Wojna i pokój

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

XXVI.

Równocześnie zasypiał na krześle w sieniach stary, siwy kamerdyner, słysząc z jednej strony miarowe, a głośne jak surma bojowa, chrapanie swego pana, a z drugiej ćwiczenia fortepjanowe księżniczki, która powtarzała wytrwale po raz dwudziesty, jakiś trudny pasaż z sonaty Dreyschocka.

W tem zajechał powóz kryty, za nim duża, ładowna bryka, przed główną bramę. Pierwszy wyskoczył książę Andrzej, aby następnie pomódz żonie wysiąść z powozu.

Stary Tykon turkot usłyszawszy, zerwał się na równe nogi. Wysunął się na ganek, drzwi po cichu przymykając i oświadczył księstwu szeptem: – „że jego pan spi teraz”. – Nic nie mogło zmienić trybu i porządku dnia, ani przybycie syna, ani żaden inny wypadek, choćby miał się od niego świat przewrócić. Książę Andrzej wiedział o tem tak samo jak Tykon, a może nawet lepiej od niego, spojrzał bowiem na zegarek, aby się przekonać że w nawyczkach ojca żadna zmiana nie nastąpiła.

– Nie obudzi się aż za pół godziny – przemówił do żony – pójdźmy tymczasem do księżniczki Marji.

Księżna nabrała jeszcze więcej tuszy. Jej drobna figurka, wyglądała obecnie, jak beczułka drepcąca na dwóch stopkach malutkich. Oczy jej dotąd jednak blasku nie straciły, a jej usteczka malinowe z wyszczerzonemi ząbkami jak u wiewiórki i z ciemnym meszkiem nad górną wargą, uśmiechały się jak dawniej wesoło i zalotnie.

– Ależ to pałac wspaniały! – wykrzyknęła zwracając się do męża. Wyrażała swój podziw takim tonem, jakby winszowała gospodarzowi domu świetności balu wydanego. – Prędko! prędko! Idźmy do Maryni!

Uśmiechnęła się znowu rozkosznie do męża i do starego Tykona.

Książe Andrzej szedł za nią z głową smutnie na piersi zwieszoną.

– To pewno Marynia się ćwiczy? – spytała. – Trzeba zejść ją niespodzianie!... Idźmy na palcach, cichuteńko!...

– Zestarzałeś się bardzo poczciwy Tykonie! – bąknął książę Andrzej melancholijnie, gdy stary sługa całował go w rękę.

W chwili, gdy mieli wejść do sali, zkąd odzywały się tony fortepjanu, otworzyły się drzwi boczne i na progu ukazała się młoda i ładna blondyneczka. Była nią panna Bourriènne. Na widok niespodziewany księcia z żoną, zdawała się nie posiadać z radości, i wykrzyknęła:

– Ah! co za szczęście dla księżniczki!... muszę ją uprzedzić...

– Nie, nie! na miły Bóg! Zapewne panna Bourriènne? Znam ją z opisów siostry mego męża, wyraża się zawsze z taką przyjaźnią o swojej miłej towarzyszce – trzepała księżna całując ją serdecznie. – Nie spodziewa się nas dzisiaj, co?...

Stali pod drzwiami, z po za których słychać było te same pasaże powtarzane do nieskończoności. Andrzej spochmurniał jeszcze bardziej, jakby to wszystko robiło na nim przykre wrażenie.

Mała księżna weszła pierwsza; muzyka nagle ucichła. Słychać było za to krzyk, później zaś odgłos zamienionych pocałunków. Andrzej zobaczył siostrę i żonę, które widziały się raz jedyny na jego ślubie, splecione czułym uściskiem. Panna Bourriènne wpatrywała się w ten obraz z dłonią na sercu, gotowa płakać i śmiać się jednocześnie.

Książę wzruszył ramionami, marszcząc czoło, niby meloman namiętny, gdy nagle usłyszy wziętą przez kogoś nutę fałszywą. Dwie młode kobiety odstąpiły na krok od siebie, aby rzucić się sobie ponownie w ramiona, obejmując się nawzajem za szyję i w pół ciała. Ostatecznie płaczem wybuchnęły, na co książę Andrzej skamieniał z wielkiego zdziwienia. I panna Bourriènne do głębi poruszona, zalała się łzami. Młody książę czuł się tem zmęczony i znudzony, jego atoli żona i siostra znajdowały widocznie że to zupełnie coś naturalnego iż tę pierwszą chwilę spotkania wzajemnego, oblały łzami rzewnemi.

