Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena

Tekst
Z serii: Lennart Malmkvist #1
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Czekając na posterunku, Lennart głowił się nad tym, w co takiego wplątał się Buri Bolmen. Czy to wszystko było tylko zbiegiem okoliczności? Znalazł się w niewłaściwym czasie i w niewłaściwym miejscu? A może jednak to był zaplanowany napad? No tak, ale co niby mogli chcieć ukraść takiemu staremu piernikowi? Pieniądze, których pewnie nie miał? Jakiś wartościowy towar? Maskę trolla albo fiolkę eliksiru miłosnego? Co za bzdury! Nie było żadnego rozsądnego motywu dla takiego czynu, a przynajmniej żaden nie przychodził mu do głowy. Wyobrażał też sobie, jak straszny los mógł spotkać Buriego. Przez co musiał przejść w ostatnich godzinach przed śmiercią? I co policja miała na myśli z tym niejasnym stwierdzeniem o „uzasadnionych podejrzeniach”? Czy Buri Bolmen w ogóle był martwy? Bo jeśli tak, to w jaki sposób go…? Lennart przełknął. To wszystko przypominało jakiś niekończący się koszmar.

W pewnym momencie drzwi pokoju przesłuchań się otworzyły i wszedł komisarz Nilsson. Lennartowi ulżyło, bo Tysja siedziała z nim przez cały ten czas i tylko utwierdziła go w przekonaniu, że jest sztywna i surowa; spotkał się z jej strony – w jego oczach zupełnie bez powodu – jedynie z milczeniem i chłodnymi spojrzeniami. Jego próby nawiązania choćby minimum porozumienia kończyły się żałosnym fiaskiem. Tysja nie odezwała się ani słowem i po prostu ignorowała jego pytania o to, co się wydarzyło w Bolmens Skämt- & Förtrollningsgrotta. Doszedł w końcu do wniosku, że albo złożyła śluby milczenia, albo – co bardziej prawdopodobne – była po prostu twardą, zgorzkniałą śledczą. Jej wytworna bladość i pociągające rysy były jak drwina, ponieważ w głębi ducha żałowała, że nie stosuje się już średniowiecznych tortur jako metody przesłuchań i że nie może każdego, kto wyda jej się podejrzany, natychmiast wtrącić do lochu – wszystko jedno, czy coś zrobił, czy nie.

Nilsson położył na stole brudnopis i swój notatnik, obok postawił urządzenie rejestrujące i zajął miejsce u boku koleżanki.

– Chce pan coś do picia?

Lennart odparł, że tak, zastanawiając się przy tym, czy należy to do miejscowej strategii „złego i dobrego gliniarza”. Pani komisarz nic mu dotąd nie zaproponowała, choć miała na to doprawdy dość czasu. A może jej zachowanie wynikało po prostu z niechęci do niego?

– Maju, byłabyś tak miła i przyniosłabyś nam coś do picia? – poprosił koleżankę Nilsson. Zanim wyszła, zdążyła jeszcze obdarzyć Lennarta lodowatym spojrzeniem stalowoniebieskich oczu. – Poczekajmy na nią. – Nilsson otworzył notes i brudnopis i zaczął je przeglądać. Podniósł wzrok dopiero, gdy drzwi znów się otworzyły i komisarz Tysja wróciła z tacą, na której stała butelka wody i trzy szklanki. Podeszła z tym do stołu, odstawiła i z tym samym chłodnym spojrzeniem znów usiadła.

– Dziękuję, Maju – mruknął komisarz, postawił przed każdym po szklance i rozlał wodę. Upił łyk i wcisnął przycisk nagrywania. – Poniedziałek, dwudziesty ósmy listopada dwa tysiące szesnastego roku. Przesłuchanie świadka, pana Lennarta Malmkvista, w sprawie Buriego Bolmena, sygnatura akt B0731-438-2016. Przesłuchanie prowadzą komisarz Hendrik Nilsson i komisarz Maja Tysja. No dobrze – Nilsson zwrócił się do Lennarta. – Jak już mówiłem, mamy istotne powody, by zakładać, że Buri Bolmen nie żyje.

Lennart upił łyk wody i spojrzał pytająco na komisarza.

– Nadal nie mogę i nie chcę w to uwierzyć. Zamordowany? Na litość boską, jak, przez kogo i dlaczego? Czemu pan tak sądzi? I dlaczego wciąż pan powtarza, że zakładacie, że on nie żyje? Co to ma wszystko znaczyć? – Jarzeniówka oświetlająca pokój przesłuchań nieprzyjaznym zimowym światłem brzęczała cicho.

– Później. Co robił pan przedwczoraj, w sobotę dwudziestego szóstego listopada, między wpół do dwunastej a wpół do pierwszej w nocy?

