Słodycz zapomnienia

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział trzeci

Waniliowe babeczki „Gwiazda Północna”

BABECZKI

Składniki

szklanka niesolonego masła o temperaturze pokojowej

1½ szklanki cukru kryształu

4 duże jajka

łyżeczka aromatu waniliowego

3 szklanki mąki

3 łyżeczki proszku do pieczenia

½ łyżeczki soli

½ szklanki mleka

Przygotowanie

1. Rozgrzać piekarnik do 160ºC. Wyłożyć papierem do pieczenia 24 foremki.

2. Ubić mikserem w dużej misce masło z cukrem. Ucierać, aż stanie się pulchne, wbijając po jednym jajku. Dodać aromat waniliowy i dobrze wymieszać.

3. Przesiać mąkę, proszek do pieczenia i sól. Dodawać po trochu do masy z masła i jaj na zmianę z mlekiem.

4. Napełnić foremki do połowy. Piec 15–20 minut albo do chwili, gdy wbity w ciasto nóż będzie czysty. Studzić 10 minut w foremkach, a potem wyjąć.

5. Poczekać, aż zupełnie ostygną, i polukrować na różowo (przepis poniżej)

RÓŻOWY LUKIER

Składniki

szklanka lekko podgrzanego masła

4 szklanki cukru pudru

½ łyżeczki aromatu waniliowego

łyżeczka mleka

1–3 krople czerwonego barwnika spożywczego

Przygotowanie

1. W średniej misce ubić masło elektrycznym mikserem, aż stanie się lekkie i puszyste.

2. Stopniowo dodawać cukier, ubijając, aż się dobrze wymiesza z masłem.

3. Nie przestając mieszać, dodać wanilię i mleko, aż wszystkie składniki dokładnie się połączą.

4. Dodać kroplę czerwonego barwnika spożywczego i dobrze wymieszać. Aby uzyskać lukier ciemnoróżowy, dodać jeszcze 1–2 krople barwnika. Polukrować babeczki.

Rose

Rose wyglądała przez okno, jak zawsze wypatrując pierwszej gwiazdy. Wiedziała, że pokaże się na horyzoncie lśniąca i migocząca niczym wieczny płomień zaraz potem, jak słońce wymaluje niebo w świetliste, ogniste wstęgi. Gdy była mała, nazywano tę porę zmierzchu niebieską godziną – l’heure bleue. Było wówczas niezupełnie jasno i niezupełnie ciemno. Rose zawsze odnajdywała w niej pociechę.

Gwiazda Wieczorna, która ukazywała się co noc podczas aksamitnego zmierzchu, zawsze należała do jej ulubionych, chociaż wcale nie była gwiazdą, lecz planetą Wenus, nazwaną imieniem bogini miłości. Rose dowiedziała się o tym dawno temu, ale nic się przez to nie zmieniło. Tutaj, na Ziemi, trudno odróżnić gwiazdę od planety. Przez wiele lat Rose liczyła wszystkie widoczne na niebie jasne punkty. Zawsze czegoś wypatrywała, ale nigdy tego nie znalazła. Wiedziała, że nie zasłużyła, by to odnaleźć, i to ją zasmucało.

Ostatnio zasmucało ją wiele spraw. Ale czasami z dnia na dzień zapominała, dlaczego płacze. Alzheimer. Wiedziała, że cierpi na tę chorobę. Słyszała szepty na korytarzach. Patrzyła na swoich sąsiadów w domu opieki. Widziała, jak przychodzili i odchodzili, z każdym dniem coraz bardziej tracili pamięć. Rozumiała, że coś się z nią dzieje, i przerażało ją to z powodów, których nikt nie pojmował. Nie śmiała o tym głośno mówić. Było za późno. Wiedziała, że ta dziewczyna o lśniących, brązowych włosach, znajomych rysach i pięknych, smutnych oczach właśnie jej powiedziała, kim jest. Ale Rose już zapomniała. Poczuła podchodzący do gardła dobrze znany paniczny strach. Żałowała, że nie potrafi uchwycić wspomnień, jakby to były liny ratunkowe, i trzymać się ich, zanim zapadnie pod wodę. Ale okazywały się śliskie i nie można było ich pochwycić. Odchrząknęła, zmusiła się do uśmiechu i spróbowała na chybił trafił.

– Droga Josephine, wypatruj gwiazdy na horyzoncie – powiedziała. Wskazała pustą przestrzeń nieba, wiedząc, że lada chwila ukaże się na niej Gwiazda Wieczorna. Miała nadzieję, że odgadła imię gościa. Dawno nie widziała Josephine. A może jednak widziała. Nie pamięta.

Dziewczyna o smutnych oczach także odchrząknęła.

– Nie, Mamie, to ja, Hope. Nie ma tu Josephine.

