Kantata

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Redakcja

Anna Seweryn

Projekt okładki

Dawid Boldys

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Marketing

Anna Jeziorska

promocja.videograf@gmail.com

Wydanie I, Chorzów 2021

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 600 472 609, 664 330 229

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: LIBER SA

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22 663 98 13, fax 22 663 98 12

dystrybucja@liber.pl

dystrybucja.liber.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2020

tekst © Klaudia Zacharska

ISBN 978-83-7835-842-8

rozdział 1

1.

Korytarz ciągnął się kilometrami. Oba jego końce ginęły w mroku, a wszystko dokoła było ciemne i ponure. Nie było tu barw, nie było tu okien. W powietrzu unosiły się drobiny kurzu, zaskakująco dobrze widoczne, chociaż wszystko poza nimi skrywała ciemność. Być może to wcale nie był kurz? Szare drobiny sprawiały raczej wrażenie popiołu pozostałego po ogromnym niszczycielskim i morderczym pożarze. Falujące ponad zniszczoną kamienną posadzką, również pokrytą warstwą pyłu, który wcisnął się w szczeliny, podkreślając wszelkie spękania i niedoskonałości.

W korytarzu oprócz szarych drobin wisiała również cisza. Absolutny brak dźwięków, mający to do siebie, że zdaje się głośniejszy niż najgorszy hałas. Okrywający wszystko jak czarny całun, uciążliwy i nienaturalny.

Cisza została zmącona i gdyby ktokolwiek się tam wówczas znajdował, byłby rozdarty między ulgą a przerażeniem na myśl o tym, co też może zbliżać się do niego w tym przerażającym miejscu. Jaka istota znalazła się nagle w ponurym korytarzu? Czyje kroki rozbrzmiewały coraz głośniej, uderzając o podłogę pośpiesznie, niemal panicznie?

Kroki stawały się coraz głośniejsze, a po chwili dołączył do nich przyśpieszony oddech, wręcz rzężenie. Ktokolwiek pędził korytarzem, najwyraźniej przed czymś uciekał. Ciemność wypełniła się zapachem strachu i zdawała się pulsować w rytm bicia serca biegnącego. Bezruch odszedł w niepamięć, drobiny popiołu zawirowały, jakby na powitanie, zatańczyły w powietrzu, dobierając się w pary i świętując przybycie gościa. Było w tym coś mistycznego i gdyby ktokolwiek to zobaczył, stwierdziłby, że to miejsce zdaje się cieszyć z czyjegoś strachu.

Osoba, która biegła, nie widziała wiele – wszak wszędzie panowała ciemność. Pędziła niemal na oślep, położenie ścian odbierała bardziej instynktem niż wzrokiem, chociaż wciąż spoglądała ku nim rozszerzonymi ze strachu oczami, poszukując drogi ucieczki. Jakichkolwiek drzwi, które uwolniłyby ją z pułapki. Drzwi, które, jak już się domyślała, nie istniały.

Była przekonana, że przebiegła już przynajmniej kilometr i gdyby policzyć zrobione kroki, okazałoby się, że wiele się nie myliła. Czuła wyczerpanie mięśni, ogień w płucach, a w oczach migotały jej kolorowe plamki, nadające niepokojących, psychodelicznych barw miejscu, w którym się znajdowała. Szare ściany rozbłysły intensywną żółcią, czerwienią i fioletem, a te kolory zdawały się napierać na jej świadomość, atakować wymęczony umysł, pochłaniać resztki świadomości, popychać ku omdleniu. Była na granicy wyczerpania, ale nie mogła się zatrzymać. Wciąż czuła za sobą tego, który ją ścigał.

Nie przystanęła, by zastanowić się nad tym, kim był jej prześladowca. Nie znała odpowiedzi na to pytanie, ale to było bez znaczenia. On tam był i miał złe zamiary – to jej wystarczało. Intuicja mówiła jej wyraźnie, że nie chce wpaść w jego łapy, że musi uciekać. Tylko to się liczyło.

Obejrzała się błyskawicznie, nie przerywając biegu. Nie dostrzegła go, widziała jednak ogromny cień o długich szponach, który zatańczył na podłodze tuż za nią. Dokoła niego jaśniała bladoczerwona poświata, zarysowując wyraźniej kontury. Jednocześnie tuż za nią rozległ się warkot, niski i gardłowy, który wstrząsnął korytarzem i zawibrował w posadzce pod jej stopami. Poczuła, że traci równowagę i upadła do przodu, ale tylko musnęła brudną podłogę palcami prawej ręki, po czym wyprostowała się, wciąż nie zatrzymując. Prześladowca zaryczał znowu, ale tym razem nie zdołał jej zaskoczyć.