– Chce pan, żebym podał jakieś alibi?

– Nie został pan wezwany jako oskarżony, ale jako dobrowolny świadek, ponieważ powiedział pan, że chce nam pan pomóc, panie Malmkvist. A skoro tak, to proszę odpowiedzieć na moje pytanie. A może woli pan przerwać i najpierw skonsultować się ze swoim adwokatem? Może ma pan ku temu jakiś powód i lepiej by było, żeby pan tak zrobił? – Oczy Nilssona zabłysły; był kuty na cztery nogi.

– Nie potrzebuję adwokata – odpowiedział Lennart.

– Dobrze, tym lepiej. A więc co chce nam pan powiedzieć?

– W sobotę wieczorem o dwudziestej poszedłem do restauracji Le Président. W tym czasie, o który pan pyta, byłem już w domu i zapewne spałem.

Nilsson notował.

– Le Président, mówi pan? Czy ktokolwiek może to potwierdzić? Był pan sam?

– Tak, byłem tam sam. Tak właściwie to byłem z kimś umówiony i zarezerwowałem stolik dla dwojga, ale dama wystawiła mnie do wiatru. Może pan zapytać starszego kelnera. Zna mnie i obsługiwał mnie tamtego wieczoru.

– Zrobimy tak, jeśli to będzie konieczne – mruknął Nilsson i znów coś zapisał. – A jak nazywała się ta kobieta, która się nie pojawiła?

– Emma Mårtensson.

– Znajoma?

– Nie, ona też pracuje w HIC AB, tam, gdzie ja. Poznałem ją tam kilka tygodni temu.

Nilsson pokiwał głową, skończył pisać, a potem podniósł wzrok.

– Co tak właściwie stało się panu w oko? Pokłócił się pan z kimś?

– Uderzyłem się – wyjaśnił Lennart i poczuł się jak nieszczęśliwa żona, która mimo oczywistości swojego kłamstwa uparcie i stanowczo twierdzi, że spadła ze schodów i że śliwka pod okiem to nie skutek uderzenia pięścią przez brutalnego męża.

– Aha – mruknął Nilsson i powrócił do głównego tematu, choć wydawał się niezbyt przekonany odpowiedzią Lennarta. – A jak wyglądały pana relacje z panem Bolmenem?

– Buri Bolmen wynajmował sklep z rupieciami na parterze kamienicy, w której mieszkam, i był moim sąsiadem – odpowiedział Lennart. – Zamienialiśmy czasem kilka słów, kiedy przypadkiem na siebie wpadliśmy lub kiedy przynosiłem mu jedzenie od pani Calvino. Takie zwykłe rzeczy, jak to między sąsiadami. I to by było na tyle. Lubiłem go, choć był trochę dziwakiem.

– To pani Calvino z pierwszego piętra do nas zadzwoniła – poinformował Nilsson.

– O, naprawdę? – wymknęło się Lennartowi.

– Dziwi to pana? – dopytywał komisarz.

– Cóż, często gotowała coś dla pana Bolmena, ale tak właściwie raczej nie byli sobie szczególnie bliscy. To ja zawsze zanosiłem mu jedzenie.

Nilsson coś zanotował.

– I poza tym nie ma pan nic niezwykłego do powiedzenia w kwestiach dotyczących pana i pana Bolmena? To wszystko? – upewnił się Nilsson.

– To wszystko – potwierdził Lennart.

Komisarz milczał przez chwilę. Następnie zwrócił się do Lennarta:

– Niech nam pan opowie, co pan zaobserwował w ostatnich dniach. Co pan widział? Czy coś odbiegało od normy? Czy pod sklepem Bolmena kręcili się jacyś obcy ludzie? Czy pan Bolmen wspominał panu coś o tym, że na przykład czuł się prześladowany albo że coś mu grozi?

Lennart zrelacjonował w skrócie ostatnie wydarzenia. Opowiedział o tym, jak się zdziwił, że światła w sklepie Buriego Bolmena pozostawały zapalone nawet późnym wieczorem i że pukał do zamkniętych drzwi. Kiedy dotarł do kataryniarza, Maja Tysja utkwiła w nim spojrzenie – oczywiście lodowate – a komisarz Nilsson przyglądał mu się, marszcząc brwi, niemal z politowaniem, jakby miał przed sobą pijaka fantazjującego o obcych, którzy go porwali i poddali eksperymentom seksualnym na pokładzie statku kosmicznego.

Mimo to Nilsson poprosił Lennarta o dokładny rysopis mężczyzny. Gdyby miało się to okazać istotne dla śledztwa, wyjaśnił komisarz, odchrząkując, w razie potrzeby być może jeszcze raz skontaktują się z Lennartem, by wraz ze specjalistą stworzył portret pamięciowy podejrzanego.

