypomniawszy sobie ów szczegół, uważał to za pomyślną wróżbę. Zbliżywszy się do baterji na wzgórku, Bagration spytał kanoniera stojącego przy jaszczykach:

– Która kompanja? – A miał taką minę, jakby chciał go właściwie wybadać: – Czy nie boisz ty się przypadkiem, mój kochasiu?

Kanonier jakby to w ten sam sposób zrozumiał, odpowiedział wesoło, z animuszem, wyciągając się jak struna:

– Kapitana Tonszyna, na usługi waszej Ekscellencji!

– To dobrze! dobrze – skinął ręką Bagration i jechał dalej, aby dotrzeć do ostatniego działa, gdy to właśnie wystrzeliło z hukiem straszliwym. Skoro dym przerzedził się cokolwiek, zobaczył uwijających się kanonierów, aby działo przygotować czemprędzej do drugiego strzału. Żołnierz Nr. 1, wysoki i barczysty, który trzymał w ręce wycior, cofnął się ku kołom; żołnierz zaś Nr. 2. nakładał nabój nowy w ogromną paszczę armatnią. Tonszyn, mały i przysadkowaty, kołysząc się na lawecie, na którą wsiadł jak na konia, patrzał w dal, dłonią oczy sobie przysłoniwszy. Dotąd nie spostrzegł wcale Bagrationa.

– Posuńcie wylot jeszcze o dwie linje, a będzie zupełnie dobrze – wykrzyknął swoim cieńkim głosikiem, któremu starał się nadaremnie nadać brzmienie groźne i marsowe. Nie byłoby ono zresztą stosowne do jego drobnej figurki.

– Drugie działo...

Bagration przywołał Tonszyna. Ten zbliżył się natychmiast, przykładając nieśmiało trzy palce do daszka od czapki, ruchem podobniejszym do błogosławieństwa, którego ksiądz udziela po mszy, niż do ukłonu wojskowego. Zamiast zmiatać szeregi nieprzyjacielskie na płaszczyźnie, do czego właściwie była przeznaczoną ta baterja, posyłano bomby zapalne w sam środek wsi Schöngraben, gdzie roiło się od wojsk francuzkich.

Nikt nie powiedział wyraźnie Tonszynowi, gdzie i czem ma strzelać. On jednak poradziwszy się swojego sierżanta Zacharczeńka, dla którego miał wielki szacunek, i którego zdanie cenił wysoko, zadecydował z nim do spółki, że postarają się przedewszystkiem, wzniecić pożar w Schöngraben.

– Bardzo dobrze – pochwalił Bagration plan kapitana i pojechał dalej dla obejrzenia pola bitwy.

U podnóża pagórka niewielkiego, gdzie stał pułk grenadjerów kijowskich, słychać było żwawą strzelaninę z ręcznej broni; trochę dalej na prawo, po za dragonami, można było dojrzeć ścieśnioną kolumnę nieprzyjacielską, która starała się obejść skrzydło rosyjskie. Na lewo bór ciemny i wysokopienny widnokrąg...

Bagration rozkazał dwóm bataljonom z centrum, aby poszły wzmocnić prawe skrzydło. Na to ośmielił się zauważyć jeden z wyższych oficerów, z głównego sztabu, że w takim razie baterja zostanie zupełnie odsłoniętą. Bagration spojrzał na niego swoim wzrokiem błędnym i jakby zaspanym, zostawiając tę kwestję bez odpowiedzi. Uwaga była słuszną, nie można było tego nie przyznać. W tej samej chwili nadleciał galopem adjutant pułkowy, wysłany z pułku, który bił się nad brzegiem rzeczki. Ten zwiastował wieść fatalną, że Francuzi maszerują całą massą po płaszczyźnie, że jego pułk już rozbity, cofa się w nieładzie, aby połączyć się z grenadjerami kijowskimi. Znowu Bagration skinął głową potakująco, słowa nie wymówiwszy. Był to znak, że krok ten pochwala. Posunął się dalej ku skrzydłu prawemu, wydając rozkaz dragonom, żeby poszli do ataku. Mniej więcej w pół godziny, wrócił adjutant wiozący ten rozkaz, z raportem, że dragoni tymczasem już się cofnęli za parów, aby uchronić się przed prażącym ich bez miłosierdzia ogniem nieprzyjacielskim. Chcieli tym sposobem uniknąć strat bezowocnych, tak w ludziach jak w koniach.