– Tak, oczywiście. Wiem o tym – pospiesznie rzekła Rose. – Musiałam się przejęzyczyć. – Nie powiedziała nikomu, że traci pamięć. To wstydliwa sprawa, prawda? Zupełnie jakby nie zależało jej na tym, by zachować wspomnienia, i to wprawiało ją w wielkie zakłopotanie, bo było wprost przeciwnie. Może gdyby udawała trochę dłużej, mgła by się rozproszyła i wspomnienia powróciły tam, gdzie się ukrywały dawniej.

– W porządku, Mamie – powiedziała dziewczyna, która sprawiała wrażenie o wiele za starej, by być Hope, jej jedyną wnuczką, która nie może mieć teraz więcej niż trzynaście albo czternaście lat. Rose spostrzegła zmarszczki wokół oczu tej dziewczyny, o wiele za dużo zmarszczek jak na dziewczynkę w tym wieku. Zastanawiała się, co ją tak przytłacza. Może matka Hope nie wie, że z jej córką jest coś nie tak. Może Rose będzie potrafiła pomóc dziewczynce. Chciałaby pomóc. Ale nie wiedziała jak.

– Gdzie jest twoja mama? – uprzejmie zapytała, zwracając się do Hope. – Kochanie, czy ona tu przyjdzie?

Rose miała tak wiele do powiedzenia Josephine, chciała ją przeprosić za mnóstwo spraw. Bała się, że nie starczy jej na to czasu. Od czego miałaby zacząć? Od tego, że była taka chłodna? Od tego, że niechcący dawała jej zły przykład? W przeszłości Rose miewała liczne okazje, by przeprosić Josephine, ale słowa zawsze więzły jej w gardle. Może teraz nadszedł czas, by się zmusić i je wypowiedzieć, żeby Josephine ich wysłuchała, zanim będzie za późno.

– Mamie – ostrożnie powiedziała Hope. Rose łagodnie się do niej uśmiechnęła. Wiedziała, że Hope wyrośnie na silną, miłą osobę. Josephine także była takim typem kobiety, ale miała tak skryte usposobienie na skutek błędów popełnionych przez Rose, że trudno to było dostrzec.

– Tak, kochanie? – spytała Rose, bo Hope zamilkła.

Rose nagle poczuła, że wie, co Hope chce powiedzieć. Żałowała, że nie może jej przeszkodzić, zanim słowa poczynią spustoszenie. Ale było za późno. Zawsze było za późno.

– Moja mama, Josephine, umarła – łagodnie powiedziała Hope. – Dwa lata temu. Nie pamiętasz, Mamie?

– Moja córka? – spytała z wielkim smutkiem. – Moja Josephine? – Prawda przypłynęła do niej niczym fala, i przez chwilę Rose nie mogła złapać tchu.

Zastanawiała się nad figlami, które płatał jej umysł, spłukując niemiłe wspomnienia i wynosząc je do morza.

Ale Rose dobrze wiedziała. Niektóre z nich nie mogą zostać usunięte, nawet jeśli na udawanie, że ich nie ma, poświęciłaby całe swoje życie.

– Przepraszam, Mamie – powiedziała Hope. – Zapomniałaś?

– Nie, nie – szybko odparła Rose. – Oczywiście, że nie.

Hope odwróciła wzrok, a Rose przyglądała się jej. Przez chwilę ta dziewczyna przypominała jej coś lub kogoś, ale zanim zorientowała się co, myśl niczym motyl uleciała z jej głowy.

– Jakże bym mogła zapomnieć o czymś takim – dodała cicho.

Przez chwilę siedziały w milczeniu, wyglądając przez okno. Gwiazda Wieczorna już wzeszła i wkrótce potem Rose dostrzegła gwiazdy Wielkiego Wozu, który, jak kiedyś powiedział jej ojciec, był rondlem Boga. Tak jak ją nauczył, powiodła wzrokiem ku gwieździe zwanej Merak, a potem ku Dubhe i odnalazła Polaris, czyli Gwiazdę Polarną, która właśnie odmykała zaspane oko na nieskończonym nieboskłonie. Rose znała wiele nazw ciał niebieskich, a tym, których nie znała, nadawała imiona ludzi utraconych przez nią dawno temu.

Dziwne, pomyślała. Zapomina o najprostszych rzeczach, ale to, co związane z nieboskłonem, zatrzymała w pamięci na zawsze. Studiowała nazwy gwiazd przez wiele lat, mając nadzieję, że kiedyś pomogą jej odnaleźć drogę do domu. Ale wciąż jeszcze jest tutaj, na Ziemi, prawda? A one są bardzo daleko, jak zwykle.

– Mamie? – odezwała się Hope, przerywając milczenie.

