Władcy wiatrówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Okładka, projekt graficzny

Fahrenheit 451

Zdjęcia na okładce

Edyta Kos-Jakubczak, Adam Jakubczak

oraz pixabay

Redakcja i korekta

Anna Witek (UKKLW)

Dyrektor wydawniczy

Maciej Marchewicz

ISBN 9788366814134

Copyright © by Edyta Kos-Jakubczak, Adam Jakubczak Copyright © for Zona Zero Sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydawca

Zona Zero, Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

Tel. 22 836 54 44, 877 37 35

Faks 22 877 37 34

www.wydawnictwofronda.pl

www.facebook.com/FrondaWydawnictwo

www.twitter.com/Wyd_Fronda

Konwersja

Epubeum

Spis treści

Wstęp

Rozdział 1. Pandemia na morzu

Rozdział 2. Dobre chęci, areszt, pech i szczęście w Porcie w Afryce

Rozdział 3. Zima na bałtyku

Rozdział 4. Nie tylko Złote rybki przynoszą szczęście

Rozdział 5. Rejs Jugo

Rozdział 6. Ścieżka skippera

Kontakt z autorami

Wstęp

Książka, którą właśnie oddajemy do rąk czytelników, powstała w oparciu o nasze doświadczenie: po przepłynięciu wielu tysięcy mil morskich i przeżyciu na morzu tysięcy godzin.


Sztormy, trudne warunki na morzu sprawiają, że każda minuta ciągnie się w nieskończoność

Poznaliśmy się z żoną wiele lat temu. Wspólnie pisaliśmy nawet maturę – już wtedy byliśmy blisko siebie. Potem każde z nas skupiło się na rozwijaniu własnej kariery. Jednak po paru latach pracy w korporacji zdaliśmy sobie sprawę, że życie przecieka nam przez palce. Gonitwa za nowym kontraktem, stanowiskiem czy nową ideą doprowadziła do tego, że nie pamiętamy szczegółów z kilku lat naszego życia. I był to jeden z najważniejszych powodów, dla którego stwierdziliśmy, że nie chcemy, by w ten sposób upłynęło nam całe życie.

Dzisiaj namawiamy czytelników: warto szukać miejsc, gdzie dni są długie. A utwierdziło nas w tym życie na jachcie. Sztormy, trudne warunki na morzu i lądzie sprawiają, że każda minuta ciągnie się w nieskończoność. Z kolei piękne dni dają nam poczucie, że czas się zatrzymał.

Nasz czas na morzu odmierzają… pory roku i pogoda! Lato spędzamy w Chorwacji. Jesień – najczęściej na Morzu Śródziemnym w podróży do Afryki. A zimę – na Czarnym Lądzie, bo i moja żona, i córka najbardziej lubią słońce i wysoką temperaturę. Wiosną wracamy przez ocean do Chorwacji. Naszym miernikiem czasu absolutnie nie są dni tygodnia czy zegarek.

Zdarza się, że z powodu sztormu nie śpimy przez kilka dni, nawet gdy jesteśmy wtedy w porcie (później, oczywiście, przez kilka dni odsypiamy). A czasami długotrwałe złe warunki, jak np. flauta, sprawiają, że dopływamy do celu o wiele później, niż zakładaliśmy. Nie wspominając już o szkwałach, które potrafią całkowicie odmienić kierunek rejsu.

Celem moim, żony i naszej 14-letniej córeczki Kalinki jest pełne oraz szczęśliwe przeżywanie każdego dnia i każdej chwili – po to, by nie przeciekały nam już przez palce. Wcale nie jest nim osiągnięcie kolejnego portu, zgromadzenie określonej ilości zasobów, pieniędzy czy przedmiotów.

Od kilku lat przyświeca nam motto autorstwa mojej żony, kapitan Edyty Kos-Jakubczak: „Nie uciekamy na morzu przed życiem, tylko pływamy po morzu właśnie po to, by życie nam nie uciekło”. Bo kruchość życia i nieuchronny upływ czasu dały o sobie znać na wiele lat przed tym, jak dobitnie przypomniała o nich pandemia. Dziś – za pomocą tej książki – chcemy ułatwić naszym czytelnikom podróż przez życie.

Władcy wiatrów to nie tylko opowieść o kilku przygodach, które wspólnie przeżyliśmy na morzu. To także plan drogi, którą można przebyć trochę szybciej niż my. Bo przecież ludzie – a szczególnie mądrzy ludzie – korzystają nie tylko z własnych doświadczeń, lecz przede wszystkim z doświadczeń innych, by uczyć się na cudzych błędach i nie liczyć wyłącznie na łut szczęścia.