– Dobrze – bąknął krótko Bagration, odjeżdżając od baterji. Słychać było strzelanie pod lasem. Ponieważ lewe skrzydło było nadto oddalone, aby główno-dowodzący mógł tam zdążyć na czas, przeto Bagration wysłał Gerkowa, aby powiedział dowodzącemu oddziałem, że ma cofnąć się czemprędzej za parów, ponieważ skrzydło prawe, nie będzie mogło wytrzymać dłużej nacisku o tyle silniejszego nieprzyjaciela. Tym sposobem o Tonszynie zapomniano najzupełniej i jego baterja pozostała bez żadnej osłony.

Książę Andrzej przysłuchiwał się uważnie i z ciekawością rozkazom wydawanym przez Bagrationa i rozmaitym zarzutom, których pozwalali sobie wobec niego inni oficerowie.

Dziwiło go niesłychanie, że właściwie główno-dowodzący, nie udzielał żadnych rozkazów, dając tylko do zrozumienia każdemu, że jego przekonanie osobiste było w zupełnej zgodzie, z tem wszystkiem, co wypływało ostatecznie ze zbiegu okoliczności, z własnej woli jego podwładnych i zależało od kaprysów pani fortuny, których nie można było z góry obliczyć. A jednak, mimo że wypadki brały obrót wręcz przeciwny jego chęciom i przewidywaniom, książę Andrzej przyznawał w duchu, że taktowne postępowanie Bagrationa było nieocenionem. Ilekroć spojrzano na twarz spokojną, marmurową główno-dowodzącego, wstępowała otucha w serca najbardziej przerażone, każda kurczowo fizjognomja drgająca, wygładzała się nagle, i uspokajały się strachem przejęte umysły. Tak oficerowie, jak i prości żołnierze, salutowali z miną wesołą swojego naczelnika i radziby byli popisać się przed nim, i prześcignąć jeden drugiego w waleczności.

 

XVII.

Bagration dotarł do rosyjskiego skrzydła prawego, i zjechał na płaszczyznę, gdzie słychać było dalej ogień z ręcznej broni. Tu ruch cały obu wojsk, zasłaniał gęsty obłok dymu, w którym utonął wkrótce sam głównodowodzący z całą swoją świtą. Dotąd nie widzieli jeszcze nic wyraźnie, czuli jednak za każdym krokiem, coraz żywiej, że zbliżają się do miejsca, gdzie bitwa wre już w całem tego słowa znaczeniu. Spotykali co chwila rannych. Jednemu z nich bez czapki, z głową zakrwawioną, którego podtrzymywali dwaj żołnierze, krew buchała strumieniem nosem i ustami. Ten dogorywał, kula bowiem przeszyła mu gardło na wylot. Inny bez karabina, z miną raczej wystraszoną, niż cierpiącą, szedł jeszcze żwawo potrząsając pod wpływem bolu całkiem świeżego, ręką okropnie pokaleczoną, z której również krew ciekła strumieniem, plamiąc mu szary szynel. Przejechawszy bity gościniec, zaczęli spuszczać się w dół po stromej ścieżce, na której również leżało kilka trupów. Trochę dalej żołnierze dotąd zdrowi i cali, pięli się ku nim po wzgórzu, krzycząc i wymachując rękami. Nie zważali nawet na obecność główno-dowodzącego. O kilka kroków z tamtąd, wyłaniały się już z chmur dymu szare szynele, i jeden z oficerów spostrzegłszy Bagrationa, puścił się za uciekającymi żołnierzami, chcąc ich zmusić do powrotu w szeregi.

Główno-dowodzący zbliżył się do szeregów, zkąd padały co chwila strzały głuche, tłumiąc gwar głosów ludzkich i grzmiącą komendę. Twarze żołnierzy, chociaż czarne od prochu, były nie mniej ożywione i pełne animuszu. Jedni wkładali stemple w lufy karabinowe, drudzy sypali proch na panewki wyciągając naboje z ładownic, jeszcze inni strzelali machinalnie, na chybił trafił, w środek chmur dymu gęstego i nieruchomego, którym przesiąkło powietrze. Kiedy niekiedy, grzmot dziwny i świst przeciągły zupełnie odrębnej natury, drażnił słuch nader nieprzyjemnie. – Co to być może? – pomyślał Andrzej zbliżając się do tego tłumu zbitego... – Nie tyraljery przecie, bo ci się tak nie skupiają i nie atak, gdyż nie ruszają się z miejsca, i nie formują czworoboku.

