Wojna i pokój

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

III.

Wieczór panny Scherer był w pełnym biegu. Wrzeciona pracowały bez przestanku we wszystkich kątach salonu, gładko i równo. Jedyny wyjątek stanowiła „ciotunia” siedząca obok damy także już niemłodej, z twarzą żółtą pomarszczoną, z oczami wyblakłemi od łez, która była dziwnie pomieszana i nie swoja w tem świetnem towarzystwie. Utworzyły się w salonie trzy kółka odrębne. W środku pierwszego, gdzie przeważała płeć męzka stał ks. Morio, żywo rozprawiający. W drugiem, złożonem z samej młodzieży, błyszczała jak metor piękna Helena Bazylówna, obsypywana hołdami, składanemi u jej stóp, jak zwyczajnie; a dodawała mu pieprzyku i zacięcia pewnego, milutka i dowcipna księżna Bołkońska, mimo stanu poważnego, świeża i ponętna, jak róża. W trzecim kółku prezydowała panna Scherer, z nieodstępnym od jej boku wicehrabią Mortemart’em.

Wicehrabia, o rysach łagodnych i wzięciu wytwornem, prawdziwie salonowem, pozował na człowieka sławnego. Dla przyzwoitości jedynie zostawiał towarzystwu które go otaczało staranie żeby mu oddawało cześć należną, sam zaś usuwał się skromnie z pierwszego planu. Anna Pawłówna używała go i wyzyskiwała jego osobistość jak wprawny w służbie kamerdyner, który zaleca pewne potrawy wyborowe i smakowite. To samo przyrządzone innemi rękami, byłoby może nie do jedzenia. W ten sposób, potraktowała swoich gości najprzód Mortemart’em, następnie ks. Morio, dwoma kąskami niesłychanie delikatnego smaku. W koło Mortemart’a rozprawiano o zamordowaniu księcia d’Enghien. Wicehrabia utrzymywał, że książę zginął samochcąc, przez zbytek szlachetności, Bonaparte zaś, miał przyczyny osobiste, dla których go znienawidził.

– Ah tak! opowiedz nam to hrabio – zawołała wesoło Anna Pawłówna, której ten frazes francuzki contez-nous-cela, wydał się czemś przypominającem czasy Ludwika XV.

Hrabia uśmiechnął się słodziutko i skinął głową na znak przyzwolenia. Utworzono koło, Anna Pawłówna zaś wszystkich zachęcała do słuchania ze skupieniem.

– Hrabia – rzekła cichutko do jednego sąsiada najbliższego – znał księcia jak najściślej; hrabia – powtórzyła drugiemu – opowiada cudownie! hrabia – szepnęła na ucho komuś trzeciemu – należy do sfer najwyższych; widzi się to na pierwszy rzut oka.

Oto w jaki sposób hrabia został podany publiczności zgromadzonej, jako nader wytworna zwierzynka. Trzeba przyznać, że podawano go w sposób dystyngowany i zachęcający. Uśmiechnął się znowu znacząco, zanim rozpoczął opowiadanie.

– Usiądź tu bliżej przy mnie, kochana Helenko – przemówiła czule Anna Pawłówna do młodej osoby, która stanowiła centrum innej grupy.

Księżniczka Helena zachowała wstając ten sam uśmieszek niewzruszony, który igrał na jej ustach, odkąd weszła do salonu. Był on niejako dopełnieniem tej piękności tryumfującej i nie mającej równej sobie. Dotykając zaledwie mężczyzn po drodze swoją białą suknią gazową, przybraną nenufarami i trawami morskiemi – mężczyźni zresztą usuwali się pospiesznie aby jej zrobić miejsce, szła zwolna, cała lśniąca blaskiem pereł i brylantów, połyskiem włosów i oczów prześlicznych, alabastrową białością szyi i ramion, obnażonych jak tego wymagała toaleta balowa. Nie patrzyła właściwie na nikogo; uśmiechała się jednak do wszystkich. Zdawała się udzielać niejako prawa każdemu, podziwiania jej kibici wspaniałej, ramion toczystych, i biustu mocno odsłoniętego według mody ówczesnej. Helena była tak cudownie piękną, że nie miała w sobie cieniu zalotności. Czuła się przeciwnie prawie zażenowaną pięknością tak doskonałą i tryumfującą. Radaby była prawie osłabić tejże wrażenie, ale nie mogła tego dokazać.

– Jaka czarująca! Jaka piękna! – wykrzykiwano mimowolnie spojrzawszy na nią.

Hrabia drgnął nieznacznie i spuścił powieki, jakby nie mógł znieść blasku tej postaci uroczej, tego zjawiska nadziemskiego, gdy Helena siadała naprzeciw, oświetlając go swoim nieśmiertelnym uśmieszkiem.