Nie my pierwsi twierdzimy, że optymistami na morzu usiane są dna mórz i oceanów. W trakcie kilkunastu lat żeglowania poznaliśmy wiele wyjątkowych, doświadczonych osób, które są dla nas mentorami – zgadzamy się z nimi bez dwóch zdań. Nie ma starych i odważnych kapitanów. Bo nie dożywają tak późnych lat. Wcześniej czy później ich odwaga i brawura testowane są podczas sytuacji, która nie kończy się optymistycznie. Na morzu są tylko starzy i rozważni kapitanowie.

Z każdym zdobytym doświadczeniem i każdą pokonaną milą, szczególnie w warunkach sztormowych, my także jesteśmy coraz rozważniejsi. Dziś z pobłażliwością patrzymy na osoby, które szafują swoim szczęściem, licząc jedynie na pozytywny rozwój sytuacji. Oczywiście trzymamy za wszystkich kciuki, by wypadki na morzach i w podróży zdarzały się rzadko. Ale liczymy także na to, że każdy podróżnik i turysta będzie coraz bardziej rozważny.

W naszej książce podpowiadamy, jak przeżyć podróż – nawet rodzinnie i z małymi dziećmi – bez niepotrzebnego narażania się na niebezpieczeństwa; jak przenieść się na morze na wiele tygodni lub miesięcy i nie powielać błędów popełnionych przez innych żeglarzy; oraz jak najszybciej osiągnąć stan, w którym będziemy mogli bezpiecznie czerpać z życia wyłącznie pozytywne doznania.

Lektura tej książki przekona Państwa, że lata spędzone na morzu obfitują w piękne wspomnienia – jak żadne inne. Niesamowite emocje, malownicze krajobrazy, bliski kontakt z dziką przyrodą i przede wszystkim wspaniali ludzie to nasza codzienność.

Przygody, które tu opisaliśmy, kończą się na tym roku. Ale z każdym kolejnym dniem przeżywamy następne. Co ciekawe, te łatwe i przyjemne tak nam już spowszedniały, że prawie ich nie rejestrujemy. Dzisiaj zapamiętujemy przede wszystkim sytuacje trudne i poważne. Działamy zadaniowo i reagujemy na gorąco – dopiero po wszystkim uśmiechamy się i uzmysławiamy sobie, że wspaniale wybrnęliśmy z kolejnego wyzwania. Dla większości czytelników nasze dzisiejsze przygody byłyby na granicy dopuszczalnego niebezpieczeństwa – jednak dla nas wcale takie nie są. Po prostu są inne, bo znaleźliśmy już bezpieczne, powtarzalne rozwiązanie.

Zatem jeszcze raz w imieniu całej naszej rodziny zapraszam Państwa do poznania drogi, którą przebyliśmy – jak można ją zacząć i przeżyć. A gdy się z nią zapoznacie, każdy będzie potrafił zorganizować swoją własną drogę oraz przebyć ją tak, by Wasze dni były już zawsze długie, ciepłe i pełne miłości.

Życzymy przyjemnej lektury.

Rozdział 1. Pandemia na morzu

Rodzaj opowiadania: Wyzwanie

Lokalizacja: Maroko, Gibraltar, Hiszpania

i Chorwacja – pierwsza fala pandemii

Gdy piszę te słowa, nadal panuje pandemia. Jest już trzecia fala zachorowań i nie ma na świecie osób, które nie wiedziałyby, że wirus COVID-19 zmienił cały świat. Dzisiaj jest ponad 100 milionów zachorowań i ponad 2,3 miliona zgonów na świecie. Niestety nawet my, mimo że żyjemy na granicy lądu i morza praktycznie w samoizolacji, przeżywamy, jak wszyscy, wszechobecny wpływ tej strasznej choroby.


Marina Alcaidesa w andaluzyjskim mieście La Línea (Hiszpania). Pierwsza fala pandemii unieruchomiła nas tutaj na kilka miesięcy

Kiedyś ludziom wydawało się, że są panami tej planety. A tak nie jest. I teraz już wszyscy to rozumieją. Nas, żeglarzy, morze uczy pokory na co dzień. Jak niewielu, my wiemy doskonale, że panem tego świata nie jest człowiek, tylko natura, a mimo to pandemia dotknęła nas tak jak wszystkich. Niestety, gdy już wydaje nam się, że zaczynamy panować nad Ziemią, to ona czasem bardzo dramatycznie przypomina nam, kto jest tu tak naprawdę władcą, a kto tylko uczestnikiem wydarzeń. Będąc na morzu, możemy uciec z lądu nawet na całe tygodnie, ale tak naprawdę nikt tego nie zrobił, bo nikt z nas nie chce uciekać.