– Ah! najdroższa moja! – Ah Maryńciu! – wykrzyknęły razem jak na komendę, śmiejąc się z po za łez.

– Czy wiesz, żeś mi się śniła tej nocy?

– Nie spodziewałaś się nas jeszcze, nieprawdaż?... Aleś schudła biedaczko, od naszego ostatniego widzenia!..

– Ty za to Lizo świetnie wyglądasz!

– Poznałam natychmiast księżnę panią z portretu – wtrąciła Francuzka.

– A ja grałam o niczem nie wiedząc!... Ach! mój drogi Andruszko!... nie spostrzegłam cię dotąd!

Uściskali się serdecznie brat z siostrą.

– A to z was płaksy! – mruknął, gdy Marja wlepiła w niego oczy dotąd łzami zaszłe, ale nie mniej promieniejące radością i najżywszem przywiązaniem, szukając z czułością niewymowną wzroku brata. Mała księżna szczebiotała dalej bez odpoczynku. Jej górna warga, schylała się co chwila, muskając przelotnie dolną, aby podnieść się czemprędzej i rozkwitnąć uśmieszkiem czarującym.

– Mieli okropny wypadek – opowiadała jednym tchem – następstwa tegoż mogły być najfatalniejsze na Spasowej Górze... i zostawiła wszystkie swoje suknie w Petersburgu... nie ma teraz co włożyć na siebie!... a ten Jędruś niedobry tak się dla niej zmienił!... Kitty Odonkow... ktoby się tego był po niej spodziewał!... wychodzi za mąż za starca, ale pana miljonowego... ona zaś, ma dla siostry męża, konkurenta całkiem na serjo... O tem jednak później pogadamy... – dodała nawiasem.

Księżniczka Marja wpatrywała się dalej w twarz brata. Czytało się w jej dużych, pięknych oczach, miłość bez granic i smutek głęboki. Jej myśli odbiegły zupełnie od szczebiotu małej sroczki. Raz nawet wpadła w słowo bratowej, przerywając jakiś opis szczegółowy, ostatniego balu w Petersburgu, aby spytać brata, czy trwa w zamiarze połączenia się z armją maszerującą ku granicy?

– Ma się rozumieć! Odjeżdżam ztąd jutro wieczór.

Liza ciężko westchnęła:

– Zostawia mnie tutaj, opuszcza, Bóg jeden wie dla czego! Mógł przecie zostać w kraju, i tu czekać na awans najpewniejszy...

Marja, nie słuchając dłużej, spojrzała tylko na nią z czułością niewymowną, a wskazując bratu oczami niezwykłe zaokrąglenie kibici u jego żony:

– Czy to już pewne? – spytała wymijająco.

Młoda kobieta nagle pobladła:

– Niestety! – westchnęła ciężko. – Ah! to coś tak strasznego!

Usta jej zadrgały kurczowo. Przycisnęła główkę do siostry ramienia i głośno załkała.

– Potrzeba jej wypoczynku – bąknął Andrzej niecierpliwie. – Nieprawdaż Lizo? Zaprowadź ją do siebie Maryniu, ja tymczasem pójdę do ojca... Powiedzże mi, zawsze ten sam?

– Zawsze... dla mnie przynajmniej nie zmienił się ani na włos – odpowiedziała siostra.

– O tej samej minucie przechadzka w tej samej aleji, poczem staje się do warstatu tokarskiego, nieprawdaż?

Uśmiech nieznaczny, igrający na pełnych ustach Andrzeja, świadczył wymownie, że mimo przywiązania szczerego i synowskiego poważania, były mu znane dokładnie ojca manje i jego dziwactwa niesłychane.

– Nie inaczej, wszystko o tej samej godzinie, przechadzka, toczenie lasek i tabakierek i te same lekcje geometrji i matematyki – wybuchnęła śmiechem wesołym, jakby chwile poświęcone suchej i nudnej nauce, uważała za najpiękniejsze w swojem życiu.

Gdy minęło owe pół godziny drzemki księcia, stary Tykon wszedł i poprosił syna do ojca gabinetu. Książe czynił mu ten zaszczyt, że dla syna wyłącznie zmieniał zwyczaj nie przyjmowania nikogo w gabinecie, gdy go ubierano. Stary książę kazał sobie zawsze kłaść na głowę perukę pudrowaną do objadu i wtedy także przywdziewał długi surdut, a raczej kapotę, według starej mody. Kiedy syn wchodził do gabinetu, ojciec siedział wciśnięty w duże karło, w szerokim białym płaszczu od pudru, z głową powierzoną wprawnym rękom wiernego poczciwego Tykona. Syn zbliżył się szybko do niego. Znikł z twarzy Andrzeja ów zwykły wyraz apatji i znudzenia. Teraz twarz jego ożywiał ten sam uśmiech serdeczny, który ją rozjaśniał dawniej na widok Piotra.