– Jestem zupełnie onieśmielony – rzekł – podobnem audytorjum.

Z ramieniem opartem na stoliczku marmurowym, z główką na dłoni, Helena nie uznała za potrzebne odpowiedzieć cokolwiek na ten komplement. Uśmiechnęła się i czekała. Dopóki trwało opowiadanie, siedziała sztywnie wyprostowana; spozierając kiedy niekiedy to na piękną i pulchną rączkę, to na gors jeszcze ponętniejszy. Bawiła się przytem perłami na szyi, bransoletą brylantową, układając także suknię, aby nie zmięła się przypadkiem. W miejscach szczególniej dramatycznych spozierała ukradkiem na Annę Pawłównę, aby naśladować wyraz jej fizjonomji; poczem wracała czemprędzej do swojego spokojnego i bezmyślnego uśmieszku.

I malutka księżna Bołkońska wyszła z po za stołu herbacianego:

– Zaczekajcie chwilkę moi państwo... wezmę tylko moją robótkę. O czemże książe tak się zamyśliłeś? – rzuciła od niechcenia Hipolitowi Bazylewiczowi. – Ruszże się przecie i przynieś mi mój ridicule.

Księżna szczebiocąc i śmiejąc się głośno, spowodowała ogólne poruszenie.

– Bardzo mi tu dobrze – mówiła dalej usiadłszy na fotelu, który podsunął jej książę Hipolit, oddając torbeczkę jednocześnie.

„Czarujący Hipcio”, był uderzająco podobny do siostry „piękniejszą od najpiękniejszych”, pomimo że był znakomicie brzydkim. Rysy były prawie te same; tylko u siostry przeistoczone i opromienione uśmieszkiem rozkosznym, młodocianym, pełnym zadowolenia, i klasyczną doskonałością tak linji w twarzyczce, jak i w całej ciała budowie. Przeciwnie w brata fizjonomji, odbijał się prawie idjotyzm, połączony z humorem wiecznie kwaśnym i nadąsanym. Postać jego była wątła i chuda jak szczypka; oczy, nos, usta zdawały się łączyć w jedno skrzywienie nieokreślone i znudzone, podczas gdy jego długie nogi i ręce jeszcze dłuższe, skręcały się przybierając kształty iście niemożliwe.

– Czy to będzie historja o upiorach – spytał tonem nosowym, wkładając na nos lornetkę, jakby mu miała ułatwić czy to wysłowienie się, czy też zrozumienie przedmiotu, o którym będzie mowa.

– Bynajmniej – bąknął hrabia osłupiały.

– Bo podobnych rzeczy nie znoszę! – dodał Hipcio z miną, z której można było poznać, że odczuł po niewczasie całą doniosłość słów swoich. Mówił jednak zawsze z taką pewnością i naciskiem, że pytano się za każdym razem, gdy się z czem wyrwał, czy to było proste głupstwo, czy też głupstwo dowcipem zręcznie przysłonięte? Młody książę był ubrany we frak ciemno-zielony z długiemi połami, w pantalony koloru ciała nimfy wzruszonej (jak sam się o nich wyrażał;) na nogach miał płytkie trzewiki ze sprzączkami brylantowemi.

Hrabia opowiadał gładko i przyjemnie anegdotę powtarzaną w Paryżu z ust do ust, o księciu d’Enghien. Miał on się udać potajemnie do Paryża na schadzkę z panną George i spotkał się tam z Bonapartem, dla którego artystka znakomita była również łaskawą... Wskutek tego nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, Napoleon dostał był jednego z owych ataków nerwowych, którym czasem podpadał, a które ubezwładniały go na przeciąg kilku godzin. Był więc rzucony na pastwę swojemu rywalowi. Książę jednak nie korzystał z tej sposobności; Bonaparte zaś następnie tak odwdzięczył mu się za jego wspaniałomyślność, że kazał go najnikczemniej zamordować. Opowiadanie prowadzone zręcznie, stawało się szczególniej dramatycznem w chwili spotkania dwóch rywali u sławnej aktorki. Damy słuchające, były do głębi wzruszone.

– Cudownie! – szepnęła Anna Pawłówna, badając spojrzeniem małą księżnę.

– Niesłychanie zajmujące! – powtórzyła Liza niby echo, wpinając igłę w robotę na znak, że czar opowiadania tak jej myśl przykuwa, iż nie jest w stanie dłużej haftować.