Rose obróciła się ku niej i uśmiechnęła na dźwięk tego słowa. Pamiętała swoją mamie; zawsze wydawała jej się olśniewająco piękna; miała uszminkowane na czerwono usta, wydatne kości policzkowe i szykowne, ciemne, równo obcięte włosy, które wyszły z mody w latach dwudziestych dwudziestego wieku. Ale potem Rose przypomniała sobie, co się stało z jej mamie, i jej uśmiech zgasł. Zamrugała i powróciła do teraźniejszości.

– Tak, kochanie? – spytała.

– Kto to jest Leona?

Rose na chwilę straciła oddech, bo było to imię, którego nie wypowiadała przez niemal siedemdziesiąt lat. Bo po cóż by miała je wypowiadać? Nie wierzyła w duchy.

– Nikt – odpowiedziała wreszcie. Ale oczywiście było to kłamstwo. Leona istniała. Wszystkie one istniały. Zaprzeczając temu, Rose wiedziała, że jeszcze ciaśniej tka gobelin kłamstw. Zastanawiała się, czy kiedykolwiek stanie się on wystarczająco zwarty, by ją udusić.

– Ale Annie mówi, że zwracasz się do niej per Leona – nie dawała za wygraną Hope.

– Myli się – natychmiast odpowiedziała Rose. – Nie ma żadnej Leony.

– Ale...

– Jak się ma Annie? – zapytała Rose, zmieniając temat rozmowy.

Doskonale ją pamiętała. Jest trzecim pokoleniem jej amerykańskiej rodziny. Pierwsza była Josephine. Potem Hope. A teraz mała Annie, światło jutrzenki w zmierzchu Rose. Odczuwała dumę z powodu niewielu rzeczy w swoim życiu. Ale z Annie była dumna.

– Ma się dobrze – odparła Hope, ale Rose zauważyła, że wargi wnuczki wygięły się jakoś nienaturalnie. – Ostatnio mnóstwo czasu spędza ze swoim tatą. Przez cało lato chodzili na mecze Cape League.

Rose poszukała w pamięci.

– Co to za mecze?

– Baseballowe. Liga letnia. Jak te mecze, na które zabierał mnie dziadek, kiedy byłam mała.

– To miło – powiedziała Rose. – Chodzisz tam z nimi?

– Nie, Mamie – odparła łagodnie Hope. – Ojciec Annie i ja rozwiedliśmy się.

– Oczywiście – wymamrotała Rose. Przyjrzała się twarzy wnuczki, gdy dziewczyna spuściła wzrok, i zauważyła w jej rysach ten sam smutek, który dostrzegała, przyglądając się własnemu odbiciu w lustrze.

 

Dlaczego Hope jest taka smutna?

– Nadal go kochasz? – zapytała.

Hope gwałtownie uniosła głowę, a Rose poczuła się okropnie, bo zdała sobie sprawę, że chyba nie należało zadawać tego pytania. Czasami zdarzało jej się zapominać, co jest taktowne, a co nie.

– Nie – w końcu bąknęła Hope. Omijając wzrokiem oczy Rose, dodała: – Wątpię, czy kochałam go kiedykolwiek. Mówię okropne rzeczy, prawda? Obawiam się, że coś jest ze mną nie w porządku.

Rose poczuła ucisk w gardle. A więc to brzemię przeszło także na Hope. Teraz już wie. To chłód jej serca stał się przyczyną zdarzeń, których sobie nigdy nie wyobrażała. Rose pojęła, że jest za to wszystko odpowiedzialna. Ale jak ma teraz powiedzieć Hope, że miłość istnieje i ma moc odmieniania wszystkiego? Nie potrafi. Więc tylko odchrząknęła i usiłowała skupić się na teraźniejszości.

– Wszystko jest z tobą w porządku, kochanie – rzekła.

Hope zerknęła na babcię i skierowała wzrok w inną stronę.

– A jeśli nie jest? – spytała cicho.

– Nie możesz się obwiniać – odparła Rose. – Czasami zdarza się coś, co nie powinno się zdarzyć. – Znowu jakieś mętne wspomnienie wychynęło z zakamarków jej pamięci. Nie mogła sobie przypomnieć imienia męża Hope. Wiedziała jednak, że nigdy za nim nie przepadała. Czy był niedobry dla jej wnuczki? A może po prostu zawsze sprawiał wrażenie zbyt chłodnego? – Jest dobrym ojcem dla Annie, prawda? – spytała, żeby powiedzieć coś pozytywnego.

– Oczywiście – odparła Hope z mocą. – Jest wspaniałym ojcem. Kupuje Annie, cokolwiek jej się zamarzy.

– Ale to nie jest miłość – stwierdziła Rose. – To są tylko przedmioty.

– Cóż, masz rację – odrzekła Hope.