– Oho! jesteś mój wojaku! Chcesz pobić Napoleona, co? – wykrzyknął stary książę, potrząsając drwiąco głową upudrowaną, o ile mu na to pozwalały ręce Tykona, splatające warkocz w tyle peruki. – Tak, tak, ruszaj na pole walki!... śmiało! naprzód! Bez tego mógłby nas wkrótce Bonaparte zaliczyć do swoich poddanych!... Zdrów jesteś hę?...

Podsunął mu policzek. Drzemka wprawiła starca w humor wyśmienity. Nie darmo też utrzymywał: „przed obiadem sen jest złotem, po obiedzie już tylko srebrem”. – Rzucał na syna z pod brwi krzaczystych i gęstych spojrzenia rozradowane, gdy ten go całował w miejsce wskazane, nic nie odpowiadając, na jego wieczne drwiny i docinki, o tegoczesnych wojskowych, a szczególniej o Bonapartem.

– Tak, przybyłem mój ojcze, gdyż chciałem ci przywieźć moją żonę w stanie poważnym... Ojciec zawsze zdrów i rześki, nieprawdaż?

– Mój drogi, tylko głupcy i birbanty chorują, a ty mnie znasz przecie... Pracuję od świtu do nocy, żyję wstrzemięźliwie, zatem zdrowie i czerstwość zachowam do późnej starości.

– Dzięki Bogu! – wtrącił syn.

– Po co mięszać w to Boga! Powiedzże mi teraz – wracał znowu do swojego ulubionego przedmiotu – w jaki sposób i według jakiej instrukcji przemądrej, udzielonej wam przez Niemców, myślicie pobić z kretesem Napoleona? Zapewne według reguł nowomodnej nauki, zatytułowanej szumnie strategją?

– Pozwól mi ojcze odetchnąć cokolwiek – odpowiedział z uśmiechem zainterpelowany, który kochał starca i bardzo go poważał, mimo jego dziwactw rozmaitych. – Nie wiem nawet dotąd gdzie mieszkam – dodał.

– Wszystko głupstwo! głupstwo wierutne, mój synu – krzyknął stary, mnąc w palcach warkocz, aby przekonać się, czy był dość twardo spleciony. Teraz ujął syna silnie za rękę: – Apartament dla twojej zony przygotowany: zaprowadzi ją tam księżniczka Marja i tak będą paplały, że można będzie tą plewą stodołę zapełnić... Ot, zwyczajnie jak kobiety... Jestem bardzo zadowolony, że cię widzę... Siadaj tam i opowiadaj. Pozwalam na armją Michelsona i Tołstoja, bo te będą działały pospołu, armja południowa, co będzie robiła? Prusy zachowują neutralność, wiem o tem; a Austrja, a Szwecja? – dodał wstając, poczem zaczął chodzić wielkiemi krokami po pokoju. A zaś za nim dreptał stary Tykon, podając mu rozmaite części ubrania. – Jakim cudem przejdziecie naprzykład przez Pomorze? – dalej pytał.

 

Ojciec tak nalegał i tak syna do muru przycisnął, że książę Andrzej zrazu niechętnie, później ożywiając się coraz bardziej, zaczął rozwijać przed nim, na pół po rosyjsku, na pół po francuzku, plan kampanji, którą zamierzano rozpocząć. Tłumaczył zwięźle i dobitnie, jak armja złożona z 90.000 ludzi, ma zastraszyć Prusy i zmusić do czynnego udziału w walce; jak inny korpus połączy się ze Szwedami w Stralsundzie, jak 220.000 Austrjaków i 100.000 Rosjan będą działali tymczasem we Włoszech i nad Renem; jak 50.000 Rosjan i tyleż wojska angielskiego, wylądują w Neapolu, i jak w końcu, ta potężna armja złożona z 500.000 ludzi, zaatakuje Francuzów, na różnych punktach jednocześnie. Stary książę nie okazał najlżejszego zainteresowania się tym całym wywodem. Można było nawet przypuścić, że go wcale nie słuchał, bo trzy razy przerwał synowi, nie przestając chodzić i ubierać się: raz zawołał:

– Białą, białą! – Co miało znaczyć, że stary Tykon pomylił się w wyborze kamizelki. Następnie zapytał czy synowa spodziewa się wkrótce rozwiązania? Wreszcie potrząsł głową jakby z wyrzutem i mruknął z niechęcią: – To źle, bardzo źle! Mów dalej... – Raz trzeci, w chwili kiedy syn kończył opowiadanie, zanucił głosem fałszywym i rozbitym:

„Malbrough idzie wojować, i nie wie kiedy z wojny wróci...”