Hrabiemu pochlebiało niezmiernie to nieme uznanie i gotował się mówić dalej, gdy Anna nie spuszczająca z oka „strasznego”, zbiegającego się Piotra, widząc go, jak o czemś żywo i głośno rozprawia z księdzem Morio, podbiegła ku nim, aby zażegnać wcześnie możliwe niebezpieczeństwo. Udało się Piotrowi rzeczywiście wciągnąć księdza w rozmowę o równowadze politycznej, i księżunio zachwycony naiwnym zapałem młodego słuchacza, rozwijał przed nim szeroko i długo projekt czule przezeń upieszczony. Obaj mówili głośno z żywością i uniesieniem, co właśnie niepodobało się pannie Scherer.

– Jakim sposobem, pytasz hrabio? Ależ równowaga polityczna, toć odwieczne prawo ludzkości! – ksiądz zapalał się coraz bardziej. – Jedno państwo silne jak Rosja, używająca sławy zacofanej i barbarzyńskiej, niech stanie uczciwie i szczerze na czele przymierza mającego na celu równowagę Europy, a świat będzie uratowany.

– Jakżeby jednak było możliwem ugruntować ową równowagę? – zauważył Piotr w tej samej chwili, kiedy Anna Pawłówna zmierzywszy go wzrokiem surowym, spytała nagle Włocha, o ile znosi mroźny klimat Północy? Twarz księdza zmieniła się natychmiast; przybrał wyraz słodziutko-czułostkowy, który go nigdy nie opuszczał gdy mówił z kobietami.

– Odczuwam nadto żywo czar inteligencji i rozumu towarzystwa pań, do którego mam zaszczyt należeć, abym miał czas zastanawiać się nad ostrym tutejszym klimatem – odrzucił najuprzejmiej, podczas gdy panna Scherer usiłowała zbliżyć obu i wcielić niejako do swego kółka, aby nie tracić ich z oczu.

Wszedł jeszcze jeden gość do Anny salonu: był nim młody książę Bołkoński, mąż milutkiej Lizy; przystojny mężczyzna, wzrostu średniego, z rysami wybitnemi, z wyrazem twarzy ostrym i surowym. Wszystko w nim, zacząwszy od wzroku wiecznie zamglonego i zmęczonego, a skończywszy na chodzie równym i spokojnym, stanowiło kontrast w oczy uderzający z jego drobniutką żoneczką, tak żywą i ruchliwą. Znał całe towarzystwo w salonie zgromadzone. Wszyscy nudzili go na śmierć, i byłby drogo opłacił możliwość niewidzenia i niesłyszenia nikogo z pomiędzy nich, nie wyłączając nawet własnej żony. Zdawać się mogło, że do niej cierpiał szczególniejszą antypatję, odwrócił się bowiem od niej z takiem skrzywieniem, że prawie zbrzydła jego twarz wcale piękna i wyrazista. Pocałował w rękę Annę Pawłównę, spojrzawszy w koło chmurnie z brwiami ściągniętemi.

 

– Gotujesz się książę do wojny? – spytała.

– Jenerał Kotuzow raczył przyjąć mnie na swego adjutanta – odrzucił Bołkoński, akcentując mocno, rosyjską sylabę „zow”.

– A twoja żona?

– Pojedzie na wieś.

– Że też nie wstydzisz się książe, pozbawiać nas towarzystwa twojej najmilszej, zachwycającej żoneczki.

– Jędrusiu! – zawołała malutka księżna, tak samo kokietująca męża, jak i wszystkich zresztą – gdybyś wiedział, jaką nam tu opowiadał interesującą historyjkę wicehrabia o pannie George i Bonapartem.

Książę Andrzej skrzywił się znowu niemiłosiernie i odszedł nie oglądnąwszy się nawet.

Piotr czatujący na niego odkąd wszedł i ścigający go wzrokiem wesołym a pełnym przychylności, zbliżył się teraz aby mu podać dłoń do uścisku. Teraz dopiero, gdy spojrzał w twarz uśmiechniętą i poczciwą Piotra, rozchmurzyło się księcia czoło i jego twarz nagle wypiękniała, opromieniona również uśmiechem szczerym i serdecznym.

– Ejże! i ty zatem należysz do naszego świata wielkiego.

– Wiedziałem że ty tu będziesz. Radbym pójść do ciebie na kolacją, czy mogę? – dodał Piotr cichuteńko, żeby nie przeszkadzać wicehrabiemu, który dotąd jeszcze nie skończył opowiadania.

– Nie, nie możesz! – roześmiał się w głos Bołkoński, dając mu do zrozumienia ciepłym ręki uściskiem, jak niepotrzebnem wydało mu się owe pytanie ceremonjalne ze strony przyjaciela.

