SprzedawcaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Sprzedawca
Sprzedawca
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 74,98  59,98 
Sprzedawca
Audio
Sprzedawca
Audiobook
39,99  29,59 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Świetnie – powiedziałem, kiedy Renulka pozbyła się ciuchów i zaczęła namydlać ciało. – Kiedy skończysz, dam ci ręcznik.

– A potem?

Musiała być niewiarygodnie naiwna.

– Potem będziemy się namiętnie rżnąć.

Tym razem nie eksplodowała szlochem, tylko dalej wolno i starannie wodziła mydłem po skórze. To znak, że chemia zaczęła działać.

Doskonale. Właśnie o to chodziło. Przecież nie chciałem, żeby cierpiała. Chciałem, żeby była moja.

Od teraz już na zawsze.

* * *

– Nie wydarzyło się ostatnio nic dziwnego? Nie kręcił się koło niej żaden człowiek? Nie wspominała o jakichś przykrych sytuacjach?

Maria bombardowała pytaniami współlokatorki Renulki, a te kręciły łbami, jakby uskuteczniały jakiś dziwaczny taniec synchroniczny. Nie powinno to nikogo dziwić, ponieważ były bliźniaczkami. Dwiema przebrzydłymi raszplami. Potwierdzającymi teorię, że niezłe dupy lubią się otaczać pasztetami, aby wzmacniać poczucie własnej wartości. Z kolei raszple chętnie kręcą się koło ślicznotek, by psim swędem znaleźć się w orbicie zainteresowania przystojnych albo chociaż kasiastych typów. A przy odrobinie szczęścia, sprytu, alkoholu, narkotyków albo desperacji przerobić któregoś z nich na męża.

– Jakiś czas temu rozstała się z chłopakiem – odpowiedziała bardziej rozmowna z bliźniaczek. – Było dosyć ostro. Trzaskanie drzwiami, flugi, groźby.

– Z obu stron?

– Głównie ze strony Renaty. Przemek to spokojny chłopak. Wyważony. I w ogóle całkiem spoko, tyle że po pijaku robi się z niego straszny donżuan.

– Jak się Renata zachowywała po rozstaniu?

– Zwyczajnie. Przez parę dni miała doła, ale potem doszła do siebie. Zaczęła się spotykać z ludźmi. Szybko wróciła do żywych.

– Imprezowała?

– Kilka razy wyszła na miasto. Nic szczególnego.

Marii momentalnie zaświeciła się lampka ostrzegawcza. Kilka imprez w ciągu dwóch tygodni od rozstania z niewiernym facetem. Kilka okazji, żeby się na nim odgryźć. Kilka szans na poznanie faceta, który uprowadza kobiety i wywozi je z Warszawy.

– Gdzie się bawiła?

– Zaczynała nad Wisłą, a potem lądowała w klubach na Poznańskiej lub Parkingowej. Renata woli domówki, ale latem wszyscy stawiają na plener i clubbing.

– Sporo w tym czasie piła?

– Może trochę więcej niż zazwyczaj. Ale nie aż tyle, żeby wracać do mieszkania na czworakach.

– Narkotyki?

Rozmowna bliźniaczka uciekła przed wzrokiem Marii, jej milcząca siostra również. Gapiąc się na swoje kolana, wyglądały jak zakonnice przyłapane na namiętnym nożycowaniu.

– Chcemy się dowiedzieć, co się stało z Renatą – powiedziała łagodnie Maria. – Nic więcej.

Trochę to trwało, zanim raszple pojęły, że mogą być z policjantami szczere.

– Wspominała, że paliła skręta nad Wisłą – powiedziała wygadana bliźniaczka. – Zdarza jej się to od czasu do czasu. Ale nigdy się nie upala. Zwykle bierze bucha albo dwa. Dla towarzystwa.

Maria zerknęła na Olega, który wszystko skrzętnie notował. Umówili się, że to ona będzie mózgiem przedsięwzięcia, a on jej milczącym i wiernym giermkiem. Jak Sherlock Holmes i doktor Watson.

– Czy według was mogła się wplątać w coś nielegalnego? W coś, co by ją zmusiło do ucieczki z kraju? Albo do ukrycia się?

Bliźniaczki synchronicznie pokręciły głowami. Nie dopuszczały do siebie myśli, że ich współlokatorka mogła wpaść w tarapaty. Ograniczało je kretyńskie przekonanie, że ładne dziewczyny nie spotyka nic złego. Że wiodą sielankowe życie. Że otacza je wianuszek przystojnych chłopców z dobrych domów. Że nawet jeśli w sprawach sercowych czasem im coś nie wyjdzie, to mają na sobie tarczę chroniącą je przed mętami, nadgorliwymi adoratorami, gwałcicielami czy zabójcami. Żyły w banieczce, którą napompowały swoim poczuciem niższości i wstydu.