Rozdział „Pandemia” to podsumowanie naszej wędrówki i wyjątkowego czasu, kiedy mogliśmy wykorzystać całe doświadczenie i wiedzę zdobywaną przez kilkanaście lat rodzinnego życia na morzu. To był też pierwszy moment, kiedy tak obszernie mogliśmy dzielić się z lądem tą szczególną wiedzą, która uczyniła z nas osoby samodzielnie i bezpiecznie żyjące na morzu. Morzu, które jest przecież jednym z najniebezpieczniejszych żywiołów tej planety.

 

Właściwie ten rozdział powinien być ostatni w książce. Pozostałe jednak opisują niektóre z setek przygód, które doprowadziły nas właśnie do tego momentu. Ta kolejność nie jest przypadkowa. Ten rozdział mówi o tym, jak ważne jest, żebyśmy na co dzień nie trwonili czasu. Żebyśmy cieszyli się życiem tu i teraz, bo przyszłości nie jesteśmy w stanie przewidzieć, a może się okazać, że wcale nie mamy tyle czasu, ile pragniemy. Niestety tu i teraz musimy też się uczyć samodzielności i samowystarczalności. I nie robimy tego dlatego, że lubimy. Robimy to dlatego, że jest niezbędne, bo jak znów zostaniemy sami, to jesteśmy wtedy dla siebie jedynym rozwiązaniem.


Dalmacja (Chorwacja). Tutaj, jesienią 2019 roku, dowiedzieliśmy się o pierwszych przypadkach COVID-19 w Chinach

W tym rozdziale poprowadzę czytelników poprzez nasze doświadczenia i otoczenie ludzi, którzy pomagają sobie, wykorzystując swoje dotychczasowe doświadczenie i wiedzę. Dla nas to było zaskoczenie, że nagle zakres pomocy, którą na co dzień żeglarze dzielą się na morzu, mogliśmy przenieść również na ląd. Teraz mogliśmy uczyć samowystarczalności ludzi, którzy nigdy nie musieli się znać na tylu rzeczach. Nie musieli, bo po co… Przecież w gniazdkach jest prąd, w kranie jest woda, w kaloryferze jest ciepło. W sklepie jest jedzenie, a paliwo jest na stacjach benzynowych. Prawnik, lekarz, informacja, wszystko jest w zasięgu ręki, bo przecież otacza nas cywilizacja. A co, kiedy choćby jeden z tych czynników nagle zostanie nam zabrany? Bezpieczeństwo, dostęp do lekarza, dostęp do znajomych, rodziny czy jedzenia? Wtedy tylko sami sobie możemy pomóc.

My na morzu mamy tak na co dzień. Codziennie musimy być przygotowani na długie dni i tygodnie, kiedy będziemy sami. Kiedy nikt nie przyjedzie nam czegoś naprawić albo w czymś pomóc.

Czy myślimy o tym codziennie, że musimy się rozwijać? Nie, ale i tak rozwijamy się, ucząc się samodzielności. Rozwijamy się codziennie właśnie dlatego, żeby zrozumieć naturę i się do niej przystosować. Jak się z nią walczy, to się przegrywa. A trzeba naprawdę dużo czytać, żeby uczyć się na doświadczeniach i błędach innych, lub dużo próbować, by w ostateczności uczyć się chociaż na błędach swoich. I nie ma co być optymistą, że w sytuacji kiedy będzie to konieczne, ktoś lub coś nam pomoże. Na morzu mówi się, że optymistami zasłane jest dno mórz i oceanów. Bo tak właśnie jest, że trzeba być przygotowanym zawsze i na wszystko, a to, co zastaniemy, pewnie i tak nas zaskoczy.

Zatem zapraszam czytelników do tej dramatycznej części historii świata z punktu widzenia ludzi na morzu. A dzieje się ona do dnia dzisiejszego. Choć dla nas zaczęła się dawno, zimą 2019 roku.