Dowódzca pułku, stary wojak, wyglądający bardzo źle, z twarzą żółtą, chudą i pomarszczoną, któremu powieki nabrzmiałe zasłaniały oczy do połowy, zbliżył się do Bagrationa, przyjmując go życzliwym uśmiechem, jako gościa wielce miłego. Wytłumaczył mu, że jego pułk zaatakowany przez francuzką konnicę, odparł ją wprawdzie, ale stracił przytem połowę ludzi. Nazwał to atakiem po wojskowemu, w rzeczywistości jednak, sam nie zdawał sobie sprawy dokładnej, co działo się z jego oddziałem, przez te pół godziny. Czy odparto konnicę nieprzyjacielską, czy ona przeciwnie rozbiła pułk jego? Pewnym i namacalnym był jedynie grad kul i kartaczy, dziesiątkujący jego ludzi, od chwili, kiedy wznieśli okrzyk: – „Oto konnica!” – Ten okrzyk był hasłem do walki zaciętej, i wtedy zaczęli strzelać, nie już do konnicy, ale do piechoty francuzkiej, ukazującej się w dolinie.

I znowu Bagration skinął głową potwierdzająco, jakby ten raport zawierał w sobie wszystko, czego mógł pragnąć, i co z góry przewidział. Zwróciwszy się do swego adjutanta, rozkazał, aby zeszły z góry dwa bataljony 6go pułku strzelców, które widział w przejeździe.

W tej samej chwili uderzyła niesłychanie księcia Andrzeja zmiana nagła w fizjognomji główno-dowodzącego. Twarz Bagrationa wyrażała teraz postanowienie silne, niezłomne i z siebie zadowolone. Wyglądał na człowieka, który w upalny dzień letni, rzuca się naprzód po raz ostatni, aby ochłodzić ciało rozkosznie w zimnej kąpieli. Znikł bez śladu ów wzrok błędny i zaspany, ta maska nienaturalna, jakby ten, który ją przywdział, nic nie wiedział o bożym świecie. Jego oczy okrągłe, błyszczące i wytrzeszczone jak ślepie u krogulca, patrzyły bystro przed siebie, nie zatrzymując się dłużej na żadnym przedmiocie, z rodzajem pogardliwego lekceważenia wobec groźnej sytuacji. W ruchach zaś zachował dawną powolność i spokój niewzruszony.

Pułkownik błagał go, żeby usunął się z miejsca tak niebezpiecznego: – „Na miły Bóg! racz tylko spojrzeć Ekscellencjo” – perswadował, wskazując na grad kul świszczących i pękających z trzaskiem dokoła.

W jego słowach odczuwało się ton przekonywujący cieśli, któryby ujrzał swoją siekierę, w dłoni delikatnej i wypieszczonej wielkiego pana:

– My, chudziaki, do tego nawykli, ale pan daj sobie pokój z siekierą! Ponabijałaby ci tylko nagniotków na dłoni!

Co do Bagrationa, ten był widocznie przekonany, że kule ominą go szczęśliwie. Nadaremnie bowiem poparła prośbę pułkownika i reszta oficerów od głównego sztabu. Nic im nie odpowiadając na ich błagania, Bagration kazał zaprzestać strzelania, i ustawić się w szeregi, aby zrobić miejsce nadchodzącym bataljonom. Podczas jego przemowy, zdawać się mogło, że jakaś ręka niewidzialna uchyla jeden róg zasłony z dymu, maskującej samą nizinę, i wzrok wszystkich skierował się w górę, która zaczynała występować coraz wyraźniej przed nimi, a po której pochyłości schodziła kolumna nieprzyjacielska. Można już było rozróżnić bermice futrzane grenadjerów, oficerów od żołnierzy i dopatrzeć sztandar zwijający się około drzewca.

– Jak oni szybko maszerują – odezwał się ktoś w świcie Bagrationa.