– Chcielibyśmy zobaczyć jej pokój.

Siostry zaprowadziły policjantów w głąb mieszkania. Renata od dwóch lat wynajmowała w nim pokój, płacąc za to tysiąc dwieście złotych, czyli mniej więcej jedną trzecią swojego miesięcznego wynagrodzenia. Było to wąskie pomieszczenie z oknem wychodzącym na Grójecką. Latem wybrzmiewało wszystkimi dźwiękami stolicy: warkotem silników, szumem tramwajów, stukotem obcasów i gwarnymi rozmowami. Przypominało trochę kwaterę krasnoludka: płytka szafa, krótkie łóżko, stoliczek na komputer, półeczka z książkami. A na niej pierdyliard pozycji dobranych według jakiegoś dziwacznego klucza: od Blanki Lipińskiej po Umberta Eco.

– Zwykły studencki pokój – odezwał się Oleg. – Przez kilka lat wynajmowałem podobny. Może trochę większy.

– Coś się tu zmieniło ostatnio? – spytała Maria, odwracając się do bliźniaczek.

– Wasi koledzy tutaj byli – odparła bardziej rozmowna. – Grzebali w szufladach, ale niczego nie zabrali.

– A wcześniej? Przed zniknięciem Renaty?

– Nie wiem. Chyba nie.

Maria objęła izdebkę wzrokiem. Chciała wyrobić sobie pierwsze wrażenie, które potem, pod wpływem najróżniejszych przesłanek, będzie weryfikować. Ale o takim pokoju – względnie czystym, względnie skromnym, względnie normalnym – trudno było cokolwiek powiedzieć. To samo dotyczyło jego lokatorki: zwykłej dziewczyny z sąsiedztwa, która po prostu mogła się znaleźć w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze.

Jeżeli rzeczywiście spotkało ją coś złego, będzie to cholernie trudna sprawa, pomyślała Maria.

A ja starannie zadbałem o to, żeby miała rację.

* * *

Wieczorem wróciłem do mieszkania na rogu Wspólnej i Emilii Plater.

Zdarza się wam być tak rozemocjonowanym i podnieconym, że nie jesteście w stanie rozmawiać? Prowadzić auta? Czytać? Logicznie myśleć? Po popołudniowej sesji z Renulką właśnie tak się czułem. Oszczędzę wam szczegółów. Zdradzę tylko, że jest kolosalna różnica między rżnięciem się po dobroci, w drodze konsensusu albo za pieniądze, a rżnięciem po swojemu. Z pełną kontrolą. Z nieskrępowaną możliwością realizowania wszystkich zachcianek.

Teoretycznie powinienem zrobić po powrocie milion rzeczy. Odpisać na maile, sprawdzić giełdę w Stanach, zadzwonić do paru osób, aby potwierdzić albo odwołać spotkania. W drodze do domu mój telefon wibrował jak pojebany, przez co pewnie wyglądałem, jakbym wsadził sobie wibrator w dupę. Ale nie czułem żadnych wibracji. Żadnych drgań. Dźwięków. Zewnętrznych impulsów. Nie czułem niczego. Tylko błogą, płynącą z wnętrza nieświadomość. Nieskazitelny relaks. Ostateczną satysfakcję z życia. Jakbym przedawkował endorfiny.

Ale wszystko się kiedyś kończy.

Doprowadziłem się do porządku i skontaktowałem z Chemikiem. Mieliśmy sprawę do omówienia. Raczej pilną.

Jak już wiecie, znam się na sprzedaży, finansach, rynkach kapitałowych i robieniu ludziom wody z mózgu. Ale nie jestem omnipotentny. Z chemią już w podstawówce miałem problemy. Cała moja wiedza na temat dragów pochodzi z forów dla ćpunów. A na nich nie udzielają się profesorowie chemii, tylko niedouczone tłuki, które za wszelką cenę chcą się jak najmocniej nawalić. To, że ktoś coś tam napisze, jeszcze nie oznacza, że to coś jest prawdą.

Tego popołudnia przekonałem się, że ćpuny z internetu nie mają pojęcia o dawkowaniu. I że głupota jest praźródłem wszystkich problemów. Zawsze.

Dobrze to zapamiętajcie.

3

Staram się być niezależny. Nie wiązać zbyt mocno z jedną firmą. Nie sprzedawać siebie na wyłączność. Ale jeśli wyczuwam szansę na łatwy hajs, zdarza mi się wejść głębiej w jakieś środowisko.