Chciał mu jeszcze coś powiedzieć, gdy powstali książę Bazyli i jego córka. Zaczęto usuwać się, aby im do drzwi głównych drogę utorować.

– Chciej nam wybaczyć, kochany wicehrabio – przemówił książę Bazyli zmuszając ugrzecznionego Mortemart’a, żeby nie ruszał się wcale z fotelu. – Ten nieszczęsny bal w poselstwie Angielskiem, pozbawia nas największej przyjemności i musimy przerwać twoje tak zajmujące opowiadanie. Ze szczerym żalem opuszczamy twój najmilszy wieczór, kochana Anno Pawłówno!

Jego córka potrafiła przesunąć się pomiędzy krzesłami, przytrzymując suknię jedną ręką, i z uśmiechem wiecznym na ustach. Piotr wytrzeszczył oczy na tę piękność olśniewającą, z zachwytem pomięszanym z rodzajem trwogi zabobonnej.

– Prześliczna! – bąknął książę Andrzej od niechcenia.

– Bezwątpienia! – odrzucił Piotr.

Książę Bazyli uścisnął dłoń obu, obok nich przechodząc.

– Zlituj się pani! – zwrócił się błagalnie do Anny Pawłówny – okrzesaj mi trochę tego niedźwiadka. Mieszka u mnie rok blisko, a raz pierwszy widzę go w porządnem towarzystwie. Nic zaś tak nie kształci i nie cywilizuje młodego człowieka jak towarzystwo dam dystyngowanych.

IV.

Anna Pawłówna przyrzekła ze śmiechem zająć się Piotrem, o którym wiedziała, że jest z księciem Bazylim spokrewniony przez ojca. Poważna dama, siedząca obok „ciotuni”, zerwała się nagle i dopędziła księcia Bazylego w przedpokoju. Jej twarz o wyrazie dobrodusznym, z policzkami zapadniętemi, z oczami wyblakłemi od płaczu, starała się dotąd okazywać wielkie zainteresowanie się i uwagę wytężoną. Obecnie odmalował się w niej niepokój i trwoga.

– Cóż mi powiesz książę o moim Borysie? – Wymawiała imie Borysa, kładąc nacisk na samogłoskę „O”. – Nie mogę zostać dłużej w Petersburgu. Powiedz-że mi z łaski swojej, co mam zwiastować memu chłopcu biednemu?

Mimo widocznej przykrości i prawie impertynenckiego traktowania ze strony księcia Bazylego, uśmiechnęła się i przytrzymała go siłą mocą, aby jej nie uciekł.

– Cóżby cię to kosztowało przemówić słówko, wspomnieć o nim najjaśniejszemu panu? Wziętoby go zaraz do carskiej gwardji!

– Bądź księżna przekonaną, że zrobię co tylko będzie w mojej mocy, trudno mi jednak żądać czegoś podobnego od najjaśniejszego pana. Radziłbym ci szczerze, udać się z tem raczej do Rumiancowa za pośrednictwem księcia Galiczyna. To byłaby droga najprostsza.

Niemłoda kobieta nazywała się księżną Trubeckoj. Był to jeden z pierwszych rodów w Rosji. Zubożawszy usunęła się od świata od dawna, i wyszła zupełnie ze stosunków z dawniejszymi znajomymi. Przybyła tylko po to do Petersburga, aby ułatwić synowi jedynemu przyjęcie do gwardji przybocznej. W nadziei że zastanie tam księcia Bazylego, przyszła na wieczór do panny Scherer. Jej twarz niegdyś bardzo piękna, drgnęła kurczowo; uczuła się tknięta do żywego księcia niegrzecznem lekceważeniem. Trwało to jednak nader krótko. Opanowała rozdrażnienie i uśmiechnęła się na nowo, przytrzymując silniej ręką księcia:

– Posłuchaj mnie książe, nigdy niczego nie żądałam od ciebie i na przyszłość niczego więcej żądać nie będę. Nigdy również nie przechwalałam się przyjaźnią, która łączyła ojca mego z tobą. Teraz jednak na miły Bóg! uczyń to dla mego syna, a staniesz się naszym dobroczyńcą! – dodała szybko. – No! nie gniewaj się i przyrzeknij mi. Błagałam Galiczyna... odmówił mi wręcz. Bądź tym dawnym poczciwym serdecznym Bazylkiem – mówiła dalej głosem stłumionym, siląc się do uśmiechu, a z oczami łez pełnemi.

– Papa! – przemówiła po francuzku księżniczka Helena, stojąca na progu. – Spóźnimy się najniezawodniej.

I zwróciła ku ojcu swoją prześliczną twarzyczkę.