Kiedy Lennart skończył składanie wyjaśnień, Nilsson odłożył długopis i stwierdził:

– No cóż, panie Malmkvist, przynajmniej jeden punkt w pańskich zeznaniach całkowicie mija się z prawdą, a mianowicie że nie był pan w bliskiej komitywie z panem Bolmenem.

– Co to ma znaczyć? – oburzył się Lennart. – Uważa mnie pan za kłamcę?

– Panie Malmkvist, proszę. Nikt nie nazywa pana kłamcą. Ale skoro, jak pan utrzymuje, nie byliście sobie szczególnie bliscy, to może zechce nam pan wyjaśnić, czemu z taką troską zwraca się pan do pana Bolmena, nagrywając się na jego automatycznej sekretarce? Tylko dlatego, że pracował trochę dłużej w weekend? I skąd niby znał pan tak dobrze jego nawyki, by uznać, że światło paliło się dłużej niż zwykle? I dlaczego nawet pan o tym nie wspomniał?

– Szczerze mówiąc, po prostu o tym zapomniałem – bronił się Lennart. – I owszem, martwiłem się, bo miałem takie dziwne przeczucie…

– Dziwne przeczucie? – Komisarz sceptycznie ściągnął brwi, a zmarszczki na jego czole jeszcze bardziej się pogłębiły.

– Tak – wyjaśnił Lennart. – Dziwne przeczucie. A panu nigdy się coś takiego nie zdarza? I teraz z powodu tego telefonu stałem się podejrzanym? Przecież to śmieszne.

Nilsson odchylił się na krześle.

– Nie, ten telefon nie czyni z pana podejrzanego, ale obudził we mnie czujność. Jest tylko wskazówką świadczącą o tym, że był pan w bliższych stosunkach z Bolmenem, niż próbuje nam pan to przedstawić, i zadaję sobie pytanie dlaczego. – Zamilkł na chwilę, a potem zapytał: – Wiedział pan, że on w ogóle nie wynajmował tego sklepu?

Lennart pokręcił głową, nic nie rozumiejąc.

– Skąd ten pomysł? Oczywiście, że go wynajmował! Prowadził tam przecież swój interes!

– To prawda, ale go nie wynajmował. Był jego właścicielem.

 

– Że co proszę? Ten sklep był jego własnością? – Lennart nie mógł uwierzyć własnym uszom.

– W rzeczy samej – potwierdził Nilsson. – My też z początku się zdziwiliśmy, że taki staruszek może posiadać doskonale położoną nieruchomość o wartości rynkowej prawie dwudziestu trzech milionów koron tylko po to, by prowadzić w niej, proszę nie brać mi za złe, że powiem to tak otwarcie, sklep z tandetą.

– Dwadzieścia trzy miliony? – Lennart nie mógł otrząsnąć się ze zdumienia. To była znacznie większa suma niż ta, na jaką sam wyceniał wartość sklepu.

– Więc nie wiedział pan o tym?

– Nie, jak już mówiłem, nie miałem o tym pojęcia, a nawet gdybym wiedział, to co miałoby to wspólnego z całą tą sprawą?

– Tego jeszcze nie wiemy, panie Malmkvist. Ale to jeszcze nie wszystko. Nasze dotychczasowe śledztwo wykazało, że pan Bolmen nie miał też żadnych zaciągniętych kredytów. Był wolny od długów jak noworodek i nie brakowało mu środków do życia. Cenę zakupu zapłacił przelewem z zagranicznego konta jakieś dziesięć lat temu. Dziewiętnaście milionów koron, wyobraża pan sobie? Wie pan może, jak się tego dorobił? Odziedziczył spadek? A może miał jakieś inne dochody? – Komisarz Nilsson wpatrywał się teraz w Lennarta ze specyficznym wyrazem twarzy, jaki zapewne często przybierał podczas przesłuchań: kryła się w nim mieszanina surowości i zaufania, i coś jeszcze, być może groźba poważnych konsekwencji w przypadku, jeśli odpowiedzi nie będą zgodne z prawdą.

– Nie mam absolutnie żadnego pojęcia, to było na długo przed tym, zanim się tu sprowadziłem – wyjąkał Lennart i z niedowierzaniem popatrzył na komisarza. – To wszystko rzeczywiście prawda?

Nilsson skinął głową.

– Tak, to prawda. Ale dla pewności zadzwoniliśmy też do prawnika, który, jak się od niego dowiedzieliśmy, jest również wykonawcą testamentu Bolmena. To adwokat Cornelius Isaksson. Uczestniczył wtedy w nabyciu nieruchomości i wszystko nam potwierdził.