Tak było w przypadku Clouda. Już na etapie rekrutacji wyczułem, że nieprzesadnie się angażując, będę w stanie zarobić tu bardzo sensowne pieniądze. Kiedy poznałem strukturę firmy, zrozumiałem, że mogę robić jeszcze mniej, niż sądziłem, za co przy odrobinie szczęścia dostanę więcej, niż przypuszczałem. A po paru miesiącach doszedłem do wniosku, że wystarczy stworzyć pozory zaangażowania, aby się ustawić jak członek rodziny królewskiej. Nawet nie po to, by zamydlić Skodzie oczy, ale żeby zachwiać jego wyobrażeniem na mój temat.

Podam wam przykład.

Wczoraj Skoda zaprosił mnie do siebie w taki sposób i o takiej porze, aby wszyscy się dowiedzieli, że zostałem wezwany na dywanik. Dlatego naszą miłą i w gruncie rzeczy nieszkodliwą pogawędkę inni mogli odebrać jako akt opierdalania. Pacyfikację krnąbrnego menedżera, który wygląda lepiej, ubiera się efektowniej i wysławia mądrzej od pozostałych członków zarządu, przez co sądzi, że jest od nich lepszy. A skoro nasze spotkanie zostało w ten nieformalny sposób upublicznione, to znaczy, że Skoda rzeczywiście zamierzał wyegzekwować ode mnie zmianę postawy. Wierzył, że mu się to uda. Uważał, że ma na mnie jakieś przełożenie. W końcu, bądź co bądź, jest moim szefem.

No więc z jednej strony musiałem pokazać Skodzie, że wziąłem sobie jego słowa do serca, a z drugiej udowodnić reszcie zarządu, że każdy w tej firmie może mi naskoczyć. Z prezesem włącznie. Na pierwszy rzut oka wydaje się to niewykonalne, prawda?

Wykombinowanie, jak to zrobić, zajęło mi mniej więcej dwie minuty.

Na cotygodniowy zarząd przyszedłem kilka minut przed czasem. Rozsiadłem się w tylnej części sali konferencyjnej, położyłem nogi na krawędzi podłużnego stołu, który zastawiały dzbany z wodą oraz przekąski, i ciumkając krówkę, zacząłem oglądać śmieszne filmiki w telefonie. Oczywiście bez słuchawek, aby wszyscy poczuli, że mam głęboko w dupie to spotkanie, ich i całą firmę. To był komunikat dla członków zarządu, którzy kolejno wchodzili do sali, posyłając mi śliskie uśmiechy, pod którymi kryło się kiepsko ukryte zażenowanie. Ale nie dla Skody.

Wiedziałem, że on się spóźni. Rano mądrzył się o IT w panelu dyskusyjnym na jakiejś gównianej konferencji. Dyskusja przeciągnęła się raptem o dziesięć minut. Niewiele. Zbyt mało, aby temu angielskiemu ignorantowi przyszło do łba, że czas przejazdu przez zatłoczone centrum może się w efekcie wydłużyć nawet o kwadrans. Że w najlepszym wypadku taka obsuwa zaowocuje co najmniej parominutowym spóźnieniem na spotkanie zarządu. Że warto byłoby poinformować o tym swoich współpracowników.

 

Skąd o tym wiedziałem? Kojarzycie ptaszki Varysa z Gry o tron? Dorobiłem się takich samych. To ludzie, którzy jednym (w tym przypadku mnie) gwarantują zawodową nietykalność, a innym (na przykład giermkowi Skody) kupę w gaciach. Niezła moc jak na kilku przeciętnie opłacanych facetów, których rolą jest snucie się po mieście, zaglądanie na konferencje, obstawianie biurowych parkingów czy rozmawianie z portierami.

Przydupas Skody – chudy czterdziestolatek w szczycie kryzysu wieku średniego (dopiero co kupił mustanga z sześćdziesiątego ósmego roku i posunął szefową marketingu na imprezie firmowej), z idiotycznie przylizanymi włosami i w okularach w grubych oprawkach – zerkał to na mnie, to na zegarek. Liczył na to, że prezes przyłapie mnie na gorącym uczynku. Że świadectwo mojej arogancji będzie niepodważalne. Ale ja po paru minutach ściągnąłem nogi z blatu, odłożyłem telefon i wyjąłem z torby folder z mnóstwem ważnych dokumentów, do których nigdy potem nie zajrzałem. Kiedy w końcu Skoda dotarł na spotkanie, ujrzał pokornego, przygotowanego, w pełni skoncentrowanego menedżera, który nie może się doczekać, co jego szef ma do powiedzenia.

Prostacka ułuda i podchody rodem z przedszkola. Tak, na tym właśnie polega poważny biznes. Podobno kiedyś był zarezerwowany dla elit, błyskotliwych umysłów i pracowitych wykształciuchów. Dziś jest placem boju chłopaków w krótkich spodenkach, którzy stosują takie same sztuczki, jakie wykorzystywali w piaskownicy. Poważnie. Kiedy byłem mały, wychodziłem na podwórko jako pierwszy i zakopywałem w piachu jednodolarowy banknot wyjęty z szuflady ojca. Potem cudownie go odnajdywałem na oczach kolegów. Co jakiś czas powtarzałem ten trik, wprawiając wszystkich w zdumienie. I zarazem nieprawdopodobnie rosnąc w ich oczach.