Władza i wzięcie u dworu, są kapitałem, który powinno się bardzo oszczędzać. Książę Bazyli wiedział o tem lepiej od innych. Wstawiać się za każdym, kto udawał się do niego o protekcję, znaczyło tyle, co nie otrzymać nigdy nic dla siebie samego. Zrozumiał to od razu. Nader też rzadko używał dla kogokolwiek z proszących, swoich wpływów osobistych. Głos błagalny księżnej Trubeckoj zbudził w nim atoli coś, niby wyrzut sumienia. Przypomniała mu bowiem szczerą prawdę. Zawdzięczał rzeczywiście jej ojcu pierwsze kroki na arenie, gdzie czekała na niego tak świetna przyszłość. Zauważył również, że jest ona jedną z tych kobiet, z tych matek szczególniej, które wytrwale, bez wypoczynku, z uporem kamiennym, dążą do celu, dopóki nie stanie się zadość ich pragnieniom. Są gotowe, jeżeliby się nie uwzględniło ich proźb, prześladować kogoś co chwila i na każdem miejscu wyrzutami i scenami. Ta ostatnia pobudka szalę ku niej przechyliła.

– Kochana Anno Michałówno – przemówił tonem znudzonym i ze zwykłą u niego nonszalansją – jestem prawie w niemożności uczynienia tego, czego wymagasz odemnie. Spróbuję jednak, aby dowieść ile jestem do ciebie przywiązanym i jak czczę pamięć twego ojca. Syn twój wejdzie do gwardji. Daję ci na to moje słowo! Czyś zadowolona?

– Drogi przyjacielu, jesteś moim dobroczyńcą. Spodziewałam się tego po tobie; znam przecież twoją dobroć. Jeszcze słówko! – zawołała widząc, że myśli umknąć. – Gdy raz dostanie się do gwardji – zatrzymała się zawstydzona – jesteś w tak serdecznych stosunkach z Kotuzowem... Wspomnisz mu przychylnie o Borysie nieprawdaż? Mógłby przyjąć go na adjutanta. Byłabym wtedy zupełnie spokojną, i nigdy więcej...

Książę uśmiechnął się drwiąco.

– Tego nie mogę obiecywać. Odkąd zamianowano Kotuzowa wodzem naczelnym, jest przeciążony suplikami ze wszystkich stron. Sam mnie o tem zapewniał, że wszystkie damy z wielkiego świata w Moskwie, proponują mu to ustnie, to listownie, swoich synów na adjutantów.

– Nie, nie, przyrzecz mi to, mój przyjacielu, mój dobroczyńco! inaczej jeszcze cię nie wypuszczę!

– Papa! – powtórzyła tym samym tonem Helena – przyjdziemy na bal ostatni.

– A zatem, do widzenia! Widzisz księżno nie mogę dłużej...

– Wspomnisz zatem najjaśniejszemu panu?

– Najniezawodniej; ale co do Kotuzowa, nie przyrzekam wcale!

– Mój drogi Bazylku – szepnęła Anna Michałówna, z uśmieszkiem zalotnym na ustach, którym za młodu czarowała wszystkich. Zapomniała nieboga, że ten uśmiech dawny, nie licował wcale z jej twarzą zwiędłą, z bruzdami głębokiemi, wyżłobionemi przez łzy i troski. Nie myślała o swoim wieku, przywołując na pomoc cały arsenał kobiecej kokieterji. Zaledwie jednak książę znikł jej z oczu, twarz przybrała wyraz smutku i przygnębienia. Wróciła do kółka, w którem wicehrabia kończył opowiadanie, udając znowu wielkie zainteresowanie. Myślami atoli była przy synie i czekała tylko chwili sposobnej aby wynieść się z salonu, skoro załatwiła sprawę z księciem Bazylim.

– Cóż państwo powiecie o tej ostatniej komedji z koronacją w Medjolanie? – wtrąciła panna Scherer – i o ludności z Genui i z Lucci, która zgromadziła się tłumnie, aby złożyć życzenia panu Buonapartemu. Pan Buonaparte rozparty na tronie i wysłuchujący błagania narodów? Cudowne! Nie, jest od czego oszaleć, naprawdę! Możnaby przypuścić, że świat cały stracił głowę.

Książę Andrzej uśmiechnął się patrząc na Annę Pawłównę:

– Bóg mi ją daje, biada temu ktoby jej się tknął! – rzekł mimochodem.

Były to słowa Bonapartego, które wypowiedział wkładając koronę na głowę.

– Utrzymują, że mówiąc to wyglądał wspaniale – dodał i powtórzył po włosku: „Dio mi la dona, guai a chi la toca!”