– Mimo najszczerszych chęci nie jestem w stanie tego wytłumaczyć – przyznał zdumiony Lennart. – Ale dlaczego nie zapytacie urzędu skarbowego, skąd pan Bolmen wziął pieniądze? Normalnie urząd wszystko o nas wie.

Nilsson uśmiechnął się chłodno.

– Oczywiście już to zrobiliśmy. Jak wspominałem, pieniądze zostały przekazane zza granicy, gdzie nasz urząd skarbowy nie ma dostępu. To wszystko, co mogę w tej chwili powiedzieć. Śledztwo wciąż trwa.

– I staje się coraz bardziej zagadkowe – zauważył Lennart. – Sądzi pan, że kryje się za tym jakiś motyw?

– Cóż, chciwość, zemsta i zazdrość to ulubione motywy wszystkich morderców – odparł Nilsson.

– No dobrze, wszystko pięknie – stwierdził Lennart – ale co to ma wspólnego ze mną? Zwłaszcza że do końca nie wiadomo, czy Bolmen rzeczywiście został zamordowany.

Z ust Mai Tysji wyrwał się dźwięk przypominający syczenie węża, który miał chyba wyrażać niedowierzanie w obliczu niezbyt przekonującego kłamstwa.

Lennartowi zaczynało to powoli działać na nerwy.

– Proszę posłuchać, chętnie pomagam państwu w śledztwie, ale mam już tego dość. Jeśli mi w końcu nie powiecie, co się tak naprawdę dzieje, zamierzam teraz wstać i pójść do domu. Wciąż jesteście mi winni odpowiedź. A więc czy pan Bolmen żyje, czy nie? Nawet jeśli był tylko moim sąsiadem, to i tak go lubiłem i mam prawo znać prawdę! Co to wszystko ma znaczyć?

– Prawdę, mówi pan… – zadumał się na chwilę Nilsson, wydął wargi i przeczesał krótko ostrzyżone siwe włosy. Potem znów wziął się w garść. – No cóż, brakuje ciała. A przynajmniej kompletnego.

– Co proszę? – Lennart pomyślał, że się przesłyszał. – To skąd pomysł, że chodzi o morderstwo? I o co chodzi z tym brakiem kompletnego ciała?

– W warsztacie pana Bolmena znaleźliśmy tylko zwęglony palec wskazujący z pierścieniem, rozbite niklowane okulary i kupkę białego popiołu.

– Palec z pierścieniem, okulary i biały popiół? I nic poza tym?

– Nie, nic więcej. A najdziwniejsze jest to, że popiół utworzył kształt ludzkiego ciała i wypalił się na płytkach, zupełnie jakby ktoś wyparował, a na podłodze pozostały tylko jego kontury. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałem, ale dokładnie takie zrobiło to na nas wrażenie. Żadnych kości, zębów, klamry od paska, nic. Wszystko zniknęło.

– Jak to możliwe? – spytał Lennart, jednocześnie przytłoczony i przerażony.

– Tego jeszcze nie wiemy, ale zajmują się tym nasi specjaliści. I jest jeszcze jedna niezwykła rzecz. Wspominał pan, że według pana Bolmen był około siedemdziesiątki? Cóż, na podstawie zdjęcia z jego dowodu też tak bym go oceniał, gdyby nie to, że mam inne dane.

Lennart przyjrzał się Nilssonowi.

– To znaczy?

– Że według urzędu meldunkowego miał nie siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt lat, ale, może pan wierzyć lub nie, sto dwadzieścia trzy lata.

– Co pan wygaduje? To musi być jakaś pomyłka – zaprotestował Lennart. – To przecież niedorzeczne!

Komisarz wzruszył ramionami.

– Też tak uważamy, ale tak jest napisane w aktach. Urodzony czternastego października tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego trzeciego roku w pobliżu Trollhättan. To się jeszcze wyjaśni, to pewnie czeski błąd, takie rzeczy jeszcze się czasem zdarzają w przypadku starszych ludzi ze wsi. Ale w tej chwili to nie ma znaczenia, przynajmniej w odniesieniu do pana. – Nilsson zamknął brudnopis i notatnik. – Niech pan wraca do domu, panie Malmkvist. Bardzo dziękujemy za poświęcony nam czas. W tej chwili nie mamy więcej pytań. W trakcie śledztwa będziemy jednak zmuszeni poprosić, by jeszcze pan do nas zajrzał, podpisał swoje zeznania i być może odpowiedział na dalsze pytania.

Lennart wstał i założył płaszcz.

– To żaden problem, wystarczy się ze mną skontaktować.

Nilsson też się podniósł.