Myślicie, że coś się zmieniło?

Skoda przeprosił za spóźnienie i od razu przeszedł do rzeczy. Mamy świetne wyniki, bla, bla, bla, centrala jest zadowolona, bla, bla, bla, musimy iść za ciosem, bla, bla, bla. Cały ten bullshit podlał kilkoma komplementami dla swoich dupolizów. Ale największy zostawił dla mnie.

– Rosnąca w dwucyfrowym tempie sprzedaż sprawiła, że nasi przyjaciele z Londynu trochę się rozochocili i zrewidowali w górę nasze cele. Wygląda na to, że każdy z nas będzie musiał wydłużyć sobie dobę do trzydziestu sześciu godzin i okazać się mistrzem domowej dyplomacji. W razie zażaleń odsyłajcie żony do Kacpra, bo to w dużej mierze jego wina.

Wymuszony, idiotyczny śmiech poniósł się po sali. A ja idiotycznie się ukłoniłem, żeby jeszcze wzmocnić momentum.

– Ale co ważniejsze, nasi właściciele w końcu dali się przekonać, że organicznie możemy rosnąć tylko do czasu – kontynuował Skoda. – Dostaliśmy zielone światło na przejęcia. A właściwie polecenie, żeby zacząć konsolidować nasz region.

– Za co? – zdziwił się jeden z wiceprezesów, a zarazem dyrektor finansowy. Najbardziej rozsądny facet w tym niepoważnym gronie. – Przecież dopiero od roku przynosimy zyski.

– Dokapitalizują nas, a w razie potrzeby pomogą w pozyskaniu kredytu na inwestycję – odparł prezes. – Dostaliśmy listę firm, nad którymi warto się pochylić.

– Kto ją przygotował? – spytał przydupas Skody. – Goście z Londynu?

– A skąd! Zlecili to kolesiom z Baina albo BCG.

– Czyli możemy wyrzucić ją do kosza.

Znów rozszedł się śmiech po sali. Pusty, pozbawiony radości, fasonowy. Śmiech dla śmiechu.

– W każdym razie czekają nas bardzo pracowite miesiące – stwierdził Skoda. – Takie przejęcie jest ogromną szansą, której nie możemy zmarnować.

Po paru standardowych podsumowaniach, kilku zapowiedziach i sporej porcji menedżerskiego bełkotu zaczęliśmy w końcu rozmawiać o prawdziwych pierdołach: jedni chwalili się dokonaniami dzieciaków na zagranicznych uczelniach, inni, w tym ja, rozmawiali o ubraniach, samochodach i imprezach. A potem wszyscy gadaliśmy o dupach. Już wydymanych lub czekających na wydymanie. Pozwalających się dymać albo zachowujących się tak, jakby miały zakaz dymania. Dymających się niczym gwiazdy porno i tak jak cnotki niewydymki, które po latach posuchy w końcu odważyły się popuścić szparę.

Kiedy pracujesz w firmie nieustannie trąbiącej o równouprawnieniu, prowadzenie takich rozmów w wyłącznie męskim zarządzie jest podwójnie zabawne.

Po spotkaniu Skoda poprosił mnie na bok.

– Dziękuję – powiedział. – Nie sądziłem, że tak łatwo ci to przyjdzie.

– Nie należy kwestionować zmian, które są dobre dla wszystkich.

Pokiwał głową.

– Cieszę się, że tak myślisz. Naprawdę. Zwłaszcza że mam dla ciebie specjalne zadanie. – Uśmiechnął się, jakby coś wpadło mu do oka. – Chciałbym, żebyś razem ze mną pokierował całym procesem inwestycyjnym. Nawet kosztem szkoleń i bieżących wyników sprzedażowych. Chłopcy z Londynu mają chwilowego fioła na punkcie naszego regionu i strasznie się na to napalili.

Szybko zważyłem w głowie jego propozycję.

– Co będę z tego miał? – spytałem.

– To zależy od ciebie. Nasi właściciele wiedzą, jak motywować najlepszych menedżerów. Mają taką zasadę, że na końcu procesu akwizycji robią własny, niezależny due diligence przejmowanej spółki. Jeżeli wartość przedsiębiorstwa jest większa, niż wskazywałaby na to kwota transakcji, dzielą się różnicą z autorami dealu. W tym przypadku z tobą i ze mną. Nie informują o tym publicznie i sprytnie ukrywają tę kasę w bilansie, ale chodzą słuchy, że takie bonusy czasem wynoszą nawet małe kilkadziesiąt procent zhandlowanej kwoty.