– Sądzę – Anna Pawłówna wzruszyła ramionami – że to będzie ową kroplą za wiele, która czarę przepełni. Monarchowie rzeczywiście nie mogą znosić dłużej człowieka, który jest dla nich groźbą uosobistnioną i nieustanną.

– Monarchowie! Nie mam tu Rosji na myśli – odparł wicehrabia grzecznie ale ze smutkiem – monarchowie pani? A cóż oni zrobili dla Ludwika XVI., dla królowej, dla księżniczki Elżbiety? Nic – mówił dalej zapalając się coraz bardziej – i chciej mi pani wierzyć, są oni obecnie ukarani za zdradę, za sprzeniewierzenie się sprawie Burbonów. Monarchowie? Wszak wysyłają posłów z gratulacjami dla Uzurpatora!... – Machnąwszy ręką pogardliwie, wstał i usiadł opodal.

Książę Hipolit, który nie przestał ani na chwilę przypatrywać się wicehrabiemu przez lornetkę, zwrócił się nagle ku księżnie Bołkońskiej, prosząc ją o igłę. Otrzymawszy takową zaczął rysować na stole i tłumaczyć jej z powagą niewzruszoną, herb Kondeuszów, jakby ona tego pragnęła i o to go prosiła.

– Tarcza czerwona, w koło lazur i złoto.. dom Kondeuszów.

Liza słuchała z uśmiechem.

– Jeżeli Bonaparte zostanie rok jeszcze na tronie Francji – zaczął mówić znowu Mortemart, przyzwyczajony iść za swojemi własnemi myślami, a nie troszczyć się zbytecznie i nie zwracać uwagi na zdanie innych w kwestjach które znał na wskróś – wszystko ułoży się przedziwnie. Towarzystwo we Francji... mówię naturalnie o najlepszem... wyborowem... zostanie rozbite, zniszczone przez piekielne intrygi, gwałt, wygnanie i wyroki krwawe... a wtedy!...

Wzruszył miłosiernie ramionami wyciągając obie ręce ku niebu. Piotr chciał mu wpaść w słowo; wyprzedziła go jednak panna Scherer, nie spuszczająca go z oka.

– Car Aleksander – zaczęła z owym odcieniem melancholijnym, który zawsze przybierała mówiąc o carskiej rodzinie – zadecydował, że trzeba pozwolić Francuzom wybrać dobrowolnie formę rządu. Jestem najpewniejszą, że naród cały, skoro zrzuci z karku jarzmo Uzurpatora, wpadnie w otwarte ramiona swojego króla prawowitego.

Anna Pawłówna chciała widocznie pochlebić królewskiemu emigrantowi.

– Jest to nader wątpliwem – wtrącił książę Bołkoński. – Wicehrabia przypuszcza słusznie, że wypadki zaszły obecnie za daleko, i że będzie prawie niepodobieństwem, wrócić do przeszłości.

– Słyszałem – wmięszał się Piotr do rozmowy, zbliżając się do stolika – że Napoleon potrafił zjednać sobie przeważną część szlachty francuzkiej.

– Tak utrzymują Bonapartyści – wykrzyknął wicehrabia nie patrząc wcale na Piotra.

– Obecnie nie można wiedzieć na prawdę, jaka opinja góruje we Francji.

– Bonaparte powiedział to przecie najdobitniej – bąknął tonem szyderskim Bołkoński, niepodobał mu się bowiem wicehrabia na pierwszy rzut oka i jego miały na celu księcia ostre przycinki. – „Pokazałem im drogę sławy, nie chcieli pójść nią” – oto słowa, które kładą w usta Napoleonowi. – „Otworzyłem im moje przedpokoje, i wtłoczyli się do nich”... – Nie wiem do jakiego stopnia miał prawo tak się wyrazić.

– Nie miał po temu prawa żadnego! – po zamordowaniu księcia d’Enghien, najzapaleńsi nawet przestali widzieć w nim bohatera, choć może przedtem takim wydawał się niektórym osobom. – Teraz zwrócił się ku Annie Pawłównie. – Po tem niecnem morderstwie, powiedzieliśmy sobie, że przybył nam jeden więcej męczennik w niebie, a ubył prawdziwy bohater na ziemi.

Nie miano czasu odpowiedzieć uśmiechem stosownym na to wystąpienie patetyczne wicehrabiego, gdy Piotr wyrwał się nagle, nie dopuściwszy tym razem do interwencji panny Scherer, która przeczuwała coś niesłychanego.

– Wyrok spełniony na księciu d’Enghien, był poetyczną koniecznością. Napoleon dowiódł zatem, jak jest wielkodusznym, biorąc na siebie całą odpowiedzialność za ten akt.