Nagle zaczęła sprawiać wrażenie bardzo zmęczonej. Jej włosy opadły w nieładzie, zasłaniając twarz. Rose była pewna, że dostrzegła łzy w oczach wnuczki, ale gdy ta uniosła głowę, jej boleśnie znajome oczy były suche.

– Spotykasz się z innymi mężczyznami? – spytała po chwili. – Po rozwodzie? – Wspomniała własną sytuację; czasami człowiek musi iść naprzód, chociaż nie ma do tego serca.

– Oczywiście, że nie. – Hope unikała wzroku Rose. – Nie chcę być taka jak moja matka – wymamrotała. – Najważniejsza jest Annie. A nie jacyś przypadkowi faceci.

I wtedy Rose zrozumiała. W okamgnieniu ujrzała fragmenty z dzieciństwa wnuczki. Przypomniało jej się, jak Josephine nieustannie poszukiwała miłości; zawsze w nieodpowiednich miejscach, u nieodpowiednich mężczyzn, podczas gdy miłość przez cały czas była tuż tuż, w oczach Hope. Ujrzała niezliczone noce, podczas których Josephine zostawiała z nią córeczkę, aby wyjść z domu. Hope, która wtedy była malutka, płakała, a potem zasypiała w ramionach babci. Wspomniała strugi łez na swoich bluzkach i uczucie pustki i samotności, gdy Hope wreszcie ogarniał sen.

– Nie jesteś twoją matką, kochanie – powiedziała łagodnie. Czuła ból w sercu, bo to – to wszystko – działo się z jej winy. Któż mógł wiedzieć, że jej decyzje będą miały wpływ na przyszłe pokolenia?

Hope odchrząknęła, odwróciła wzrok i zmieniła temat rozmowy.

– A więc jesteś pewna, że nie znasz żadnej Leony?

Rose zamrugała, jakby dźwięk tego imienia przebił jej serce. Zacisnęła wargi i pokręciła głową. Może kłamstwo jest mniejszym przewinieniem, gdy się go nie wypowie na głos.

– Dziwne – mruknęła Hope. – Annie była pewna, że tak się do niej zwracałaś.

– Niezwykle dziwne. – Rose żałowała, że nie może odpowiedzieć na wszystkie pytania, ale nie była na to gotowa. Czuła, jak za tamą, którą wzniosła, wzbierają wody, które wkrótce się ponad nią przeleją. Ale na razie przypływy i powodzie wciąż stanowiły jej własność, a ona żeglowała po nich samotnie.

Hope chciała coś jeszcze powiedzieć, ale tylko mocno uściskała babcię i obiecała, że wkrótce znów ją odwiedzi. Rose patrzyła, jak wnuczka odchodzi, chociaż za oknami ciemność jeszcze nie zapadła. A zatem Hope nie została nawet do końca niebieskiej godziny.

Rose posmutniała, chociaż nie miała do dziewczyny żalu. Wiedziała, że to, jak i wiele innych spraw, dzieje się z jej winy.

Po pewnym czasie, gdy gwiazdy rozbłysły, przyszła ulubiona pielęgniarka Rose – kobieta o cerze barwy pain au chocolat – smakołyku, który bardzo dawno temu Rose przygotowywała dla brata Davida i siostry Daniele – aby dopilnować, by Rose przyjęła wieczorną dawkę leków.

– Cześć, Rose – powiedziała. Uśmiechając się, nalała wody do szklanki i otworzyła pudełeczko z pigułkami. – Miałaś dziś wieczorem gościa?

Rose zastanowiła się, wysilając pamięć. Coś zaświtało jej w głowie, ale szybko zgasło. Była pewna, że jak co wieczór oglądała zachód słońca w samotności.

– Nie, moja droga – odpowiedziała.

– Jesteś pewna? – dopytywała się pielęgniarka. Podała jej tabletki w plastikowym kubeczku i patrzyła, jak Rose je połyka i popija wodą. – Amy z recepcji powiedziała mi, że odwiedziła cię wnuczka. Hope.

Rose uśmiechnęła się, ponieważ kochała Hope. Dziewczynka ma teraz jakieś trzynaście lub czternaście lat. Jak ten czas szybko mija, pomyślała. Zanim się obejrzę, wszyscy dorosną.

– Nie – powtórzyła. – Nikogo tutaj nie było. Ale musisz ją kiedyś poznać. To bardzo miłe dziecko. Może przyjdzie do mnie ze swoją matką.

Pielęgniarka delikatnie uścisnęła rękę Rose.

– Dobrze – powiedziała. – Chętnie ją poznam.

Rozdział czwarty

Nie miałam zamiaru wracać do cukierni ani do Cape. Nie spodziewałam się, że w wieku trzydziestu sześciu lat zostanę matką nastolatki i właścicielką cukierni. W szkole marzyłam o tym, by wyjechać gdzieś daleko, podróżować po świecie, zostać wziętą prawniczką.