Kolejne szybkie ważenie. Gdybyśmy urwali z takiej transakcji ze sto baniek, zarobiłbym od kilku do kilkunastu milionów. Bez względu na warunki podziału kasy ze Skodą.

– Nie jestem kupcem, tylko sprzedawcą – powiedziałem.

– Potraktuj to jako sprzedaż środków, które jesteśmy gotowi przeznaczyć na akwizycję. Zastanów się nad tym. Jutro wrócimy do tematu.

Skoda przyjacielsko poklepał mnie po ramieniu i wyszedł z sali.

Właściwie nie miałem się nad czym zastanawiać. Podjąłem decyzję w momencie, w którym wspomniał o premii. Podkreśliłem swoją funkcję wyłącznie po to, żeby zająć lepszą pozycję w negocjacjach. I żeby wyczuć, czy Skoda jest zdesperowany, aby zrobić to ze mną.

Był. Bardziej, niż przypuszczałem.

Kierując się w stronę swojego gabinetu, wyjąłem telefon. Spojrzałem na wyświetlacz. Jakiś człowiek nieustannie do mnie wydzwaniał. W ciągu ostatniego kwadransa dziesięciokrotnie próbował się ze mną skontaktować, ale miałem wyciszony telefon. Kiedy spoglądałem na wyświetlacz, zrobił to po raz jedenasty. Jebany nadgorliwiec.

– Halo?

– Z tej strony Kamil Późniak. Jestem asystentem Jacka Solskiego. Pan Solski chciałby się z panem spotkać.

Moje serce zaczęło bić szybciej. Jacek Solski. Pierwsza dziesiątka listy najbogatszych. Jeden z najsprawniejszych polskich przedsiębiorców. Chodząca legenda.

– W sprawie? – dopytałem.

– O tym pan Solski wolałby powiedzieć osobiście.

– Jasne. Proszę o zaproponowanie terminu. Postaram się zrobić miejsce w kalendarzu.

– Nie zrozumieliśmy się. Pan Solski chciałby się spotkać teraz. Wysłał po pana samochód.

Wszedłem do gabinetu i zbliżyłem się do okna. Spojrzałem w dół. Pod biurowcem zawsze roi się od samochodów. Tym razem również. Ale tylko jeden z nich mógł przysłać Solski.

– Już idę – odparłem.

I ruszyłem do windy.

* * *

Świat ludzi pracy dzieli się na dwie kategorie. Na tych, którzy lubią i potrafią pracować w biurze, mogących godzinami ślęczeć przy komputerze, ze słuchawkami przyklejonymi do uszu, skutecznie odcinających się od zewnętrznego rozgardiaszu, bekających kawą i glutenowymi bombami od pana kanapki. A także na tych, którzy tego nienawidzą.

Stosując to rozróżnienie, można przyjąć, że Maria i Oleg stanowili doskonałe przeciwieństwa. On był typowym biurowym dłubaczem, który mógłby przesiedzieć połowę życia w odciętej od świata klitce, z nikim nie rozmawiając i zajmując się wyłącznie swoimi sprawami. Ona dostałaby pierdolca, gdyby ktoś zmusił ją do codziennego ślęczenia nad klawiaturą. Na papierze tworzyli duet idealny: różnorodny, uzupełniający się pod względem kompetencji, zarazem analityczny i z dobrym nosem. Każdy psycholog czy HR-owiec by się z tym zgodził.

Ale w praktyce wyglądało to trochę inaczej.

Wiesław Papszon nie chciał, aby śledztwo Marii i Olega rzucało się w oczy. Dogadał się z szefem Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego na wypożyczenie Olega, a potem zorganizował mu stanowisko pracy obok Marii. Dosłownie. Kazał dostawić prosty stolik do jej biurka i zainstalować na nim komputer stacjonarny. Po cichu załatwił wszystkie formalności, aby Oleg mógł w pełni korzystać z zasobów Wydziału do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw. A żeby ludzie nie zaczęli się przesadnie interesować tajemniczym Ukraińcem, wymyślił historyjkę o policyjnym gryzipiórku, który pomaga Marii w domknięciu jakichś starych spraw. Inaczej mówiąc: liczył na to, że z ich śledztwa gówno wyniknie i wszyscy szybko zapomną o temacie.

Grubo się jednak przeliczył.

– Chyba znalazłem coś ciekawego – odezwał się Oleg. – Spójrz na to.

Maria podniosła głowę znad sterty dokumentów i popatrzyła na siedzącego naprzeciwko faceta. Przyglądała mu się przez chwilę, ponieważ rzadko widywała ludzi tak podekscytowanych wpatrywaniem się w ekran komputera. W końcu poderwała się zza biurka. Jej zdziwienie jeszcze się wzmogło, gdy spojrzała Olegowi przez ramię i ujrzała arkusz kalkulacyjny, który przypominał sprawozdanie z wykonania budżetu.