 

– Boże, Boże – szepnęła panna Scherer z najwyższem przerażeniem.

– Jakto, panie Piotrze, znajdujesz wielkodusznym czynem spełnienie morderstwa? – spytała naiwnie i z uśmiechem mała księżna przysuwając bliżej robótkę.

– No, no! – odezwało się kilka innych głosów.

– „Capital!” – wykrzyknął Hipcio w języku angielskim, uderzając się dłonią po kolanie. Wicehrabia ograniczył się na ponownem wzruszeniu ramionami.

Piotr spojrzał poważnie na swoje audytorjum z pod okularów:

– Mówię w ten sposób, bo Burboni uciekli przed rewolucją, zostawiając ludność wydaną na pastwę anarchji! Napoleon jedynie zrozumiał i potrafił ją zwyciężyć. Dla tego, mając na celu dobro publiczne, nie mógł dać się wstrzymać w pochodzie przez życie jednego człowieka.

– Czy nie chciałbyś pan przejść do innego stołu? – bąknęła Anna Pawłówna.

Piotr jednak zapalając się coraz bardziej, kończył swój wywód.

– Tak, tak, Napoleon stał się wielkim, bo potrafił wznieść się ponad rewolucję, ukrócił jej nadużycia, a zachował co miała w sobie dobrego: Równość obywateli, wolność prasy i słowa, i tym sposobem zdobył władzę.

– Gdyby był korzystał z tej władzy, aby oddać ją w ręce króla prawowitego, zamiast jej użyć do popełnienia morderstwa, byłbym i ja go nazwał wielkim – odezwał się wicehrabia.

– Tego nie mógł uczynić. Naród nadał mu władzę pod tym jedynie warunkiem, aby pomógł mu do pozbycia się Burbonów. Lud poznał w nim człowieka wyższego. Rewolucja była bądź jak bądź czynem potężnym. – Piotr dowodził dalej, zdradzając tem niedoświadczenie pierwszej młodości, która zwykła wypowiadać naiwnie opinie i poglądy własne częstokroć nadto skrajne i drażniące.

– Rewolucja i królobójstwo czynem potężnym! Tego tylko brakowało!... ale... czy nie przeniósłbyś się pan do innego stołu? – powtórzyła tracąc przytomność z oburzenia Anna Pawłówna.

– Kontrakt socjalny! – zawołał wicehrabia z uśmiechem pełnym rezygnacji.

– Nie mówię o królobójstwie tylko o idei.

– Naturalnie! idea rabunku, morderstwa i królobójstwa! – przerwał mu głos drugi tonem szyderskim.

– Zapewne, że dopuszczano się smutnych ostateczności, podstawą jednak tej idei jest wyzwolenie z przesądów kastowych, równość w obec prawa obywateli państwa; to zaś wszystko zagwarantował ludowi Napoleon w całej rozciągłości i nietykalności.

– Wolność! równość! – wtrącił wicehrabia pogardliwie, chcąc dać do zrozumienia młodemu człowiekowi, wielką niedorzeczność tego rezonowania. – Te wyrazy tak głośno brzmiące, straciły już dawny urok... Któżby nie kochał wolności i równości. Wszak pierwszy nasz Zbawiciel uczył nas tego. Czyśmy jednak szczęśliwsi po rewolucji? Przeciwnie! Pragnęliśmy wolności, a Bonaparte nam ją wydarł.

Książe Andrzej patrzał z uśmiechem sarkastycznym, to na Piotra, to na wicehrabiego, to na gospodynię domu, która mimo wprawy i wzięcia salonowego, była niemal ubezwładniona gwałtownem Piotra wystąpieniem. Spostrzegłszy jednak, że te słowa świętokradzkie, nie wywołują u wicehrabiego wybuchów gniewu, przekonawszy się również że niepodobieństwem było przytłumić i zatrzeć wrażenie piorunujące, złączyła się ściśle ze szlachetnym i wysoko urodzonym emigrantem. Wszelkie siły zebrawszy, uderzyła tedy impetycznie na niefortunnego oratora:

– Kochany panie Piotrze – przemówiła – jak możesz wytłumaczyć postępowanie tego wielkiego człowieka, który morduje księcia krwi... powiedzmy po prostu... swojego bliźniego... kogoś zresztą, który nie popełnił żadnej zbrodni, i to bez sądu?

– Chciałbym również – zauważył wicehrabia – prosić pana, żebyś mi raczył wytłumaczyć dzień ośmnastego brumaire’a. Czyż to nie było zdradą, lub, jeżeli wolisz to drugie określenie, sztuczką kuglarską, nie licującą bynajmniej z czynami wielkiego człowieka?