– Nie mówię ojcu, żeby mi się podobał ten plan kampanji. – Syn uśmiechnął się nieznacznie. – Przedstawiłem go tylko w ogólnym zarysie. Niewątpię też, że Napoleon ułożył inny, który nie będzie z pewnością gorszym od naszego.

– Nic w nim nowego, nic nowego... oto co ci jedynie odpowiem.

I starzec zanucił znowu pod nosem słowa starej francuskiej piosenki, mocno zamyślony:

„Nie wie kiedy wróci... Nie wie kiedy wróci!...”

– A teraz chodźmy do sali jadalnej, książę Andrzeju Mikołajewiczu!

XXVII.

Zegar ścienny wydzwaniał drugą godzinę, kiedy stary książę, ogolony, wyświeżony i upudrowany na biało, wszedł do sali jadalnej. Czekali już na niego synowa, córka, panna Bourriènne i nadworny księcia budowniczy. Ten był raz na zawsze przypuszczony do pańskiego stołu, mimo podrzędnego stanowiska, jakie zajmował, a które, biorąc ściśle, nie nadawało mu prawa do podobnego zaszczytu. Stary książę, przestrzegający najskrupulatniej reguł etykiety i różnicy stanów, chociaż nader rzadko raczył zapraszać matadory z najbliższego obwodu, jednakowoż rad był popisywać się w osobie swojego budowniczego, (siąkającego z nieśmiałością w dużą kraciastą chustkę od nosa), że uważa za równych wszystkich ludzi. Zdarzało mu się też często, dowodzić córce i przypominać jej, że Michał Iwanowicz nie jest wcale gorszym od nich. Przy stole zaś zwracał się najczęściej z mową do budowniczego, który siedział na szarym końcu.

W sali jadalnej wysokiej i przestronnej, za każdem krzesłem stał lokaj jak struna wyciągnięty. Marszałek dworu, z serwetą pod pachą, powodził wzrokiem niespokojnym raz ostatni, przechodząc od stołu do służby i napowrót. Książę Andrzej ojca wyprzedziwszy przypatrywał się uważnie nowemu drzewu genealogicznemu oprawionemu w szczerozłote pręciki. Ten przedmiot był dla niego niespodzianką. Wisiał on naprzeciw dawnego obrazu w tym samym rodzaju, namazanego bezecnie przez jakiegoś heraldyka domorodnego. Ów bohomaz wyobrażał protoplastę rodu Bołkońskich, wywodzącego się w prostej linji od Ruryka, w koronie księcia panującego na głowie i z berłem w ręku. Andrzej nie mógł wstrzymać się od uśmiechu, na widok tej figury fantastycznej, która zakrawała prawie na karykaturę.

– Ah! jak ja go w tem poznaję całego! – bąknął z cicha.

Księżniczka Marja wchodząc w tejże chwili, spojrzała na brata z najwyższem zdziwieniem. Nie pojmowała zupełnie, coby mogło być śmiesznego w tym obrazie. Cokolwiek tyczyło się jej ojca, wzbudzało w niej cześć religijną. Nie godziło się zatem krytykować czegoś podobnego.

– Każdy posiada swoją „piętę Achillesa” – mówił dalej Andrzej. – Mieć tyle co on rozumu, i narażać się na taką śmieszność...

Wielce zgorszona tą mową zbyt śmiałą, zamierzała Marja na nią odpowiedzieć karcąco, gdy usłyszano za drzwiami kroki niecierpliwie oczekiwane. Chód lekki i posuwisty starego księcia, ruchy żywe i zwinne, dziwnie odbijały od nastroju niesłychanie poważnego i form ściśle etykietalnych, całego otoczenia. Można było prawie posądzić starca o jakąś myśl ukrytą pod tym względem.