– To lista aktywności naszych dziewczyn z dni poprzedzających zaginięcia – wyjaśnił Oleg.

Policjantka przeleciała wzrokiem spis.

– Co powinnam zobaczyć? – spytała.

– Uprawiały sport, spotykały się ze znajomymi, łaziły po kawiarniach, imprezowały. Nic specjalnego. Nic, czego by młodzi ludzie nie robili. Może dlatego śledczy mieli problem z ustaleniem, kiedy tak naprawdę zaginęły. A to wydaje się oczywiste.

Oleg przejechał kursorem po ekranie. Wyróżnił żółtym kolorem kilka informacji.

– Po imprezach – powiedziała Maria.

– Znikały w okolicach weekendu. Wiemy, że żadna z nich nie pracowała w sobotę ani niedzielę, więc mogły sobie pozwolić na pójście w miasto. Nie przesadzały z alkoholem, ale nie były abstynentkami. Od czasu do czasu zdarzało im się zaszaleć. – Oleg odsunął się od komputera. – Gdybym to ja chciał uprowadzić te dziewczyny, spróbowałbym je wyłowić z naćpanego i pijanego tłumu.

Maria pokiwała głową.

– Pigułka gwałtu. To najprostsze rozwiązanie.

– I najskuteczniejsze – przyznał Oleg. – Dziewczyna w kilkanaście minut po wypiciu drinka traci kontakt z rzeczywistością. Wyprowadzając ją z klubu, porywacz może udawać zatroskanego kolegę albo faceta. Wsadza dziewczynę do samochodu i znika. Nikogo to nie dziwi.

– A jeśli coś pójdzie nie tak, laska nic nie będzie pamiętać.

– Zbrodnia doskonała.

– Prawie.

Maria wróciła na swoją stronę biurka. Ściągnęła kurtkę z oparcia krzesła.

– Wydrukuj listę lokali, które odwiedzały te dziewczyny. I rusz dupę. Trzeba trochę pojeździć po mieście.

* * *

Trzecie, drugie, drugie, czwarte, szóste. To miejsca, jakie w ostatnich latach Jacek Solski zajmował na liście najbogatszych. Zbudował bank, firmę ubezpieczeniową, fundusz inwestycyjny, a nawet spółkę produkującą wózki sklepowe. Stawia galerie handlowe, biurowce i osiedla dla bogaczy. Jest przedsiębiorcą pełną gębą. Potrafi zarabiać na wszystkim. Bez względu na branżę czy sytuację makroekonomiczną. W dodatku robi to, nieustannie prowadząc wojnę: z konkurentami biznesowymi, Komisją Nadzoru Finansowego, frankowiczami czy politykami partii rządzącej. I to bez względu na to, którzy kretyni akurat są u władzy.

Fakt, że przysłał po mnie czarnego bentleya continental, mógł świadczyć o dwóch rzeczach: albo czymś podpadłem i zamierzał mnie spektakularnie zniszczyć, albo miał do mnie ważną sprawę. Kierowca nie zdradził żadnych szczegółów, więc mogłem się jedynie domyślać, że jedziemy do siedziby Proud Banku na Inflanckiej. To centrum dowodzenia jednego z najpotężniejszych ludzi w kraju.

Solski, podobnie jak wielu przedsiębiorców z jego pokolenia, zaczął od stworzenia firmy polonijnej, która zajmowała się sprzedażą artykułów chemicznych. Po zmianie ustrojowej zabrał się do sprowadzania do Polski znanych marek konsumenckich, do dziś widywanych w większości galerii handlowych. Stworzył też firmę produkcyjną, którą po paru latach sprzedał jednej z zagranicznych korporacji. Za zarobione pieniądze zaczął budować różne instytucje finansowe. Wprowadził wiele nieznanych wcześniej nad Wisłą produktów. Jedni uważają go za wizjonera, biznesowego rewolucjonistę, guru. Dla innych jest tylko chciwym cwaniakiem, który potrafi wykorzystywać naiwność klientów, miałkość rywali i szerokie koneksje.

 

Kierowca zatrzymał się tuż przed wejściem do banku – w miejscu, w którym oczywiście nie wolno się zatrzymywać, chyba że prowadzi się samochód właściciela budynku. Wstukał na telefonie jakąś wiadomość i odwrócił się w moją stronę.

– Prezes wie, że pan dojechał.