Czoło kolumny nieprzyjacielskiej, dotykało już brzegu parowu i starcie było nieuniknionem, z tej strony pochyłości. Resztki niedobitków, pozostałych z pułku całego, który był niedawno temu wystawiony na atak nieprzyjacielski, zaczęły zbierać się szybko, a ustawiwszy się jako tako w szeregi, usunęli się w prawo. Gdy to się działo, dwa bataljony strzelców nadchodziły, pędząc przed sobą maroderów; krokiem ciężkim, równym, miarowym. Na lewem skrzydle, po stronie Bagrationa, maszerował komendant oddziału. Był to mężczyzna postawy okazałej, którego twarz szeroka i czoło wysokie, naprzód wydane, świadczyły o niepoślednej inteligencji, ale i o porządnej porcji zarozumiałości. Był to ten sam oficer, z głosem niskim, basowym, który wypadł był z szałasu, zaraz drugi za kapitanem Tonszynem. Było widocznem, że w tej chwili nie myślał o niczem innem, jak tylko żeby przejść z pewną niewymuszoną układnością i z miną junacką, obok swojego naczelnika. Kołysał się od niechcenia, na nogach tęgich i muszkularnych, i wyciągał się jak struna, nie wysilając się zbytecznie. W ręku trzymał pałasz z pochwy wyciągnięty, z klingą doskonale wyostrzoną i zakrzywioną cokolwiek. Patrzał to na Bagrationa, to na tych, którzy szli za nim, nie zmyliwszy taktu i dotrzymując kroku żołnierzom. Powtarzał prawie za każdym krokiem, wywijając na wszystkie strony swoje giętkie członki: – „W lewo, w lewo, w lewo!” – A mur żywy posuwał się w takt za nim, i każdy z tych ludzi, z twarzami ponuremi, ale tak niepodobnemi jedna do drugiej, mimo że każdy dźwigał na sobie karabin i ciężki tornister, był przejęty tą samą co on myślą, i zdawał się powtarzać za nim: – „W lewo, w lewo, w lewo!”

Gruby major dysząc ze zmęczenia, zgubił krok, zatrzymany przez jakiś krzak przydrożny, który musiał obejść. Inny znowu maroder, przerażony swojem opóźnieniem i niedbałością, pędził na złamanie karku, aby połączyć się z oddziałem.

Przeleciał granat po nad głowami Bagrationa i jego świty, i padł w samym środku kolumny strzelców:

– Ścieśnić szeregi! – krzyknął zawadyjacko komendant oddziału. Żołnierze rozsunęli się w miejscu, gdzie padł granat, a podoficer, stary, wysłużony wojak, który zatrzymał się był przez chwilę przy zabitych, stanął natychmiast w szeregu, spiesząc się aby nastarczyć kroku żołnierzom. Kiedy niekiedy oglądał się jednak po za siebie z miną wielce zafrasowaną.

– Przeszliście dziarsko moje dzieci, po pod sam nos nieprzyjacielowi – zawołał Bagration z pochwałą. Rozległ się okrzyk: – „Na usługi waszej Ekscellencji!” – Jeden tylko żołnierz spojrzał na niego ponuro i w milczeniu, jakby chciał powiedzieć: – „Wiemy o tem lepiej od ciebie!” – Inny znowu, nie oglądając się po za siebie, w trwodze śmiertelnej szedł dalej, ale krzyczał w niebogłosy, jakby ten krzyk miał kule odstraszyć.

Wydano rozkaz zatrzymania się i zrzucenia tornistrów.

Bagration przebiegł szeregi, które przed nim defilowały, zsiadł z konia, rzucił uzdę kozakowi razem z burką, i nogi wyciągnął. W tej chwili ukazało się na brzegu parowu czoło kolumny francuzkiej, z oficerem dowodzącym na przedzie.

– Na przód dzieci! i niech nam Bóg dopomoże! – krzyknął Bagration głosem dźwięcznym i silnym, zwracając się twarzą ku swoim szeregom. Szedł krokiem niepewnym kawalerzysty, po gruncie nierównym i śliskim. Książę Andrzej czuł się porwany siłą niezwyciężoną, niewstrzymaną i był tem uszczęśliwiony po nad wszelkie wyrazy.

Francuzi byli tuż blisko. Mógł rozpoznać dokładnie ich twarze, pasy skórzanne, czerwone szlify i starego oficera, który z wielką mozołą, ledwie wlokąc nogami ujętemi w kamasze, drapał się pod górę.

Padł strzał... jeden, drugi, trzeci, kolumnę nieprzyjacielską na nowo dym przysłonił: rozpoczął się gęsty ogień karabinowy. Kilku ludzi padło po stronie rosyjskiej, między innymi ów oficer, który zadawał sobie tyle pracy, aby popisać się przed Bagrationem.