Czuła krople potu spływające po jej plecach i bicie serca, które zdawało się pędzić korytarzem przynajmniej kilka metrów przed nią. Jej oddech rwał się i palił w przełyk, dłonie miała wilgotne, ale jednocześnie lodowato zimne. Czuła drżenie łydek, ilekroć odbijała się od podłogi; czuła, że skurcze czają się na granicy jej kontroli, gotowe zatopić kły w przemęczonych mięśniach i unieruchomić ją na dobre, przytrzymać dla tego, kto ją gonił. Dla tej przerażającej potężnej istoty, dyszącej ciężko, której dech niósł ze sobą smród bagien i siarki, i czegoś jeszcze, czegoś dużo gorszego. Słodkawy, mdlący odór rozkładu.

Poczuła na ramieniu ledwie wyczuwalny dotyk ostrych szponów i zmusiła się, by przyspieszyć. Pęd wycisnął z jej oczu łzy, a gdy przekręciła głowę, by jeszcze raz zerknąć za siebie, jej stopa nie napotkała oporu. Straciła grunt pod nogami, ale nie zdołała wyhamować i gdy podłoga skończyła się gwałtownym uskokiem, uciekinierka opadła w mroczną czeluść, czując, jak jej żołądek pozostaje na górze. Wypuściła z płuc resztkę tlenu i zacisnęła powieki w oczekiwaniu na zderzenie z twardą powierzchnią.

Zamiast tego poczuła, że wraca do rzeczywistości i otworzyła oczy, siadając na łóżku. Wilgotna od potu pościel splątała się dokoła jej nóg, więc kopnęła kilka razy węzeł z prześcieradła, by się od niego uwolnić. Potem opadła na plecy, przykładając drżącą i lodowatą dłoń do czoła. Oddychała ciężko, wpatrując się w ciemny sufit, a jej napięte jak postronki mięśnie zaczęły się rozluźniać. Skurcze łydek nie nadeszły, ale czuła, że były blisko.

Uspokoiła się dopiero po kilku minutach, a potem sięgnęła na oślep w kierunku stolika obok łóżka. Sypialnia rozbłysła przytłumionym światłem, a Kinga usiadła znowu i opuściła nogi na podłogę.

Wiele razy śniła o tym, że spada. Był to jeden ze stałych elementów jej nocnego repertuaru, z jakiegoś powodu ten sen towarzyszył jej, odkąd była dzieckiem, chociaż z biegiem lat pojawiał się coraz rzadziej. Ale nawet wówczas nie bywał tak emocjonujący, jak to, co wydarzyło się przed chwilą. Doszła do wniosku, że odpowiedzialność za to ponosił wyłącznie ten dom. Pełen wspomnień i duchów przeszłości, świadek przerażającej tragedii. Dom, który opuściła jedenaście lat temu, a do którego teraz wróciła.

Spędziła tu pierwsze piętnaście lat życia i w tamtym czasie była przekonana, że spędzi jeszcze więcej. Przeżyła tu mnóstwo dobrych chwil i chciała o nich pamiętać, ale wszystkie zostały przyćmione tamtego dnia, kiedy świat stanął na głowie.

Teraz była tu z powrotem, choć nie do końca z własnej woli.

2.

Gdy wcześniej tego dnia wjechała do Kalii, nie zdołała powstrzymać uśmiechu nostalgii i rozrzewnienia. Miasteczko przywitało ją typowym dla siebie spokojem i sennością. Ruch uliczny nadal był tu niewielki, po chodnikach spacerowali ludzie, a przejeżdżając wzdłuż głównej ulicy, minęła ogromny plac zabaw, po którym buszowały dzieciaki, ciesząc się z pierwszych tygodni wakacji.

Niewiele się tu zmieniło. Złowiła spojrzeniem kilka nieznanych sklepów, samochody były tu teraz nowsze i bardziej błyszczące, a w dwóch miejscach dostrzegła modne w ostatnich latach myjnie samoobsługowe. To wszystko były jednak drobiazgi, niewpływające na sielskość, która zawsze zamieszkiwała Kalie.