– A więźniowie wymordowani w Afryce z jego rozkazu? – wykrzyknęła mała księżna – to coś przerażającego.

– Prosty mużyk! mówcie sobie co chcecie – machnął ręką książę Hipolit.

Piotr nie wiedząc wcale komu odpowiadać, patrzał tylko w koło z uśmiechem, nie z owym bezmyślnym i zaledwie widocznym, ale z uśmiechem szczerym, serdecznym, który jego twarzy zwykle ponurej i jakby skwaszonej nadawał wyraz dobroci naiwnej. Wyglądał wtedy na dzieciaka poczciwego, choć swywolnego czasami, który błaga o przebaczenie.

Wicehrabia, mimo że go widział po raz pierwszy, zrozumiał natychmiast, że ten Jakobin, mniej był straszny, niż jego słowa. W salonie milczenie zapanowało.

– Jakże możecie chcieć, żebym wam wszystkim naraz odpowiadał? – odezwał się nagle książę Andrzej. – Czyż niema różnicy między czynami człowieka prywatnego, a męża stanu, wielkiego wodza, lub monarchy? Zdaje mi się, że jest różnica, nawet ogromna.

– Ależ najniezawodniej! – Piotr lżej odetchnął, uszczęśliwiony tą pomocą niespodzianą.

– Napoleon na moście w Arcole, lub podający dłoń zadżumionym w szpitalu w Jaffie, jest wielkim jako człowiek, niepodobna tego nie przyznać. Są jednak, co prawda, inne czyny trudne do usprawiedliwienia – mówił dalej książę Andrzej, chcąc widocznie zatrzeć wrażenie i naprawić niezręczne a zbyt szczere przemówienie Piotra. Powstał równocześnie, dając tem znak żonie, że chce z nią odejść.

Książę Hipolit zrobił to samo, zachęcając jednak ruchem ręki tych wszystkich, którzy zamierzali pójść za ich przykładem, do pozostania na miejscu.

– Ale, ale! – żywo zawołał – opowiadano mi dzisiaj anegdotkę moskiewską, niezrównaną... pragnę państwo nią uraczyć. Przepraszam cię wicehrabio; muszę jednak opowiedzieć ją w języku ruskim, inaczej straciłaby cały pieprzyk...

I zaczął mówić po rosyjsku, z akcentem atoli Francuza, który zaledwie rok jeden spędził w Rosji.

– W Moskwie mieszka pewna dama... bardzo wielka pani, ale skąpa niesłychanie. Potrzeba jej było dwóch drabów wysokich, aby ich postawić w tyle powozu... Posiadała również (taki już był jej kaprys i upodobanie) pokojówkę wzrostu olbrzymiego...

Tu Hipcio zaczął się namyślać, jakby mu przychodziło z pewną trudnością kończyć opowiadanie:

– Powiedziała tedy do niej: tak jest powiedziała najwyraźniej: – „Dziewko... taka i taka... ubierz się w liberję lokajską i stań za powozem... jadę z wizytami...”

W tem miejscu Hipcio parsknął śmiechem. Na nieszczęście, nie znalazł wiernego echa w swojem audytorjum. Opowiadający zmieszał się tem cokolwiek, niezadowolony, że jego historyjka jakoś nie robi wrażenia. Kilka osób grzeczniejszych sprobowało uśmiechnąć się z lekka, między innemi panna Scherer i owa starsza matrona.

– Pojechała – kończył. – Nagle zerwała się burza... dziewczynie spadł z głowy lokajski kapelusz i rozwiązały się jej długie włosy...

Nie mogąc dłużej śmiechu powstrzymać, wziął się za boki wijąc się i śmiejąc spazmatycznie. Przez dłuższą chwilę nie był w stanie przemówić; dusił się najzupełniej.

...Tak, tak! – dokończył nareszcie przegięty do samej posadzki – rozplotły się jej długie włosy... ha! ha! ha!... i... i... całe miasto dowiedziało się o tem.

Nikt Bogiem a prawdą nie mógł pojąć sensu tej anegdoty, i dla czego właściwie musiała być opowiedzianą w języku rosyjskim? Sama gospodyni domu i część towarzystwa, wdzięczni jednak byli Hipolitowi, że tak w porę przerwał Piotrowi nieznośną i niestosowną polemikę.

Rozmowa rozdrobiła się następnie, przeskakując motylkowato z przedmiotu na przedmiot. Wspomniano nawiasem o balu przeszłym, o tym, który miał nastąpić, o teatrach, mięszając do wszystkiego pytania, gdzie i kiedy mają się zejść znowu razem jutro i pojutrze?...