Pierwsze wiadomości

Pierwsze przesłanki o epidemii w Wuhan dotarły do nas jesienią 2019 roku. Byliśmy wtedy jeszcze w Chorwacji. Cieszyliśmy się dość przyjaznym Morzem Adriatyckim u wybrzeży Chorwacji z setkami wysp, dziesiątkami portów, gdzie wszędzie nas znają, gdzie my wszystkich znamy. Tam, wpływając do portów, które odwiedzamy systematycznie, na kei spotykamy ludzi, których znamy po imieniu. Znamy ich przyzwyczajenia, oni znają nasze. Czujemy się trochę, jakbyśmy spacerowali po własnym osiedlu, tylko że zamiast samochodem albo rowerem poruszamy się jachtem. Chorwacja to setki portów, ale jest też niewiele osób, które wpływają tam regularnie, od lat. Dlatego też w tej przestrzeni wybrzeża i wysp Morza Adriatyckiego na wysokości Chorwacji czujemy się jak w domu. Nie jesteśmy już tam traktowani jako prości turyści. Traktują nas jak nowych sąsiadów, którym można już powiedzieć trochę więcej i pokazać trochę więcej prawdziwych rzeczy, a nie tylko sławny teatr dla turystów. My przecież i tak już tu jesteśmy – nie trzeba przed nami udawać, można być takim, jakim się jest naprawdę. I to bardzo nas cieszy. Latami pracowaliśmy na to, żeby te miejsca, które odwiedzamy i lubimy, były dla nas prawdziwe.

Na pewno niejeden z czytelników doświadczył wrażenia, że wracając w to samo miejsce za jakiś czas, widzimy je inaczej. Trochę i to miejsce się zmienia, ale trochę zmieniamy się też my. Widzimy coś innego, zauważamy szczegóły. Nie biegamy za najbardziej istotnymi punktami z przewodników turystycznych, tylko szukamy tych drobnych rzeczy, które nas cieszą, bo są nam bliskie. Zauważamy już, jak unikatowy potrafi być uśmiech rozpoznającego nas sprzedawcy, albo nawet jego złość, żeby tylko były prawdziwe.


Chorwacja. Gdy w Chinach wirus już atakował, my – na morzu – nie traktowaliśmy go jako poważne zagrożenie

Czasem dowiedzenie się, że sprzedawca również jest smutny, że mijany przez nas człowiek jest szczery, jest dużo prawdziwsze niż tylko usłyszenie, że wszystko w porządku i jest ładna pogoda. W Chorwacji czujemy się jak w domu, bo znany już te miejsca takimi, jakie są dla miejscowych. I chyba dlatego właśnie, że byliśmy w domu, to czuliśmy się bardzo bezpiecznie. Byliśmy przekonani, że w domu nic nie może nam się stać.

Pierwsze informacje o epidemii w Wuhan były dla nas ciekawe, ale nie były ważne, przecież to inny kontynent. Przecież tak rzadko docierały do nas informacje chociażby z Afryki, Ameryki Południowej czy Azji. Pewnie niejedna wojna i kataklizm umknęły naszej uwadze. A tym razem ktoś zatrzymał się akurat na epidemii w Wuhan. Uważałem, że pewnie w taki sam nieznany sposób skończy się, jak się zaczęła.

Późną jesienią wypłynęliśmy drogą z morza Adriatyckiego na Ocean Atlantycki, by jak co roku święta spędzić u wybrzeży Gibraltaru. Opuszczaliśmy nasz dom w Chorwacji, by udać się do drugiego, znajdującego się już na krańcu Europy, koło Gibraltaru.

Droga była trudna, bo my przepływamy ją późną jesienią i zimą. Płyniemy zawsze wtedy, gdy spokojne Morze Śródziemne staje się niebezpieczne. Płyniemy, kiedy przeważają wiatry północno-zachodnie, a my zmierzamy właśnie w tym kierunku i najczęściej musimy płynąć pod wiatr. A to bardzo wydłuża czas podróży i czyni ją dużo trudniejszą. To już zupełnie inne morze, niż wszyscy pamiętają z lata czy chociażby wiosny.

Droga do Gibraltaru i bramy Heraklesa, otwierającej Morze Śródziemne na otwarty ocean, zabrała nam dziewięć tygodni. W tym czasie na pokładzie naszego jachtu gościliśmy dziesiątki żeglarzy i podróżników. I żaden z nas nie odczuwał jeszcze w naszej rzeczywistości zapowiedzi światowej pandemii. Wpływaliśmy do portów wszystkich krajów, mając wyłącznie rezerwację, i to nie zawsze. Płynąc między krajami UE, nie musimy przechodzić odprawy celnej i policyjnej. I w każdej chwili możemy sami podjąć decyzję o popłynięciu do Afryki, bo generalnie na morzu nie czuło się granic tak jak na lądzie. I to właśnie niespotykane na świecie ułatwienie dla sterników jachtów europejskich później też się na wielu zemściło. Już zaledwie za kilka miesięcy mieli sobie poradzić tylko ci, co pamiętali jeszcze, że opuszczając każdy port, marinę i każdy kraj, trzeba odprawiać się u celników, posiadać pozwolenia na żeglugę, pewność rezerwacji i wymagań w porcie docelowym. Choć tak od zawsze wyglądały i wyglądają formalności żeglarstwa na przykład w Afryce, Ameryce Południowej, to niestety coraz mniej żeglarzy już o tym pamięta.