Okrążyła rynek, ignorując poirytowane spojrzenia, jakie rzucali jej przechodnie, wyraźnie zniesmaczeni rykiem jej motocykla, który rozdarł poobiednią ciszę. Zdołała przy tym rozpoznać kilka twarzy, które zapamiętała z czasów, gdy mieszkała w Kaliach – kilkoro rówieśników, którzy najwyraźniej nie zdecydowali się opuścić miasteczka, właściciela piekarni, który dwadzieścia lat wcześniej spoglądał z rozbawieniem na opychającą się łakociami dziewczynkę, a który teraz (ku jej zaskoczeniu) pokiwał z uznaniem głową, lustrując jej czerwonego harleya road glide ultra.

Pamiętała też dwóch seniorów, którzy siedzieli nad szachownicą w parku. Ich widok rozbawił Kingę, ponieważ widywała ich nad tą samą szachownicą przed wyjazdem z miasta. Ilekroć chodziła na wagary, ci dwaj byli tam, pochyleni nad swoimi figurami, czasami w otoczeniu własnych rówieśników, czasami tylko we dwóch. Wszystko wskazywało na to, że w ciągu jedenastu lat nie zdołali skończyć rozpoczętej partii. Zwolniła, mijając ich, i uśmiechnęła się, bo odniosła wrażenie, że minione lata nie zdołały wpłynąć na żadnego z mężczyzn. Być może kiedyś wyglądali na młodszych, ale w jej dziecięcych oczach przypominali takich samych staruszków, jakimi byli teraz.

„Czas jest zabawnym urządzeniem – pomyślała rozbawiona. – Najpierw pędzi na złamanie karku, ale potem zwalnia, jakby hamowany balastem przeżytych przez człowieka lat. Jakby jego wpływ był mniej destrukcyjny – przynajmniej w kwestii wyglądu – dla sześćdziesięciolatka niż dla dwudziestolatka”.

Gdy nasyciła oczy widokiem miasta, uznała, że nie powinna dłużej zwlekać. Minęła szkołę i rozciągający się za nią park, a wówczas zobaczyła w oddali piętrowy dom o ścianach koloru orzecha włoskiego. Spadzisty dach pokrywała dachówka w kolorze ciemnej czekolady. Okna błyszczały czystością, a od frontu znajdował się przestronny ganek z zadaszeniem podpartym prostymi drewnianymi kolumnami.

 

Zbliżając się do domu, wpatrywała się w orzechowe ściany zawierające zapis jej dzieciństwa. Historie o tym, jak uczyła się mówić i chodzić, a także jeździć na rowerze, czytać i śpiewać. Wszelkie sprzeczki z rodzicami (do poważnych kłótni z matką zaczęło dochodzić, dopiero gdy osiągnęła wiek szesnastu lat, a wtedy mieszkała już w innym miejscu) oraz niezliczone awantury z siostrą.

Oczywiście Karolina nigdy nie kłóciła się z matką. Starsza siostra Kingi była podręcznikowym przykładem córki idealnej. Perfekcyjne stopnie w szkole szły w parze z jej grzecznym, łagodnym usposobieniem, a całość podkreślał wygląd anioła. Karolina była wysoką blondynką o filigranowej budowie, która poruszała się z gracją tancerki.

To za sprawą Karoliny wróciły tu obie teraz, po tylu latach. Pomimo incydentu, który roztrzaskał ich rodzinę jedenaście lat wcześniej.

Wjechała w otwartą bramę i zaparkowała na podjeździe. Przez kilka minut nie ruszała się z miejsca, wciąż wpatrując się w budynek, szarpana mieszanymi uczuciami. Czuła nostalgię, ale była ona zabarwiona żalem i strachem. Wspomnienia, które przez całe lata trzymała pod kluczem, przypuściły gwałtowny szturm na jej świadomość i musiała wykorzystać całą siłę woli, by ponownie zamknąć je w klatce na dnie mózgu.

Zdjęła czarny kask i właśnie w tej chwili dom stanął otworem. Zobaczyła zarumienioną z przejęcia twarz starszej o cztery lata siostry. Uśmiechnęła się szeroko i kilka chwil później padły sobie w objęcia, uszczęśliwione spotkaniem.

– Nie wierzę, że naprawdę go odkupiłaś – przyznała kwadrans później Kinga, gdy siedziały w wiklinowych fotelach na werandzie. W dłoni Karolina trzymała kubek kawy, ale Kinga piła piwo. Nie była gotowa stawić czoła demonom przeszłości bez alkoholu i nie planowała się do tego zmuszać. – Dużo kosztował?