A potem poznałam Roba, który był na ostatnim roku prawa, gdy ja zaczynałam studia. Chociaż ciągnęło mnie na Cape, nigdy nie myślałam, że tam powrócę. Gdy w połowie pierwszego roku zatrzymał mi się okres, musiałam powiedzieć Robowi, że jestem w ciąży, a on oświadczył mi się tydzień potem. „Tak należy”, oznajmił.

Zadecydowaliśmy wspólnie, że wezmę na rok urlop dziekański, aby urodzić dziecko. Annie przyszła na świat w sierpniu. Rob dostał pracę w firmie w Bostonie i zaproponował, bym teraz, gdy on zarabia więcej, jeszcze trochę została w domu z naszą córeczką. Na początku spodobał mi się ten pomysł. Ale po roku Rob i ja oddaliliśmy się od siebie tak bardzo, że nie wiedziałam, jak temu zaradzić.

Całymi dniami zajęta byłam zmienianiem pieluch, karmieniem piersią i oglądaniem Ulicy Sezamkowej, i zupełnie nie interesował mnie Rob. Zazdrościłam mu, że codziennie wychodzi z domu, by bywać w świecie, o którym marzyłam. Ani przez chwilę nie żałowałam, że mam córeczkę. Żałowałam tylko utraconej szansy na to, by żyć tak, jak pragnęłam. Gdy dziewięć lat temu u mojej matki wykryto raka piersi, Rob po wielu nocnych sporach zgodził się przenieść do Cape. Zdał sobie bowiem sprawę z tego, że otworzy kancelarię i będzie jedynym w okolicy prawnikiem zajmującym się tak zwanymi szkodami na osobie. Mamie zajęła się cukiernią i doglądała wnuczki, podczas gdy ja pracowałam jako asystentka Roba. Nie było to upragnione zajęcie, ale robiłam coś zbliżonego do tego, co sobie wymarzyłam. Annie chodziła wtedy do pierwszej klasy i z wprawą profesjonalistki pomagała lukrować babeczki oraz rowkowała placki. Przez kilka lat wszystko szło świetnie. A potem mama miała nawrót raka, pamięć Mamie zaczęła szwankować i tylko ja mogłam uratować cukiernię. Zanim się zorientowałam, wykonywałam zawód upragniony przez kogoś innego, i moje marzenia zostały zupełnie zaprzepaszczone.

Jest prawie piąta rano, słońce wzejdzie dopiero za dwie godziny. Kiedy chodziłam do podstawówki, Mamie powtarzała mi, że każdy poranek jest niczym odpakowywanie podarunku od Boga. Dziwiło mnie to, bo babcia nigdy nie była przesadnie religijna. Ale wieczorami, gdy moja matka i ja chodziłyśmy do niej na kolację, czasami zastawałyśmy ją klęczącą przed oknem i modlącą się cicho w sączącym się z nieba świetle.

– Wolę osobiście załatwiać swoje sprawy z Bogiem – powiedziała mi kiedyś, gdy zapytałam, dlaczego modli się w domu, zamiast pójść do kościoła Our Lady of the Cape.

Dzisiejszego ranka w kuchni mieszają się aromaty mąki, masła, czekolady i wanilii, a ja wdycham je głęboko, odprężając się pośród dobrze znanej woni. Od wczesnego dzieciństwa zapachy te zawsze kojarzą mi się z babcią, bo nawet wtedy, gdy wracała do domu, brała prysznic i zmieniała ubranie, jej włosy i skóra nadal pachniały wypiekami.

Wyrabiając ciasto na placki i dosypując mąki, rozmyślam o czymś innym. Metodycznie wykonując poranne czynności, wspominam ostatnie słowa Mamie. Zerkam na czasomierz piekarnika, w którym pieką się bezy czekoladowe. 1. Wyrobić ciasto na migdałowo-różane ciastka, które tak bardzo lubi Matt Hines. Ułożyć warstwy baklavy i włożyć ją do piekarnika. 2. Wrzucić rozrobiony twaróg przeznaczony na cytrynowo-winogronowy sernik do drugiej miski miksera. Przygotować ciasto na croissanty, żeby wziąć się za pains au chocolat. Zapleść długie warkocze chałki z gruboziarnistej mąki, posypać ją rodzynkami i odstawić, żeby ciasto jeszcze raz urosło.

Wszystko jest z tobą w porządku, kochanie, powiedziała Mamie, ale co ona wie? Przecież kompletnie straciła pamięć i rozsądek. Jednak bywają chwile, gdy spogląda przenikliwie i jestem pewna, że wtedy widzi wnętrze mojej duszy. Chociaż nigdy nie wątpiłam, że dziadek i babcia się kochali, zawsze sprawiali wrażenie pary, którą łączy raczej wspólne działanie niż romantyczne uczucie. Czy podobnie było ze mną i Robem, a ja to odrzuciłam, oczekując czegoś więcej? Może byłam głupia. Życie to nie bajka.