Po pierwszym strzale, Bagration krzyknął. – „Hurra!” – Odpowiedziano mu grzmiącem – „Hurra!” – na całej linji; i wyprzedzając jego samego, resztę oficerów, jeden żołnierz drugiego, wojsko rosyjskie puściło się radośnie w pogoń za Francuzami, których szeregi zdołano szczęśliwie przełamać.

XVIII.

Atak 6go pułku strzelców, zapewnił rejteradę skrzydłu prawemu. Po środku pożar wzniecony w Schöngraben przez baterję Tonszyna, (o której zapomniano najzupełniej,) wstrzymywał pochód Francuzów. Zajęli się oni gaszeniem ognia, który wicher rozmiatał na wszystkie strony, zostawiając Rosjanom czas i wolne pole do cofania się w jakim takim porządku. Centrum posuwało się szybko wzdłuż parowu, ile możności bez hałasu, ale z pewnym ładem. Za to lewe skrzydło, zaatakowane i odcięte przez wojsko o wiele silniejsze pod komendą Lannes’a, które składały pułki piechoty Azowskiej i Podolskiej, szło w rozsypkę. Bagration wysłał Gerkowa z rozkazem do komendanta, aby lewe skrzydło natychmiast wycofał.

Gerkowr, z palcami u daszka, odsalutowawszy podług regulaminu, puścił się galopem. Skoro jednak stracił z oczów Bagrationa, zawiodła go odwaga. Zdjęty trwogą szaloną, nie był wstanie jechać dalej w stronę gdzie groziło największe niebezpieczeństwo. Zaczął więc szukać jenerała i reszty oficerów, tam gdzie ich znaleźć nie mógł; z czego wynikło, że rozkazu wcale nie odebrano.

Jenerał dowodzący lewem skrzydłem, był to ten sam pułkownik, awansowany tymczasem, któregośmy widzieli w Braunau, i w którego pułku służył Dołogow. Na drugim końcu lewego skrzydła, dowodził naczelnik pułku Pawłogrodzkiego, w którym to pułku był junkrem Mikołaj Rostow. Dwaj dowódzcy srodze zagniewani jeden na drugiego, z czego wypływało nieporozumienie, tracili czas na obelżywem zwalaniu winy jeden na drugiego, w chwili kiedy skrzydło prawe, biło się od dawna z nieprzyjacielem, nawet Francuzi zaczynali się zwolna wycofywać.

Pułk kawalerji, jak i pułk strzelców, nie był wcale po temu usposobiony aby wziąć udział w bitwie. Od żołnierzy, aż do jenerała, kłócono się zawzięcie i bezustanku. Obecnie piechota zajęta była najspokojniej w świecie, grzaniem rąk i nóg zziębniętych nad ogniskiem, a kawalerja rozdawała furaż koniom.

– Jenerał jest wprawdzie starszym rangą odemnie – odpowiadał czerwony z gniewu i zasapany niemiec, pułkownik huzarów, adjutantowi wysłanemu z rozkazem. – Ale dla jego widzimisię, ja nie mogę poświęcić mego pułku... Niech się i na głowie postawi, to mnie mało obchodzi... Trębacze... zatrąbić do odwrotu...

Walka jednakże wrzała coraz zawzięciej. Grzmiały działa, nie ustawał również ogień karabinowy. Na prawo i po środku, tyraljerzy Lannes’a posuwali się po grobli koło młyna, i wyciągnęli się długą linją, przed Rosjanami, zaledwie na odległość dwóch wystrzałów karabinowych. Jenerał dowodzący oddziałem, wlazł z ciężkim trudem na konia, i prostując się w całej swojej długości, udał się sam do pułkownika kawalerji. Odsalutował jeden drugiego na pozór z rycerską grzecznością, w ich jednak minach ponurych i w spojrzeniach piorunujących, które na siebie ciskali, malowała się dosadnie ich wzajemna nienawiść.

 

– Nie mogę przecież panie pułkowniku, zostawić połowy moich ludzi w lesie, na boskiej opatrzności! Proszę zatem – położył nacisk na to słowo – proszę zająć wyznaczone mu stanowisko, i być gotowym do ataku.

– A ja proszę pana jenerała, żeby nie mieszał się w sprawy nie moje... Gdybyś pan dowodził konnicą...