– To bez znaczenia. – Enigmatyczny uśmiech na twarzy starszej siostry powiedział Kindze więcej, niż przypuszczała. Musiało naprawdę jej zależeć. – Ale tak się cieszę, że tu przyjechałaś. Nie zmieniłaś się specjalnie. Nadal ta sama postrzelona fryzura, ale bez nowych kolorów na włosach. Żadnych nowych kolczyków…

– Żadnych. – Kinga pokiwała głową. – I nie zobaczysz żadnych nowych tatuaży, chyba że wejdziesz do łazienki, kiedy będę brała prysznic.

Karolina roześmiała się, kręcąc głową. Jej młodsza siostra zawsze była buntowniczką i lubiła to okazywać. Od wielu lat jej włosy miały rdzawy kolor przy głowie i czarny na końcach. Nic nie wskazywało też na to, by regularnie doznawały przyjemności czesania. Sięgająca do ramion bujna grzywa była rozwichrzona i splątana, ale Karolina musiała przyznać, że ten chaos na głowie idealnie współgrał z upstrzoną piegami dziewczęcą twarzą jej siostry. Oczy koloru trawy były jedyną cechą, która je łączyła.

Kinga była niska i drobna, w jej uszach tkwiło w sumie pięć kolczyków, a bok szyi zdobił tatuaż w kształcie klucza wiolinowego. Był to tylko jeden z rysunków, które urozmaicały jej wygląd, i Karolina pogodziła się z tą cechą charakteru Kingi. Podobnie jak z jej godnym gwiazdy rocka stylem ubierania się, nakazującym nosić obcisłe dżinsy, czarne podkoszulki z nadrukami zespołów oraz skórzane kurtki. Bywały dni, kiedy Karolina zastanawiała się, czy jej siostra kiedykolwiek wyrośnie z tej metalowej fazy. Nie przyznałaby tego na głos, ale miała nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie. Kinga i jej buntownicza natura były dla Karoliny cudownym i uroczym urozmaiceniem poukładanego życia, które wiodła.

– To powiedz mi coś o niej. – Kinga spojrzała na ulicę przed sobą, zaciskając mocniej palce na butelce z piwem.

Karolina z troską przyjrzała się siostrze, która uniosła do ust butelkę, ale potem opuściła ją, zdawszy sobie sprawę, że zawartość znikła.

– Przyniosę ci drugie – zaproponowała i zanim Kinga zdążyłaby ją powstrzymać, wstała i znikła w głębi domu.

Przeszła przez kuchnię i sięgnęła w głąb lodówki, wydobywając jedną z wielu butelek, które zakupiła specjalnie na przyjazd Kingi. Potem oparła się plecami o lodówkę i zamyśliła. Denerwowała się nie tylko jutrzejszym dniem, ale też możliwą reakcją siostry, która miała nastąpić, jeśli będą kontynuowały tę rozmowę.

Oczywiście nie było tu miejsca na żadne „jeśli”. Kinga zasługiwała, żeby poznać odpowiedź na swoje pytanie. Chciał nie chciał, siedziała w tym po uszy. Mogłaby wprawdzie wyjechać bez słowa, odciąć się od wszystkiego i żyć własnym życiem. To Karolina podjęła zmieniającą życie decyzję i zaakceptowałaby (choć z bólem serca), gdyby Kinga wybrała tę drogę. Znała jednak swoją siostrę i wiedziała, że pod skorupą sarkazmu, nieuprzejmości i dosadnych słów tkwi naprawdę kochana i troskliwa osoba, która nie odwróci się od niej, niezależnie od wszystkiego. Nie wątpiła też, że gdyby kiedykolwiek potrzebowała pomocy w grzebaniu ciała, Kinga pojawiłaby się u jej boku z łopatą w dłoni.

– Chrzanić to – mruknęła pod nosem, po czym odstawiła piwo do lodówki.

Na werandę wróciła z butelką wina i dwoma kieliszkami. Kinga spojrzała na nią i uśmiechnęła się złośliwie.

– O której przyjeżdża jutro Renata?

– O czwartej po południu.

– Dobrze. – Dziewczyna pokiwała głową. – Będzie dość czasu, żeby dojść do siebie. Mam tylko nadzieję, że to nie twoja jedyna butelka.

Karolina mrugnęła do niej.

– Spodziewałam się twojej wizyty, więc nie.