Cieśnina Gibraltarska, ostatnie spokojne rejsy. Na zdjęciu z polskim proboszczem z parafii w Algeciras

Dopłynęliśmy do Gibraltaru w dwa miesiące i nie było po drodze większych trudności. Oczywiście było trudno, ale tylko tak, jak to bywa na morzu zimą. Na niejednym etapie śmiałem się, że jakkolwiekbym nie dokonywał zwrotu, pod jak bardzo dużym kątem bym nie zmieniał kursu, to zawsze wiatr wieje mi w twarz…

Takie warunki przez kilka miesięcy są co najmniej wkurzające, ale czasem na morzu tak po prostu bywa. Choć to też prawda, że godzin, kiedy płynąłem z wiatrem, albo miałem sprzyjające warunki, nawet nie zauważyłem, choć na pewno się zdarzały. Jestem też zwykłym człowiekiem, jak każdy pamiętam bardziej trudności niż beztroskę i odpoczynek. Ale zimowy wielotygodniowy wiatr w twarz na pewno nie jest miły i sympatyczny. Ale ma też jeden plus, długo się go pamięta.

Pierwsza zima z pandemią była jeszcze bez bezpośredniego kontaktu z chorobą

W drugiej połowie grudnia dopłynąłem do Gibraltaru. Podobnie jak w poprzednich latach mamy rodzinną umowę, że od świąt do sylwestra nie pływamy z załogami. Cieszymy się swoim własnym towarzystwem i nadrabiamy kontakty rodzinne.

Podczas mojego rejsu moja żona z córką, czyli kapitan Edyta Kos-Jakubczak i Kalinka kapitanka, pojechały na Gibraltar naszym samochodem, aby później ułatwić nam zwiedzanie pięknej Andaluzji, w której chcieliśmy spędzić święta i sylwestra. Doświadczaliśmy już we wcześniejszych latach trudów i kosztów hiszpańskiego transportu publicznego i wynajęcia samochodu. Chcieliśmy w tym roku znów być całkowicie niezależni, nawet na lądzie. W czasie lockdownu ta decyzja procentowała codziennie.


Gibraltar. Stoimy na krańcu Europy

Wtedy już informacje, które słyszeliśmy o epidemii z Wuhan, zaczęły być coraz bardziej niepokojące, ale nadal nie były tak istotne, by wpłynąć bezpośrednio na nasze życie. Przed nami święta, które spędziliśmy rodzinnie, dodatkowo w towarzystwie księdza misjonarza, którego już od lat regularnie odwiedzamy w Andaluzji. Byliśmy w drugim miejscu na świecie, które znamy i uważamy za nasz dom. Byliśmy w Andaluzji, którą też znamy już prawdziwą. Tam znów czuliśmy się bezpiecznie jak w domu.

Święta były dość błogie. Czasami zdarzył się nam silny wiatr, ale staliśmy w porcie. Odwiedzaliśmy przyjaciół, jedliśmy miejscowe potrawy. Odpoczywaliśmy i cieszyliśmy się nie tylko polskimi tradycjami, które przywieźliśmy ze sobą i bardzo pieczołowicie staraliśmy się spełnić, ale też staraliśmy się poznawać i dalej rozwijać się w poznawaniu miejscowych tradycji. Poznawaliśmy ludzi i ich zwyczaje, ale też proste codzienne problemy. Cieszyliśmy się, że Andaluzja, a szczególnie prowincja Kadyks i Gibraltar, stały się dla nas szczere i prawdziwe jak Polska, Chorwacja i Maroko.


Gibraltar. Święta Bożego Narodzenia spokojnie spędzaliśmy w Andaluzji. Całą rodziną cieszyliśmy się ciepłą zimą na granicy z Afryką

Tak upłynęły nam trzy tygodnie na przełomie 2019 i 2020 roku. W tym czasie przygotowaliśmy się też do wyprawy do Afryki, jak zwykle, jak co roku już od 10 lat. Serwis silnika, układu paliwowego, układu napędowego i wszystkich urządzeń nawigacyjnych zajął nam kilka dni. Wyposażyliśmy dodatkowo jacht w kilkudniowe zapasowe racje żywnościowe dla całej załogi. Przygotowaliśmy wszystkie i dokumenty, i dodatkowe wyposażenie wymagane na oceanie i w Afryce. Jednak już nie tylko media nas alarmowały, ale też zaczęliśmy brać pod uwagę, że epidemia wpłynie na nasze życie.