Zegar wydzwaniał drugą godzinę, a stojący w salonie na kominku wtórował mu tonem melancholijnym, gdy książę ukazał się na progu. Oczy jego dotąd pełne ognia młodzieńczego, prześliznęły się szybko patrząc z pod brwi po obecnych. Zatrzymały się dłużej na małej księżnie. Na jego widok, uczuła to samo co każdy z otoczenia, rodzaj trwogi i czci głębokiej. Pogłaskał ją po włosach pieszczotliwie i uderzył lekko po szyi.

– Rad wam jestem, rad serdecznie! – mruknął.

Znowu obrzucił ją wzrokiem przenikliwym i zasiadł przy stole.

– Siadajcie, siadajcie!... i wy Michale Iwanowiczu...

Synowej wskazał miejsce obok siebie, lokaj przysunął jej krzesło.

– Ho! ho! – książę spojrzał na jej kibić zbyt zaokrągloną. – Nadto pospiechu, źle, bardzo źle! Trzeba chodzić, dużo chodzić, bardzo wiele!...

Usta wykrzywiły mu się uśmiechem ostrym i niemiłym, oczy natomiast wcale nic nie wyrażały.

Mała księżna nie słyszała go, a może tylko udała że nie słyszy. Milczała pomięszana, póki nie spytał o jej ojca, i o innych znajomych. Wtedy uśmiechnęła się, odszukując zwykły zapał w opowiadaniu rozmaitych plotek stołecznych.

– Biedna hrabina Apraksin straciła męża i swego nieodstępnego adjutanta jednocześnie. Opłakiwała też gorżko tę stratę podwójną!...

Im więcej ożywiała się księżna, sypiąc jak z rękawa rozmaite nowinki skandaliczne, tem surowszem spojrzeniem mierzył ją starzec. Odwrócił się nagle od niej, jakby nie chciał słuchać dłużej.

– Wiecie Michale Iwanowiczu – zawołał drwiąco – że waszego Bonapartego czeka wielkie nieszczęście. Książę Andrzej (mówił zawsze o synie w trzeciej osobie) wytłumaczył mi to dokumentnie. Zbierają się na niego straszliwe, niepokonane falangi!... I powiedzieć, że nas dwóch poczytywało go zawsze za wielkiego niedołęgę!

Michał Iwanowicz, wiedział doskonale, że nie pozwolił sobie nigdy na podobną uwagę w tak dostojnem towarzystwie. Zrozumiał jednak, że jego osoba służy tylko za punkt wyjścia, za wstęp do dalszej rozprawy. Spojrzał na młodego księcia z pewnem zdumieniem i zmięszaniem, nie domyślając się na razie, co ma dalej nastąpić.

– To wielki strategik! – mówił książę do syna, wskazując na budowniczego. I dosiadł znowu swego ulubionego konika, to jest: zaczął rozprawiać o wojnie, Bonapartem, wielkich wodzach i znakomitych mężach stanu. Według niego, stali obecnie u steru praw europejskich, sami studenci, nie znający pierwszych najbardziej elementarnych zasad, w sztuce wojskowej i administracyjnej. Bonaparte, był nic nie znaczącym Korsykaninem, którego chwilowe powodzenie, wypadało jedynie przypisać brakowi Potemkinów i Suwarowów. Stan Europy nie przedstawiał najmniejszych zawikłań; nie prowadzono również wojny na serjo. To, co robiono, było po prostu komedją marjonetek, popychanych przez wielkich partaczów, oszukujących bezczelnie opinję publiczną.

Książę Andrzej odpowiadał wesoło na te drwinki, a nawet wywoływał je umyślnie, chcąc ojca utrzymać w dobrym humorze.

– Przeszłość wydaje nam się zawsze lepszą od teraźniejszości – wtrącił od niechcenia. – Jednak Suwarów dał się wciągnąć w pułapkę, zastawioną przez jenerała Moreau i nie umiał się z niej wydostać.

– Kto ci to powiedział? Kto?! – wykrzyknął stary książę – Suwarów...

Rzucił talerz w górę, który udało się Tykonowi schwycić zręcznie w powietrzu.