– Wciąż szukamy motywu. Jestem przekonany, że chodzi o morderstwo i że wyniki dochodzenia to potwierdzą. Samobójstwo nie wchodzi moim zdaniem w grę. Ludzi dokonujących samospalenia jest bardzo mało, a poza tym ślady, jakie pozostawiają, są zupełnie inne. Dziękuję za pomoc. Trafi pan sam do wyjścia?

– Tak, poradzę sobie – odpowiedział Lennart.

– Do widzenia, panie Malmkvist. – Komisarz wyciągnął rękę.

Lennart ją uścisnął.

– Hej då.

Komisarz Tysja wciąż siedziała ze skrzyżowanymi na piersi rękoma i tylko krótko skinęła mu głową.

Choć Lennart był niewinny jak niemowlę, i tak poczuł ogromną ulgę, gdy skierował się w stronę wyjścia z komendy. Teraz sobie uświadomił, że nawet w dusznych, zatłoczonych pomieszczeniach biurowych, w powietrzu rozgrzanym całą masą drukarek i kserokopiarek, łatwiej mu oddychać niż w przytłaczającym pokoju przesłuchań, w którym wolność wydawała się jedynie szczęśliwym trafem. Ale dopiero gdy wyszedł na ulicę, przed prosty, pozbawiony ozdób budynek i poczuł na twarzy świeże jesienne powietrze, opuściło go całe napięcie.

Było wczesne popołudnie, gdy w końcu dotarł taksówką do domu przy Västra Hamngatan. Niebo miało ciemnoszarą barwę i przesuwały się po nim jeszcze ciemniejsze strzępy chmur. Chodnik przed sklepem nie był już zabezpieczony policyjną taśmą. Policja zapieczętowała jedynie drzwi do Bolmens Skämt- & Förtrollningsgrotta, a sklepowe okna nadal pokrywała nieprzezroczysta folia. Lennart na chwilę przystanął. Myślał o Burim.

Kto panu to zrobił? – zastanawiał się, ocierając wilgotne oczy (przy silnych jesiennych wiatrach miewał czasem takie objawy). Nawet jeśli nikt nie powiedział tego na głos, to najwyraźniej nikt nie wątpił, że tym, co tutaj znaleziono, był palec Buriego Bolmena, jego okulary i jego pierścień. I nikt też nie pomyślał, że stosik prochów mógł być czymś innym niż spalonymi szczątkami Buriego Bolmena. Ale nawet policja nie miała pojęcia, co się wydarzyło w warsztacie.

Czy powinien był zrobić coś więcej, niż tylko zapukać do drzwi i zadzwonić do Buriego? Zdrowy rozsądek kłócił się z sumieniem. Ale jednego Lennart był pewien. Już nigdy więcej nie zamierzał użyć w odniesieniu do Buriego Bolmena określeń „biedny” i „nieszkodliwy”. Dziewiętnaście czy nawet dwadzieścia trzy miliony koron według dzisiejszej wartości rynkowej! Skąd wziął tyle pieniędzy? No i jeszcze to zagraniczne konto. Lennart smutno, bezradnie pokręcił głową i dotknął zimnej szyby w drzwiach sklepu, jakby się żegnając. Już nigdy więcej nie zobaczy światła u Buriego Bolmena.

W drodze na górę zatrzymał się na pierwszym piętrze, przystanął przy mieszkaniu Marii i przez chwilę nasłuchiwał przy drzwiach. Nie rozbrzmiewała za nimi żadna opera, w ogóle nic nie było słychać. Zadzwonił, ale nie otworzyła. Lennart chętnie zapytałby ją, jak się czuje: to przecież ona zadzwoniła na policję i z pewnością jako jedna z pierwszych dowiedziała się, co spotkało Buriego Bolmena. Musiała przeżywać to wszystko o wiele bardziej niż Lennart. Czyżby coś przeczuwała?

Powinien z nią porozmawiać. Koniecznie musi jej powiedzieć, czego się dowiedział. Był jej to winny. Tak wiele czuła do tego człowieka. Prawdopodobnie komisarz Nilsson i jego piękna koleżanka o lodowatym spojrzeniu wkrótce ją również przesłuchają, być może jutro, a najpóźniej w ciągu tygodnia. Policja na pewno będzie chciała znaleźć potwierdzenie zeznań Lennarta i ponownie wziąć pod lupę jego relacje z Burim Bolmenem. Postanowił, że spróbuje jeszcze raz trochę później, i ruszył schodami do swojego mieszkania.

Gdy już tam dotarł, wyjął z lodówki sobotnią lasagne od Marii i uznał, że wciąż jest jadalna. Włożył porcję do mikrofalówki, resztę schował do zamrażarki, po czym przeszedł do salonu i nalał sobie whisky, której chętnie napiłby się już na posterunku zamiast tej letniej wody, jaką mu podano.