– Nie jestem kawalerzystą, panie pułkowniku, za to mianowano mnie rosyjskim jenerałem; jeżeli to nie doszło dotąd do jego wiadomości...

– Wiem o tem doskonale, Ekscellencjo – pułkownik z czerwonego stał się purpurowym, tak mu z wielkiej irytacji krew cała do głowy uderzyła. – Czy nie raczyłby jednak pan jenerał towarzyszyć mi do naszych forpocztów? Przekonałby się wtedy naocznie, że ta pozycja jest wprost niemożliwą, to też nie poszlę na rzeź moich ludzi, dla pańskiego widzimisię!

– Niech się pan pułkownik nie zapomina! Taki jest plan bitwy, a nie moje własne widzimisię, i nie pozwolę, żeby mi ktokolwiek śmiał ubliżać...

Wspiął konia przyjmując wyzwanie na ten rodzaj turnierów, w których mieli obydwaj popisać się odwagą. Z piersią na przód wydaną, z brwiami groźnie ściągniętemi, udał się razem z pułkownikiem w stronę tyraljerów, jakby ich spór zacięty, nie mógł rozstrzygnąć się gdzieindziej, tylko pod gradem kul nieprzyjacielskich. Gdy tam przybyli, kilka kul świsnęło im nad głowami. Milczeli obydwaj. Nie zobaczyli tam właściwie nic nowego. Tak samo z miejsca, które opuścili, można było objąć wzrokiem teren, pełen zarośli i wklęsłości, po którym było czystem niepodobieństwem dla kawalerji iść do ataku. Również i to nie podpadało najmniejszej wątpliwości, że Francuzi manewrowali w taki sposób, żeby otoczyć lewe skrzydło, i niedopuścić mu do rejterady. Komendanci patrzyli ostro jeden na drugiego, niby dwa zawzięte na siebie koguty, które gotując się do walki, czekają daremnie na jakąkolwiek oznakę słabości u przeciwnika. Obaj wyszli z honorem z tej próby ogniowej, i byliby tak stali w nieskończoność, dla zadowolenia miłości własnej, żaden z nich bowiem nie chciał pierwszy opuścić niebezpiecznego stanowiska, gdyby w tej samej chwili, nie zaczęto sypać kulami, o dwa kroki wstecz, przy akompaniamencie krzyków przeraźliwych.

Francuzi napadli na garstkę żołnierzy, zatrudnionych zbieraniem w lesie paliwa. Nie było więcej mowy o tem, żeby huzarzy mogli cofać się razem z piechotą, byli bowiem odcięci od drogi na lewo, przez forpoczty nieprzyjacielskie. Musieli więc wykonać szarżę na nieprzyjaciela, mimo prawie niemożliwego terenu, aby sobie do rejterady drogę utorować.

Szwadron Rostowa, który miał ledwie czas wskoczyć na siodło, znalazł się oko w oko z nieprzyjacielem. W tej chwili, tak samo jak na owym moście w Enns, nie było nic więcej pomiędzy nimi a nieprzyjacielem, jak tylko niewielka przestrzeń, pełna trwogi przed czemś nieznanem, owa przestrzeń dzieląca żywych od umarłych, którą każdy odczuwał instynktowo, pytając się w ducha skrytości z mimowolnem wzruszeniem, ażali przebędzie ją zdrów i cały?... Pułkownik stanął przed frontem w wściekłym humorze, odpowiadając niechętnie na pytania oficerów. Było widocznem, że postanowił działać na własną rękę. Nareszcie rzucił im coś nakształt rozkazu. Nie było w tem jeszcze nic wyraźnego, jednak pewne nieokreślone poruszenie, pozwalało domyślać się, że pójdą niebawem do ataku. Usłyszano nagle komendę: – „Ścieśnić szeregi!” – brzęk pałaszy wydobytych z pochew. Dotąd nikt się nie ruszał. Uderzało każdego wahanie się i niepewność komendantów, co też udzieliło się wkrótce całemu oddziałowi.

– Ah! gdyby to już mogło nadejść prędzej, prędzej! – pomyślał Rostow, odczuwając w chwili ataku, owe rozkoszne podniecenie, o którem tyle mu się naopowiadali starsi od niego towarzysze.

– Naprzód dzieci, i niech nam Bóg dopomaga! – krzyknął Denissow – Truchtem zrazu... marsz! marsz!