Zrobiliśmy tak, jak się robi na morzu, gdy bierze się pod uwagę złą prognozę pogody. Przygotowaliśmy się. Dokupiliśmy dodatkowe apteczki i zapasy leków. Rozszerzyliśmy ubezpieczenie jachtu i zaczęliśmy jeszcze pilniej niż zwykle śledzić media i postawę rządów. Jeszcze nie spodziewaliśmy się, że przyjdzie nam już w Afryce żeglować obok pandemii.


Agadir (Maroko). Nasz jacht jako jeden z nielicznych dopływa zimą do tej afrykańskiej mariny

W styczniu nasz jacht popłynął wzdłuż Afryki. Ja przejąłem go jako kapitan, gdy wyruszył w trudniejszą podróż, wracając z Afryki do Europy. Wtedy, płynąc znów na północ, sprzeciwiamy się pasatom, które najczęściej właśnie wieją z tego kierunku. Znów miałem kilka tygodni płynąć w trudny rejs z wiatrem wiejącym w twarz, tym razem na Oceanie Atlantyckim. Marzę już od lat o rejsie, gdy przez kilka tygodni będę miał korzystny wiatr baksztagowy. Ale niestety ciągle to tylko marzenie.

 

Wtedy, u wybrzeży Afryki, pierwszy raz doświadczyłem trudności spowodowanych COVID-19. Świat zaczynał bezpośrednio odczuwać wpływ epidemii.

Afryka to trudna przestrzeń do żeglowania. Nawet jeden z najbardziej liberalnych na tym kontynencie krajów – Maroko – nie jest dla żeglarzy tak przyjazny, jak którykolwiek z krajów w Europie.


Północno-zachodnia Afryka, typowa przystań rybacka

W każdym mieście, po zawinięciu do każdego z portów, możemy się spodziewać odwiedzin przynajmniej trzech miejscowych funkcjonariuszy: policjanta, celnika oraz przedstawiciela urzędu morskiego. Nie wolno opuścić jachtu, nim nie otrzyma się pozwolenia każdego z nich. My akurat na to byliśmy już przygotowani. Znamy ten kraj od ponad dziesięciu lat, zgromadziliśmy wszystkie dokumenty, które pozwalają na odpowiedź formalną na każde z zapytań celnika, policjanta politycznego czy przedstawiciela urzędu morskiego. Na pokładzie jachtu jest oczywiście drukarka, komputer, dostęp do internetu, dostęp do komunikacji satelitarnej. Wszystko po to, żeby być przygotowanym, nawet na bardziej losowe sytuacje, które mogą nas spotkać w porcie. A przygotowujemy się nie tylko do tego, co my poznaliśmy bezpośrednio na własnej skórze, a można by o naszych doświadczeniach w Afryce pisać naprawdę długimi godzinami, ale też do tych problemów, na które napotykali inni podróżnicy. Przygotowani byliśmy też do problemów, o których staraliśmy się ciągle czytać i uzupełniać swoją wiedzę. W Afryce co chwilę ktoś zdobywa nowe doświadczenia, a my prawie codziennie uczymy się dzięki czyimś publikacjom. Ciągle kierujemy się mądrymi słowami, że trzeba uczyć się przede wszystkim na błędach innych, a tylko w ostateczności na swoich.

A epidemię w Afryce już spotkaliśmy. Doświadczyliśmy też zatrzymania w porcie na skutek koniecznych badań medycznych z powodu epidemii. Teraz wielu zaczęło tego doświadczać z powodu COVID-19.


Afryka. Porzucone wraki przez lata stwarzają zagrożenie dla innych

Zaledwie kilka lat temu Maroko było jednym z miejsc, gdzie pojawiły się ogniska choroby ebola. Gorączka krwotoczna ebola to choroba, której śmiertelność jest ogromna i wynosi od 60 do 90% osób, które zachorowały. Całe szczęście dość niedługi okres inkubacji tej choroby pozwala na dość szybkie zdiagnozowanie jej ognisk. Jednak ogromna śmiertelność stanowi naprawdę potężne niebezpieczeństwo dla wszystkich, którzy się z nią zetkną. W tamtym czasie, w 2014 roku, w Maroku wprowadzono we wszystkich portach testy i diagnozy medyczne. Przeżywaliśmy to, choć nie trwało to długo, bo tylko jeden sezon. Każde diagnozowanie jachtu wzbudzało w nas duży niepokój, ponieważ testy, którymi posługiwali się Marokańczycy, sposoby wywiadu lekarzy, były całkowicie niedookreślone.