Ze szklanką w ręce wrócił zamyślony do kuchni. Przez chwilę przyglądał się cyfrom zegara mikrofalówki, który z godną pozazdroszczenia obojętnością wykonywał monotonną pracę, odliczając zawsze te same przedziały czasu przy akompaniamencie cichego szumu urządzenia i popiskiwania obrotowej płyty. Za oknem krzyknęła kawka, zatrzepotała skrzydłami i odleciała. Lasagne parowała coraz mocniej pod przypieczoną powierzchnią. Coś zasyczało i mała eksplozja mozzarelli wyrzuciła kawałek sera na szybkę.

W tym momencie ktoś zadzwonił do drzwi.

To nie widok Marii Calvino sprawił, że Lennart wyglądał, jakby nie wiedział, co ze sobą począć. Chodziło o to, co miała ze sobą. Na końcu smyczy, którą trzymała w ręce, kucał mops Buriego Bolmena. Bölthorn. No oczywiście! Po tym wszystkim, co się dziś wydarzyło, zupełnie o nim zapomniał. Cicho pomrukując, rzężąc i dysząc (prawdopodobnie po wejściu po schodach), siedział tam w o wiele za szerokiej obroży zdobionej chromowanymi gwiazdkami na tłustym, zwalistym karku.

Lennart popatrzył na Marię, potem na Bölthorna i znów na Marię.

Mops spojrzał na niego. Wyglądał na autentycznie przybitego.

Z kuchni dobiegło ciche pling! mikrofalówki.

– To pies Buriego – wyjaśniła słabym głosem Maria Calvino z mokrymi od łez oczami.

– Wiem – odparł Lennart – ale dlaczego przyprowadziła go pani tutaj?

Na twarzy Marii widać było rozpacz.

– Bo… – zaczęła niepewnie, słabym głosem. Wyraźnie próbowała powstrzymać łzy.

– Och, jak mogłem być taki nieuprzejmy – zganił się Lennart i szeroko otworzył drzwi. – Niech mi pani wybaczy. Proszę, niech pani wejdzie.

Maria Calvino z wdzięcznością przyjęła zaproszenie. Mijając Lennarta, Bölthorn obdarzył go osobliwym spojrzeniem, potem opuścił głowę i kołysząc się i sapiąc, podreptał za Marią, która zdążyła go już spuścić ze smyczy i zatrzymała się przy drzwiach do salonu.

– Niech pani wejdzie i usiądzie – powiedział Lennart, zamykając drzwi mieszkania. – Podać coś do picia?

– Poproszę wodę – odparła.

Poszedł do kuchni, a kiedy wrócił do salonu, Maria Calvino zdążyła już zająć miejsce w jednym z dwóch brązowych skórzanych foteli przy stoliku kawowym. Wyglądała na wyczerpaną. Postawił przed nią wodę i usiadł naprzeciwko niej na sofie. Bölthorn leżał przy niej na podłodze: jego krótkie nóżki wystawały spod zwalistego ciała jak małe serdelki.

– Słyszała już pani, co podejrzewa policja i co udało im się ustalić? – zapytał ostrożnie Lennart.

Maria Calvino skinęła głową, sięgnęła po szklankę i upiła łyk wody.

– To ja… to ja do nich zadzwoniłam, bo miałam takie dziwne uczucie nel mio cuore, w sercu. To takie okropne. Biedny Buri. Co za potwór zrobił coś takiego? – wyszlochała.

 

– Jeszcze wcale nie wiadomo na pewno, czy coś mu się stało. – Lennart próbował uspokoić roztrzęsioną kobietę, choć nawet dla niego nie zabrzmiało to zbyt przekonująco. – Według policji na razie po prostu zniknął. I kropka.

– Ma non è vero! To nieprawda! – zaprotestowała gniewnie Maria. – On nie żyje, wiem to! – I dodała już spokojniej: – Przepraszam. To oczywiście nie twoja wina.

– Już dobrze, nic nie szkodzi. Ale proszę mi powiedzieć, dlaczego uważa pani, że pan Bolmen… uch… że on…

– …został zamordowany? – dokończyła za niego i otarła oczy chusteczką z monogramem „MC”. – To proste. Nigdy, przenigdy nie zostawiłby swojego ukochanego psa samego.

Lennart spojrzał w dół, na Bölthorna, któremu z pyska ściekała akurat długa strużka śliny, tworząc lśniące jeziorko na dębowych deskach podłogi. Tego psa po prostu nie dało się nie kochać. Maria Calvino wydmuchała nos i włożyła chusteczkę z powrotem do fartucha. Patrzyła na Lennarta.

– Skąd pani w ogóle go ma? – zapytał.