Odzywa się czasomierz piekarnika numer jeden, więc sięgam po bezy i ustawiam je na półce. Włączam na nowo piekarnik, aby wsunąć do niego pains au chocolat. Rankiem przygotowuję ich podwójną porcję, ponieważ teraz, jesienią, gdy jest chłodniej, sprzedają się szybciej. Nasze ciasta i ciastka owocowe są popularniejsze wiosną i latem, a bardziej solidne i słodsze wypieki cieszą się powodzeniem, gdy nadchodzi zima.

Gdy miałam osiem lat, zaczęłam pomagać Mamie, tak jak teraz pomaga mi Annie. Każdego ranka tuż przed wschodem słońca Mamie przerywała pracę i prowadziła mnie do bocznego okna, które wychodziło na wschód, ponad krętą Main Street. Spoglądałyśmy na horyzont, czekając na świt, a potem wracałyśmy do przerwanych zajęć.

– Na co tak patrzysz, Mamie? – zapytałam ją pewnego ranka.

– Na niebo, kochanie – odparła.

– Wiem. Ale dlaczego?

Przyciągnęła mnie do siebie, tuląc do różowego, wypłowiałego fartucha, który nosiła, odkąd sięgałam pamięcią. Ściskała mnie tak mocno, aż się przestraszyłam.

– Patrzę na znikające gwiazdy, chérie – odparła po dłuższej chwili.

– Dlaczego? – spytałam.

– Ponieważ są na niebie nawet wtedy, gdy ich nie widać – powiedziała. – Po prostu chowają się, bo słońce świeci jaśniej.

– No to co? – szepnęłam nieśmiało.

Wypuściła mnie z objęć i pochyliła się, by zajrzeć mi w oczy.

– Dobrze jest pamiętać, że coś, co istnieje, nie zawsze jest widoczne.

Słowa Mamie wypowiedziane niemal trzydzieści lat temu wciąż brzmią w mojej głowie, gdy słyszę głos Annie, która stając w progu kuchni, wyrywa mnie z zamyślenia.

– Czemu płaczesz? – pyta.

Spoglądam na nią i zaskoczona zdaję sobie sprawę z tego, że ma rację; po moich policzkach spływają łzy. Ścieram je wierzchem dłoni, rozmazując na twarzy lepkie, ciągliwe ciasto, i zmuszam się do uśmiechu.

– Wcale nie płaczę – mówię.

– Nie musisz mnie, jakby, okłamywać.

– Po prostu myślałam o Mamie – odpowiadam z westchnieniem.

Annie wywraca oczami i wykrzywia się do mnie.

– Wspaniale. Teraz postanowiłaś okazać trochę uczucia. – Rzuca plecak na podłogę w rogu kuchni. Ląduje tam z wielkim hukiem.

– O co ci chodzi? – pytam.

– Sama wiesz. – Podwija długie rękawy różowej koszuli i sięga po fartuch wiszący na haku wbitym w ścianę na lewo od półek, na których trzymam blachy do pieczenia.

– Nie, nie wiem – mówię. Przerywam pracę i patrzę, jak Annie wyjmuje z lodówki opakowanie jaj oraz cztery paczki masła i sięga po miarkę. Porusza się po kuchni tak sprawnie, jak niegdyś Mamie.

Annie nie odpowiada. Ubija masło z czterema szklankami cukru, dodając co jakiś czas po jednym jajku.

– Może gdybyś potrafiła okazać tacie trochę uczucia, nie byłabyś teraz rozwódką – odzywa się w końcu ponad wirującym mikserem.

 

Patrzę na nią, nie mogąc złapać oddechu.

– O czym ty mówisz? Okazywałam emocje.

Wyłącza mikser.

– Nieważne – mamrocze. – Tylko wtedy, gdy kazałaś mi iść do mojego pokoju i tak dalej. Czy kiedykolwiek okazałaś tacie, że jesteś z nim szczęśliwa?

– Byłam szczęśliwa!

– Nieważne. Nie potrafiłaś mu nawet powiedzieć, że go kochasz.

Mrugam.

– Powiedział ci to?

– A nie jestem wystarczająco dorosła, żeby samodzielnie się zorientować? – pyta, ale po sposobie, w jaki unika mego wzroku, wiem, że trafiłam w dziesiątkę.

– To nie w porządku, że tata obgaduje mnie przed tobą, Annie – mówię. – Wielu spraw nie rozumiesz.

– Na przykład czego? – rzuca wyzywająco, spoglądając na mnie zimnym wzrokiem.