Afryka. Fatalna jakość tutejszej floty rybackiej jest aż niewiarygodna – ale to właśnie takie kutry spotykamy na oceanie

Nikt nie był doinformowany i baliśmy się, czy testy będą wystarczająco wiarygodne, żeby im ufać. Musieliśmy wierzyć, że znają nas wystarczająco, żeby żaden odwiedzający nas lekarz nie był nam nieprzychylny. A optymizm na morzu to niestety słaba pociecha. Wiedzieliśmy też, że kwarantanna z chorymi na gorączkę krwotoczną w Afryce równała się w przynajmniej 60% śmierci. Wtedy miałem szczęście.

Ale tym razem znów wyglądało, że jest tak samo. Odkąd epidemia COVID-19 trafiła do Europy i coraz większe jej ogniska pojawiały się w każdym z krajów europejskich, również w portach w Afryce pojawiły się niedookreślone testy medyczne.

Niestety nawet w dość nowoczesnym jak na Afrykę Maroku diagnoza jest naprawdę słaba i prawdziwość wskazań, ile osób jest nosicielami, a ile zachorowało, jest bardzo mało wiarygodna.

Zatem testy epidemiologiczne w portach związane były z ankietą medyczną, którą sami diagnozowaliśmy się po tym, jak wcześniej na pokładzie jachtu regularnie testowaliśmy swoją temperaturę i stan zdrowia. Oraz z wizytą lekarza, który sprawdzał, czy nie mamy wysokiej temperatury, czy nie mamy zewnętrznych oznak tego, że przechodzimy grypę.


Port w Safi (Maroko). Dzień powszedni tysięcy ludzi żyjących z oceanu

Baliśmy się nawet przeziębić. Ale jak się nie przeziębić podczas oceanicznych sztormów. Kaszel zaczęliśmy traktować jako dużo gorszy objaw niż nawet otwarte rany lub złamania – bo te można po prostu opatrzyć – a gdyby ktoś stwierdził, że mamy grypę, to od razu mogliśmy skończyć w szpitalu albo na kilkutygodniowej kwarantannie w opłakanych warunkach.

Jakby tego było mało, w porcie Safi, pod moją nieobecność, załoga dała się namówić na kupno paliwa z nieznanego źródła, co w konsekwencji całkowicie zablokowało nam układ paliwowy. Na szczęście nasz kochany jacht Sistrum jak zawsze zrobił wszystko, co mógł, byśmy byli bezpieczni. Silnik wyłączył się dopiero na kilka mil przed portem docelowym i weszliśmy do mariny La Línea w Hiszpanii na żaglach. Wolę nie myśleć, co by się stało, gdyby to się wydarzyło jeszcze w Afryce. Cóż, jak zawsze miałem szczęście.


Gibraltar, widok na lotnisko i marinę Alcaidesa


Marina Alcaidesa, zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od Afryki. Jako jedyni od lat uczymy tu polskich sterników i kapitanów


Gibraltar to brama na ocean. Tu już nie ma miejsca na brawurę – warto zaopatrzyć się w rozsądek i odpowiedzialność

Podsumowując, przepłynąłem przez Maroko bezpiecznie. Udało mi się doprowadzić bezpiecznie załogę i jacht do portu La Línea de la Concepción już za Cieśniną Gibraltarską. Tam właśnie zimą mamy swój dom i swoją bazę morską. Cieszymy się tam z dostępu do dużego portu wyprawowego, który stanowi dobrze wyposażoną bazę. Mamy tam łatwy dostęp do zaplecza technicznego, do sklepów marynistycznych, również do zaplecza sanitarnego. A dla każdego żeglarza wracającego z oceanu ciepła kąpiel i prysznic wodą w nieograniczonej ilości jest czasami lepszą nagrodą niż pieniądze lub nawet ciepły posiłek. Właśnie to wszystko jest w tym porcie zimą. Prąd i woda, łazienki, bliskość sklepów i ludzie, których znamy i lubimy. To nasz drugi dom na drodze przez morza i ocean.

Już od lat szkolimy tam też polskich sterników. Właśnie zimą na Gibraltarze uczymy i przekazujemy wiedzę, umiejętności i doświadczenie wymagającym polskim żeglarzom. To właśnie na tym wyjątkowo ciekawym, ale też trudnym akwenie pokazujemy, jak wygląda naprawdę skomplikowane żeglarstwo na otwartych i egzotycznych wodach.

Ale tam, na Gibraltarze, jachty żaglowe są już tylko gościem na bardzo skomplikowanym akwenie, wykorzystywanym przede wszystkim przez żeglugę handlową i marynarkę wojenną.