– Policja mi go przekazała wraz ze wszystkimi jego rzeczami, takimi jak miski, kosze i tak dalej. Znaleźli Bölthorna zamkniętego w mieszkaniu obok warsztatu. Niech pan to sobie tylko wyobrazi! Zamknięty w ciemnym, ciemnym mieszkaniu! Mógł tam umrzeć z głodu! Jaki potwór jest zdolny zrobić coś takiego małemu, bezbronnemu zwierzątku? – Lennart był przekonany, że ten mops nie umarłby z głodu nawet po kilku tygodniach, zamknięty w ciemnym, ciemnym mieszkaniu. Maria Calvino najwyraźniej widziała to inaczej. Znów wyciągnęła chusteczkę. – Najpierw chcieli go zabrać do schroniska, ale porozmawiałam potem z tą miłą policjantką, a ona tak wszystko załatwiła, żeby Bölthorn został u mnie.

– Z miłą policjantką? – zdziwił się Lennart. Musiał się chyba przesłyszeć. – Jak się nazywała?

– Och, nie pamiętam dokładnie. Miała jakieś takie zabawne nazwisko, brzmiało trochę staroświecko. A może było fińskie?

– Maja Tysja?

– Tak, tak się chyba nazywała. Sympatyczna kobieta, naprawdę. Taka wyrozumiała i wrażliwa.

Lennart wątpił, by w Göteborgu, a nawet w całej szwedzkiej policji była jakaś inna funkcjonariuszka o tym samym nazwisku, i trudno mu było pogodzić dwa tak różne obrazy tej kobiety, ale tego nie skomentował.

– Bardzo cię lubił. Niemal kochał – powiedziała nagle Maria Calvino.

– Kto? Kogo?

– Buri. Ciebie.

– Mnie? Dlaczego pani tak sądzi? Ledwie go znałem. Choć od lat mieszkaliśmy w tym samym domu, nie mieliśmy ze sobą wiele wspólnego. Moje relacje z panem Bolmenem były… bardzo powierzchowne.

– Mylisz się, caro. Dużo o tobie mówił. Czasami myślałam, że mówi o swoim synu, a nie o młodym człowieku, który był jego sąsiadem.

– Mówił o mnie? Myślałem, że pan Bolmen i pani… to znaczy, że pani i pan Bolmen nie… Jak to się w ogóle stało, że rozmawialiście państwo o mnie? – spytał zdumiony Lennart.

– O tak – uśmiechnęła się smutno. – Nie spotykaliśmy się zbyt często, caro, tylko czasami, żeby nikt nie zauważył. Ale prawie codziennie rozmawialiśmy przez telefon.

– To dlaczego wciąż zanosiłem mu jedzenie i odnosiłem talerze?

– Musieliśmy dbać o pozory. Buri twierdził, że to ważne, by nikt się o nas nie dowiedział, że tak będzie dla mnie lepiej. Nigdy nie zrozumiałam, co przez to miał na myśli, i z początku się przed tym broniłam, ale z czasem przywykłam. A poza tym taki dostawca ma swoje zalety. Moje nogi i tyle chodzenia po schodach…

– A więc oboje mnie nabraliście – zauważył Lennart, nie kryjąc uznania.

A wtedy Maria Calvino ukryła twarz w dłoniach i zaczęła płakać. Płakała i płakała. Trwało to tak długo, że Lennart nie wiedział już, co zrobić. Wstał, podszedł do niej i spróbował objąć ramieniem jej małe, drżące, korpulentne ciało; nawet Bölthorn chyba wyczuł, że to dla niego nie najlepsze miejsce, i położył się metr dalej od fotela, gdzie nie ryzykował, że Lennart go nadepnie. Obrócił się dwukrotnie wokół własnej osi i w końcu z westchnieniem klapnął na podłogę; spojrzenie skierował w korytarz, jakby nie mógł już znieść tej sceny.

Pół rolki kuchennych ręczników później Lennart wrócił na sofę i dolał Marii Calvino wody. Czuł się bezradny. Co można powiedzieć w takiej sytuacji? Co mogło przynieść pocieszenie? Sam czuł się przytłoczony wydarzeniami ostatnich dwóch dni, a zwłaszcza ostatnich godzin. Zupełnie jakby jego życie zmierzało do jakiegoś nieokreślonego punktu, który wydawał się plastyczny jak wosk i nieszczególnie dobry. W duchu wmawiał sobie, że gorzej już być nie może.

– Caro – odezwała się cicho Maria, gdy znów była w stanie mówić – mamy jeszcze jeden problem.

– Co pani ma na myśli?

Wskazała na Bölthorna, którego gruby zad przypominał owłosioną gąbkę wyrastającą z podłogi.