Pochyliłem się, poprawiłem we wstecznym lusterku fryzurę i wysiadłem. Pokonałem kilka niewysokich schodków i wszedłem do kilkunastopiętrowego biurowca, który bardziej niż placówkę banku przypominał wejście do obrzydliwie bogatej korporacji. Takiej z konsjerżem, przezroczystymi bramkami z mnóstwem czujników i uśmiechniętymi recepcjonistkami, które wyglądały tak, jakby się urwały z wybiegu dla modelek. Albo z konkursu Miss Polonia. Albo z burdelu.

Miodzio.

Nie miałem pojęcia, czego się spodziewać po Solskim. Ale z całą pewnością nie spodziewałem się tego, że będzie na mnie czekał w swoim luksusowym holu. Dobijał do sześćdziesiątki, ale wyglądał najwyżej na czterdzieści kilka lat. Był mniej więcej mojego wzrostu. Szczupły, wyprostowany, z nieznacznie uniesioną brodą. Miał prążkowany granatowy garnitur, najprawdopodobniej uszyty przez krawca, o którym nigdy nie słyszałem. Z powodu lekko zakrzywionego nosa, wąsko osadzonych, czujnych oczu i wysokiego czoła wyglądał jak ptak drapieżny, permanentnie skupiony na poszukiwaniu łatwej do upolowania zwierzyny.

– Podoba się panu mój miejski samochód? – spytał na powitanie.

Wzruszyłem ramionami.

– Nie wiem. Byłem tylko pasażerem.

Uśmiechnął się. Uśmiechem człowieka nienawykłego do okazywania radości.

– Wolałem, żeby pan przemyślał nasze spotkanie, zamiast delektować się jazdą. – Wyciągnął rękę. – Jacek.

– Kacper.

Miał silną, nieco chropowatą dłoń. Pewnie od przerzucania żelastwa na siłowni. Bo nie przypuszczam, żeby musiał przestawiać meble.

– Zapraszam – powiedział, ruszając w kierunku windy.

Szedłem za Solskim, kiedy lekko spanikowani pracownicy banku otwierali przed nami kolejne bramki. Gapiłem się to na jego garnitur, to na ciągnące się do sufitu nogi trzech mijających nas recepcjonistek. Właśnie wróciły ze sklepu. Radośnie gaworzyły, dopóki nie zobaczyły szefa, który zmierzył je zimnym spojrzeniem i przystanął. A dziewczyny wraz z nim, ustawiając się jak do rozstrzelania.

– Ty, ty i ty. – Solski celował palcem w kolejne recepcjonistki, jakby chciał im poprzebijać serca. – Wypierdalać. Ale już! Za pięć minut ma was tu nie być.

Minął recepcjonistki i wszedł do windy. Jakby nigdy nic. Jakby cierpiał na zespół Tourette’a, a ostatnie kilka sekund było tylko brutalną emanacją jego choroby.

Kiedy do niego dołączyłem, zaczął przeglądać kalendarz w iPhonie.

– Nie lubi pan… nie lubisz, gdy wychodzą z budynku w godzinach pracy? – zapytałem.

Solski na chwilę uniósł na mnie wzrok.

– Nie o to chodzi – powiedział, ponownie skupiając się na telefonie. – Widziałeś, co miały w dłoniach?

– Zakupy.

– A w czym je niosły?

– W reklamówkach.

– W torbach z Żabki. A gdzie my jesteśmy?

– W banku.

Pokręcił opuszczoną głową.

– Nie w pierwszym lepszym banku. Nasi klienci to ludzie ze szczytu łańcucha pokarmowego. Przedsiębiorcy, menedżerowie i celebryci. Pięć procent najlepiej zarabiających Polaków, którzy prowadzą u nas grube rachunki i biorą milionowe kredyty na budowę apartamentów w Wilanowie albo domów na Mazurach. Te wszystkie czujniki, hostessy i świecidełka nie są dla mnie, tylko dla nich. Mają się tu czuć wyjątkowo. Jak pasażerowie lotu na Marsa. A żeby tak było, jakieś tępe siksy nie mogą tu paradować z siatkami ze spożywczego.

Choć całe zajście wyglądało jak scenka z podręcznika wzorowego mobbera, Solskiemu trudno było odmówić racji.

– To było konieczne? – zapytałem.

– Zdecydowanie.

– I te dziewczyny już nie wrócą do pracy?

– Nie. Znają reguły. Nigdy nie daję drugiej szansy.

Jak wygląda gabinet jednego z najbogatszych ludzi w Polsce? Ano z pewnością nie tak, jak to sobie wyobrażacie.

Owszem, jest mnóstwo bogaczy, którzy trzymają w biurach obrazy Marka Rothko (bo uważają się za mecenasów sztuki), czaszki botswańskich wojowników i starochińskie wazy (bo uważają się za podróżników lub pasjonatów historii) albo złotą porcelanę i marmurowe posągi (bo są reliktami szczęśliwie minionej epoki). To próżni szpanerzy, którzy weszli do biznesu dla pieniędzy, sławy i blichtru.