To już miejsce, gdzie musimy się bezwarunkowo dostosować do praw i obowiązków, jakie na nas spoczywają, bez żadnej nonszalancji i bycia po prostu niebieskim ptakiem pod żaglami.

Prawo na morzu jest ważniejsze niż nasze oczekiwania, trzeba je znać i respektować. I tego właśnie uczymy. Na szkoleniach upłynęły nam następne tygodnie i byliśmy przekonani, że jednak nie odczujemy na własnej skórze zachorowań.


Gibraltar. Przymusowy postój w porcie oznaczał dla nas pracę


Marina Alcaidesa. Na dziesiątkach jachtów zostało tylko kilkunastu żeglarzy

Na początku marca 2020 roku w Polsce zanotowano pierwsze zachorowanie na COVID-19, a już 11 marca w Polsce zaczęła obowiązywać kwarantanna przy przekraczaniu granic. Kraje europejskie zaczęły jeden po drugim zamykać swoje granice, ograniczając przepływ obcokrajowców. Wcześnie zdecydowaliśmy, że z uwagi na dobro żeglarzy odwołujemy wszystkie następne szkolenia. Ponieważ musieliśmy to zrobić z wyprzedzeniem, to ostatnia załoga z naszego ostatniego kursu (którą serdecznie pozdrawiam) miała pecha. Ograniczenia w Polsce wchodziły w życie z zaledwie kilkugodzinnym wyprzedzeniem i część osób zdążyła dolecieć w ostatnią dozwoloną dla transportu lotniczego sobotę. Kilkoro z nich wylądowało po północy, automatycznie wchodząc w 14-dniową kwarantannę. Na szczęście nikt nigdy przez cały okres panującej na świecie pandemii nie zaraził się tą straszną chorobą na pokładzie naszego jachtu. Nikt z naszych załogantów nie miał objawów tej choroby, na szczęście nikt też nie miał wtedy nawet przeciwciał po chorobie bezobjawowej.

My jednak nie wróciliśmy ze wszystkimi do Polski. Postanowiliśmy zostać z naszym jachtem w Hiszpanii. I choć widzieliśmy, że dookoła kapitanowie porzucają jachty i wracają do domów, to wiedzieliśmy, że od lat naszym domem jest nasz jacht Sistrum. I tak jak on nas nigdy nie zawiódł, tak my też nie możemy go opuścić w trudnych warunkach. Szczególnie że nie wiadomo było, jak długi czas będzie sam w porcie. I czy w ogóle do niego wrócimy.

Od tej chwili zaczęliśmy też pomagać żeglarzom wracającym z morza i ludności na lądzie. Głośno mówiliśmy wszędzie, gdzie można było nas usłyszeć, że możemy pomóc. Dziesiątki lat doświadczeń na tym terenie pozwalają nam na to, żeby służyć pomocą dopływającym do wybrzeży Hiszpanii żeglarzom. Znamy bezpośrednio techników, którzy mogą pomóc na pokładzie jachtu, mimo że sklepy i serwisy zostały już zamknięte. Znamy służby na tyle dobrze, by wiedzieć, w jaki sposób na pokład dostarczyć jedzenie i wszelkie zaopatrzenie. Na pokład jachtów, które zaglądały do portów i nie chciały utknąć tam na kwarantannie. Robiliśmy to wielokrotnie, ale okazało się, że nie tylko ta pomoc była potrzebna.


Gibraltar. Jachty morskie muszą być przygotowane do wielodniowej, całkowitej samowystarczalności

Natychmiast, gdy tylko kraje zaczęły wprowadzać lockdown, zrobiliśmy dokładny remanent wszystkiego, co posiadaliśmy na pokładzie jachtu. W kilku apteczkach mieliśmy kilkanaście masek, kilkaset rękawiczek jednorazowych, bardzo dużo środków podstawowej opieki medycznej, mogących pomóc przy wysokiej temperaturze, przy grypie.

Wiedzieliśmy, że już w tym momencie na terenie Hiszpanii i Andaluzji, w której my byliśmy, oraz w pobliskim zamorskim terytorium Wielkiej Brytanii, Gibraltarze – w aptekach nie ma w ogóle środków ochrony osobistej. Kończą się środki przeciwgorączkowe, są reglamentowane i sprzedawane tylko w wydzielonych ilościach. A już za kilka dni mieliśmy się dowiedzieć, że wiele aptek zostaje zamkniętych, granica z Gibraltarem zostaje również zamknięta, a w pozostałych aptekach po prostu nie ma zaopatrzenia.