Postawiła kieliszki i butelkę na stole, a Kinga bez słowa otworzyła wino. Zrobiła to z wprawą konesera, po czym nalała im obu. Napiły się w milczeniu, a gdy Kinga odstawiła szkło na stół, było puste.

– Do rzeczy, Kara. Powiedz mi, co wiemy.

– Niewiele – przyznała Karolina. – Tak zdecydowałam.

– Co to znaczy?

– To znaczy, że nie jestem jej pierwszą rodziną zastępczą. Ale zamierzam być ostatnią.

Kinga nie odpowiedziała. Wpatrywała się w ulicę przed domem, jej wzrok prześlizgiwał się od parku, widocznego na jednym z jej końców, wzdłuż szeregu latarni ulicznych aż do wysadzonego kwiecistym klombem ronda po drugiej stronie. Patrzyła na to wszystko, ale Karolina nie miała wątpliwości, że nic z tego nie dostrzega.

– Ma na imię Maja – powiedziała po chwili. – Ma dziewięć lat. Jej rodzice nie żyją. Dotąd była w czterech różnych rodzinach, ale za każdym razem wracała do domu dziecka.

– Dlaczego?

– Nie pytałam – odpowiedziała twardo. – Nie chcę uprzedzeń.

Kinga pokiwała głową, wciąż na nią nie patrząc. Po chwili ciszy nalała wina do obu kieliszków – własnego, który był już pusty, oraz siostry, opróżnionego jedynie w połowie.

Wiedziała, że Karolina marzy o dziecku. Tak było od wielu lat i to się nie zmieniło. A świat był przy tym obdarzony tak okrutnym poczuciem humoru, że kobiecie, która najbardziej na świecie pragnęła być matką, odebrał tę szansę jednym uderzeniem. To samo uderzenie sprawiło, że narzeczony Karoliny zmył się w ciągu dwóch dni i nigdy więcej do niej nie odezwał. Ale Karolina nie była osobą, która zrezygnowałaby ze swoich planów tylko dlatego, że świat się na nią uwziął. Zamierzała zostać matką i wcielała swój plan w życie.

– Jest coś, o czym powinnaś wiedzieć – odezwała się starsza z kobiet, a jej głos zadrżał odrobinę. Kinga spojrzała na nią z niepokojem. – Widzisz… Gdy zgodziłam się wziąć Maję, zdecydowałam, że nie będę pytać o jej dotychczasowe losy. Tak jak ci powiedziałam, nie chcę uprzedzeń, chcę pokochać tę małą taką, jaka jest i nie myśleć o tym, co działo się z nią wcześniej. Jeśli będzie tego chciała, sama mi powie, ale nie zamierzam zadawać pytań. Ale jednak… Renata uparła się, że muszę poznać pewien szczegół, który jej dotyczy, i sądzę, że miała rację.

– Jaki szczegół?

Przygryzła wargę, wpatrując się w złoty płyn w kieliszku. Dopiero po chwili podniosła spojrzenie na siostrę.

– Maja jest z pary bliźniąt.

– Ma siostrę? Brata?

Pokręciła głową, a oczy Kingi rozszerzyły się.

– Już nie. Miała brata. Patryk zmarł pięć lat temu.

– Cholera…

– Zgadzam się. Maja jest połówką pary bliźniąt i widać, że to jest dla niej trudne. Nie wyobrażam sobie, jak bym się czuła, gdybym straciła ciebie, a przecież my nie jesteśmy bliźniaczkami.

– Byłybyśmy najdziwniejszymi bliźniaczkami na świecie – prychnęła Kinga. – Ale wiem, co chcesz powiedzieć. To musi być… Do cholery, nie potrafię nawet znaleźć właściwych słów.

– Jestem pewna, że dałabyś radę, ale się hamujesz. Napij się jeszcze.

Kinga uśmiechnęła się pod nosem.

– Nie widziałyśmy się jedenaście miesięcy, nie chcę na dzień dobry raczyć cię serią najsoczystszych wyrażeń, które można usłyszeć na koncertach rockowych.

– Jak stoisz na scenie, to na pewno nie masz takich skrupułów.

Kinga uśmiechnęła się mimowolnie i wzruszyła ramionami.

– Widzisz, kiedy stoję na scenie, to ta banda zwierząt na wprost mnie tylko czeka na mój soczysty język. Im bardziej wulgarny, tym lepiej. A najbardziej cieszą się, jak każę im coś rozwalić.

– Często to robisz?