– Fryderyk i Suwarów, to byli dwaj ludzie, rzeczywiście! ale Moreau?!... Moreau byłby się dostał w niewolę, gdyby Suwarów był mógł działać swobodnie. Wsadzili mu atoli na kark cały Hof-Kriegs-Wurst-Rath! z którego sam djabeł nie byłby wiedział jak się wywinąć! Zobaczycie, przekonacie się sami niebawem, co to znaczy taki Hof-Kriegs-Wurst-Rath, jakie to straszne zwierzę! Jeżeli Suwarów nie mógł się z nim uporać, to tembardziej Kotuzow nie da sobie z nim rady! Nie, mój drogi! Nie wystarczą wam właśni jenerałowie. Posprowadzacie jenerałów francuskich, z pomiędzy tych, którzy zwracają się frontem do Bonapartego, aby go pobić własną jego bronią. Wszak wyprawiono już Niemca Pahlena, aby odszukiwał w New-Yorku jenerała Moreau – dodał, stosując te słowa do propozycji zrobionej rzeczywiście temuż jenerałowi, bawiącemu w Ameryce na wygnaniu, aby przyjął taki sam stopień w armji rosyjskiej. – To coś niesłychanego! Czy byli Niemcami, lub Francuzami: Potemkiny, Suwarowy, Orłowy? Wierz mi, albo oni z kretesem głowy potracili, albo jam zgłupiał na starość. Życzę wam szczęścia! ale zobaczymy... przekonamy się... Bonaparte wielkim wodzem! Ha, ha, ha!

– Jestem daleki od tego, żeby uważać za doskonałą organizację naszej armji, nie podzielam jednak ojca zdania, co do drugiej kwestji. Można sobie drwić do woli z Bonapartego, a on zostanie nie mniej wodzem genjalnym!

– Słyszeliście Michale Iwanowiczu? – wybuchnął stary książę. – Słyszeliście?

Budowniczy zajęty wyłącznie wyborną pieczenią, żywił błogą nadzieję, że o nim raczą zapomnieć.

– Słyszeliście? Utrzymywałem przecież zawsze w obec was, że Bonaparte jest tęgim taktykiem, otóż i książę Andrzej jest tego samego zdania.

– Zapewne... rzecz naturalna wasza ekscelencjo! – bąkał budowniczy podczas gdy stary książę śmiał się szydersko.

– Bonaparte urodził się widocznie pod szczęśliwą gwiazdą, posiada żołnierzy niezrównanych. Udało mu się w dodatku, mieć zrazu do czynienia z Niemcami, których pobił. Trzebaby ostatniego niedołęgi, żeby ich jeszcze pobić nie potrafił. Od kiedy świat istnieje, tłukli ich wszyscy, a oni nikomu nie oddali pięknem za nadobne!... Aha! prawda... Kiedyś tam poczubili się między sobą. Ale to nie wchodzi w rachunek! Otóż im jedynie zawdzięcza swoją sławę!...

Tu zaczął wyliczać wszystkie błędy, popełnione przez Napoleona, jako wodza i jako zarządzającego państwem. Syn słuchał go w milczeniu. Nie było jednak tak silnych argumentów, któreby mogły zachwiać jego przekonaniem, tak samo głęboko zakorzenionem, jak i u jego ojca. Dziwił się jedynie i nie pojmował, jakim cudem starzec żyjący na wsi, w kącie zapadłym, zupełnie na pozór od świata oderwany, mógł znać tak dokładnie, w szczegółach najdrobniejszych wszelkie kombinacje polityczne w całej Europie.

– Sądzisz, że ja się na tem nie rozumiem, dla tego żem stary? Otóż widzisz... to mi nie daje spokoju!... Nie spię nieraz w nocy, tylko myślę i myślę!... Cóż ten twój wódz potężny zdziałał? Gdzie i kiedy dał się poznać?

– Wyliczanie tego wszystkiego zabrałoby nam nadto wiele czasu.

– A zatem, złącz się z twoim Bonapartem! Jeszcze jeden zapalony wielbiciel, tego waszego ciury, nie cesarza! – zawołał doskonałą francuzczyzną, zwracając się do panny Bourriènne.

– Wiesz mości książę, że nie przepadam wcale za Bonapartem – żywo zaprotestowała.

– „Poszedł wojować, nie wie kiedy wróci!” – zanucił starzec najfałszywiej w świecie. Śmiejąc się szydersko i zjadliwie, wstał od stołu.

Póki trwała żywa rozprawa, mała księżna siedziała cichutko jak trusia przestraszona. Spoglądała po kolei na męża, na teścia i na księżniczkę Marję. Zaledwie jednak skończył się objad, porwała ją pod ramię, i pociągnęła za sobą do pokoju przyległego.

– Co to za rozum wszechstronny u twojego ojca! – wykrzyknęła. – Z tego powodu zapewne tak mi imponuje i tak go się lękam!

– On taki dobry! – odpowiedziała księżniczka.