– Nie do końca rozumiem.

– Kocham go, ale nie mogę go zatrzymać. Mam alergię na psią sierść.

Minęło kilka sekund, nim Lennart się zorientował, co Maria Calvino próbuje mu powiedzieć. Pojął też, że najwyraźniej nie nadszedł jeszcze w jego życiu ten moment, od którego wszystko będzie lepiej.

– O nie, Mario, naprawdę bardzo pani współczuję, ale to w ogóle nie wchodzi w rachubę – zaprotestował gwałtownie. – Nie mam i nie chcę mieć żadnego psa. Nie pozwala mi na to moja praca, mieszkanie i… i tak dalej. Naprawdę nie mogę. – A gdyby już miał sprowadzić sobie do domu jakiegoś psa, to takiego, który przynajmniej wyglądałby jak pies, a nie jak to coś, co posykując jak stary syfon, drzemało dwa metry od niego na podłodze. Ale tę myśl zatrzymał dla siebie, bo po policzkach Marii znów zaczęły spływać łzy.

– Ale wtedy będzie musiał trafić do schroniska! Jeśli nie znajdą nikogo, kto by go chciał, to go uśpią!

Lennart przewrócił oczami.

– Co mam na to poradzić?

– Weź go. Możesz przecież jakoś tak zorganizować sobie pracę, żeby nie chodzić codziennie do biura, a ja będę wyprowadzać go na spacery. Na zewnątrz jego sierść mi w ogóle nie szkodzi, tylko po dłuższym czasie w domu. Per favore, chociaż to sobie przemyśl. Poza tym dzięki temu na pewno poznasz miłych ludzi. Kobiety lubią małe pieski.

Lennart spojrzał ponownie na Bölthorna, który mlasnął i niespokojnie poruszył nogami, jakby we śnie gonił całe stado klopsików. Tak, być może z takim psem można poznawać kobiety, ale Lennart śmiał wątpić, czy byłyby to takie kobiety, o jakie mu chodziło. Chyba umawiałyby się na randkę wyłącznie z litości.

– To naprawdę niemożliwe – oświadczył, próbując nadać głosowi stanowczy ton. Odpowiedziało mu pełne smutku spojrzenie mokrych od łez oczu.

Nagle Maria aż podskoczyła z radości.

– Mam wspaniały pomysł! – zawołała, ale zaraz zapanowała nad sobą i ciągnęła dalej pojednawczym tonem: – Masz wielkie serce, ale boisz się odpowiedzialności. Z moim mężem było tak samo, niech Bóg ma go w swojej opiece. Może dlatego cię tak lubię, caro. Jesteś taki do niego podobny. Weź psa tylko na tydzień i jeśli potem nadal nie będziesz go chciał, dopilnuję, żeby trafił w dobre ręce. D’accordo, zgadzasz się?

– Ale ja… – bezskutecznie spróbował zaprotestować Lennart. Nie bał się odpowiedzialności. Wręcz przeciwnie. Uważał, że jest wystarczająco odpowiedzialny. Za firmę, wobec klientów, za projekty. Po prostu nie miał najmniejszej ochoty brać odpowiedzialności za mopsa. Nikt nie mógł mieć mu tego za złe.

– Solo una settimana, tylko na jeden tydzień, caro. Będę wyprowadzać go na spacer tak często, jak tylko będę mogła, i kiedy będziesz w pracy. Obiecuję!

Dlaczego, do diabła, oczy tej kobiety znów tak błyszczały, jakby miała się za chwilę rozpłakać? Tydzień to siedem dni. Oznaczało to w najgorszym razie, mimo oferty Marii, co najmniej kilka spacerów z tym szkaradnym psem – bo nawet mops musi wychodzić trzy razy dziennie, prawda? – i jakieś dziesięć kilogramów karmy. Pewnie nawet więcej.

– Per favore! Proszę! – wyszeptała Maria dokładnie we właściwym momencie.

Lennart wciągnął głęboko powietrze, przymknął powieki, być choć na chwilę ukryć się przed tym, co nieuniknione, i w końcu westchnął:

– No dobrze, niech będzie. Ale naprawdę tylko na tydzień, a kiedy ten tydzień się skończy, nie chcę już z panią żadnych dalszych dyskusji, bez względu na to, co postanowię. To mój warunek.

– Benissimo! Meraviglioso! Doskonale! Cudownie! – wykrzyknęła Maria Calvino, zrywając się z fotela. – Grazie, grazie mille! – Obeszła stół, uściskała Lennarta i obsypała go pocałunkami. Po tej fizycznej napaści nagle go puściła, wciąż wyraźnie uszczęśliwiona i podekscytowana. – Pójdę po miski, karmę i kosz Bölthorna.