– Tylko czasami. Częściej jeżdżę po prezenterach wiadomości i pogodynkach. Nie masz pojęcia, ilu metalowców orientuje się w nazwiskach tych ludzi.

– Oni oglądają wiadomości?

– Oczywiście. Włączają je w tle, kiedy tankują, wciągają i odjeżdżają. Dziwi mnie, że coś z tego zapamiętują, ale mam podstawy podejrzewać, że ich wizja rzeczywistości jest odrobinę zaburzona.

– Ty powinnaś to wiedzieć. – zauważyła Karolina. – Znasz obie strony tej barykady.

– Było, minęło. – Kinga machnęła ręką. Wciąż się uśmiechała, choć jej twarz pobladła. – Trzymam się od tego z daleka, Kara, możesz mi wierzyć. Od tego nie. – Uniosła kieliszek. – Ale od tamtego na pewno. Nie zamierzam wracać na odwyk.

– Dobrze. Nie zrozum mnie źle, ta interwencja była jednym z ciekawszych wydarzeń w moim życiu…

– W twoim nudnym życiu – prychnęła Kinga. – Przestań, nawet wtedy miałaś napisane przemówienie, chociaż byłaś w gorszym stanie niż ja.

– Nie każdy może być erudytą na zawołanie, Kinga. Ty lepiej znajdujesz właściwe słowa, zawsze tak było.

– Tylko twoje można wypowiadać na głos też w towarzystwie. Pewnie nigdy nie puściłaś solidnej wiązanki podczas koncertu charytatywnego na rzecz katolickiej organizacji pomocy bezdomnym.

– Żartujesz sobie… – westchnęła Karolina, a Kinga zarumieniła się, chociaż w jej spojrzeniu błyszczało również samozadowolenie.

– Poniosło mnie odrobinkę, przyznaję.

– Co im powiedziałaś?

– Że za organizację koncertu pewien człowiek w sutannie wziął więcej, niż zarobiły kasy biletowe. Tylko ubrałam to w trochę inne… słowa.

– Mogę zgadywać. Nie wyrzucili cię z koncertu?

Pokręciła głową.

– Wynieśli mnie na ramionach, kiedy powiedziałam, że zamierzam na tę organizację przeznaczyć cały mój kwartalny dochód z koncertów.

Karolina roześmiała się, chociaż była też lekko zgorszona.

– A co powiedział tamten ksiądz?

– Zmienił parafię.

– Potrafisz rozpętać piekło i wyjść z tego zwycięsko. Kto jak nie ty. Dlatego chcę, żebyś… chciałabym, byś była obecna w życiu tej dziewczynki.

Kinga spoważniała, opuszczając spojrzenie na swoje dłonie. Wiedziała, że ten temat będzie wracał jak bumerang przez cały wieczór i wiedziała, że za każdym razem będzie się czuła równie niekomfortowo. Cieszyła się szczęściem Karoliny. Widziała radość, jaką przynosi jej oczekiwanie na dziewczynkę i ekscytację szalejącą w jej spojrzeniu. I chciała pomóc, chociaż wizja opieki nad dzieckiem wciąż ją przerażała.

– Chcę, żebyś nauczyła ją, jak ważne jest bycie sobą – ciągnęła Karolina. – Żebyś nauczyła ją, że bycie kimś oryginalnym nie jest złe, jeśli tylko jest się szczęśliwym. Masz większy dystans niż ja, ona będzie potrzebowała uśmiechu i odrobiny szaleństwa.

– Nie sądzisz, że w jej życiu było już dość szaleństwa?

– Chodzi mi o takie pozytywne szaleństwo. Spontaniczność. Wygłupy. Ja nie potrafiłam się wygłupiać, nawet jak byłyśmy dziećmi.

– Tak, pamiętam – przyznała Kinga. – Ja nie potrafiłam się nie wygłupiać.

– To dało nam równowagę. Maja będzie potrzebowała czegoś podobnego. Ja sama jej nie wystarczę.

Kinga spojrzała na nią ostro, bo wyczuła w jej głosie to, czego się spodziewała, ale czego do tej pory nie dostrzegła. Strach i wątpliwości.

– Kara… Wybacz mi, ale muszę, po prostu muszę zapytać… Czy jesteś pewna, że tego chcesz?

 

Karolina uśmiechnęła się, a w jej oczach zabłysły łzy.

– Bardziej niż czegokolwiek.

Kinga przyjrzała jej się bliżej, a potem ze śmiertelną powagą pokiwała głową.

– W takim razie możesz na mnie liczyć.