Zastanawiam się, co powiedzieć, ale przecież dobrze wiem, że nie powinniśmy wciągać córki w nieporozumienia dorosłych.

– To sprawy moje i taty.

Annie śmieje się, wznosząc oczy do sufitu.

– Tata ma do mnie zaufanie i rozmawia ze mną. I wiesz co? To ty wszystko zniszczyłaś, mamo.

Mam zamiar coś odpowiedzieć, ale u frontowych drzwi cukierni odzywa się dzwonek. Zerkam na zegarek. Jest za kilka minut szósta, ale Annie nie zamknęła za sobą drzwi.

– Porozmawiamy później, moja panno – mówię surowo.

– Nieważne – mamrocze pod nosem i wraca do ubijania masła. Przez chwilę patrzę, jak dodaje trochę mąki i mleka, a potem odrobinę wanilii.

– Cześć, Hope, jesteś tam? – rozlega się głos Matta. Biorę się w garść.

Słyszę Annie, która rzuca półgłosem:

– Oczywiście, znowu on. – Ale idąc do drzwi, udaję, że jej nie słyszę.

Panie Koontz i Sullivan przychodzą razem jak zwykle o siódmej rano i Annie wybiega im naprzeciw. Zazwyczaj woli przebywać w kuchni i wypiekać babeczki i miniaturowe placki. Dzięki słuchawkom iPoda w uszach lekceważy mnie, dopóki nie wyruszy do szkoły. Ale tym razem cała w uśmiechach prowadzi je do cukierni i nalewa im kawę, zanim złożą zamówienie.

– Proszę, zaprowadzę panie do stolika. – Żongluje dwiema filiżankami kawy i małym dzbanuszkiem ze śmietanką, podczas gdy kobiety podążają za nią, wymieniając między sobą spojrzenia.

– Dziękujemy, Annie – mówi pani Sullivan, gdy moja córka stawia na stole kawy i śmietankę, a potem odsuwa dla obu pań krzesła.

– Proszę bardzo! – radośnie odpowiada. Jej głos brzmi dokładnie jak przed naszym rozwodem. Pani Koontz ściszonym głosem także jej dziękuje, a Annie szczebioce:

– Nie ma za co.

Stoi nad nimi, gdy upijają pierwsze łyki kawy, i przestępuje z nogi na nogę, gdy pani Sullivan nadgryza bułeczkę, a pani Koontz podnosi do ust cynamonowy pączek z lukrem.

– Czy mogę o coś, jakby, zapytać? – mówi Annie.

Właśnie sprzątam ladę i zastygam w pół gestu, aby usłyszeć, czego moja córka chce się dowiedzieć.

– Możesz, kochanie – odpowiada pani Koontz. – Ale niepotrzebnie używasz w środku zdania tej wstawki „jakby”.

– Hę? – pyta skonfundowana Annie. Pani Koontz unosi brew, Annie zaś jest wystarczająco bystra, by się poprawić: – To znaczy chciałam powiedzieć „słucham?”.

– Słowo „jakby” nie jest po to, by nim wypełniać dziury w zdaniu – poważnie tłumaczy pani Koontz. Chowam się za ladą, żeby ukryć uśmiech.

– Och – odpowiada Annie. – To znaczy wiem. – Zerkam ostrożnie i widzę płomienne rumieńce na jej policzkach. Żal mi Annie. Pani Koontz, która przed wielu laty uczyła mnie angielskiego w dziesiątej klasie, jest twardą sztuką. Zastanawiam się, czy nie przyjść córce z odsieczą, ale wtedy wtrąca się pani Sullivan.

– Och, Barbaro, dajże spokój dziecku – mówi, pacnąwszy przyjaciółkę w rękę. Spogląda ku Annie i dodaje: – Nie przejmuj się. Teraz, kiedy przeszła na emeryturę, brakuje jej możliwości poprawiania uczniów. – Pani Koontz usiłuje protestować, ale pani Sullivan znów daje jej klapsa i uśmiecha się do Annie. – Chciałaś nas o coś zapytać, kochanie.

Annie odchrząkuje.

– Hm. Tak – mówi. – To znaczy tak, proszę pani. Właśnie się zastanawiam... – Milknie. Obie kobiety czekają. – Znają panie moją prababcię, prawda?

Wymieniają spojrzenia, a potem znów patrzą na Annie.

– Tak – wreszcie odpowiada pani Sullivan. – Znamy ją od dawna. Jak się czuje?

– Dobrze – pospiesznie odpowiada Annie. – To znaczy niezupełnie. Ma pewne... kłopoty. Ale raczej ma się dobrze. – Annie znowu staje w pąsach. – W każdym razie zastanawiam się, czy może wiedzą panie, hm, kim jest Leona.

Znów spoglądają jedna na drugą.