Zafalowały grzbiety końskie. Pomknął i Kruk Rostowa żwawo naprzód.

Na przedzie, po prawej ręce, miał Rostow pierwsze szeregi huzarów, a w głębi przed sobą, wyciągniętą linję ciemną, z której na razie nie umiał sobie zdać sprawy. Tą linją było wojsko nieprzyjacielskie. Słychać było w oddali strzały karabinowe.

– Kłusem...

Rostow idąc za popędem konia rozgrzanego, uczuł w sobie ten sam zapał z szałem graniczący. Drzewo rosnące samotnie, a które według jego obliczenia, stało po środku tej przestrzeni tajemniczej, znajdowało się już w tyle za nimi.

– A więc linja przebyta, i nie ma dotąd nic strasznego, przeciwnie zaczyna mi się wszystko przedstawiać coraz zabawniej, i coraz weselej. Oh! z jakąż rozkoszą zacznę siec, rąbać! – szepnął sam do siebie, ściskając mocno w dłoni rękojeść pałasza.

W tyle po za nim, zagrzmiało – „Hurra!” – potężne...

– Żeby mi się tylko który nawinął pod rękę – pomyślał.

Puścił się galopem wspiąwszy konia ostrogami. Jednocześnie jakby na komendę, śmignęły w całym szwadronie szpicrózgi. Rostow podniósł prawe ramię, gotując się do rąbania w prawo i w lewo. Spostrzegł nagle żołnierza Nikiteńkę, który tuz przed nim galopował, jak oddalał się coraz bardziej od niego, i uczuł się unoszonym niby we śnie z szybkością odurzającą, nie ruszając się wcale z miejsca. Jeden z huzarów przeleciał obok lotem strzały, spojrzawszy na niego ponuro.

– Cóż się stało? Nie posuwam się naprzód, czym upadł? – Czym już nieżywy?

Pytania i odpowiedzi mózg mu rozpierały. Był sam wśród pola; nie widział ani koni galopujących, ani huzarów. W koło niego była tylko ziemia wilgotna, nieruchoma i ściernisko na płaszczyźnie po zbożu zżętem. Ściekało tylko coś ciepłego, krew, kropla po kropli.

– Nie, ja nie jestem ranny, ale zabito mego biednego konia!

Kruk próbował dźwignąć się, upadł jednak nazad, przywalając jeźdźca całym swoim ciężarem. Z jego łba delikatnego, kształtnego, sączyła się krew i rzucał się w kurczach przedśmiertnych. Rostow starał się stanąć na nogi, ale upadł zaczepiwszy o siodło swoją torbeczkę wiszącą przy pałaszu.

– Gdzie nasi? Gdzie Francuzi? – pytał w duchu.

Nic nie wiedział... Nie widział nikogo...

Gdy zdołał wreszcie wydobyć się z pod konia, stanął na nogi.

– Gdzież podziała się owa linja, rozdzielająca tak wyraźnie dwie armje? Czy zaszło ze mną coś nadzwyczajnego? Czy to zawsze odbywa się w ten sposób? I co ja teraz mam począć z sobą?...

Uczuł niepojęty ciężar w lewem ramieniu, zupełnie ubezwładnionem. Sama ręka zdawała się nie należeć wcale do niego, tak mu ścierpła, a jednak nie było na niej ani śladu krwi.

– Ah! nadchodzą jacyś ludzie, oni mnie poratują – pomyślni ucieszony.

Pierwszy ku niemu nadbiegający, z cerą smagłą, prawie barwy miedziannej, z nosem mocno zakrzywionym, w mundurze szafirowym, miał na głowie czako dziwnego kształtu. Przemówił do drugiego żołnierza, w języku, którego Rostow wcale nie rozumiał. Reszta żołnierzy ubranych tak samo, prowadziła huzara z jego pułku.

– To pewno ich jeniec?... Czy i mnie wezmą w niewolę? – pomyślał Rostow oczom własnym nie wierząc. – Czyżby to byli Francuzi?

Przypatrywał się uważnie nadchodzącym, a mimo że przed chwilą czuł się tak pełnym animuszu i radby ich był wszystkich w pień wyciąć, obecnie to bliskie z nimi sąsiedztwo krew mu w żyłach zmroziło i trwożyło niewypowiedzianie.

– Gdzie oni idą?... Czy chcą mnie napaść?... Może mnie zabiją?... A za co?... Mnie, którego kocha świat cały?...