Tacy jak Jacek Solski – niemający w gabinetach nic nadzwyczajnego, za to utrzymujący w nich nienaganną czystość – stanowią rzadkość. Oni nie walczą o pieniądze, lecz o coś znacznie istotniejszego. O władzę. O rząd dusz. O to, by znaczyć więcej niż ich koledzy w branży. By znaczyć więcej od polityków. By robić dokładnie to, na co mają ochotę.

Tacy jak Solski mają w dupie podróże do Dżibuti, drogie alkohole czy starożytne wazy.

Tacy jak Solski od razu przechodzą do rzeczy.

– Chcę, żebyś dla mnie pracował.

Wypowiedział te słowa, zanim zdążyłem się dobrze rozsiąść.

– Dziękuję. Bardzo mi to schlebia.

– Jak wygląda twój zakaz konkurencji?

– Jeżeli nie planujesz budowy informatycznego imperium, możemy zacząć nawet od jutra.

Solski dłubał w telefonie, odkąd wsiedliśmy do windy. Dopiero teraz odłożył go na biurko i całkowicie skupił się na mnie.

– Masz dar – oznajmił. – Ludzie wierzą w to, co mówisz. Bez względu na to, czy zachęcasz ich do pójścia na siłownię, kupna oprogramowania czy do skoku z mostu.

Uśmiechnąłem się.

– Tego ostatniego jeszcze nie próbowałem.

– Ale wiesz, czym by się to skończyło?

– Wiem.

– To dobrze. Trzeba znać swoją wartość.

Do gabinetu weszła asystentka, przyniosła tacę z napojami. Postawiła ją na stole, po czym bezdźwięcznie się ulotniła. Solski pociągnął łyk espresso, nie spuszczając ze mnie wzroku. W jego laserowym spojrzeniu ciekawość mieszała się z intensywnością i wnikliwością. I zadziwiająco przypominała nienawiść. Tę, którą przed walką zieją do siebie bokserzy mający przez kolejne pół godziny okładać się po mordach. Byle celniej. Byle mocniej. Byle boleśniej. Byleby wygrać.

Słyszałem sporo anegdot na temat Solskiego. Najbardziej zapadły mi w pamięć historie opowiadane przez jego pierwszą żonę, byłą modelkę i gwiazdę telewizji (ludzie formatu Solskiego często spotykają się wyłącznie z takimi laskami – jeszcze do tego wrócimy). No więc ta dziunia – przyjmijmy, że ma na imię Kasia – wyznała w jednym z kolorowych pisemek, że Solski sypiał najwyżej trzy godziny dziennie. Kiedy ona wstawała o piątej, aby się przygotować do opowiadania w telewizji śniadaniowej o diecie wegańskiej albo jakimś innym gównie, on już był na nogach. Wystrojony w garnitur, po śniadaniu, naładowany endorfinami po porannej rundzie na bieżni.

Poza tym Solski nigdy nie rozmawiał z nią o pracy. Wracał do domu i na pytanie: „Jak ci minął dzień?” odpowiadał: „Dzień jak co dzień”. Dopiero z mediów się dowiadywała, że jej mąż właśnie stracił lub zyskał dwieście milionów złotych. Podobno dlatego się rozstali. Kasia nie była w stanie choćby szczątkowo go poznać. Przez kilka lat żyła z facetem, o którym praktycznie nic nie wiedziała.

– Nie wyjaśniłeś, co miałbym robić – zauważyłem.

– To dla ciebie takie ważne? Wiedzieć, co przyniesie jutro?

– Znam strukturę twojego holdingu. Wiem, kim są dyrektorzy sprzedaży w poszczególnych firmach. Nieźle sobie radzą, zważywszy na okoliczności, w jakich przyszło im działać.

– Tak uważasz?

– „Nieźle” nie znaczy „świetnie”.

Kiedy Solski posłał mi kolejny bezkształtny uśmiech, zacząłem odgrzebywać w pamięci wszystkie niesprzyjające okoliczności, jakie uderzyły w jego biznesy: podatek bankowy, zakaz handlu w niedzielę, kłopoty z frankowiczami, aferę GetBacku, awanturę z Komisją Nadzoru Finansowego, słabość GPW. Większość biznesmenów po takiej serii kryzysów już dawno zniknęłaby z rynku. Tymczasem majątek Solskiego skurczył się ledwie o trzydzieści procent.

– Nie zamierzam wymieniać szefów sprzedaży – powiedział. – Potrzebuję kogoś, kogo do tej pory nie miałem u swojego boku.

– Czyli?

– Prawej ręki. Kogoś, kto pomoże mi zarządzać holdingiem, nie piastując w nim oficjalnie żadnej poważnej funkcji. Wszechmocnego ducha, który będzie doglądał moich interesów.