– Leona – powtarza powoli pani Sullivan. Zastanawia się przez chwilę i kręci przecząco głową. – Nie wydaje mi się. Nie, nie znam nikogo takiego. A ty, Barbaro?

Pani Koontz także zaprzecza ruchem głowy.

– Nie – mówi. – Nie sądzę, byśmy znały Leonę. Dlaczego o to pytasz?

Annie opuszcza oczy.

– Bo prababcia wciąż mnie tak nazywa. Zastanawiam się, jakby, kim ona jest. – Podnosi głowę i przez kilka sekund patrzy przerażona. – Przepraszam. Znów powiedziałam „jakby” – mamrocze.

Pani Sullivan poklepuje Annie po ręce.

– Widzisz, przestraszyłaś dziecko, Barbaro – mówi.

Pani Koontz odpowiada z westchnieniem:

– Po prostu usiłuję skorygować jej język, żeby wyrażała się poprawnie.

– Cóż, ale to nieodpowiednie miejsce ani czas – protestuje pani Sullivan. Mruga do Annie. – Dlaczego to jest dla ciebie takie ważne, kochanie? Czemu chcesz koniecznie wiedzieć, kim jest ta Leona?

– Bo prababcia wypowiada to imię takim smutnym tonem – odpowiada Annie po chwili. – A ja nie wiem o niej za wiele. To znaczy o mojej prababci. Chciałabym jej jakoś pomóc, ale nie wiem jak.

Do cukierni wchodzi para klientów. Siwowłosy mężczyzna i młoda, jasnowłosa kobieta. Nie znam ich. Obsługuję ich i nie słyszę, o czym rozmawiają Annie i dwie starsze panie. Blondynka pyta mnie, co mam dietetycznego, i zamawia kawałek ciasta marchewkowego, a mężczyzna, który wygląda na zbyt zaawansowanego wiekiem, by ściskać jej dłoń i całować ją w uszko, zamawia eklerkę.

Wychodzą, a ja znów spoglądam na Annie, która siedzi przy stoliku obok dwóch starszych pań. Zerkam na zegarek i zastanawiam się, czy jej przypomnieć, że jeśli nie wyjdzie za kilka minut, spóźni się do szkoły. Ale wyraz jej twarzy świadczy o tym, że jest bardzo przejęta. Nie wierzę własnym oczom. Ostatnio w moim towarzystwie ma pogardliwą minę i wznosi oczy do nieba. A teraz sprawia wrażenie niewinnej i zasłuchanej. Z zaciśniętym gardłem przełykam ślinę.

Wchodzę do frontowego pomieszczenia ze szmatką i butelką płynu czyszczącego, by pod pozorem sprzątania podsłuchać, o czym rozmawiają. Panie opowiadają Annie o tym, jak Mamie zamieszkała na Cape Cod.

– Wszystkie dziewczyny w miasteczku były zakochane w Tedzie, twoim pradziadku – mówi pani Koontz.

– Och, tak – dodaje pani Sullivan, wachlując się gazetą. – W ostatniej klasie liceum codziennie wypisywałam w zeszycie jego imię obok mojego.

– Był od nas starszy – zauważa pani Koontz.

– O jakieś cztery lata – dodaje pani Sullivan. – Właśnie wyjechał studiować na Harvardzie, ale co kilka tygodni przyjeżdżał z wizytą do domu. Miał samochód, ładny, co tutaj w owych czasach bardzo się liczyło. I dziewczyny po prostu omdlewały z zachwytu.

– Był bardzo miły – przytakuje pani Koontz. – Jak wielu innych młodych ludzi wstąpił do wojska następnego dnia po ataku na Pearl Harbor.

Obie panie milkną i przypatrują się swoim dłoniom. Domyślam się, że wspominają innych, dawno utraconych, młodych mężczyzn. Annie pyta:

– Więc co się potem zdarzyło? Poznał moją prababcię podczas wojny, prawda?

– Chyba w Hiszpanii – mówi Koontz, spoglądając pytająco na swoją towarzyszkę. – O ile wiem, został ranny gdzieś w północnej Francji albo w Belgii. Nigdy nie słyszałam całej historii. Wszyscy w miasteczku przez całe miesiące myśleli, że zginął na polu walki. Ja także byłam pewna, że nie żyje. Ale on jakoś uciekł do Hiszpanii, a twoja prababcia też tam była.

Annie żarliwie potakuje, bo zna tę historię na pamięć, chociaż mój dziadek umarł dwanaście lat przed jej narodzinami.

– Twoja prababcia Rose jest oczywiście Francuzką. Ale z tego, co mi wiadomo, jej rodzice obumarli ją, gdy była młoda, a ona chciała wyjechać z Francji, bo tam trwała wojna, prawda? – Sullivan dalej snuje opowieść, spoglądając na panią Koontz.